Baśń z mgły

Zawsze chodziło o mgłę. Kiedy matkę w samym środku dnia, w trakcie gotowania lub zamiatania izby zatrzymywało coś nagle, jakby ukłucie w piersi, jakby niemiłe wspomnienie – chodziło o mgłę. Czuła ją, zbliżała się, wchodziła w dłonie, aż puchły jak rozgwiazdy, wchodziła w głowę, mąciła myśli. Czuły ją wszystkie matki, a miarowy oddech ojców wtulonych nocą w ich ciepłe piersi pozwalał się uspokoić na chwilę, do następnego razu.

Jak zwykle, gdy przychodziła, miasteczko jeszcze spało. Jej długie palce, jak węże wijąc się, podpełzały pod okna sypialni, bieliły je niby puchem, gęściej niż mróz siecią zmarszczek. Mężczyźni mówili później: „Nic nie zapowiadało”. A kobiety, które bały się wcześniej otworzyć oczy, milczały jak zaklęte na wspomnienie ledwo słyszalnej melodii, urywanej raz po raz jak płacz, jak zawodzenie. Dziwnie zachowywały się zwierzęta. Jeżeli uśpione, nawet nie drgały; jeśli przebudzone, zamierały w bezruchu, jak nasz kot tamtego ranka, kiedy wabiona przez mgłę, obudziła się Mała Bo. Najpierw usiadła w ciepłej pościeli i kołysała leciutko wpatrzona w zamglony lufcik. Później zaczęła oddychać coraz szybciej i szybciej, rozchyliła wargi, a jej policzki zaczerwieniły się, jak od ognia. Nagle wstała odrzucając kołdrę i jednym, zdecydowanym ruchem wpuściła mgłę do środka. Zanim jeszcze lufcik całkiem się otworzył, zanim matka zdążyła wbiec z krzykiem do sypialni, Bo już nie było. A nim w drzwiach stanął przerażony krzykiem ojciec, nie było już śladu nawet po mgle.

Tak zostałam sama. Dni bez Bo mijały mi na nudnych, codziennych zajęciach, które od czasu zniknięcia siostry, straciły dawny posmak przygody – umarły, kiedy zdjęto z nich magię jej spojrzenia. W miasteczku mówiono o tragedii, która nas spotkała, ale tak naprawdę każda z rodzin cieszyła się, że tym razem mgła to jej oszczędziła nieszczęścia. Szczęśliwe matki tuliły ocalone córeczki, rówieśniczki moje i Małej Bo. Ojcowie uradzili, by w każdym domu zamontować ciężkie okiennice i wprowadzić nakaz ich zamykania na noc. Ponieważ wszyscy wiedzieli, że choć dziś mgła jest syta, wróci, na pewno wróci, zawsze wraca, choć nikt nigdy na nią nie czekał, aż do tamtego wieczoru…

Mimo wszelkich możliwych środków ostrożności – warty na ratuszowej wieży, czuwania ojców i matek, ciężkich okiennic, jak płyty nagrobne zamykających okna - mgła przyszła znowu. Czekałam, od kiedy zbudził mnie cichy szum wiatru, jeszcze nawet nie melodia, a ta tego wieczoru była jeszcze smutniejsza, jeszcze bardziej tęskna i głośniejsza niż zwykle. Odbijała się od okiennic i echem wpadała przez komin. Kot spał w nogach łóżka. Cichutko podeszłam do okna, otworzyłam je i pchnęłam okiennicę… Zawodzenie przycichło. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do bieli, mogłam rozróżnić kilka jej odcieni tworzących przede mną korytarz bez końca. Ale nic się nie działo. Cisza brzęczała w uszach. Mgła stała za oknem. Nie porwała mnie, nie weszła. Wyciągnęłam przed siebie ręce. Uciekła, jak przed ciosem. Dopiero po chwili zaczęła owijać palce moich dłoni jakby bawiąc się wstążeczkami z obłoczka. Poczułam chłód i drgnęłam. Cofnęła się przestraszona. Rozchyliłam ramiona. Ledwo dawało się wyczuć, jak gładzi delikatnie skórę moich przedramion. Spłoszył ją promień słońca. Wycofała się pospiesznie. Choć chciałam ją przytrzymać, uciekała ode mnie, przeciekała przez palce, umykała z zamkniętych pięści. Ojciec znalazł mnie przed domem przemarzniętą i nieprzytomną.

Kilka dni później, kiedy nikt już nie wierzył, że stanie się to możliwe, wróciły do miasteczka wszystkie porwane dziewczynki. Matki znajdywały je rankiem w łóżkach, z których wcześniej zniknęły. Były całe i zdrowe, ostatnią rzeczą, którą pamiętały sprzed powrotu, był moment zaśnięcia tej feralnej nocy. Samego porwania, ani co się z nimi działo przez tygodnie, miesiące, a niekiedy lata rozłąki z najbliższymi, nie umiały opowiedzieć. I my, pełni nadziei, czekaliśmy na naszą Małą Bo, ta jednak wciąż nie przychodziła. Nadeszły dla mnie dni niezrozumiałej tęsknoty. Ani niepokój o Bo, ani samotność życia bez niej, nie poruszały mnie tak bardzo, jak powracające w snach i na jawie wspomnienie spotkania z mgłą. Czułam, że żeby oddała mi siostrę, muszę w nią wejść. Do końca oddać się jej we władanie.

Wolno mijały noce, gdy w każdym szmerze z dworu dosłuchiwałam się wytęsknionej melodii. Aż którejś z okrutnie bezsennych, mgła powróciła. Czekałam w otwartym na oścież oknie, nim podpełzła pod nasz próg. Znów zatrzymała się przede mną. Zanim zdążyłam się zawahać, a ona spłoszyć i uciec, wbiegłam w jej biały korytarz tak głęboko, że po chwili odwracając się, nie umiałam już dojrzeć domu. Wszędzie było biało.

Musiałam iść długo, nim z bieli zaczęły się wyłaniać dziwaczne kształty nieznanych mi dotąd roślin. Niższe łaskotały języczkami moje bose stopy, wyższe sięgały brzucha i marszczyły miękki materiał nocnej koszuli, najwyższe, wielkie jak drzewa, pochylały się, kiedy podchodziłam i cieniutkimi łodygami przeczesywały mi włosy. Na początku subtelne ich pieszczoty nie przeszkadzały w drodze. Później stawały się coraz bardziej nachalne i zaczęły sprawiać ból. Nagle, niemal równocześnie, ich długie pędy owinęły się wokół moich kostek, nadgarstków i w pasie, uniemożliwiając wykonanie choćby najmniejszego kroku. Krzyczałam głośno, na próżno próbując się wyswobodzić. Wtedy pochyliła się nade mną jedna z najwyższych roślin i ciasno oplotła ramieniem moją szyję. W miarę jak siła jej uścisku rosła, moje siły słabły. Byłoby po mnie, gdyby nagle z wielkim wrzaskiem, z gęstych gąszczy nie wyskoczyły dziwaczne stworzenia i z niespotykaną wręcz zręcznością nie zaczęły siec ostrymi mieczykami, oplatających mnie całą, łodyg napastników. Jak się później okazało stworzeniami tymi były Grindle wespół z Trindlami. To one wyjaśniły mi, że rośliny, które spotkałam nazywają tu Przytulakami, a jeśli im się pozwoli na głaskanie i tulenie zwyczajnie zaduszą ofiarę z miłości.

Kraina Grindli i Trindli okazała się równie osobliwa, jak one same. Nic w niej nie było podwójne, dla niczego nie znajdowano tu pary. Sami jej mieszkańcy też stanowili, jakby połówki – każdy z nich miał nosek z jedną dziurką, jedno oczko, usta z jedną wargą, jedno ucho, jedną nogę i rękę. Przyszło mi do głowy, że Grindle i Trindle mogłyby być połówkami dla siebie nawzajem, bowiem różniło je to, że te pierwsze każde z opisywanych narządów pojedynczych miały lewe – oczko, rączkę, nóżkę, ucho, dziurkę od nosa, w przypadku ust – wargę górną, zaś te drugie adekwatnie wszystko miały prawe, a wargę ust dolną. Kiedy jednak podzieliłam się swoim spostrzeżeniem z przywódcą przyjaznych stworzeń, do którego domku przeniesiono mnie poturbowaną z Lasu Przytulaków, Wielki Grindl – Trindl, który jako jedyny w swej społeczności jedne narządy miał lewe, inne prawe, a każde pojedyncze, powiedział, że mój pomysł jest chybiony. „Grindle i Tringle mają już swoje połówki” – rzekł z powagą. „A gdzie one są?” - zapytałam zdziwiona. A on odparł bez chwili wahania: „Tam, gdzie myślą, że nas nie ma, a my jesteśmy tu, gdzie myślimy, że nie ma ich”.

Wielki Grindl – Trindl otoczył mnie opieką. A za jego przykładem inne stworzonka dbały o to czy dobrze sypiam, czy jestem najedzona, czy nic mi nie dolega. W miarę jednak, jak mój pobyt w ich obozowisku przedłużał się, zaczęły mi okazywać swoje zniecierpliwienie. Bowiem, jak się później okazało, wiązały z moją osobą niemałe nadzieje. Pewnej nocy, gdy wyznaczeni do trzymania warty pod drzwiami mojej sypialni – sympatyczny Grindl i miły Trindl, przekonani, że śpię, zaczęli o mnie mówić, nadstawiłam bacznie uszu…
„Tamte też miały nas uratować…” – szepnął Grindl – „Za każdym razem mamy nadzieję i nic z tego nie wychodzi…”. A Trindl na to: „Ale przecież którejś musi się udać, a wtedy zrobimy się cali na stałe, zrobimy się całościami kompletnymi i tęsknota pełni nie będzie nas dręczyć…”.

Kiedy uradzono, że należy mnie odprowadzić do stóp Lodowej Góry i tym samym wskazać kierunek dalszej drogi, zapytałam czy tak robiono z wszystkimi porwanymi dziewczynkami i czy była wśród nich moja Mała Bo. Wielki Grindl – Trindl odrzekł, że jeżeli mgła ją porwała, to gościł ją na pewno, jeżeli zaś nie wróciła z innymi dziewczynkami, musi wciąż przebywać w Białym Zamku Królowej Mgieł – pani tej krainy, który stoi na szczycie Lodowej Góry.

Grindle i Trindle żegnając mnie, wypłakiwały po jednym oczku i machały mi jedną rączką. Ich przywódca wyraził nadzieję, że gdy się spotkamy następnym razem, będzie mógł mnie uścisnąć dwoma swoimi rękami i ucałować obiema wargami. Choć nie wiedziałam, w jaki sposób mam się do tego przyczynić, uśmiechnęłam się i zapewniłam, że będzie jak mówi.

Lodowa Góra była ogromna. Stojąc u jej stóp nie widziałam szczytu. Pierwszy dzień upłynął mi na próbach wdrapania się na nią, niestety, wciąż się ześlizgiwałam. Drugiego dnia postanowiłam obejść ją dookoła, znaleźć szczeliny, miejsca do oparcia rąk i stóp, takie, które nie są idealnie gładkie. Wyruszyłam o świcie, a do punktu wyjścia wróciłam, gdy słońce zachodziło. Góra okazała się idealnie gładka, jednakowo śliska, niemożliwa do zdobycia. Trzeciego dnia, z zadartą głową wpatrywałam się w niebo. Szczyt ukryty w gęstych chmurach wydawał się boleśnie odległy. Krzyknęłam kilka razy, a z moich ust wydobył się obłoczek gęstej pary, który uniósł się wyżej i wyżej, i wyżej… Nagle do moich uszu dobiegła znajoma melodia mgły, wyraźniejsza niż zwykle, płynąca ze szczytu i otaczająca Lodową Górę białą, szeroką wstęgą. Również zaczęłam nucić, a para z moich ust, unosząc się coraz wyżej i wyżej, łączyła się ze spływającym w dół śpiewaniem. Jeszcze zanim zaszło słońce, Lodową Górę oplatała biała, niby śnieżna droga, z pary oddechu mojego i mieszkańca szczytu, po której, żeby się nie zapadała, trzeba było iść bardzo, bardzo szybko, prawie biec.

Gdy stanęłam na progu Białego Zamku było jeszcze ciemno. Zdyszana usiadłam przed wejściem, by odpocząć. Choć próbowałam temu zapobiec, ledwo oparłam głowę o stary, omszały mur, już spałam. Zbudziło mnie łaskotanie. „Widziałam cię” – powiedział ktoś i znów połaskotał mnie w odsłonięty kark. Szybko się odwróciłam, ale za moimi plecami nie było nikogo. „Tu, tu” – powiedział znów głos – „Widziałam cię. Sama weszłaś w mgłę. Widziałam cię. Ona na ciebie czeka”. „Gdzie jesteś?” – zapytałam, jednocześnie unosząc głowę i wrzasnęłam z przerażenia - nade mną na długiej nici wisiała gigantyczna Pajęczyca. Chyba uraziło ją moje zachowanie, bo nadąsała się i podciągnęła wyżej na pajęczynie. Mój lęk odbijał się w jej ogromnych oczach i po chwili uświadomiłam sobie, że to jest prawdziwe źródło mojego strachu – świadomość przerażenia. Gdy zdobyłam się na uśmiech, Pajęczyca wydała się mniej straszna i przybliżyła znowu. „Widziałam cię” – wyszeptała i wiedziałam, że teraz ona z przyjemnością przegląda się w moich źrenicach.

Potworzyca zabrała mnie do Sali Lustrzanej Zamku. Zapytałam mojej przewodniczki, czy to ona jest Królową Mgieł, ale w odpowiedzi tylko się roześmiała. Szpilki jej nóżek stukały o srebrną podłogę rozległej komnaty, w której za grubymi zasłonami stały dziesiątki różnej wielkości zwierciadeł. Pajęczyca odsłaniała lustra po kolei, ukazując odciśnięte w gładkich taflach odbicia wszystkich dziewcząt, które przede mną gościły w Białym Zamku. Niektóre z nich rozpoznawałam, przypominałam sobie ich imiona i wykrzykiwałam je głośno. Dopiero po chwili zauważyłam, że żadna z podobizn nie ukazuje radości. Wszystkie rówieśniczki patrzyły na mnie ze smutkiem dożywotnich więźniów. Wśród już odsłoniętych próbowałam na próżno odnaleźć Małą Bo. Pajęczyca dostrzegła to: „Gdyby jej nie zatrzymała, nie przyszłabyś”. „Wiesz, gdzie jest moja siostra?” – zapytałam, nie zważając, że odbicia próbują mnie ostrzec przed niebezpieczeństwem. Krzycząc bezgłośnie przypominały rybki w akwariach. Potworzyca zamiast odpowiedzieć na moje pytanie pospiesznie zerwała materiał z ostatniego lustra, krzycząc: „To jest twoje!”.

Ogłuszył mnie huk. Upadłam i chyba na chwilę straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, leżałam wśród okruchów rozbitego zwierciadła, a Pajęczyca pochylała się nade mną. „To dla ciebie gorzej” – powiedziała. „Co się stało?”- zapytałam. „Rozbiła je” – ona na to – „Lustra to jakby jej oczy, pośredniczą w spotkaniu. Ciebie chce widzieć bez pośredników”. „Królowa Mgieł?” – zapytałam. Przytaknęła, a gdy powiedziałam, że bardzo się boję, zaproponowała pomoc.

Pajęczyca-Potworzyca ściągnęła po niteczce wszystkie dziewczynki z luster – spruła je, by utkać dla mnie płaszcz, który miał mnie obronić przed spojrzeniem Królowej. Dużo też mi o niej opowiadała, o jej bezwzględności i surowości, o próbach, które przyjdzie mi przejść. Zmęczyły mnie jej opowieści, zapadłam w głęboki sen. Śniłam o labiryncie pełnym Przytulaków. Uciekałam przed nimi albo ratowałam Bo z ich objęć. Na koniec już nie śpiąc, a jeszcze nie będąc zupełnie przebudzoną, zobaczyłam zamkniętymi oczami płaczącą kobietę. Łzy spływały z jej policzków, ale nim dotykały ziemi twardniały, jak perły. Podłoga pokoju, w którym siedziała, była nimi zakryta tak, że nie sposób było się zbliżyć do płaczącej.

Pajęczyca odprowadziła mnie, przywdzianą w płaszcz–zbroję do wejścia jednej z zamkowych komnat i tam zostawiła, nie dając żadnych instrukcji. Zapukałam do drzwi. „Kto puka?” – padło pytanie. Przeszedł mnie dreszcz. „Ja” – odparłam. Cisza, drzwi ani drgnęły. Przełknęłam ślinę i zapukałam raz jeszcze. „Wpuść mnie!” – krzyknęłam. „Kto puka?”. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. W końcu nie czekając, aż otworzą, pchnęłam ciężkie drzwi i stanęłam na… podwórzu mojego domu. Dzień był słoneczny. Ojciec palił fajkę, mama plotła wianek z polnych kwiatów, a Mała Bo bawiła się z naszym kotem. „Nareszcie jesteś” – uśmiechnęła się, gdy mnie dostrzegła. Nic nie rozumiałam. Gdy rodzice wypuścili mnie z uścisków, rozejrzałam się dookoła. Byłam w domu, nie miałam najmniejszych wątpliwości. Jednak, kiedy kot dla psoty chwycił wystającą z mojego płaszcza nitkę i zaczął spruwać moją zbroję, krzyknęłam: „Nie!”. Wtedy czas jakby stanął w miejscu, a gdy po chwili ruszył znowu, moi bliscy zachowywali się, jakby mnie przy nich nie było – nie widzieli mnie, nie słyszeli. „Bo jest już w domu” – powiedział nieznany głos – „tak jak widziałaś. Wszyscy tam czekają na ciebie”. Nagle znalazłam się w ciemnym pokoju bez okien. „Czy chcesz iść do nich teraz?” – zapytał głos. „Pokaż mi się” – szepnęłam i dodałam bezwiednie - „Chcę zostać z tobą”.

W ciemnym pokoju spędziłam kilkanaście nocy czekając na Królową Mgieł. Dookoła panowała absolutna cisza, tak, że słyszałam szum własnych myśli. Czasem brzęczenie w uszach przechodziło w zawodzenie mgły. Tak bardzo chciałam ją znów usłyszeć… Pewnego razu niespodziewanie sufit otworzył się i do pomieszczenia wpadło oślepiające światło, a wraz z nim zaczęły się na mnie sypać perły. By w nich nie utonąć musiałam poruszać rękami i nogami, jak podczas pływania. Perły uniosły mnie do Białej Komnaty. Tu z kolei panowała oślepiająca jasność. Z bólu mrużyłam oczy. „Zasłaniają cię” – usłyszałam - „Nie mam ani ich, ani ciebie…”. Czułam jak nić, z której utkany był mój płaszcz, ożyła i podobnie długiemu wężowi zaczęła spełzać ze mnie i skręcać się w gruby kłębek. Kiedy stanęłam w jasności, znów ubrana jedynie w nocną koszulę, moim oczom ukazał się nie kto inny, lecz sama Królowa Mgieł. Cała była światłem i bielą. Jej twarz połyskiwała, jak pokryta szronem, a zdecydowane spojrzenie zawstydzało mnie tak bardzo, że nie byłam w stanie nawet próbować się z nim mierzyć. Jednocześnie bałam się jej wzroku i chciałam, żeby patrzyła. Jej mgielne szaty podpływały do moich stóp. Mówiła spokojnym, melodyjnym głosem, ani trochę się nie uśmiechając. Nie byłam w stanie słuchać. Nagle zniknęła i zapanowała ciemność.

Królowa Mgieł przychodziła codziennie, tylko po to, by zapytać czy chcę z nią zostać na zawsze. Gdy przytakiwałam, uśmiechała się i odchodziła zostawiając mnie znów samą. Teraz pochłaniało mnie głównie czekanie. Rozpamiętywałam spotkania z nią, myślałam, co może robić, gdy nie ma jej ze mną, czy wysyła mgłę po inne dziewczęta, gdzie jest, czy jak ja o niej, ona w samotności myśli o mnie… Czasem nocą przychodziła tęsknota, silna jak fizyczny ból, paliła moje ciało i rozrywała duszę. Płakałam. Na początku śniłam o domu, rodzicach i Małej Bo, z czasem we śnie i na jawie majaczył mi się tylko obraz Królowej.

Gdy przyzwyczaiła mnie do codziennych wizyt, zaczęła rozbijać ciągi szeregów nieobecnością. Dni, w których życzenie spotkania nie zostawało spełnione, były czarne od bólu. Nie mogłam oddychać, nie umiałam krzyczeć. Królowa przysłała do mnie dwie służki, które miały dotrzymywać mi towarzystwa. Ból tęsknoty jednak wcale nie malał. Mój świat podzielono na dwoje - Tam, gdzie ona jest i Tu, gdzie jej nie ma.

Postanowiłam odprawić służki i, mimo iż ostrzegały, że nie wolno, wyszłam z komnaty, by odnaleźć Najjaśniejszą. Przejmowało mnie piękno jej postaci. Miękkość gestów i płynność ruchów. Sale Zamku, pocięte kolumnami, dawały mi tylko kawałki schodów, po których przesuwały się lekko jej stopy, szaty wirowały nad podłogą. Na balkonach pięter, pod łukami pojawiał się wyczekiwany profil nieświadomy mojego wzroku, uśpiony zamyśleniem. Podczas wypraw byłam jak cień czarny, najczarniejszy, pulsujący gęstą krwią. Moje oczy robiły się wilgotne. Czekałam na te chwile z niecierpliwością, jak na najczulszą pieszczotę. Pewnego dnia minęłyśmy się i, gdy Królowa przyszła się ze mną spotkać, zastała komnatę pustą. Jej krzyk dogonił mnie i odprowadził ku niej. Gdy chciałam dotknąć jej twarzy, by przestała wołać, moja dłoń zatopiła się w policzku, jak we mgle. Ucichła. Spojrzała smutno i zapytała: „czy chcesz ze mną zostać na zawsze?”.

Od tamtego dnia nie opuszczałam komnaty. Królowa przychodziła i nic nie mówiąc siadała naprzeciw. Patrzyłyśmy na siebie. Czasem próbowała muskać półprzezroczystymi dłońmi moją twarz, ramiona i ręce. Cieszył ją mój uśmiech. Któregoś razu przerwałam jej pieszczoty, spojrzałam głęboko w oczy. Przeraziła się. Zamknęłam powieki i wysunęłam przed siebie dłonie, nucąc jednocześnie znajomą melodię. Zatrzymałam palce bliziutko przy jej piersi i przez moment poczułam ciepło żywego ciała. Królowa drgnęła. Nim udało mi się jej dotknąć, zniknęła.

Mijały dni i noce - godziny pustego czekania. Wiedziałam, że na mnie patrzy, od kiedy ściany komnaty pokryły się lustrami. Od czasu do czasu ich tafle parowały i pojawiał się na nich napis: „Czy chcesz ze mną zostać na zawsze?”. Przestałam odpowiadać. Nie ukazywała mi się. Zaczęłam ją zapominać i cierpiałam jeszcze bardziej. Pewnego dnia odwiedziła mnie Pajęczyca. Zebrała ze zwierciadeł wszystkie moje odbicia i utkała dla mnie nowy płaszcz. „Możesz wyjść” – powiedziała. Najpierw nie zrozumiałam, ale kiedy dotarło do mnie, że to decyzja Królowej, ze wściekłością rozbiłam wszystkie lustra.

Potworzyca wyprowadziła mnie z Białego Zamku. I pomogła zejść z Lodowej Góry. Pożegnałam ją. Płaszcz okrywał mi całe ciało i krępował ruchy. W miarę jednak, jak szłam, mój krok stawał się swobodniejszy. Nie zważałam na to, że okrycie się pruje. Idąc minęłam Krainę Grindli i Trindli. Była pusta. Wśród porzuconych rzeczy znalazłam list Wielkiego Grindla-Trindla informujący: „Jesteśmy tam, gdzie nasze połówki”. Uśmiechnęłam się i zrobiłam przyjemnie spokojna. Gdy dotarłam do Lasu Przytulaków połowa mojego płaszcza była już spruta. Tym razem żadna z roślin się mną nie zainteresowała, więc to ja głaskałam je, a one z wdzięcznością usuwały mi się spod nóg. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszłam w biel. Płaszcz był coraz krótszy, a ja coraz bardziej zmęczona. Na horyzoncie zamajaczyło moje miasteczko. Zaczęłam biec na spotkanie z rodzicami i Bo. Płaszcza ubywało, ale nie zwracałam na to uwagi. Dopiero, gdy mgła zupełnie zniknęła, poczułam, że zdjęto mi z ramion ciężar materiału. Przystanęłam tuż przed moim domem, Mała Bo z radością wybiegła mi na spotkanie. Nie uściskała mnie jednak. Zatrzymała się na progu, jakby coś ją zaniepokoiło. Widząc moje zdziwienie, kazała mi się odwrócić.

Za moimi plecami stała Ona. Piękna i rumiana od słońca. Jej stopy twardo stały na ziemi, a suknia ciasno oplatała ciało. Tylko jej spojrzenie wciąż mnie krępowało. W rękach trzymała kłębek nici sprutej z mojego płaszcza. Podeszła, żeby mi go oddać. Jej dłonie drżały, a pierś unosił szybki oddech. Wyprowadziłam ją nieświadoma najpierw z Zamku, później z Królestwa, odebrałam władzę. Nie wzięłam kłębka. Dotknęłam jej twarzy. Była gładka i ciepła. Nasze oczy zaszły mgłą.
natu
Data publikacji w portalu: 2009-01-14
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 4.44 /głosów: 16
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  

ekscentryczka452009-01-25 10:05
Nawet mi się podobało...ale(zawsze jest jakieś ale)...ty mi tam nie pasowałaś...osoba pierwsza to nie najlepszy pomysł...jesteś za mało czarująca...subtelne przejście z tematu na temat...chociaż pewne wątki urwałaś...ciekawa wyobraźnia...delikatne opisy..brakowało eterycznego erotyzmu...to jednak już sztuka opisywanie scen intymnych...ogólnie daję ***

madeleine2009-01-25 11:12
właśnie przez wprowadzenie pierwszoosobowej narratorki opisy doświadczeń bohaterki zyskały na intymności a całość wysubtelniła się poprzez zrzucenie dystansu trzecioosobowego narratora ten zabieg bardzo mi tu pasuje dzieki niemu powstała jakaś nowa jakość :) bardzo dobrze się to czyta :)

Irminka172009-02-07 17:49
Piękne ..... To jedyne słowo jakie mi teraz do głowy przychodzi... Jak nigdy,nic nie było w stanie mnie oderwać od czytania..... Nigdy nie byłam tak pochłonięta jakimkolwiek tekstem :)) Gratuluje :D

marinnaWR2009-02-14 11:00
Bardzo mi się podobało:) lubię zamglone opowieści!

owieczkaa2009-02-14 18:57
Faktycznie, najlepsza z zaprezentowanych baśni. Poza tym ja znam tę Królową (...)

k_n2009-08-25 13:53
piękna baśń. i z happy endem, tak jak lubię :)

Ali992009-12-21 13:59
Cudowna, umiesz tworzyć kobieto:)

meridon2010-01-12 21:45
Bardzo ciekawy sposób pisania i podoba mi się.Taki nietuzinkowy styl literacki.I podoba mi się delikatność intymności,bez takiego zaglądania w .....:Pisz dalej,bo widać całą Ciebie w tej baśni.Powodzenia.

drdrdrdrdrd2011-11-12 17:15
piękna, czuła, z cierpliwą miłością. Bo przecież tylko taka jest.

Milki2013-10-29 18:50
Piękne:-) nic dodać nic ująć:-)


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

  KONTAKT  

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

Ostatnio komentowane:

news Prawa kobiet a Koran
vesania olicadiablica ma całkowitą rację. Szkoda że w Polsce nie mówi się o tym głośno, Użalamy się nad tym jaki ciężki los mają imigranci z krsjów muzułmańskich a zupełnie pomijamy to, jaki... opinia dodana 2017-01-14 16:00:40
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Na jej rozkazy - CHAUDIÈRE A.D. i CALIGO A.
Słabo. Dobrnęłam do 20 strony mało się przy tym nie topiąc w nadmiarze nic nie wnoszących słów. Żałuję,...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2016