Wymarzony „Lądek” dla dwulatka

Gdy byłam w ciąży, mieszkałam na baskijskiej wsi, na migi dogadywałam się z niemówiącą po hiszpańsku położną, starałam się nie przejmować (za bardzo), gdy dwie ulice od nas, w Jerozolimie, wybuchł autobus.

Wydawało mi się, że życie mamy nie będzie zbytnio różnić się od okresu „przedrodzicielskiego", że to ja będę dalej o wszystkim decydować. Planowałam i próbowałam żyć tak, jakbym dalej była sama. Syn urodził się zdrowy. Nie brałam pod uwagę chorób, kolek, nieprzespanych nocy, a tym bardziej pobytu w szpitalu. Niestety, trochę się myliłam. Gdy Jefe miał trzy miesiące, odwołałam lot do Strasburga, bo akurat w tym samym czasie byłam z nim w szpitalu.... Jefe miał zdiagnozowane zapalenie płuc, a ja odchodziłam od zmysłów, bojąc się o niego. Strasburg zniknął z moich myśli zupełnie.

Macierzyństwo w moim przypadku wiązało się z brakiem doświadczenia i jednocześnie ogromną wiarą w swoje możliwości. Kilka miesięcy spokojnej ciąży w Kraju Basków, wiele podróży, potem dwa „rodzicielskie” lata w Warszawie, wreszcie - możliwość spakowania rzeczy do ciężarówki i wyjazdu (wtedy nie wiedzieliśmy na jak długo) do Londynu. Właśnie te kilka miesięcy w Londynie, podróże po Anglii pozwoliły mi poznać, nowy dla mnie, brytyjski model wychowania.

Wyjechaliśmy do Anglii, gdy Jefe miał dwa lata. Zamieszkaliśmy w W1 (samo centrum Londynu). Naszymi sąsiadami byli, w większości, Brytyjczycy. Tutaj zaczyna się historia poznawania nowych sposobów wychowania, ubierania, karmienia małych dzieci. Z racji sąsiadów, najwięcej nauczyłam się o brytyjskim modelu wychowywania dzieci. Dzięki wielokulturowości „Lądka”, mogłam z antropologicznym zacięciem przyglądać się różnym metodom stosowanym przez mamy z całego świata. W Anglii najbardziej rzucające się w oczy są różnice w ubiorze dzieci.

Wyluzowane mamy

Gdy ja obsesyjnie wręcz dbałam o to, by maluch miał nakrycie głowy, brytyjskie mamy w ogóle do tego nie przywiązywały uwagi. Jefe - polskim zwyczajem - miał buty mocno trzymające kostkę. Brytyjskie maluchy biegały w miękkich baletkach. Inne mamy pytały mnie, dlaczego dziecko chodzi w ortopedycznych butach. Wiadomo, że londyńczycy potrafią ubierać zimą samą marynarkę, bo i tak większość czasu spędzają, podróżując metrem. Podobnie jest z dziećmi - ich ubiór rzadko współgra z pogodą. Dzięki pobytowi w Anglii, zmieniło się moje (i mojego syna) podejście do deszczu - w Londynie zimą naprawdę dużo pada. Jaki jest sposób na deszcz? Po prostu go nie zauważać! Parasolka - zbędny sprzęt. Przydają się wiatrówki, peleryny – tak, by mieć dwie ręce wolne i bawić się bez względu na aurę! Jednak nie tylko ubiór odróżnia brytyjskie dzieci od ,,przyjezdnych". Mali wyspiarze są zdecydowanie odważniejsi na placach zabaw i mają „wyluzowane” mamy, które nie stoją koło drabinek, wołając: „Powoli, powoli!”, lecz siedzą na ławce, rozmawiając ze sobą. Brytyjskim dzieciom, w porównaniu do polskich rówieśników, zdecydowanie więcej wolno robić - mamy nie upominają swoich pociech, nie interweniują w czasie wspólnych zabaw. Opiekunowie stosują zasadę, że dorosły włącza się do zabawy, gdy pojawia się „pierwsza krew”. Dzieci uczą się rozwiązywać konflikty między sobą. Czasem rozwiązania bywają naprawdę zaskakujące.

Twórczo rozwijać konflikt

W Polsce rodzice nazbyt często starają się być arbitrami w sporach swoich dzieci, a tymczasem maluchy same świetnie sobie radzą. Gdy np. dwójka dzieci bije się o różową foremkę, a pomimo szarpania i sypania piaskiem żadnemu z brzdąców nie udaje się robić babek feralną zabawką, po chwili dzieci decydują się na kopanie dołu rękami - brak interwencji dorosłych pozwolił maluchom twórczo rozwiązać konflikt! Polska mama już na początku zarządziłaby, kto ma czym się bawić lub schowała foremkę, o którą toczył się spór. W takiej sytuacji histeria dzieci byłaby bardziej niż pewna!

Brytyjskie mamy rozumieją, że tylko brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Maluchy jedzą piasek, czołgają się po trawie, bawią się patykami w błocie. Polska mama, zaopatrzona w mokre chusteczki, może dostać ataku apopleksji - tyle zarazków?! Co ludzie powiedzą o takim brudnym dziecku?! Brytyjska mama umyje malucha wieczorem i położy spać dziecko, które świetnie się bawiło! Przy placach zabaw znajdują się często łazienki dla dzieci - widok chłopców sikających przez płot jest bardzo rzadki. To, czego rodzice pilnują bardzo, to to, by z łazienek korzystały tylko maluchy - strach przed pedofilem, wykorzystaniem dziecka jest ogromny. Podejrzenia budzą osoby z aparatami fotograficznymi, kręcące się wokół placu zabaw. Policja jest wzywana, gdy rodzice uznają, że mężczyzna siedzący na ławce naprzeciwko placu zbyt długo przygląda się dzieciom! Rodzice mogą robić zdjęcia tylko swoim dzieciom. By sfotografować maluchy np. w czasie zajęć w „play groups” (grupie zabawowej), trzeba mieć zgodę wszystkich opiekunów. Doniesienia o wykorzystywaniu seksualnym dzieci są w Anglii traktowane dużo poważniej niż w Polsce. Rodzice boją się o swoje pociechy i dbają o ich bezpieczeństwo. Brytyjski maluch nie przyjmie cukierka od nieznajomego, a polski - z radością poprosi o kolejnego. Mali Brytyjczycy łatwo nawiązują kontakty, zdają pytania, są otwarci, ale tylko w stosunku do znajomych dorosłych.

Język angielski pozwala niwelować bariery - nie byłam ciocią, tylko „Dotą” po prostu. Maluchy są mniej wstydliwe niż ich polscy rówieśnicy. Wiele dzieci przechodzi okres trzymania się maminej nogi, ale wyspiarze wcześniej z niego wyrastają. Dzieje się tak dlatego, iż idea "play groups" - grup zabawowych - jest tam szeroko rozpowszechniona. W czasie takich spotkań, maluchy bawią się ze sobą, z prowadzącymi zabawy pedagogami, instruktorami, pastorami. Dzieci i ich opiekunowie mają do dyspozycji wiele takich grup zabawowych - od religijnych, przez artystyczne, do muzycznych i wyrównawczych. W przypadku braku pogody (dość częstego, niestety) można, mieszkając w centrum Londynu, przez dwa tygodnie codziennie chodzić na spotkania innych „play groups”! Brytyjskie dzieci oglądają dużo telewizji, ale jednocześnie dużo czasu spędzają w muzeach i galeriach - tam przecież też można się schronić przed deszczem! Jeżeli chodzi o różnicę w wychowaniu dziewczynek i chłopców - w Anglii jest ona dużo mniejsza. Małe Brytyjki to, według polskich standardów, bardziej chłopczyce. Owszem, chodzą w spódnicy, ale biegają z chłopakami i nikt im nie mówi, że dziewczynka ma siedzieć z nogami razem i mieć czyściutkie ręce!

Mamy i ciotki w burkach

W naszym sąsiedztwie, na placach zabaw i w parkach, dominowały brytyjskie dzieci, jednak zaprzyjaźnienie się z ich mamami nie było proste. Brytyjki, w przeciwieństwie do Polek, nie rozmawiają z „nowymi” przy piaskownicy. Dopiero po kilku miesiącach stałam się „miejscowa”. Gdy zaprosiłam znajome z parku na herbatę i ciastka (oczywiście z tygodniowym wyprzedzeniem), stawiły się punktualnie o 11.00. Każda przyszła z dzieckiem i butelką dobrego czerwonego wina. O godz. 13.00 odwiedziny się skończyły, a bardzo „wyluzowane” mamy umówiły się ze mną na popołudnie na placu zabaw. I tak udało mi się zaprzyjaźnić z brytyjskimi mamami z sąsiedztwa, spotykać się z nimi prawie codziennie i dużo nauczyć się o czerwonym winie.

Londyn kojarzy mi się więc z otwieraniem niezliczonej ilości butelek, z winem. Niestety, również z częstymi wizytami u naszej GP (lekarza pierwszego kontaktu). O brytyjskiej służbie zdrowia mogę mówić tylko dobrze. Jest tak dlatego, iż jestem „biała” i mówię po angielsku. O tym, że kolor skóry i znajomość języka ma znaczenie, przekonałam się na izbie przyjęć jednego z najlepszych londyńskich szpitali. Gdy Jefe miał kolejny dzień wysoką gorączkę, GP skierowała nas na badania. W bardzo podobnym stanie był synek przemiłej Kolumbijki. Ona czekała na przyjęcie (a była w poczekalni przed nami) o dwie godziny dłużej. Mam nadzieję, że był to zbieg okoliczności i jednak kolor skóry nie jest czynnikiem decydującym o kolejności bycia przyjętym w szpitalu.

„Inna równość" panuje w szpitalu i na placu zabaw - dzieci imigrantów bawią się z dziećmi ,,przyjezdnych". Wyjątek stanowią dzieci muzułmańskie, które, w większości przypadków, bawią się tylko w swoim towarzystwie, czego pilnują mamy i ciotki w burkach. Dzieci brytyjskie bawią się z innymi wyspiarzami. Podziały są zarówno na placach zabaw, w „play groups” i oczywiście w przedszkolach. Jefe powoli zaczął się zaliczać do „swoich”, porozumiewał się po angielsku (ciężko powiedzieć, że „mówił”, bo po polsku też się „porozumiewał”), znał sąsiadów, coraz lepiej wspinał się po drabinkach, a ja z coraz większej odległości się temu przyglądałam.

Gdy przyjechaliśmy do „Lądka” byłam zachwycona tym, że w naszej okolicy znajduje się kilka progresywnych synagog. Plan był taki: co piątek będziemy chodzić do innej synagogi, by zdecydować, która będzie ta „nasza”. Jak się okazało dzieci są bardzo mile widziane po warunkiem, że a) jest to ich Brit Mila, (obrzezanie chłopca w 8 dniu od jego narodzin) b) mają Bar lub Bat Micwę, (czyli pierwsze czytanie Tory i wygłoszenie komentarza – oznacza stanie się osobą dorosłą w kongregacji) c) są jeszcze w brzuchu u mamy. Dwulatek nie wysiedzi 45 minut w jednym miejscu, do tego w ciszy najlepiej! Jak się okazało brykający maluch, śpiewający z dużym zaangażowaniem i zadający wciąż pytania o wszystko, znalazł wraz mamą „swoje miejsce” w synagodze LGBT w Nothing Hill. Kongregacja wynajmowała pomieszczenie od Kościała Unitarystów, to samo robiła grupa poszerzania świadomości mężczyzn muzułmańskich – budynek rozbrzmiewał śpiewami, modlitwami i rozmowami. Charyzmatyczna rabinka prowadziła modlitwy, co tydzień ktoś inny przygotowywał temat do dyskusji, wydawany był biuletyn, organizowane wycieczki, tak jak w Stanach okazało się, że synagogi dla wykluczonych (LGBT) akceptują wszystkich, a wyznacznik orientacji seksualnej nie jest żadnym ważnym kryterium przyjęcia do kongregacji – liczy się człowiek.

Muzeum wymarzone dla dzieci

Przewodniki po Londynie pełne są opisów miejsc z olbrzymią ilością atrakcji dla dzieci w każdym wieku. Przez weekend ciężko się nudzić, przez miesiąc można codziennie odwiedzać inne muzeum. Do naszych ulubionych można zaliczyć Natural History Museum (Cromwell Road, London SW7 5BD, www.nhm.ac.uk), mieszczące się w ,,zagłębiu muzeów" ( obok są Science Museum I V&A Museum). Muzea w Anglii są, w większości, darmowe, drogie bilety są jedynie na wystawy czasowe. My prawie co tydzień odwiedzaliśmy w NHM T-Rexa i czekaliśmy na trzęsienie ziemi w Kone. W zimie przed muzeum jest lodowisko, a w lecie - otwarty ogród botaniczny. W NT., jak w wielu innych muzeach, można wypożyczyć specjalny zestaw małego odkrywcy i poznawać różne szlaki, zdobywać sprawności, np. paleontologa.

Kolejnym ulubionym muzeum było Science Museum (Exhibition Road, South Kensington, London SW7 2DD, www.sciencemuseum.org.uk). Tutaj ukochanym miejscem Jefego był wodny ogród dla dzieci - wodospady i turbiny, uwielbiał również oglądanie statków kosmicznych. To, co wyróżnia te muzea, to możliwość aktywnego zwiedzania, dotykania, sprawdzania i eksperymentowania - dziecko się nie nudzi, a i dorosły ma niezłą zabawę, gdy np. próbuje wkręcić śrubę, mając na sobie takie rękawice jak kosmonauci!

Naszym ulubionym muzeum - niestety już dużo mniej „dotykowym”, ale fascynującym - było British Museum (Great Russell Street, London, WC1B 3DG, www.britishmuseum.org). Tam, z mieszanymi (głównie moimi) uczuciami, oglądaliśmy egipskie mumie, azteckie skarby, japońskie miecze. Muzeum jest przeogromne. Za każdym razem można odkryć coś innego. Znajduje się tam kilka ścieżek tematycznych dla dzieci. Maluch otrzymuje (na zawsze!) zeszyt ćwiczeń - zaznacza, rysuje i, z pomocą dorosłego, odpowiada na pytania dotyczące Egipcjan, Rzymian czy Indian.

Jednak nie cały Londyn jest dla dzieci. Pierwszy raz na napis mówiący o tym, iż „dzieciom wstęp wzbroniony” trafiliśmy nad Tamizą, obok London Bridge. Jest tam dzielnica ślicznych kawiarni, drogich apartamentowców, które powstały w starych, przemysłowych budynkach. Nie mogąc wejść do kawiarni, zjedliśmy kanapki przed Design Museum i oglądaliśmy, siedząc na ławce, jak podnosi się London Bride. Tego nie zobaczylibyśmy, będąc w kawiarni!

Dobrze mi było w „Lądku”. Przestałam podbiegać pod drabinki czy zjeżdżalnie, lecz wciąż się denerwuję, żeby Jefe nie spadł! Brakuje mi synagogi przy Nothing Hill, wciąż dostaje newslettery z ulubionych muzeów… Gdy tylko udaje się nam do Lądka przylecieć, odwiedzamy „nasze” miejsca, sprawdzamy czy T-Rex w NHM nie urósł, a słoneczniki w Science Musem nie rozmroziły się.
Dota Szymborska - Dyrda
Data publikacji w portalu: 2008-08-20
Dota Szymborska-Dyrda (na zdjęciu z Jefe; przyp. red.) - feministka, redaktorka naczelna portalu www.wczesnaedukacja.com dalej stara się podróżować, ostatnio razem z Jefe była na festiwalu w Krakowie, dziś jedzie na Śląsk, pisze i jeździ na rowerze, oczywiście pobiegnie w The Human Race 10k
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 0 /głosów: 0
Zaloguj się, aby zagłosować!
Zobacz działy: Lesbianizm Feminizm Manifa 2011
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  

dzast_fan2009-01-10 19:06
tak ladnie piszesz, napisz moze z z wlasna matka nie gadasz..


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

  NAPISZ DO NAS  

Masz uwagi, zauważyłaś błędy na tej stronie?
A może chciałabyś opublikować swój tekst?
- Napisz do Dagi!

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

  ZOBACZ TAKŻE  
  MANIFA ARCHIWUM  

Ostatnio komentowane:

news Prawa kobiet a Koran
vesania olicadiablica ma całkowitą rację. Szkoda że w Polsce nie mówi się o tym głośno, Użalamy się nad tym jaki ciężki los mają imigranci z krsjów muzułmańskich a zupełnie pomijamy to, jaki... opinia dodana 2017-01-14 16:00:40
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Na jej rozkazy - CHAUDIÈRE A.D. i CALIGO A.
Słabo. Dobrnęłam do 20 strony mało się przy tym nie topiąc w nadmiarze nic nie wnoszących słów. Żałuję,...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2016