HISTORIA PEWNEJ ZMYŚLONEJ MIŁOŚCI

Anka J.
Patrzyłam na nią od tak dawna, że z czasem zapomniałam, jaki kolor mają jej oczy i jaki kształt ma nos, choć nikogo ani niczego nie oglądałam w swoim życiu tak dokładnie, z takim pietyzmem i nikt nigdy nie był tak piękny i tak brzydki jednocześnie. Tylko Ona, która śmiała się zawsze za głośno. I ona. która swoją osobą uciszała cały świat i nawet, gdy milczała wydawało mi się czasami, że oprócz niej nikogo już nie ma. Biegłam do niej, kiedy było mi dobrze. I kiedy bywało mi źle też - przecież ona znała lekarstwa na wszystkie choroby, począwszy od zwyczajnego bólu głowy, który leczyła jedną z wielu swoich szamańskich metod, a skończywszy na chorobie samotnych dusz. Ta ostatnia była moją jedyną, bardzo przewlekłą i chyba do dziś nieuleczalną chorobą. A może tylko stanem świadomości albo raczej nieświadomości.

Razem z Nią kupowałam swoją pierwsza sukienkę na bal. Studniówkowy. Pomalowała mi oczy, usta i ułożyła włosy. Wcale nie chciałam iść, wolałam zostać z Nią... ale powiedziała, że taki bal ma się raz jeden jedyny w życiu i że nie można takich chwil sobie odbierać. Wiec poszłam, przecież miał to być mój dzień, wyjątkowy dzień mojego życia. Nie był... wiedziałam to już, zanim tam poszłam, ale... ale przecież, przecież już dawno przestałam decydować o tym, co jest dla mnie dobre. Z Nią się też po raz pierwszy kochałam. To kochanie się było najlepszym z balów, na jakich dane mi było być, choć wcale nie kupowałam na niego nowej sukienki, ani nie spędziłam kilku godzin przed lustrem. Po prostu poszłam, w swoich wytartych jeansach i wyciągniętym swetrze... poszłam i zostałam już na zawsze, choć przecież, zanim Słońce znowu wzeszło, ja już dawno szłam w swoją stronę. Wtedy po raz pierwszy - wtedy, gdy zobaczyłam ją bez skrzydeł, obudziłam w sobie straszną myśl.... myśl, że być może Ona jest tylko człowiekiem. Od razu jednak przestałam tak myśleć, bo nie, na pewno nie, przecież przedstawiła się Aniołem. Nie okłamałaby mnie, nie Ona, nie tak podle, bo dobrze wiedziała, że do szczęścia potrzebny był mi Anioł, a nie zwyczajna, najzwyczajniejsza w świecie kobieta. Zresztą to absurd, zwyczajne kobiety nie pachną tak niezwyczajnie i chodząc, nie unoszą się kilka milimetrów nad ziemią. Odkryłam to podczas któregoś z naszych spacerów, kiedy musiałam stanąć na palcach, żeby Ją pocałować, choć wcześniej nigdy nie musiałam tego robić - stawać na palcach, a nie całować... całować chciałam najbardziej na świecie. Ten pierwszy pocałunek był tak zwyczajny, jak wschód słońca nad rzeką. Znam tylko jedno miejsce na świecie, gdzie nie można nie wierzyć w to, że Bóg na pewno istnieje... polana nad Notecią. Ta polana gdzie po raz pierwszy pragnęłam kobiecego ciała. To Bóg mi Ją objawił, więc jak ja w ogóle mogłam wątpić w jej anielskość. Do dziś nie wiem, kim była, kim jest, nie znam daty, o której się pojawiła w moim świecie, nie znam też daty Jej odejścia, choć Ona chyba nigdy tak do końca nie odeszła. Znajduję Ją w swoich włosach, czasami widzę na skórze, czuję Ją pod swoimi palcami, a mimo tego z każdym dniem zaczynam coraz bardziej wątpić w jej jestestwo, tak bardzo kiedyś prawdziwe.

Kiedyś, wtedy, gdy biegłam do Niej z każdą nawet najmniej ważna sprawą, sądziłam, że jej dwa skrzydła zawsze będą nas chroniły przed całym światem. W to też zwątpiłam, wtedy, gdy po raz pierwszy jakiś obcy, zwyczajny i bardzo szary tłum ludzi wyśmiał Jej anielskość i moją zwyczajność całujące się w parku. Śmiali się z Jej skrzydeł... z mezaliansu, jakiego się dopuściła schodząc na Ziemię i chcąc kochać mnie, tak szarą, tak podobną do nich... Wtedy po raz pierwszy widziałam, jak kuli się pod swoimi skrzydłami i jak nagle nie muszę stawać na palcach, żeby móc Ją całować.
Próbowałam o Niej pisać wiersze, ale zawsze były niczym w porównaniu z Nią. Pamiętam, jak kiedyś stała u źródła, w ręku miała dzban. Gdy się schylała, świeciło Słońce. Za nią drzewa rzucały cień, chwilę wcześniej jadła wiśnie. Chciałam to opisać. Opisałam. Za wiersze o Niej zdobywałam mnóstwo nagród, ale dla mnie były one jedynie kiepskim opisem Jej doskonałości. Tomik "Ciało nagiej Kobiety" - najlepsze recenzje w najbardziej prestiżowych pismach dla koneserów poezji. Śmiałam się przez łzy i żałowałam tych klaszczących głupców. "Okrągłe biodra/ smukłe uda / i takież kolana. / Bose jej stopy / Nieokaleczone / w zimnej wodzie stała/..." - temu podobne dyrdymały porywały ich do braw, gratulacji, próśb o autografy. Kiepską poetką jestem, bo umiem pisać tylko o niej, a i to też nie najlepiej mi wychodzi, bo kiedy Jej zdjęcie - takie trochę za mgłą i rozmazane przez łzy, bo łzy miałam w oczach, gdy robiłam tą fotografię - więc kiedy to zdjęcie umieściłam na jednej z okładek tomiku poezji o Niej, to nikt Jej nie poznał. Nie widzieli w niej ani Anioła ani kobiety z dzbanem, którą tak oklaskiwali.

Odwiedzam miejsca, które kiedyś razem odnajdowałyśmy. W dzieciństwie podróżowałam po globusie. Tata brał ten wielki globus, który zniknął gdzieś razem z moją rodziną, więc brał ten wielki globus i godzinami podróżowaliśmy. Kongo w Afryce, Paryż, Lizbona, Stany... z Nią było dużo prościej i dużo ciekawiej. Brałyśmy mapę Polski i wybierałyśmy miejsca, gdzie jeszcze żadna z nas nie była. Jak nie miałyśmy czasu albo pieniędzy na podróże na drugi koniec kraju, zwiedzałyśmy najbliższa okolicę, a z Nią nawet wyprawa do supermarketu pachniała przygodą. Mleko sojowe, czy zwyczajne; miód czy dżem... Kongo czy Lizbona - podobną rangę miały te decyzje. Teraz czasami sama chodzę tam, gdzie chadzałyśmy razem... nie ośmieliłam się jeszcze zabrać gdziekolwiek tam gdzie bywałam a Nią jakiegokolwiek innego śmiertelnika... bo i po co?

Ona była dla mnie mapą, mapą, na której językiem zaznaczałam zdobyte już lądy. Jej usta... tyle godzin się im przyglądałam, zanim było mi dane je smakować, że znałam każde załamanie skóry, każdą bruzdę i kształt jej ust w każdych okolicznościach. Kiedy się uśmiechała, jej usta stawały się węższe, kąciki podnosiły się lekko do góry, choć ten lewy zawsze mniej niż prawy. Czasami śmiały się jej też oczy, czasami był to tylko grymas ust. Miała wiele uśmiechów. Jeden uwielbiałam i oddałabym niebo i ziemię, które nigdy nie były i nie będą moją własnością za to, żeby jeszcze choć raz ktoś się tak do mnie uśmiechnął. Nadymała wtedy lekko policzki, a z ust robiła księżyc. Oczy wtedy błyszczały jej jak dwa słońca. Nie miała dołków w policzkach, co jedynie nadawało jej anielskości... dołki w policzkach może mieć każdy, a śmiać się księżycem mogła tylko ona. Czasami oblizywała usta językiem, czasami przygryzała dolną wargę, najczęściej wtedy, gdy się nad czymś zastanawiała. Wysuwała wtedy koniuszek języka, a ja jak myśliwy, czasami próbowałam go złapać swoimi ustami. Nie lubiła, gdy z dziecięcą, ona mówiła, że wręcz infantylną - dziką radością dopadałam swoimi ustami do jej lekko rozchylonych warg tylko po to, żeby złapać jej język, wysunięty wcale nie do całowania. Czasami śmiała się równie dziecięco, jak ja, gdy na Nią "polowałam". Czasami śmiała się i płakała jednocześnie. A czasami uśmiechała się tylko ustami... zdarzało się, że zamykała wtedy oczy, żeby nikt nie widział jej smutku.

Uwielbiałam się w nią wpatrywać - tak całkiem bezmyślnie. Swoje szczęście nauczyłam się przy niej też przeżywać bezmyślnie, nauczyłam się czerpać z każdej chwili, z każdego wspólnie spędzonego kawałka świata. I marzyć się nauczyłam... choć ona tak usilnie starała się mnie oduczyć marzeń... Robiłam to w tajemnicy, wielkiej tajemnicy. Robiłam to do czasu, kiedy uwierzyłam, że marzenia się spełniają, a uwierzyłam wtedy, kiedy razem zamieszkałyśmy. Wcześniej, kiedy musiałam wracać do swojego pustego łóżka, albo kiedy ona zostawiała obok mnie jedynie swój zapach - właśnie wtedy marzyłam o tym, żeby kiedyś nie wychodzić, żeby zostać i żeby to było takie naturalne. Żeby wstać rano i nie leżeć czekając, aż ona się obudzi, żeby z tego wspólnego łóżka i życia wychodzić co rano do swoich spraw, a później wracać, jak gdyby nigdy nic. Bez umawiania się, bez planowania spotkań, ot tak, po prostu, zwyczajnie. I gdy to się okazało realne, prawdziwe i tak namacalne, że czasami aż bolało, zaczęłam wierzyć, wierzyć, że wolno mi mieć marzenia i że ktoś nad nimi czuwa, ktoś i gdzieś je spełnia.

Wtedy chyba nie wierzyłam jeszcze w Boga, nie wierzyłam w jego kościół, który tyle razy i tak jaskrawo dał mi odczuć, mnie - bo wtedy każdy zamach na homoseksualistów był zamachem na mnie - więc dał mi odczuć, że jestem persona non grata w ich świecie... Na długo się obraziłam, nawet wtedy, gdy jakimś przypadkiem jej anielskie skrzydła widywałam na obrazach z Jezusem czy jakąś inną świętą postacią sfery sacrum, nawet wtedy nie łączyłam jej z Bogiem. Nie pasowała mi do niego, do jego apostołów, do jego męczeństwa i krzyża. Teraz jak o tym myślę, być może zaczynam wierzyć, że miała jednak z Bogiem coś wspólnego... choć ciągle do końca nie wiem, co ich łączyło. Być może nic, a być może wszystko.

Być może... wszystko być mogło, a być może nie było nic. Tego też nie wiem. Mam kilka namacalnych dowodów na to, że coś było, ale mam też cała masę myśli, że nigdy nie było nic... a może było, ale już nie z Nią. Nie wiem. Teraz, gdy patrzę na to z perspektywy wielu lat, gdy mogę nad tym chłodno myśleć, choć akurat tego chyba dalej nie mogę, bo nie potrafię, myślę... myślę, że być może te wszystkie kobiety mojego świata już dawno wymieszały się z mężczyznami tegoż świata i z sobą nawzajem. Być może ten obraz, który mam w sobie to jedynie wypadkowa ich wszystkich razem wziętych i każdej z osobna. Nie wiem... Ją jedną pamiętam tak dokładnie i tak niedokładnie zarazem. Tak jasno i tak ciemno całkiem. Tak wyraźnie, choć najczęściej i coraz częściej jakby przez dym z ogniska albo zaćmioną kliszę, jakiej używaliśmy do oglądania zaćmienia Słońca w dzieciństwie, które już tak dawno gdzieś uciekło i zniknęło.

Siedzę i myślę o niej. Piję kolejne wino, które miesza mi się ze łzami i krwią. Czerwone, żeby nie zostawiało plam na krwi i prześcieradle. Widzę Ją, gdy zamykam oczy. Czuję Ją, kiedy kolejny raz dotykam ciała zimnym nożem. Jestem coraz bliżej Jej anielskości. I nawet przypomniałam sobie, gdzie spotkałam Ją po raz pierwszy. Pamiętam... była obrazem mistrza. W jakiejś książce, chyba od filozofii... przy temacie (chyba o miłości) pozostawiono Ją, dzieło Boga, którego była ideałem. Jeszcze jedna plama... jeszcze jeden łyk wina.... jeden papieros i już nigdy nie rozdzieli nas ani czyjś szyderczy śmiech, ani żadna z moich niedoskonałości. Ruszam w najtrudniejszą z dróg... trochę zbyt pijana... bez prawa jazdy. Pojadę za Nią... tam, gdzie widziałam Ją ostatni raz... choć nie pamiętam, co to była za rzeka i w jakiej książce Ją opisano...
Data publikacji w portalu: 2006-03-26
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »
  OPOWIADANIA ANKA J.  
  NOWE OPOWIADANIA  
  KONTAKT  

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

  NASZA TWÓRCZOŚĆ  

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

Ostatnio komentowane:

news Prawa kobiet a Koran
vesania olicadiablica ma całkowitą rację. Szkoda że w Polsce nie mówi się o tym głośno, Użalamy się nad tym jaki ciężki los mają imigranci z krsjów muzułmańskich a zupełnie pomijamy to, jaki... opinia dodana 2017-01-14 16:00:40
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Na jej rozkazy - CHAUDIÈRE A.D. i CALIGO A.
Słabo. Dobrnęłam do 20 strony mało się przy tym nie topiąc w nadmiarze nic nie wnoszących słów. Żałuję,...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2016