Sylwester xxx

Dni mijają ekspresowo, jeden po drugim, jak jacyś uciekinierzy ścigani przez władzę. No, bo, w zasadzie, są ścigane, a raczej poganiane - przez czas, którego władzy podlegają. Cichociemne - to określenie pasuje do nich jak ulał. Bez słońca, bez śniegu, ani zimne, ani ciepłe, w ogóle jakieś takie bezbarwne. Nawet nie szare - bo i szarość ma swoją tęczę odcieni - przemykają bezszelestnie, by zniknąć w równie bezbarwnym zmierzchu. W ogóle wszystko jest jakieś takie pozbawione wyrazu. A jedynym kolorem w okolicy jest sztuczny oranż wszechobecnych sodowych street lightów. Całe miasto tonie w tej ciężkiej, pomarańczowej poświacie.
Nie lubię zimy. Wnosi ze sobą przytłaczającą atmosferę gnuśności, ospałości, ogólnego tumiwisizmu. Nic, tylko zagrzebać się w barłogu i zapaść w zimowy sen, nastawiając uprzednio budzik na 21 marca.
Wyglądam przez zasłonięte do połowy okno. Kto by pomyślał, że to dopiero czwarta. Latem tak wygląda dziewiąta, albo i to nie; zależy, czy dzień był pochmurny, czy słoneczny. Brudny fiolet nieba nad stolicą nieco wyszlachetniał, przybierając z lekka szafirowy odcień. Jest 31 grudnia, mieszkanie uprzątnięte pod JEJ wizytę. Choinka - o ile można tak nazwać pojedynczą gałąź jodły z kilkoma świecidełkami na krzyż - dawno już została rozebrana, nie doczekawszy się Trzech Króli. Zawsze wcześniej ją rozbieram; nie widzę sensu trzymania tych dupereli jeszcze po świętach, przez kolejne, robocze dni. Miejsce tylko zajmuje, igły się sypią; ani posprzątać, ani w ogóle nic. Wkurza mnie to. Pomimo naturalnej skłonności do popadania w długotrwale stany zbliżonej do letargu, zadumy, nie lubię bajzlu wokół siebie i, prędzej, czy później zrywam się do sprzątania. Bywają chwile, że nawet to lubię. Sama się sobie dziwię, ale - jednak. Mam szczególnego hopla na punkcie czystych szyb, zawsze przed świętami starannie je poleruję, powtarzając tę imprezę tuż przez Sylwestrem. Muszę mieć czyste okna i lustra. Koniecznie.
Prosty, bukowy stół stoi bez nakrycia, wypolerowany na glanc i pachnący pszczelim woskiem. Kontrastuje swym ciemnym złotem z białymi ścianami oraz karminowym dywanem i takimiż zasłonami. Na stole dwa ogromne wachlarze z czerwonych serwet, oświetlone przez płonące, bordowe świece. No i kieliszki, rzecz jasna, proste, wysokie, tak wypucowane, że niemal niewidzialne i tylko białe bliki świadczą o ich obecności. Kocham ciemną czerwień, we wszystkich jej odcieniach. Jest taka zmysłowa, a zarazem mistyczna; gorąca a chłodna; aksamitna i cierpka jednocześnie. Właśnie taka jak nasze ulubione hiszpańskie wino. Mam nadzieję, że o nim nie zapomniała, ja mam tylko szampana i soki. Owalna, srebrna taca, wyłożona jest także czerwonymi serwetami i pełna wszelakich ciastek; między innymi, pączków i eklerków, ale nie tylko. Całości dopełnia niewielki, okrągły koszyk z pomarańczami. Moimi ulubionymi owocami.
Przez chwilę przyglądam się temu z zachwytem, podziwiając własne dzieło, po czym kieruję kroki do pokoju - muszę się jeszcze ubrać i umalować, bo drań czas ciągle gna bez opamiętania.
Lakier, też zresztą karminowy dawno już zastygł na moich paznokciach, przeistaczając je w idealnie gładkie i lśniące uwieńczenia palców. Jestem dumna z moich paznokci. Nie muszę ich stale polerować i wygładzać, ani modelować, żeby uzyskać w miarę regularne kształty. W zasadzie, to nic z nimi nie robię, poza upiłowywaniem, co jakiś czas, końcówek, żeby się nie łamały. A one i tak są ładne i zadbane.
Podchodzę do szafy, otwieram ją. I sięgam, niby na chybił - trafił, po moją dzisiejszą kreację. Moja ręka wyczuwa ją od razu - gładki, lejący się materiał, zdobny w lamparci deseń. Wypatrzyłam tę kieckę w jakimś sklepie z odzieżą i od razu poczułam, że muszę ją mieć. Wisiała tam tylko dla mnie; mój wzrok padł na czarno–złocisto–brązowe cętki i usłyszałam szum satyny: weź mnie, weź mnie… Obcisła, dopasowana, pod kolanka i na jedno cienkie ramiączko. Z wszytym stanikiem, co dla osoby z moim biustem jest nie lada wygodą.
Rozkładam suknię czule na łóżku, obok ciemnobrązowych pończoch i czarnych stringów. Pantofle nr 38, z czarnej, lakierowanej skórki, na półobcasie, czekają już od kilku dni, na swój czas.
Zdejmuję ręcznik z głowy. Bujne, czerwonokasztanowe i, oczywiście, kompletnie jeszcze mokre włosy, opadają mi kaskadami na ramiona, w największym nieładzie. Co tam, do fryzjera nigdy nie chodzę, moje włosy tego nie potrzebują - są gęste i mocne, niejedno szarpanie już wytrzymały. Nie upnę ich, nie skleję lakierem, nawet suszarką nie wysuszę. Po prostu, rozczeszę na mokro, pozwalając im się ułożyć tak, jak same chcą. Kochają niezależność; zupełnie, jak ich właścicielka.
Staję twarzą do lustra, rozchylając powoli szlafrok. Oczom moim ukazuje się widok, którego od dłuższego czasu unikałam. Moje ciało. Zmęczone, obolałe, skostniałe. Zniewolone. Wykorzystane, a potem odrzucone. Po raz pierwszy, od bardzo dawna, je oglądam, powoli uwalniając się od skrępowania. Czuję, że znowu jest moim ciałem, częścią mnie a nie jego własnością. Patrzę, więc, na nie, wyblakłe, w aureoli rudych pukli, niczym marmurowy posąg w wieńcu z winobluszczu; oswajam się z widokiem i nawet się do niego uśmiecham. Lekko dotykam piersi, do niedawna jeszcze ściskanych przez szorstkie, barbarzyńskie łapska. Nadal są blade, ale sutki już wyraźnie różowieją, ożywają, jak dojrzewające czereśnie. Brzuch jest już znowu mój; sine ślady zniknęły z niego całkowicie. Także łono jest znowu czyste. Moje ręce czule je głaszczą, docierając do starannie wygolonego, rudego trójkąta. Owłosienie jest miękkie, jak aksamit, bo starannie je wystrzygłam i wtarłam żel. Jest też pachnące. Nie wiem, co prawda, czym, ale pachnie. Musieli ten żel wyperfumować czymś przyjemnym, jakby olejkiem. Stoję tak, na powrót swoja własna, zachwycając się swoim widokiem, jak jakiś Narcyz. Palce, bezwiednie pchają się w aksamitny trójkąt, potem zjeżdżają niżej, ocierając się o nabiegłe już krwią wargi… Nie! Stop - ręce cofają się, jak młodociane złodziejaszki przyłapane na kradzieży jabłek z sadu. Nie teraz.
Siadam na łóżku i zaczynam naciągać pończochy. Wchodzą, początkowo topornie na nie całkiem jeszcze wyschłe łydki, jednak, w miarę ich rozciągania, zaczynają obejmować moje nogi, układając się na nich przejrzystym cieniem. Zakończone są prostą, satynową koronką, w dziwnym kolorze, z pogranicza brązu i czerni. Po chwili, także rudy, puszysty trójkąt łona znika za czarnym, gładkim trójkątem fig. Teraz kolej na suknię. Wślizguję się w nią miękko, rozkoszując się muśnięciami jedwabiu na mojej skórze. Jedynym jej zapięciem, jest krótki, złoty suwak pod moją prawą pachą, zasuwam go, układam piersi w ukrytych miseczkach, stopy wsuwam w pantofle i oto jestem, odziana i zadowolona, puszczając oko do swego odbicia.
Włosy już zdążyły mi nieco podeschnąć, rozczesuję je ponownie. Lśnią, niczym cieniutkie, miedziane druciki, wyłapując tęczowe bliki padającego na nie światła lampy. Są piękne. Jedyne w swym rodzaju. To nie próżność, zachwycać się swoimi atutami, czymś, co na zachwyt zasługuje.
Teraz tylko makijaż. Twarzy nie pudruję, ani nie wcieram w nią żadnego podkładu. Bo i po co? Zaraz zaczniemy pić, szaleć i wszystko się rozmaże. Biorę na dłoń trochę brzoskwiniowego pudru w kremie i delikatnie go rozprowadzam po policzkach, dając też, odrobinę na nos, żeby nie błyszczał. I wystarczy. Z cieniami na powieki też zbytnio nie cuduję, kładę trochę liliowego na dolne i perłowego na górne. Ten zestaw kolorów optycznie powiększa moje oczy; ciemnojagodowy tusz do rzęs wydobywa ich świetlistą, lekko chłodną zieleń. Co do pomadki, to jakoś nie mogę się zdecydować, czy wybrać brzoskwiniowy róż, czy czerwone wino; w końcu jednak, z uwagi na paznokcie, wybór pada na to drugie. Nanoszę dostojną czerwień na wyblakłe, dawno niecałowane usta; uśmiecham się promiennie. Jestem piękna, czuję to.

W końcu, słyszę dzwonek u drzwi. Czuję, jak serce podchodzi do gardła, jakby to nie moja przyjaciółka mnie odwiedzała, tylko jakaś persona. No i czego tak peniasz, głupia, karcę się w myślach, podchodząc do drzwi.
Stoi w nich, świetlista, promieniująca urodą i witalnością, odziana w granatowy płaszczyk oraz czarny beret i kozaczki. Cieszy się na mój widok, a ja na jej. Moja słodka Mariola, co oczy ma jak cola. Ubóstwiamy się, nie ma, co. Zapraszam ją do środka, wchodzi, rzucając mi się od progu na szyję, jak dziecko. Wyciska na moich policzkach dwa soczyste, różowe buziaki, po czym wyciąga ramię, a spod rękawa wyłania się ciemnozielona butelka. Pamiętała, kochana moja, pamiętała! Biorę butelkę i stawiam ją na stole, podczas, gdy ona, jakiś spory pakunek zanosi do kuchni. Zastanawiam się przez chwilę, co też to takiego może być. Czyżby ciasto?
Wchodzę za nią do kuchni, akurat, kiedy prawie już rozwinęła. To nie ciasto, to jakaś pieczeń. Mariola, patrząc na mnie kątem oka, uśmiecha się chytrze.
- Dzieło babci - mówi z dumą w głosie, podsuwając mi pod nos nadziany na widelec plasterek wypieczonego mięsiwa. Połykam je łapczywie, nawet nie gryząc, moje kubki smakowe wibrują nagłą oskomą.
- Pycha! - mówię z entuzjazmem. Więcej nie trzeba, recenzja jest nad wyraz trafna. Jej piękne oczy, barwy coca - coli, wyrażają całkowitą satysfakcję. W drugim zawiniątku znajduje się miseczka z grecką sałatką, za którą obydwie przepadamy. No, to prowiant mamy zapewniony, deser także, o trunku, to już nawet nie ma, co wspominać. Jeśli wszystkiego na starcie nie wytrąbimy, może starczy na jutrzejszy klin. Pieczywa żadnego nie przyniosła i dobrze, po co się niepotrzebnie zapychać.
Na razie, żadna z nas nie jest głodna; zostawiamy, więc jedzenie w kuchni i idziemy do salonu, celem degustacji wina. Właściwie, to nie ma, co degustować, obydwie przecież znamy ten smak na wylot.
- Ale tylko po lampce, OK? - mówię. - żeby coś do kaczki zostało.
Kiwa głową, odkorkowując niecierpliwie butelkę i po chwili kieliszki napełnia wonny, karmazynowy płyn.
Czuję w ustach cierpki, intensywny smak, jakby gorzkawy. Wytrawny karmazyn spływa aksamitnie w głąb mojego gardła, paląc rozkosznie żołądek, język chłonie zmyślny bukiet smakowy. Jestem w raju.
Widzi moje zadowolenie i uśmiecha się. Jakże ona ma zniewalający ten uśmiech! Jest taka piękna w swojej prostej, czarnej mini, w długich, czarnych kozaczkach skrywających wyjątkowo kształtne łydki. Ze sznurkiem pąsowych paciorków na kremowej, łabędziej szyi, w aureoli prostych, złotych włosów, ledwie muśniętych lakierem. No i ta opalenizna. Masło kakaowe cudownie podkreśla jej karnację, dodając jej egzotycznego uroku. Jestem hetero, zawsze byłam. I nigdy by mi nie przeszło przez myśl, nawet żeby tylko całować się z dziewczyną, a co dopiero coś więcej. A jednak… teraz, kiedy Ona jest tu, koło mnie, sącząc ze mną wino, czuję, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Po raz pierwszy, od bardzo dawna, przepływa przeze mnie gorący dreszcz rozkoszy, niosący ze sobą to błogie napięcie. Kiedyż ostatnio ja się tak czułam? Jakieś osiem, czy dziewięć miesięcy temu, będąc w mocy Adriana. To było fatalne zauroczenie. Jakże ja byłam wtedy durna, naiwna, jak jakaś nastolatka, która nigdy z facetami nie miała do czynienia. Wstydziłam się swojej naiwności; co więcej, paliła mnie bardziej nawet, niż sposób, w jaki mnie potraktował. Wzrok mam utkwiony w świecy; w miarowo płonącym, niemalże białym języku ognia. Powracają nieznośne wspomnienia, nadciąga fala złości. Ręka odruchowo zaciska się w pieść.
- W porządku? - pyta zaniepokojona Mariola.
Rozluźniam pieść, wzrok mój pada na interlokutorkę. Uśmiech zgasł momentalnie z jej pełnych, różowych ust.
- Jasne - mówię bez przekonania. Biorę kolejny długi łyk. Patrzy na mnie z troską; wiem, że odgadła moje myśli.
- Musisz o nim zapomnieć - zaczyna wywód - nie jest ciebie wart. W ogóle, mało, który z nich jest wart takiej kobiety, jak ty.
Jakoś mnie to nie pociesza. Wiem, co teraz powie i to napawa mnie kolejną falą złości. Tak już jest… Nienawidzę tej sentencji. O nim, to już prawie zapomniałam, męczy mnie ten mój kurewski pech. To nie fair! Dlaczego ja nie mogę mieć tego, co mają inni? Czy nie jestem zdolna do miłości? Jestem! I to bardziej, niż niejedna durna lala, która zawsze kogoś ma u boku. Czy nie nadaję się do związku? A skąd mam to, do cholery, wiedzieć? Jeszcze nigdy w żadnym, tak naprawdę, nie byłam. To były jakieś krótkotrwałe relacje, oparte na pozornym podobieństwie charakterów i niczym innym, poza tym. Zawsze, najpierw impuls, potem intensywne współistnienie i nagły koniec. I długie odchorowywanie; na ogół dłuższe, niż sama znajomość. Miałam tego dość. Los notorycznie robił mnie w chuja i to bez pardonu.
- Zobaczysz, w końcu trafisz na tego odpowiedniego - gładzi moje dłonie.
- Przestań! - mówię gwałtownie. Tanich pocieszeń też nienawidzę. Gówno prawda, że pomagają. A nawet, jeśli, to tylko doraźnie. Bólu się nie maskuje, tylko uśmierza!
Wstaję, poirytowana, podchodzę do komputera, odpalam youtube. Pomieszczenie wypełniają dźwięki „My Girlfriend’s Girlfriend”. Ostatnio ciągle mam na nich, TON znaczy, nastrój. Zapewne wiąże się to z moim obniżonym samopoczuciem. Nieważne, lubię ich i już. Melodia płynie, a ja w jej rytm zaczynam ruszać biodrami. Mariola podłapuje ten rytm i przyłącza się; po chwili, obie wirujemy po czerwonym kwadracie dywanu, chichrając się, jak gdyby nigdy nic. Powoli zapominam o nieprzyjemnym wydźwięku odbytej przed chwilą rozmowy. Zbliżam się do Marioli, obejmuję ją w pasie. Ona zarzuca mi ręce na szyję, a po chwili, ulegle przewiesza mi się przez ramię. Piruet. Jeden, drugi, trzeci. Skołowana nieco, przystaje na chwilę, rozglądając się chwiejnym wzrokiem po pokoju. Bidulka, chyba nieco przesadziła z trunkiem. Leci właśnie zwolniona wstawka w utworze. Łapię ją żartobliwie za biust i przyciągam do siebie, a ta wariatka klęka przede mną, zbliżając twarz do mego łona. No, dobra, mała, myślę sobie i kontynuuję dowcip, kładąc rękę na jej głowie i popychając ją lekko, a oczy wznosząc w sufit. Znowu obie pokładamy się ze śmiechu. Ona wstaje i, objąwszy mnie mocno w pasie, całuje prosto w usta. To nie jest tylko cmoknięcie, to pocałunek; długi, namiętny, ekscytujący. Wtapia się w moje usta bez skrępowania, jakbyśmy były długoletnią parą. A ja, bez skrępowania przyjmuję te pocałunki. Jak ja dawno nie czułam czyjejś bliskości, tak, jak w tej chwili… Może nawet wcale jej nie czułam? Może ja, w gruncie rzeczy, jestem lesbijką, a ci wszyscy kolesie, łącznie z Adrianem, byli jakimś nieporozumieniem? Na pewno byli; w tej chwili nie mam, co do tego cienia wątpliwości. Żaden jakoś nie potrafił ze mną wytrzymać dłużej, niż kilka tygodni, góra, miesięcy. Zastanawiałam się, dlaczego. Czy nie byłam wobec nich lojalna? Czy nie starałam się podtrzymywać tej relacji, jak tylko umiałam? Jak mi się rewanżowali? Totalnym lekceważeniem. Gnoje. Próżne, zadufane w sobie prymitywy. Oni chyba wcale nie chcą poważnego traktowania, tylko nieustannego uwielbienia dla swoich fiutów. Ale… dośc już o nich. Miałam Ją i tylko to się teraz liczyło. Oczywiście, nie jest singielką, skąd; taka piękna dziewczyna raczej nie ma szans uchować się od adoratorów. Ma faceta, bardzo zresztą czułego i sympatycznego; znam go osobiście. Pozostajemy wyłącznie na stopie koleżeńskiej, nie zrobiłabym tego mojej przyjaciółce. No, więc, jest zajęta. I co z tego? Teraz jest moja i tylko moja. Ten wieczór jest nasz, więc, korzystajmy, ile się da, bo, kto wie, kiedy następnym razem nam się trafi taka okazja?
Mariola, wyraźnie ośmielona, pcha mnie, prosto na stół. Ostrożnie, mówię, nie wjedź mną w ciastka. Nie słucha. Kieruje mnie prosto w tacę. Ląduję głową w eklerkach…
- Oż ty! - uwalniam się z kleszczy jej ramion i tarzam jej buzię w słodkim kremie. - No i kto jest teraz górą?
Nie pozostaje mi dłużna, wcierając lukier i krem w moje włosy. Tego już za wiele. Oswobodzona z jej objęć, podążam w kierunku lodówki. Chowam tam pojemnik z bitą śmietaną. Na specjalną, hihi, okazję. Właśnie się nadarzyła. Dobywam „broni”, odwracam się. O mały włos nie obrywam słodkim pociskiem między oczy; w ostatnim ułamku sekundy udaje mi się zrobić unik. Rzucam się na przeciwniczkę, zdobiąc jej buźkę słodką zaspą śnieżną. Krzyczy, na wpół zszokowana, na wpół podekscytowania. Bita śmietana jest lodowata, a to, jak wiadomo, zawsze wzmaga doznania. Przygważdżam ją, jedną ręką do podłogi, nie bacząc na to, że cała jest uświniona, drugą, rozprowadzam białą pianę po jej twarzy i dekolcie.
- Masz za swoje, hahaha! - mówię z triumfem w głosie.
- A niech cię… nic nie widzę! - szamoce się, nie przestając chichotać.
W końcu, kapituluje. Schodzę z niej, a ona wyciera ręką oczy i oblizuje palce. Smakuje jej. No jasne, przecież uwielbia bitą śmietanę. Ja zresztą też. Mamy wiele wspólnych upodobań, ze smakowymi na czele. Myje się, jak kotka, przecierając dłonią twarz i oblizując ją i tak na zmianę, a ja nie mogę oderwać wzroku od tej toalety. Czuję dziwne mrowienie. Czy to samo czuje facet, gdy napali się na jakąś babkę? Przypominam sobie, jak wielokrotnie zadręczałam Adriana pytaniami o odczucia faceta przed, w trakcie i po stosunku. Patrzył na mnie zawsze, jak na oszołoma, po czym, bez słowa robił dalej swoje. A ja, z zamkniętymi oczami, szczytowałam.
Mariola patrzy na swoją zapapraną kieckę i pełen wyrzutów wzrok przenosi na mnie. „Odpowiadam” jej, miną i gestem, że sama jest sobie winna, a ona się do mnie zbliża. Uchylam się, na wszelki wypadek, spodziewając się czynnej dintojry za splugawioną kremem czarną satynę, ona jednak…. Nie mogę w to uwierzyc!! Obejmuje mnie, przyciągając moją twarz do swojej. Jej usta, nagle spoczywają na moich. Tak, jak wówczas, gdy razem tańczyłyśmy, ale tym razem, na poważnie. Mrowienie nasila się, rozprzestrzeniając się po całym moim ciele. Jej język wsuwa się pomiędzy koje uchylone wargi, czuję go na zębach.
Delikatnie odrywam się od jej gorących ust i kładę dłonie na jej lepiących się policzkach. Z jej rozchylonych, lśniących warg wydobywa się ledwo słyszalny jęk. Jest podniecona, jak ja, a może nawet i bardziej. Odgarniam ręką klejące się do twarzy jasne kosmyki, palcami muskam jej wargi, brodę, potem szyję… Na karku się zatrzymuję, szukając po omacku zapięcia sukienki. Jest, wiązanie u samej nasady szyi. Pociągam za koniec tasiemki i po chwili z zapartym tchem przyglądam się, jak błyszcząca fala czerni miękko z niej spływa, ukazując parę pięknych piersi. Nie są wcale białe, opalenizna płynnie się na nich rozkłada; sutki są twarde i sterczące, jak czekoladowe pralinki. Nie namyślając się wiele, pochylam się i zaczynam je ssać. Jej jęk jest coraz głośniejszy, co mnie obliguje do mocniejszego ssania. Przysięgłabym, że mam w ustach najdelikatniejszą, szwajcarską czekoladę. Wysuwam język i zaczynam wilżyć nim same końcówki, a ona wygina tułów do tyłu, jęcząc coraz głośniej. Chce, żebym ją ugryzła. Gryzę. Chce mocniej. Zaciskam, więc zęby wokół brodawek, odciski łagodząc po chwili, szorstkim kompresem z języka. Kładzie się na podłodze, a ja zsuwam z niej sukienkę do reszty. Pod spodem ma czarne pończochy i koronkowe, również czarne stringi. Ręce jej już zaczynają migrację na południe, w dół brzucha, ja jednak, łapię je i przytrzymuję, nim dotrą do łona. Nie tak szybko, mała. Jesteś teraz w mojej władzy, a ja nie toleruję żadnej samowolki. Cierpliwości…
Język mój, ślizga się teraz po jej brzuchu, nurkując w pępku. Zawsze mnie doprowadzało do ekstazy, kiedy Adrian swoim językiem penetrował mój pępek, jestem ciekawa, czy w jej przypadku to również wywoła ten stan. Jej brzuszek jest niemal idealnie płaski; pod pępkiem jedynie jest niewielkie zaokrąglenie. Wzgórek ma za to wypukły. Jej facet to prawdziwy szczęściarz.
Teraz nadchodzi pora na odsłonięcie tajemnicy koronkowych fig. Unoszę jej biodra i pupę i ściągam je, powoli i z wyczuciem, nie chcąc uszkodzić delikatnej koronki. Adrian nigdy nie miał takich skrupułów wobec mojej bielizny; po prostu zrywał ją ze mnie jednym szarpnięciem, bez zastanowienia. Ja szanuję swoje i cudze odzienie. Kiedy wreszcie majteczki lądują, nienaruszone, na podłodze, rozchylam na oścież jej nogi, delektując się, w omdlałym zachwycie, zastanym widokiem. Złociste pierścienie wieńczą wejście do komnaty rozkoszy, niczym pylony w egipskiej piramidzie. Szparka, kompletnie już mokra, sama, bez mojej interwencji, zaczyna się poszerzać. Pierwszy raz coś takiego widzę i to na żywo, a nie w jakimś durnym filmiku, jakich wszędzie w necie teraz pełno. Nie tykam jej, po prostu, wpatruję się, oniemiała w wąski otworek, poszerzający się z każdą chwilą coraz bardziej, w ruszające się wargi sromowe, jak skrzydełka podrywającego się do lotu, różowego motyla i w zaczynającą coraz szybciej pulsować łechtaczkę. Nie chcę jej dotykać, póki nie nasycę się tym widokiem. Rozkładam jedynie jej uda, najszerzej, jak tylko się da i pochylam się nad szparką, wdychając jej woń. Trzeba przyznać temu skretyniałemu męskiemu rodowi rację - zapach cipki nie ma sobie równych. Pochylam się jednak za nisko, czubkiem nosa trącając nieszczęsną i tak już oszalałą łechtaczkę.
- Oooooooogggggggghhhhhhh……. - wydobywa się z niej donośny jęk, przeszywający wieczorną ciszę.
Teraz dopiero wkraczam do akcji. Językiem jadę najpierw w górę i w dół, wzdłuż rowku, sięgając także czekoladowej dziurki. Ku mojemu zdziwieniu, liżę ją z przyjemnością, w ogóle nie myśląc o tym, co zazwyczaj tamtędy się wydostaje. A zawsze dziwiłam się Adrianowi, że z takim smakiem pchał mi język w odbyt. Mdliło mnie na samą myśl o tym i uważałam go na psychicznego. A tu, proszę, teraz sama chętnie się weń zagłębiam, jakby to był słoik z nutellą. Język wraca w górę, anektując od razu łechtaczkę i obszar wokół niej. Mariola pręży się, jak struna, wydymając swe złote łono coraz bardziej. Ręce to ściskają kurczowo piersi, to znowu tarmoszą bez opamiętania czerwony puch dywanu, wyrywając zeń nitki. Nie zważam na to; jej rozkosz jest dla mnie w tej chwili, najważniejsza. Dwoma palcami rozchylam maksymalnie jej wargi sromowe, a trzeci wkładam do środka. Jej wnętrze jest gorące i lepkie; na ściankach widać białawy nektar. Twarz ma teraz wtuloną we własną sukienkę; jęk dochodzi mnie, więc stłumiony, zlewający się z moim biciem serca. Wyjmuję palec i oblizuję go. Jakoś nie potrafię zidentyfikować smaku, wiem, że w jakichkolwiek innych okolicznościach bym się porzygała, ale teraz… Zapuszczam, ponownie, język w szparkę, wyłapując nim pokłady jej soku, trzepoczę nim niecierpliwie, to znowu powoli masuję, a ona wije się w spazmach rozkoszy, jęcząc i wyjąc. Jest szczęśliwa, zaspokojona, nasycona. Ja tak samo. Przerywam minetę, chcąc dać jej chwilę odsapnąć, dojść do siebie. Co za dużo, to i świnia nie chce.
- Mam ochotę na eklerka - mówię na głos, po chwili. Siada na podłodze, zdumiona.
- Jak to, przecież wszystkie już, hihi, zużyłyśmy. Poza tym, jak możesz w takiej chwili myśleć o jedzeniu??
Uśmiecham się, każąc jej się położyć. Kładzie się, więc, posłusznie, a ja sięgam po butelkę z bitą śmietaną. Jeszcze trochę jej zostało.
- Zrób mostek - mówię. Unosi, więc, swą boską pupcię, na filarach drżących ud, jęcząc, że długo tak nie wytrzyma. Ciało ma, jednak, na tyle wysportowane, że jestem o to spokojna.
- Wystarczy, łokcie i tułów mogą zostać na podłodze. Nogi szerzej! - rozkazuję.
Ależ ona jest uległa. Bez szemrania wykonuje każde moje polecenie, bez względu na to, jakim tonem padnie. Gdy już jej cipka ufnie się przede mną wypina, zaczynam ją pieścić chłodną i szorstką końcówką aerozolu, niczym wibratorem. Najpierw rowek i po obrzeżach, potem w górę, wokół łechtaczki, na koniec, umieszczam ją TAM, naciskając…
Mariola, bez żadnego skrępowania, krzyczy z dzikiej rozkoszy, zimna, biała piana wtłacza się w nią pod ciśnieniem, a ja już zatracam, prawie całkowicie, kontakt z rzeczywistością. Jesteśmy tylko: ja i Ona, oraz jej słodka, cudowna cipka, pełna bitej śmietany.
- Rozumiesz już? - pytam, sapiąc. Kiwa głową, patrząc na mnie zamglonymi oczyma. Zbliżam jej wargi sromowe do siebie, niczym dwie połówki eklerka, nadmiar kremu wyciska się na zewnątrz. Smakuję go. Jest nieporównany z niczym, co dotychczas miałam w ustach. Po prostu - ambrozja. Liżę, łapczywie, do czysta. Biedactwo, nie ma już sił krzyczeć. Uwalniam ją wreszcie, od mojego upiornego języka. Musi odpocząć. Jest wykończona tym nadmiarem szczęścia.
- Powinnaś trochę poleżeć - mówię, wstając. Kolana pieką mnie od ciągłego klęczenia, rozmasowuję je sobie, więc, choć, niewiele to daje. Tułów też mnie strzyka, to nie była za wygodna pozycja, delikatnie mówiąc. Poza tym, cały czas mam na sobie lepiącą się kieckę. Ściągam ją, by wrzucić do prania; biorę też strój Marioli.
Wzrok mój znów pada na nią. Jej ciało bieleje na czerwonym tle dywanu. Leży, z na wpół zamkniętymi oczami; oddycha głęboko, w niezmienionej pozycji - z rozwartymi nogami, kolanami w górze i rękoma założonymi za głowę. Uśmiecha się błogo. Długo mnie popamięta. Kosmata faktura dywanu wpija jej się, bezwstydnie w szparkę; nic sobie z tego nie robi. Jej sutki ciągle sterczą.
Zanoszę jej i swoją sukienkę do pralki. Macam się; i ja jestem tam cała mokra. I czuję, jak zaczyna mi pulsować, coraz intensywniej. Nie mogę już dłużej czekać. Zdejmuję pośpiesznie stringi i moje niecierpliwe palce dopadają moją własną szparkę, nie oszczędzając ani milimetra. Stoję w rozkroku przed dużym lustrem, ubrana jedynie w pończochy i dogadzam sobie w najlepsze, podniecając się widokiem własnego rudego łona. Obserwuję, jak moje własne sutki twardnieją, przybierając kształt chińskich kapeluszy. Moja cipka pęcznieje, nabiegła krwią, a ja, po raz pierwszy od bardzo dawna, czuję prawdziwy orgazm. Jęcząc, osuwam się na podłogę; siadam na niej z wyprostowanymi, rozłożonymi nogami, potem się kładę. Leżę tak, wgapiona w biały bezkres niedawno malowanego sufitu, wspominając, z rozrzewnieniem to, co niedawno miało miejsce w salonie. Jestem szczęśliwa, wyluzowana i chyba… zakochana? Hmm…
Wstaję w końcu, muszę się opłukać z tego lukru, kremu i potu. Mariola też powinna się odświeżyć. Stoję pod gorącym strumieniem, rozmyślam. Brzoskwiniowy szampon spływa bladoróżową pianą z mych włosów; brzoskwiniowy balsam pod prysznic obmywa moje ciało. Prawie wszystkie kosmetyki mam na bazie tego owocu. Uwielbiam brzoskwinie. No, bez skojarzeń, proszę. Chociaż, w zasadzie… a, tam. Już się stało. Najwyraźniej, tak musiało być. Sięgam po ręcznik, wycieram twarz, potem włosy. Cały czas tym samym, owijam się i wychodzę z łazienki.
- Mariola, teraz ty weź prysznic - mówię, wchodząc do pokoju.
Leży teraz na boku, z lekko podkulonymi nogami; skrzyżowane ramiona obejmują piersi. Chyba przysnęła, bo nie reaguje. Podchodzę do niej, trącając ją lekko w ramię. Otwiera oczy.
- Wykąp się, kochanie - powtarzam czule, gładząc jej posklejane włosy. - Nie chcesz chyba powitać nowego roku lepka i spocona?
Podnosi się niemrawo, kierując powolny krok w stronę drzwi łazienki.
Kiedy ona się myje, ja zbieram resztki ciastek i zmywam bitą śmietanę ze ścian i podłogi, próbując przywrócić ład naszemu słodkiemu pobojowisku. Uśmiecham się do siebie - wszystkie eklerki poległy na polu bitwy, część pączków podzieliła ich los. Może to i lepiej; nie będziemy się tak pasły; w końcu, to czyste kalorie, nic więcej. Dywan także jest zapaprany, ale spoko, odrobina vanishu na gąbce powinna załatwić sprawę. Przecieram nią raz i drugi po powierzchni, cześć bordowych kłaków, oczywiście, natychmiast przyczepia się do gąbki. Nie chce mi się jej czyścić, wezmę nową. No i proszę, kilka machnięć i dywanik, jak nowy.
Pusta butelka po bitej śmietanie ląduje w zlewie, razem ze szczątkami ciasteczek. Później to sprzątnę do końca. Teraz wyjmuję szampana z lodówki, bo już dochodzi 23.45. Rany, strasznie długo się zabawiałyśmy; mam nadzieję, że sąsiedzi wszyscy gdzieś wybyli; nie chcę następnego dnia oglądać ich śliskich spojrzeń i durnych uśmieszków. Dobra, już wszystko gotowe. Siadam uradowana, przy stole, zapalam marlboro. Mokry ręcznik zawieszony na oparciu krzesła obok schnie, a ja - goła i wesoła - czekam, aż wybije północ.
Wychodzi wreszcie, moja cudna z łazienki, lśniąca i gdzieniegdzie przystrojona kroplami wody, jak perełkami.
- Jesteś śliczna - mówię z zachwytem.
- Nie masz jakiegoś szlafroku? - pyta moja bogini.
- A co, zimno ci?
- Nie, ale jakoś tak…. Głupio mi na golasa - bąka, ręką zasłaniając łono.
- Jak to: głupio? - nie mogę w to uwierzyć - przecież jeszcze pół godziny temu niczego się nie wstydziłaś?
- Tak, ale, to było co innego. Nagość w sypialni, czy łazience jest naturalna; w innych częściach domu już nie.
Kiedy się kocham, to normalne, że jestem naga, ale siedzieć tak przy stole, jeść, pic szampana.. nawet sama ze sobą bym się krępowała.
- Żartujesz? A czego ty się, dziecinko wstydzisz? Chyba nie mnie??
Gaszę kipa w szklanej popielniczce i wstaję od stołu, ukazując jej się w pełnej krasie. Obejmuje mnie, początkowo nieśmiałym, spojrzeniem, od stóp, do głów. Uśmiecha się.
- Ależ ty masz piękne piersi - powiedziała w końcu. - Mogę ich dotknąć?
- Nie pytaj, zaryzykuj. Najwyżej dam ci po łapach.
Chichocze pod nosem, po czym podchodzi, wyciąga dłoń i muska nią moją lewą pierś. Cofa rękę prawie natychmiast, jakby w obawie, że faktycznie ją trzepnę. Spoglądam na nią z politowaniem; ujmuję obie jej ręce i kładę sobie na biuście.
- Tak lepiej? - pytam z lekkim przekąsem. Śmieje się i zaczyna je figlarnie szczypać.
Zegar tymczasem wybija 00.00; nastaje rok mistrzostw, 2012. Pijemy szampana, rozmawiamy, śmiejemy się, wymieniając coraz to nowymi, w większości nieprzyzwoitymi, dowcipami - i na tym upływają nam kolejne dwie godziny. To chyba najbardziej udana impreza noworoczna, w jakiej kiedykolwiek uczestniczyłam. Bez fajerwerków, bez muzyki (nie licząc nuty na wstępie); bez góry żarcia, morza alkoholu i bez facetów - a jednak udana, pełna seksu, sycąca i upojna. Jestem szczęśliwa, moja Mała także - i nic więcej się nie liczy.
Około 02.30 zaczynają nam się kleić oczy; udajemy się zatem, na spoczynek. Oczywiście, w jednym łóżku, a co. Zasypia pierwsza, tuląc się do mojego ramienia; ja - chwilkę po niej. Czuję ciepło jej ciała i świeżość pościeli i jest mi niewypowiedzianie dobrze. Z twarzą zwróconą w jej stronę szepczę: Kocham Cię, ale ona już śpi i nie słyszy mojego wyznania. Może to i lepiej, przechodzi mi nagle przez myśl. Przecież jest zajęta. Lubię i szanuję jej faceta i za nic w świecie nie chciałabym go zranić. Nie chciałabym też, żeby ją zostawił, bo niewątpliwie, jest jednym z najlepszych osobników rodzaju męskiego, jakich ta ziemia nosi. A może tak do trójkąta? Nie, w życiu. Nie poszedłby na to. To porządny człowiek. Ja zresztą, też bym tak nie chciała. Jestem zdeklarowaną monogamistką i tak już zostanie. Jak jestem z nią, to tylko z nią i nikt nie ma prawa burzyć naszej intymności. Co dalej z nami, Kochana, myślę, nim sen zamyka mi powieki. Co dalej z nami….

O ósmej rano drgam, uchylając niechętnie okiennice powiek. Ciągle przy mnie leży, z ręką złożoną na moim biuście. Ona też się budzi. Unosi nieco głowę i patrzy mi głęboko w oczy. Cały czas mają odcień coca - coli. Całuje mnie lekko w usta.
- Ja Ciebie też - mówi. Więc jednak to słyszała!
Obcałowuje mnie pośpiesznie, jakby to był jej sen, z którego rychło się obudzi. Z ust przeskakuje migiem na dekolt, potem sutki, brzuch i coraz niżej. Ssie moje piersi z takim samym namaszczeniem, jak ja jej wczoraj, co chwila je masując. Brzuch pieści mi ze wszystkimi szczegółami, ledwo starczy mi tchu, by wyrazić bez słów, swą aprobatę dla jej mistrzowskiego języczka. Albo szybko przyswaja te nauki, albo ma do tego wrodzony talent. Owłosienie łonowe przeczesuje palcami, a kciukiem stymuluje już łechtaczkę, potem wargi sromowe. Jęczę, nie gorzej, niż ona wczoraj. Zagłębia język w sam środek, obracając nim, jak wiatrakiem, a potem, poleruje wzdłuż rowku, w górę i w dół. Wchodzi nim także i w odbyt i to nawet głębiej, niż ja jej. Merda tam językiem dość długo, jednocześnie nosem stymulując wargi, a potem łechtaczkę. Trzymam się kurczowo wezgłowia łóżka, jęcząc, na przemian ciszej i głośniej, z głową odchyloną do tyłu. W pewnej chwili przerywa minetkę i, rozchyliwszy mi uda na maksa, kładzie się na mnie. Gładząc i masując moje piersi, łonem swoim miarowo pociera o moje. Wtedy dopiero zaczynam naprawdę szczytować. Obie szczytujemy. Nasze jęki zlewają się w cichą arię rozkoszy, a ciała, na tę krótką chwilę, stają się jednością.
Leżymy potem, bardzo długo, jedna na drugiej, stopione razem, jak amalgamat. Pocałunki przerywamy tylko na moment, by złapać oddech.

Około jedenastej, nagie i bezwstydne, zasiadamy do śniadania. Jemy nietkniętą wczoraj kaczkę, zagryzając grecką sałatką. Popijamy to resztą czerwonego wina i kawą, non stop chichocząc i wymieniając w punktach wszystkie pikantne szczegóły naszego współżycia. Jesteśmy wniebowzięte. I zgodne, co do decyzji: Jarek nie może się o nas dowiedzieć; po prostu, nie może i już. Dla dobra wszystkich. Nie jest fair oszukiwać go, ale, z drugiej strony, taka prawda mogłaby go wykończyć. To dobry człowiek.
A i my, przecież nie chciałyśmy nic złego. Ot, spędziłyśmy ze sobą niezapomnianą noc, to wszystko; nawet tego nie planowałyśmy. To było jednorazowe doznanie, przecież obie jesteśmy hetero. Stało się to, co się miało stać - ona pocieszyła samotną, pogrążoną w depresji kobietę, ja doprowadziłam nieśmiałą dziewczynkę do ekstazy bitą śmietaną. I tyle; nie ma, co dalej tego rozdmuchiwać.
Kończymy biesiadować, sprzątam ze stołu. Częstuję ją ciastkami, coś z nimi trzeba zrobić. Nie lubię nieświeżego żarcia zalegającego lodówkę, które potem i tak się marnuje, bo nikt nie ma ochoty na przeterminowane. Decyduje się w końcu na serniczek krakowski, który zjadamy na spółkę.

Zerkam na zegar, już prawie 13.00. Mariola zostanie u mnie jeszcze cały dzień; uzgodniła już z Jarkiem przez komórkę, że wpadnie po nią dopiero wieczorem. Super, przed nami jeszcze pięć godzin; trzeba to pożytecznie wykorzystać. Nasze sukienki, pończochy i majtki jeszcze się suszą; godzina, dwie i powinny być gotowe. Przechodzimy do salonu, nastawiam płytę Closterkellera - Cyan. Nie mam wszystkich ich płyt, tylko tą i Nero; niemniej cenię sobie większość ich utworów. Lubię połączenie ciężkich riffów, dynamicznych solówek i melodyjnego śpiewu. Chociaż, przeważnie preferuję męski wokal, jest jednak kilka wyjątków i pani Anja O. niewątpliwie się do nich zalicza.
Siadamy na sofie, uśmiechając się do siebie. Będziemy za sobą tęsknic? Pewnie tak, w końcu, przeżyłyśmy wspólnie coś niesamowitego, co nie śniło się żadnym scenarzystom romantycznych filmów, reżyserom porno i pisarzom świata razem wziętym, hihi. Oni mają tylko teorię, czasem, okraszoną czymś na kształt praktyki; jednak, przeważnie, dość powierzchownym i krótkotrwałym. Swoje fabuły zazwyczaj budują z domysłów, fantazji, a jeśli nawet realnych wątków, to i tak osnutych gęstym kłębem dymu licencja poetica. Z konieczności, inaczej nie znaleźliby wystarczającego popytu; mało, kto bowiem gustuje w suchych faktach. Mniejsza z tym. Oni zazwyczaj tylko marzą. Nas dopadło ucieleśnienie owych marzeń, z czego obie byłyśmy dumne.
No dobra. Było, minęło, do następnego Sylwestra cały rok, w ciągu, którego, czort jeden wie, co się zdarzy. Czy nasz „związek” ma jakąś przyszłość? Oczywiście, że nie. Jedyne, na co, od biedy, możemy liczyć, to jakieś skromne cdn, co jakiś czas; nic więcej. Opłaca nam się to? Ni cholery. No, bo jaki jest sens żłopać jabola udając, że to burbon, którego smaku już się zaznało? Nasz „związek” nie ma przyszłości. Ani przeszłości. Tylko teraźniejszość. A konkretnie, te kilka godzin, które nam jeszcze zostały.
Sięgam po aparat, błyskając od niechcenia w jej stronę. Reaguje lekkim żachnięciem.
- Nie ruszaj się - mówię. - Chcę cię zapamiętać, taką, jak teraz; nagą, czystą i radosną.
Uśmiecha się. Jej gładkie, kremowe ciało, odruchowo jakby, układa się w pozę nimfy podglądanej przez satyra. Błękitny flesz zamyka część jej w płaskim błyszczącym prostokącie.
- A teraz, Danaida Rodina! - i Mariola zgina się w pałąk, ukazując światłu dziennemu swe gładkie plecy, kształtne biodra i pośladki.
Pstrykam jej fotki, a ona, co chwila przeistacza się w inną postać, dla mnie i tylko dla mnie. Nic nie jest jej obce; nawet śmiałe ujęcia Bonnarda. Kładzie się na rozkopysanym tapczanie, blado uśmiechnięta, z rączką nieśmiało zakrywającą pierś, ale łonem odważnie wyeksponowanym; młoda i świadoma swej seksualnej witalności; niczym Naga na łożu tego kontrowersyjnego malarza.
- Teraz ty - mówi zrywając się i podbiegając do mnie. Usiłuje odebrać mi aparat, jednak jej nie daję.
- Nie - mówię - o mnie musisz zapomnieć.
- Dlaczego? - krzywi się. - Jesteś taka piękna, chcę mieć po tobie pamiątkę…
- Nie możesz.
- Ale czemu??
- Bo wtedy będę stale obecna w twoim życiu. Stanę między tobą a Jarkiem. Prędzej, czy później zorientuje się, co jest grane; idiotą nie jest. A moje nagie zdjęcie w twoim posiadaniu będzie raczej podejrzane.
- Mam to gdzieś, zaryzykuję! Proszę, tylko jedno…
- To ci zrujnuje życie.
- Nie dbam o to! Pragnę cię, reszta się nie liczy - całuje mnie w usta na, potwierdzenie tego żarliwego wyznania.
- Liczy. Kiedyś to zrozumiesz; na razie jesteś jeszcze za bardzo przejęta tym… no, wiesz. Z Jarkiem czeka cię jakaś przyszłość, ze mną - żadna. Rozumiesz? Musisz o mnie zapomnieć!
Siada obrażona na brzegu łóżka. Oczy jej nie mają już tego rozkosznego odcienia, są prawie czarne.
- Mariolu, zrozum - gładzę ją lekko po ramieniu, ale strzepuje z siebie moją dłoń. - Kocham cię i nie chcę, byś przeze mnie rujnowała sobie życie.
Nie odpowiada. Siedzi z pochyloną głową, cicho szlochając.
- Masz mnie dość, tak? Chodziło o to, żebym ci poprawiła nastrój? Byłam tylko twoją lalką?
- Co ty pieprzysz? - wkurzam się. - Jaką lalką??
- A tak - zaczęła - zaprosiłaś mnie, żeby się zabawić, bo Adrian cię zostawił, a żaden facet po nim już ci nie pasuje! A może żaden już cię nie chce?
Wymierzyłam jej policzek. Pisnęła krótko, podrywając się.
- Niewdzięczna gówniara. Mogłaś się nie zgodzić, nie narzucałam się! Mogłaś tego Sylwestra spędzić ze swoim kochanym Jareczkiem, zamiast z jakąś… sfrustrowaną wariatką… - ostatnie dwa słowa wypowiedziałam zdławionym głosem. Czułam napływające mi do oczu łzy goryczy.
Mariola, widząc je, objęła mnie, próbując tłumaczyć, że wcale nie a mnie za wariatkę; ja jednak odepchnęłam ją ze złością.
- Nie dotykaj mnie, głupia cipo! - warknęłam. - Nie potrzebuję niczyjej litości! Ani twojej, ani twojego Jareczka; idźcie do diabła! Słyszysz? Ubieraj się i wynocha!
Mariola wstała i zdecydowany krokiem pomaszerowała do łazienki. A ja, usiadłam na klęczkach, na czerwonym dywanie i rozbeczałam się na dobre. Znowu było to, co zawsze. Kolejna porypana relacja; tyle, że tym razem, z kobietą. Kurwa mać!! Czy ja w ogóle nie miałam prawda do normalności? Niczego w życiu tak nie pragnęłam, jak stabilnego związku, opartego na prawdziwej miłości! A co zawsze miałam? Dokładne tego przeciwieństwo! Pasmo niepowodzeń i rozczarowań, jedno po drugim, albo w ogóle ślepej lokaty uczuć, bo ich obiekt w ogóle nie był mną zainteresowany! To nie fair! Chcę miłości, do kurwy nędzy, tak trudno to zrozumieć??

Kiedy, ubrana, wychodzę z sypialni, Mariola siedzi już w pokoju, w swojej czarnej, satynowej sukience. Patrzy w małe, okrągłe lusterko i palcami przeczesuje swoje włosy. Ja włożyłam dżinsy i czarny T-shirt bez rękawków. Niesforną, rudą szopę, upięłam, na odknaj bracie, kilkoma żabkami. Siadam obok niej, na sofie. Zapalam kolejnego papierosa.
- To, o której ma Jarek wpaść? - pytam w końcu, spokojnym głosem.
- Za dwie godziny - odpowiada. Po chwili jednak dodaje - Ale, zaraz. Przecież sama powiedziałaś, żebym się wynosiła…
- Daj spokój, poniosło mnie. Każdemu się przecież zdarza - mrugam do niej znacząco. - Przepraszam za tę furię; to, co powiedziałaś, wyprowadziło mnie z równowagi.
- To ja przepraszam - kaja się. - Byłam niesprawiedliwa. Po prostu, tak bardzo chciałam, byś ze mną została…
- Nie zawsze masz to, czego chcesz. Za to zawsze to, czego nie chcesz. Ot, nieodparty urok tego popieprzonego życia. Jak mi jeszcze ktoś kiedyś spróbuje wmówić, że jest piękne, to go rozstrzelam.
Mariola śmieje się, ja też za chwilę zaczynam. Padamy sobie w objęcia, jak za dawnych lat. Fajnie, że znowu jesteśmy razem, pogodzone. Nie znoszę kłótni, mimo, że powszechnie uchodzę za konfliktową. Pozory mylą; po prostu, dla wygody, takim mianem zawsze określano ludzi posiadających własne zdanie. A w niektórych kręgach środowiskowych, jest to, jak wiadomo, wręcz nieetyczne.

Dzwonek u drzwi. Godzina 16.45. Coś za szybko go przyniosło; miał być przecież, dopiero za godzinę. A może to nie on? To, kto, w takim razie, listonosz? Przecież jest dzień świąteczny! Cóż, rozstania nadszedł czas; trudno, godzina i tak by nas nie zbawiła.
- Siedź, ja otworzę - mówi Mariola, wdziewając pośpiesznie kozaki.
Jak sobie chcesz, myślę, zaciągając się kolejnym papierosem. W końcu, jej facet, niech mu sama otwiera.
Skrzypnięcie drzwi, jej krótkie „och” , wyrażające zdumienie, a zarazem dezaprobatę, potem długa chwila konsternacji. Ki diabeł? Niechętnie dźwigam tyłek z sofy i udaję się do przedpokoju, celem wybadania, kogo tu, zamiast Jarka przywiało. Co ty tu robisz, słyszę jeszcze, nim…
- O, kurwa… - wyrywa mi się. No, kogo, jak kogo, ale jego to się dzisiaj nie spodziewałam!
- Ładne powitanie - burka pod nosem.
- Ano, jaki gość, takie i powitanie - odzyskuję fason. - Po coś tu przylazł?
Adrian przez chwilę milczy, z zaciętymi ustami. Nie patrzy na mnie, ani na nią, tylko gdzieś w bok; zawsze tak ma, kiedy się wkurzy. O dziwo, jest dziś trzeźwy. Albo wczoraj mało tankował (w co nie uwierzę), albo zdążył już wyleczyć kaca. Właściwie, co mnie to. Dziś, po raz pierwszy, czuję się całkowicie od niego uwolniona.
Zachodzę Mariolę od tyłu; chwytam za ramię, odwracam ją do siebie, jednak tylko w trzech czwartych, żeby dobrze widział profil. Biorę w dłonie jej twarz i składam na jej ustach długi, namiętny pocałunek. Adrian stoi bez słowa, jak zaczarowany, gapiąc się centralnie na nasze stykające się wargi. Przerywam na moment naszą gorącą sesję, rzucając mu od niechcenia: Szczęśliwego nowego roku, po czym, bez pardonu, zatrzaskuję mu drzwi przed nosem.
Aga (dioda1974)
Data publikacji w portalu: 2012-02-26
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 3.61 /głosów: 23
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  

eunika2012-02-27 15:01
Nie przebrnęłam.

dioda19742012-02-27 22:09
Nie szkodzi.

alopecosa2012-02-28 09:35
kilka zwrotów/zdań które mi się nie podobały. fabuła super:)

dioda19742012-02-28 15:19
A które się nie podobały?

alopecosa2012-02-28 17:56
"Jej piękne oczy, barwy coca - coli" no np to.

dioda19742012-02-28 21:14
Co, za trywialne? Trudno, już tego nie zmienię :D

RuskaMelodia2012-02-29 17:29
Ojej, ja też nie przebrnęłam przez całość. Spróbowałam choć pobieżnie, rzekłabym, ekspresowo, jeden po drugim, jak jacyś uciekinierzy ścigani przez władzę, przelecieć, ale i to nie dostarczyło mi sensownych pretekstów do nawiązania kontaktu z pejzażem.

marinnaWR2012-02-29 23:09
Podoba mi się. Przeczytałam w całości z przyjemnością. Opisy długie, ale ciekawe, nie jakieś eteryczne. Dobór słów, określenia pasują do siebie, "ślepa lokata uczuć" te oczy w kolorze coli fajne:). Zakończenie też :)

Jaguar_382012-03-01 09:24
Widze wreszcie lekkosc pisania. Zamilowanie do slowa rowniez. Krytyka? Jak dla mnie za duzo potocznego jezyka. Z pierszych akapitow wyluskac mozna: "wszelakich", "na krzyż", "dupereli", "bajzlu","nie wiem, co prawda"... "wytrąbimy"... W prosto pisanym tekscie troszke mnie smiesza wtrety, typu "oskoma" czy "interlokutorka". Czy sa one niezbedne? Opowiadanie troche za dlugie, rozwlekle... acz wciagajece. Jednak nie dalam rady przebrnac do koncowej kropki. Powodzenia w dalszym szlifowaniu warszatu pisarskiego :-)

BiankaDeSade2012-03-02 15:43
Przebrnęłam i jedno mi się nasuwa na myśl "Nosz kur... jaki ten świat niesprawiedliwy!" Mam tak troszkę jak nasza "główna" bohaterka, trafiam na nieodpowiednich ludzi i ciągle mam wszystkiego dość. Przebrnęłam bo było niezłe, chociaż niektóre "potoczne" słówka mocno mnie raziły (miejscami). Po za tym, fajne zakończenie (choć dosyć filmowe czyli banalne), ale na to przymykam oko ;)

dioda19742012-03-03 21:15
Bianko, główna bohaterka jest prostolinijną kobietą, nie żadną salonową pudliczką, więc takie potoczne zwroty są niezbędne - oddają jej nieokrzesany charakter i brak emocjonalnej stabilizacji. Jeśli są rażące, to celowo - czytelnik ma odczuwać jej rozdrażnienie. Ona nie jest zdeklarowaną lesbijką; po prostu, "stoi na rozstaju dróg". W pewnym momencie, nawet nie do końca świadomie, dokonuje takiego wyboru, z powodu rozczarowania swoim ostatnim heteroseksualnym związkiem. Pragnie miłości, a nie zaznawszy jej u faceta, szuka w ramionach innej kobiety. Zakończenie, no cóż... typowy, kinowy happy end :P Zgadza się, banalne, ale jakież inne by tu pasowało? Gdyby wprowadzić motyw trójkąta, byłoby jeszcze banalniejsze ;-)

dioda19742012-03-03 21:26
Jaguar, dzięki - staram się szlifować cały czas, choć za każdym razem może pojawić się niepożądana rysa :) Co do tych terminów, to może masz trochę racji; możliwe, że gryzą się z ogólnym stylem fabuły, ale, jak już wspominałam, taki zgrzyt był zamierzony. Bohaterka jest mało obyta, jednak nie znaczy to, że tego typu zwroty są jej obce. Co do samego opowiadanie, to byłoby krótsze, gdyby nie zawierało jej refleksji - to głównie one przedłużają :)

dioda19742012-03-03 21:28
Marinno, dzięki za słowa uznania :) To mój "debiut" postaram się podnieść sobie poprzeczkę przy następnym ;)

dioda19742012-03-03 21:31
Ruska Melodio, zapewne zniechęciła Cię objętość ;) Tak już, niestety mam, jak złapię temat i zacznę skrobać, to ciężko mi przestać... Dodam tylko, że to i tak wersja mocno okrojona :D

mavag2012-03-05 17:44
Za długie? mogla bym czytać i czytać; napisane z takim napięciem z takim narastaniem emocji , ze byłam coraz bardziej mokra , jak bym film Hitchcocka oglądała Zakończenie takie jakie oczekiwlam lecz jakże cudownie opisane .Brawo Dziewczyno Kochama, pisz ,masz niesamowity talent , ja Ci to mowie, a znam sie na tym .Możesz się stac Szymborska wierszy erotycznych a do tego jeszcze jakie opowiadanie napisałaś. !!! Jestem ZACHWYCONA ..Mogla bym Cię poznac bliżej?

dioda19742012-03-06 19:52
Mavag, moja brzosk-świnko, any time u like !!

kama84092015-09-22 22:28
ja tam nie przebrnęłam chłonęłam każde słówko nie mogąc oderwać się do samego końca. Bardzo mi się podobało barwne opisy które pobudzają wyobraźnie, fajna akcja i ciekawe zakończenie. Jak dla mnie super.


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

  KONTAKT  

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

Ostatnio komentowane:

news Prawa kobiet a Koran
vesania olicadiablica ma całkowitą rację. Szkoda że w Polsce nie mówi się o tym głośno, Użalamy się nad tym jaki ciężki los mają imigranci z krsjów muzułmańskich a zupełnie pomijamy to, jaki... opinia dodana 2017-01-14 16:00:40
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Na jej rozkazy - CHAUDIÈRE A.D. i CALIGO A.
Słabo. Dobrnęłam do 20 strony mało się przy tym nie topiąc w nadmiarze nic nie wnoszących słów. Żałuję,...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2016