Opowie뜻 o Jasnej i Ciemnej

Dawno, dawno temu, w jednym z miast wielkiego i pot轅nego krlestwa 퓓쿪 dobra i m켨ra dziewczyna imieniem Jasna. Mia쿪 bardzo bogatych rodzicw, ktrzy cieszyli si szacunkiem s켽iadw i wszystkich mieszkacw. Kiedy Jasna skoczy쿪 osiemna턢ie lat, do jej drzwi zapukali pierwsi kawalerowie, 풽by stara si o rk piknej i posa퓆ej panny. Ona jednak nikogo nie przyjmowa쿪, z nikim nie chcia쿪 si bli풽j zaprzyja펝i. I matka jej i ojciec bardzo nad tym faktem ubolewali, chcieli bowiem, aby ich pierworodna odnalaz쿪 szcz沅cie i gniazdo rodzinne uwi쿪. Jasna, jakkolwiek wszystkim 퓓czliwa, 풹dnego z kawalerw nie wybra쿪 na swojego m轅a. Mija퀉 kolejne wiosny i m쿽dsze siostry Jasnej zacz怨y ponagla siostr do zam굻pj턢ia – nie godzi쿽 si bowiem, by m쿽dsz cr wydawa, gdy starsza jeszcze panienk by쿪. I Jasna – mimo swej dobroci i m켨ro턢i – powoli przestawa쿪 by ulubienic w rodzinie i mie턢ie, a jej upr brany by za przejaw z쿽턫iwo턢i wobec sistr – jeszcze pikniejszych ni ona – i pychy – 풽 풹den z piknych i silnych kawalerw nie by godzien jej zimnego serca. I cho mieszczanom trudno to by쿽 poj길, ja Wam powiem, 풽 Jasnej serce nie by쿽 wcale zimne – ale jej g쿽wa zawsze buja쿪 w ob쿽kach, a w marzeniach nigdy wybranka spo턳d kawalerw nie mia쿪.
Tak si z쿽퓓쿽, 풽 poza miastem, w wysokiej wie퓓, mieszka쿪 jej rwie턭ica – Ciemna. I tak jak Jasn wszyscy kiedy kochali i szanowali – tak Ciemnej zwykli si ba i omija z daleka. Ciemna by쿪 crk czarodziejki, ktra kiedy wiele dobrego zrobi쿪 dla miasta – jednak gdy pomc nie chcia쿪 kolejny raz – mieszkacy obwinili j za wszelkie dalsze nieszcz沅cia. Ura퓇na Czarodziejka odwrci쿪 si od miasta na dobre i wiod쿪 samotne 퓓cie na szczycie swojej wie퓓, studiuj켧 stare ksigi, magi i gwiazdy, nie troszcz켧 si ju wcale o losy s켽iadw.
Jednak jej crka lubi쿪 podgl켨a 퓓cie mieszczan przez wielk lunet, ktra s퀅퓓쿪 jej matce do studiowania nieba. Za dnia luneta by쿪 jej niepotrzebna, wic ma쿪 Ciemna godzinami przypatrywa쿪 si kipi켧emu 퓓ciem miastu. Wiedzia쿪, kto gdzie mieszka i co robi przez ca퀉 dzie. Wiedzia쿪, kto hoduje kury, a kto kozy i krowy. Wiedzia쿪, kto si z kim k농ci i kto si z kim godzi. Widzia쿪 zdrady, prby przekupstwa, narodziny i 턬ier wielu ludzi. I szczeglnie, spo턳d ca쿮go t퀅mu, lubi쿪 obserwowa Jasn wwczas gdy ta przesiadywa쿪 godzinami w ogrodzie patrz켧 w niebo.
Czarodziejka umar쿪 i Ciemna zosta쿪 Pani na Wie퓓. Strach wobec niej wzmg si jeszcze, szeptano w ciemnych zau쿸ach ulic, 풽 matk zabi쿪 czarami, a potem spali쿪 jej cia쿽 i obsypa쿪 si prochami, by przej길 ca낢 jej moc. Ale Wy, Drodzy Czytelnicy, wiary tym bajkom nie dawajcie – Czarodziejka zmar쿪 drczona straszn chorob, ktrej ani ona sama, ani jej crka nie potrafi쿪 uleczy.
Pewnego dnia, gdy s쿽ce 턻ieci쿽 wysoko na niebie i by to dzie wolny od pracy, mieszkacy miasta zebrali si na rynku, 풽by 턻itowa rozpoczynaj켧 si wiosn. Nagle ca쿮 niebo zasun怨o si ciemnymi chmurami i zrobi쿽 si szaro i smutno. Wielki szum si podnis, jakby wiatr chcia wszystkie chmury przegoni i z przestworzy sfrun교 wielki potwr. Cia쿽 mia pokryte 턫isk 퀅sk, trzy g쿽wy kiwa퀉 si na d퀅gich szyjach. Na ka풼ym z 쿫w by퀉 macki podobne do odn璨y o턬iornicy, a wielkie 쿪py koczy퀉 si szponami grubo턢i rki silnego kowala. Gdy zamit ogonem, wydawa쿽 si, 풽 nieba dotyka! Taki to straszny by potwr.
- Wasz strach karmi moj si녠 – zarycza potwr. – Lkajcie si!
Ludzie wpadli w panik i zaczli krzycze i ucieka w pop쿽chu. Jednak jednym trzepniciem skrzyde wielki stwr zatrzyma wszystkich.
- Dobijmy targu, moi dobrzy ludzie. Wydajcie mi dobrowolnie jednego z was, a nie zniszcz waszego miasta wraz z wszystkimi jego mieszkacami!
W턳d ludu znw zawrza쿽 jak kotle, pod ktrym kto drewna do쿽퓓.
- Bd tu za dwie noce, o 턻icie. Przygotujcie si!
Machn교 dwa razy skrzyd쿪mi i odlecia.
W mie턢ie jeszcze nigdy nie by쿽 takiego poruszenia! Jak si obroni? Jak wybrn길 z tej ci轅kiej zagadki? Kogo po턻ici by uratowa wszystkich? Zacz怨y si rozmowy, k농tnie i dysputy jak wyj뜻 z impasu. Ka풼y mia inny pomys.
Mwiono, 풽 trzeba wybra najstarszego, bo 턻ieczka jego i tak najkrtsza jest i najs쿪biej si pali, a 퓓cia zazna najwicej. Ale najstarsz okaza쿪 zielarka, ktra swoj wiedz i do턻iadczeniem wiele ludzkich bytw uratowa쿪. Nie godzi쿽 si kogo, kto tyle dobrego zrobi, wysy쿪 na 턬ier.
Potem og쿽szono wielkie losowanie zostawiaj켧 wybr fortunie. Czarn kulk z wyrokiem wyci켫n교 m쿽dy i bardzo majtny kupiec, ktry chc켧 ocali swj 퓓wot, rozda pieni켨ze wielu spo턳d mieszkacw namawiaj켧 ich, aby sprzeciwili si takiemu obrotowi sprawy.
Szukano te w턳d tych chorych i s쿪bych – ale tych wielu by쿽 w mie턢ie. Kto orzec mia, ktremu z nich najmniej 퓓cia zosta쿽?
Kto zaproponowa, aby wyda potworowi Ciemn – jednak wszyscy bali si podej뜻 do jej strasznej wie퓓. Zreszt, nie wiadomo, czy nie by쿪 z potworem w zmowie?
W nocy, ktra poprzedza쿪 s켨ny 턻it, ca쿮 miasto rozpacza쿽. Potwr mia zjawi si za klika godzin, a jeszcze nikogo nie wybrali! Zgin wszyscy! W kocu zdesperowany burmistrz stan교 na mwnicy i krzykn교 najg쿽턭iej jak potrafi.
- Ludzie! Zosta쿽 ju tylko p車 godziny do 턻itu! Nie mogli턬y wybra spomidzy siebie, kogo potworowi odda, przeros쿽 nas to zadanie. Ale mo풽 kto sam si zg쿽si, mo풽 kto sam chce siebie po턻ici, 풽by ocali reszt? Wzywam Was!
Przez jaki czas panowa쿪 cisza, a potem da쿽 si s퀉sze pojedyncze g쿽sy:
- Sam id, jake taki m켨ry i ci 퓓cie niemi쿮!
Burmistrz zmiesza si mocno, zrozpaczony usiad i ukry twarz w d쿽niach. Minuty p퀉n怨y nieub쿪ganie i szum w턳d ludzi rs jak strach i rozpacz. W kocu doczekali si potwora, ktry rozpdzi ludzi wielkimi skrzyd쿪mi, l켨uj켧 na ziemi.
- Kogo mi oddacie? - zarycza - Kog璨 mog porwa do swego krlestwa?- rozgl켨a si wok車. – gdzie jest ten nieszcz沅nik?
- To ja. – odezwa si g쿽s w턳d t퀅mu. Jasna wysz쿪 przed szereg.
Jk rozpaczy rozleg si w턳d t퀅mu. Przypomnieli sobie jej dobro i m켨ro뜻, a 풹쿽뜻 wyrwa쿪 z ich serc p쿪cz pe쿮n rozpaczy i ulgi zarazem, 풽 oto zdoby si kto na tak wielkie po턻icenie. Potwr nic wicej ju nie mwi, tylko chwyci Jasn jedn z 쿪p i odlecia daleko w stron gr.
Ciemna widzia쿪 ca쿮 to zdarzenie przez lunet umieszczon na szczycie wie퓓. Zawrza쿪 w niej z쿽뜻 i gorycz. Szczerze nie lubi쿪 mieszkacw tego miasta, a do jednej Jasnej naprawd si przywi콄a쿪. Czy to mo퓄iwe, aby ci podli ludzie w쿪턭ie j oddali straszydle? Wszyscy, tylko nie ona, zas퀅giwali na ten los! Ciemna po raz pierwszy poczu쿪 w sobie wol i moc na tyle siln, by opu턢i swoje schronienie. Postanowi쿪 odszuka Jasn i uwolni j, pki nie bdzie zbyt p撰no.
Spakowa쿪 tylko to, co najpotrzebniejsze, ubra쿪 si ciep쿽, za쿽퓓쿪 wysokie buty, wiedzia쿪 bowiem, 풽 czeka j wyprawa w gry. Wyci켫a쿪 nogi i nie zwa풹쿪 na zmczenie czy potrzeb snu – wiedzia쿪, 풽 Jasna jest w wielkim niebezpieczestwie i 풽 ka풼a chwila si liczy.
Po trzech dniach by쿪 ju jednak tak zmczona, 풽 nie widzia쿪 drogi przed sob, mimo i s쿽ce sta쿽 w pe쿻i a niebo by쿽 czyste od chmur. Wycieczona potkn怨a si i upad쿪 na ziemi. Nie mia쿪 si퀉 si podnie뜻. Poczu쿪, 풽 ziemia zaczyna pod ni bulgota i po chwili wpad쿪 do wielkiej, ciemnej jaskini.
- Kto mnie odwiedzi, kto mnie odwiedzi? - us퀉sza쿪 w mroku i ujrza쿪 w s켧z켧ej si smu풻e 턻iat쿪 wielk posta na kamiennym tronie. Bezradnie odwraca쿪 g쿽w, jakby chcia쿪 na nowo uchwyci szelest poruszaj켧ego si po posadzce cia쿪. Ciemna zauwa퓓쿪, 풽 posta nie ma oczu, przynajmniej w miejscu, gdzie powinna mie oczy skra zros쿪 si na dobre.
- Kto tu jest? Kto tu jest? – powtarza쿪 bez koca. – Kto do mnie wpad, kto mnie odwiedzi, kto mnie odwiedzi?
Ciemna unios쿪 si chwiejnie.
- Mam na imi Ciemna, jestem czarodziejk – powiedzia쿪 mocnym g쿽sem, prbuj켧 wykrzesa z siebie jeszcze troch si퀉.
- O, czarodziejka, tak, tak, czarodziejka, tak my턫a쿪m, czarodziejka, przypuszcza쿮m, 풽 to ty. Wyczu쿪m, och jej, czarodziejka!
Ciemnej wyciosana z kamienia posta wydawa쿪 si dziwna i 턬ieszna zarazem. Mwi쿪 jak dziecko, powtarzaj켧 ca퀉 czas te same zdania, dyskutowa쿪 ze sob, tak jakby samotno뜻 i brak towarzystwa j do tego zmusi퀉.
Czarodziejka podesz쿪 bli풽j. Czarna skra, podobna do 턢ian w jaskini, podobnie zgrubia쿪 i twarda, pokrywa쿪 cia쿽, ktre mog쿽 kiedy nale풽 do cz쿽wieka, cho teraz podobiestwo by쿽 mizerne.
- Kim jeste? – zapyta쿪 ogl켨aj켧 bacznie twarz stwora.
- Mam na imi Gore, ale wiem, 풽 nazywaj mnie te krlow jaskini lub ksiciem opowie턢i - Gore roze턬ia쿪 si cicho, do siebie i z sobie tylko znanego powodu.
- Witaj, Gore. Padam z ng, od trzech dni nie spa쿪m i nie jad쿪m. Szukam dziewczyny, ktr porwa potwr o szponach jak rami silnego m轅czyzny, o trzech strasznych g쿽wach i olbrzymich skrzyd쿪ch.
- Zmczona nie pjdziesz d퀅go dalej. Odpocznij u mnie, u mnie czas p퀉nie wolniej.
I cho Ciemna nie chcia쿪 odpoczywa i nie ufa쿪 nowopoznanej Krlowej, to oczy same zdecydowa퀉, 풽 musz si cho na chwil zamkn길.
Kiedy si obudzi쿪, Gore siedzia쿪 w tej samej pozycji. Us퀉sza쿪 znw szelest i krci쿪 niecierpliwie g쿽w.
- Ju Ciemna? Ju? Ju si obudzi쿪? Ju si obudzi쿪?
- Ile godzin spa쿪m?
- O, a kt璨 mo풽 to wiedzie, moja droga. Mo풽 dwie. Mo풽 czterna턢ie, a mo풽 caaaa퀉 rok? Kto to mo풽 wiedzie, no kto?
Ciemna przetar쿪 oczy, ale na niewiele to si zda쿽. W jaskini by쿽 zupe쿻ie ciemno, tylko w켽ka smuga 턻iat쿪 pada쿪 na tron. Nawet nie mog쿪 powiedzie, sk켨 dochodzi to 턻iat쿽 – czy to s쿽ce, czy ksi轅yc, a mo풽 jeszcze ca쿸iem co innego.
- Gore, jak mog si st켨 wydosta?
- Wydosta? Moja mi쿪 Ciemna? Jak wydosta? Stad nie mo퓆a si wydosta.
- Ale ja musz znale쇗 Jasn! Mwi쿪m ci!
- No tak, mwi쿪, mwi쿪. Ca쿸iem mo퓄iwe, 풽 mwi쿪. Ale wzi怨am to za fragment opowie턢i, ktr, mam nadziej, jeszcze d퀅go bdziesz mi opowiada. Bardzo lubi s퀅cha opowie턢i. Czuj si wwczas tak, jakbym widzia쿪 je naprawd. Jakbym 퓓쿪, No tak, tak, ca쿸iem jakbym 퓓.
- Gore, ja nie mam czasu na opowie턢i! Musz si st켨 wydosta, Jasna mo풽 ju nie 퓓! Mo풽 by w wielkim niebezpieczestwie!
- Tu, w jaskini, wszystko jest opowie턢i. Mo풽 Jasna wcale nie umrze? Wcale bym tego nie chcia쿪. Opowiedz, opowiedz o Jasnej! Tak bym chcia쿪 pos퀅cha, jak ratujesz j z opresji!..
- Ale ja j musze naprawd uratowa, Gore! Wypu뜻 mnie!
- Mam Ci wskaza kierunek, Ciemna? – Gore roze턬ia쿪 si g쿽턭o i gorzko. – Jestem 턫epa! Nie wiem, w ktr stron masz i뜻.
W Ciemnej zawrza쿪 z쿽뜻. Zacz怨a po omacku szuka jakiego wyj턢ia z jaskini, jakiego ch쿽dniejszego powiewu z powierzchni. Obchodzi쿪 jaskini wiele razy, ale nic nie znalaz쿪. Biega쿪 jak szalona, jak optana, ale pod palcami znale쇗 mog쿪 tylko tward i wilgotn ska녠. Przysiad쿪, 풽by zebra my턫i, nie pozwoli si opanowa panice.
- Gore – spyta쿪 nagle – a jak ty si tu dosta쿪?
- Ja, ja? Jak ja si tu dosta쿮m? – oj, jak to boli, jak to dawno. – Nie pamitam, Ciemna, nie pamitam.
- Przypomnij sobie! Musisz mi pomc! Musisz jej pomc!
- Pamitam tylko matk moj i wielk ig녠 w jej d쿽niach. Pamitam jak mwi쿪, oj, Gore, Gore, musimy ci oczy zaszy. Nie bj si, creczko, nie bj si. I pamitam, 풽 p쿪ka쿪m i wyrywa쿪m si, ale trzymali mnie za g쿽w i szyli. Potem ju wszystko ogarn怨a ciemno뜻. Nie턫i mnie chyba w worku i d車 wykopali. Sprowadzili czarownic, co na mnie spalonych zi車 garstk wysypa쿪. Dym gryz mnie w gard쿽, 퀉ka쿪m powietrze ca퀉mi haustami. I potem ziemi zaczli rzuca, a by쿽 jej tak du퓇, tak du퓇. I wwczas wpad쿪m tutaj. Ziemia mnie przyj怨a lepiej ni matka. Karmi쿪 i poi쿪. Och, ziemio moja, moja ukochana ska쿽! – Gore zacz怨a 쿸a, jednak z jej zaszytych powiek 풹dna 퀊a si nie wydosta쿪.
Ciemn przej교 nag퀉 strach. Co za ludzie podli! A mo풽 powd jaki dobry mieli, by dziewczynce oczy na zawsze zamkn길? Podesz쿪 powoli do Gore i bacznie si jej przyjrza쿪. Gore niespokojnie rusza쿪 g쿽w, jakby chcia쿪 ustali, gdzie w쿪턢iwie jest Ciemna.
- Nie bj si, Gore. – powiedzia쿪 cicho, cho sama strachem by쿪 zdjta. Twarz Gore by쿪 jak wyciosana z kamienia: szara, matowa, popkana. Pog쿪ska쿪 j po policzku. Nawet w tym nik퀉m 턻ietle da쿽 zauwa퓓 si gruby postronek, ktry 턢i켫a do siebie obie powieki. Ciemna delikatnie dotkn怨a oczu Krlowej Jaskini. Cho ca쿪 posta by쿪 ch쿽dna raczej, to wyra펝ie wyczu쿪, 풽 kamie, ktry oblepi grub ni, jest ciep퀉 w dotyku.
- Jakie to dziwne – powiedzia쿪 do siebie. – Gore, Gore. Sk켨 si wzi怨o twoje imi, Gore?
- Nie wiem, Ciemna.
- Gore, czy mog rozerwa postronek? Mog otworzy Ci oczy?
- Rozerwa? Rozerwa? Ale Ciemna, nie to nie mo퓄iwe, ona chce rozerwa, 풽bym mog쿪 widzie, tak, tak? Nie, to si nie uda? Ale mo퓆a go zerwa? Ciemna, Ciemna? Gore?
- Nie wiem, czy ci to nie zaboli.
- Mnie ju nic nie boli, od tak dawna nic mnie nie boli, Ciemna.
Ciemna wyci켫n怨a zza paska ma퀉, ostry n璨, z ktrym si nie rozstawa쿪. Po쿽퓓쿪 Gore rk na policzku i delikatnie, cho zdecydowanie zacz怨a pi쿽wa i kamie i sznur. Trwa쿽 to jaki czas, zanim upora쿪 si ze wszystkim. Ostro퓆ie po쿽퓓쿪 obie d쿽nie na powiekach Gore i powoli zacz怨a je unosi. Ju po chwili zrozumia쿪, sk켨 wzi怨o si imi Gore. Jej oczy by퀉 퓓wym p쿽mieniem, gor켧 law. Odskoczy쿪 od niej i stan怨a naprzeciw.
- Widzisz co, Gore?
- Widz. Widz ciebie. – powiedzia쿪 Gore i rozp쿪ka쿪 si. Wrz켧e 퀊y szybko wysycha퀉 tocz켧 si po kamiennych bruzdach. – Moja kochana matka ziemia utrzymywa쿪 mnie przy 퓓ciu, a jednak nie mog쿪 uwolni moich oczu. Dzikuj, Ciemna.
Ciemna, wci굻 wystraszona gdzie w 턳odku niezwyk퀉m i przera풹j켧ym widokiem, przemog쿪 si by podej뜻 do Gore i poklepa j po ramieniu.
- Musisz st켨 wyj뜻 Gore, musimy obie st켨 wyj뜻.
I wwczas zacz怨y dzia si dziwne rzeczy. Matka Ziemia jakby wyczu쿪, 풽 uwolniono jej ukochan crk i zacz怨a dr풽. Ska쿪 nad nimi zacz怨a pka, otworzy쿽 si przej턢ie na powierzchni. Przestraszona i uradowana Ciemna zacz怨a wchodzi po zwalonych kamieniach. Wyci켫n怨a rk do Gore.
- Cho Gore, twoja mama otworzy쿪 nam drzwi.
Powoli obie wysz퀉 na szeroki 턻iat. S쿽ce dopiero co wsta쿽 i mikka mg쿪 otuli쿪 paprocie i wrzosy. Wysokie sosny spokojnie ko퀉sa퀉 wierzcho쿸ami. Gore rozgl켨a쿪 si z otwartymi ustami. Kamie, ktry pokry jej skr, pka i odpada, po chwili jej cia쿽 znw nabra쿽 mikko턢i i spr轅ysto턢i. Jeszcze kiepsko chodzi쿪, potyka쿪 si o w쿪sne nogi, ale ju na jej ustach zakwit u턬iech.
- Ciemna! Ciemna! Ja chodz! – Ciemna te u턬iechn怨a si do niej.
- Musz i뜻 dalej, Gore, Jasna mnie potrzebuje.
- We mnie ze sob, Ciemna! Pomog ci jak i ty mnie pomog쿪!
- Nie, Gore, musisz 퓓 znw, musisz odzyska swoje 퓓cie. Moja wyprawa jest niebezpieczna i mo풽 skoczy si 펚e.
- To cho zawo쿪j mnie, gdy bdziesz w potrzebie. Us퀉sz.
- Jak to mo퓄iwe?
- Moja matka mi powie. Zawo쿪j mnie, Ciemna, w potrzebie.
I tak si rozsta퀉.
Ciemna ruszy쿪 dalej swoj drog przez ciemny las. Kilka godzin snu doda쿽 jej troch mocy, cho czu쿪, 풽 i tak zbyt wiele jej nie ma. 쫈ie퓃a zacz怨a pi길 si w gr i wielkie kamienie co jaki czas wydawa퀉 si podtrzymywa kolejne pagrki. Sosny rzed퀉, a na ich miejscu pojawi퀉 si niskie kosodrzewiny, porosty i wrzosy. Ciemna zobaczy쿪 przed sob szczyt gry, spowity w ciemny dym. Wyci켫a쿪 nogi i serce bi쿽 jej niespokojnie, a g쿽wa by쿪 pe쿻a smutku i lku. Im wy풽j si wspina쿪, tym g녠biej wchodzi쿪 w ciemny dym. W kocu ju prawie drogi przed sob nie widzia쿪. Przystan怨a i wyci켫n怨a przed siebie swoj lask. Mrucz켧 po cichu s쿽wa zaklcia zacz怨a ni wolno obraca. Wir powietrza wzmg si nagle i zacz교 rozgania ciemne opary. Nadal nic nie mog쿪 zobaczy, coraz g쿽턭iej wic wypowiada쿪 zaklcia i coraz szybciej obraca쿪 r璨d퓃. W kocu wiatr utorowa jej tunel przez dym, okr켫퀉 i d퀅gi. Mozolnie pi怨a si w gr. Tu przed szczytem dym rozproszy si. Ciemna wysz쿪 i zaczerpn怨a pe쿻e p퀅ca czystego powietrza. Jednak nied퀅go cieszy쿪 si t chwil - bowiem zobaczy mog쿪, co skrywa dym, przed czym ostrzega. Szczyt pokryty by jasn ciecz, gst i 턫isk jak t퀅szcz. Pokryte ni by퀉 wszystkie ro턫iny, kamienie, ka풼e 펋펉쿽 trawy. Ciemna w턳d kamieni odnalaz쿪 nawet martwy kszta퀃 ptaka. Od tej bia쿮j powierzchni odbija쿽 si 턻iat쿽 s쿽ca, o턫epia쿽 i pali쿽 twarz. Ciemna zakry쿪 g쿽w kapturem, os쿽ni쿪 oczy i sz쿪 dalej, ostro퓆ie stawiaj켧 kroki. Sk켨 to si wzi怨o? My턫a쿪? Jakie to czary? Czy to jakie przemy턫ne sid쿪? Na szczycie gry by쿪 ma쿪 chatka. Z komina wydobywa쿪 si stru퓃a dymu i nisko pe퀊쿪 po ziemi karmi켧 pier턢ie dooko쿪 szczytu. Gdy Ciemna zbli퓓쿪 si na odleg쿽뜻 kilku krokw, z chatki wysz쿪 wysoka posta, w jasnej d퀅giej szacie. Bi쿪 od niej po턻iata, jeszcze wiksza ni z ca쿮j reszty otoczenia.
- Sk켨 przybywasz, odwa퓆a istoto? Czego pragniesz si dowiedzie? – zapyta쿪 posta.
- Chc tylko przej뜻 przez gr, szukam przyjaci車ki. – odpowiedzia쿪 zgodnie z prawd Ciemna.
- S퀅욧 ci swoj rad, jestem Wielkim Uczonym, Prawdziw Wyroczni! Mog zdradzi ci, ile ziaren kaszy zbierze m퀉narz w przysz퀉m roku, mog powiedzie ci, ile urodzi si ptakw! Wiem wszystko, bo widz wszystko ze szczytu mojej gry!
- Nie jest mi potrzebna ta wiedza, m켨ry Uczony. Je턫i chcesz mi pomc, rozwiej dym, bym mog쿪 wiedzie, w ktr stron si uda, by doj뜻 do swego celu.
- Dym? Szalona! Nie wiesz co mwisz! Dym chroni to 턻ite miejsce przed z퀉mi duchami, nieczystymi my턫ami, przed brudem i ple턭i, chorob i nieszcz沅ciem. Nie mog rozwia dymu. Nie b켨 g퀅pia, Dziewczyno. Skoro uda쿽 ci si dotrze do 펢d쿪 czystej m켨ro턢i, do zdroju wiedzy i prawdy – usi켨 i pij! Pytaj! Mog przyj길 ci na nauk do siebie.
- Nie mam na to czasu, musz ju i뜻 – powiedzia쿪 Ciemna i postawi쿪 pierwszy krok. Bardzo to rozgniewa쿽 턻ietlistego Wieszcza!
- Nie wiem jak ci si uda쿽 przedrze przez dym, ale twoja ignorancja i brak og쿪dy wart jest najwy퓋zego potpienia! Nie rozumiesz, co odrzucasz, co mog쿪by otrzyma!
- Dary, ktrych nie chcemy, choby mia퀉 wielk warto뜻 staj si dla nas bezu퓓teczne, Wielki Uczony. Czy nie jest to jedna z najprostszych prawd? Nie mam czasu, 풽gnaj. – Ciemna prbowa쿪 wymin길 Wieszcza, ale ten stan교 jej na drodze i roz쿽퓓 rce. 쫤iat쿽 odbi쿽 si od jego szaty i uderzy쿽 w Ciemn. 칊r rozla si po ca퀉m ciele i poczu쿪, 풽 pal jej si d퀅gie, ciemne w쿽sy. Aby odeprze strumie 턻iat쿪 zacz怨a si krci dooko쿪 i obraca lask szybciej i szybciej, a powsta쿪 wok車 niej szklana tafla ktra, od ktrej 턻iat쿽 odbi쿽 si kolejny raz. Mdrzec nie by gotowy na taki atak – nikt nie obrci nigdy 턻iat쿪 przeciwko niemu! Wielka si쿪 odrzuci쿪 go kilka krokw w ty. Przera퓇ny ugi교 kolana i zacz교 szlocha. Ciemna stan怨a w miejscu i trzyma쿪 jeszcze przez chwil swoja lask w ge턢ie obrony. Po chwili podesz쿪 do Mdrca. 즮y jego toczy퀉 si obficie po policzkach.
- 쫤iat쿽 nigdy mnie nie zdradzi쿽, m켨ro뜻 nigdy mnie nie skrzywdzi쿪! A do teraz! Obrci쿪 prawd przeciwko mnie! Nie mog ju 퓓! – 쿸a g쿽턭o, zakrywaj켧 twarz rkoma.
- Ani 턻iat쿽뜻, ani m켨ro뜻, ani wiedza nigdy nie by퀉 twoim sprzymierzecem. S jak woda, ktra daje i odbiera 퓓cie, buduje i niszczy. Nie mog쿮 by jej panem. – Ciemna podesz쿪 do Wyroczni. 즕z nagle sta쿽 si tak wiele, 풽 sp퀅ka퀉 ca퀉 szczyt, ods쿪niaj켧 na nowo kamienie i traw. A Mdrzec p쿪ka i p쿪ka. Ciemnej zrobi쿽 si go 풹l.
- Jak masz na imi? – spyta w kocu.
- Ciemna.
- Dzikuj ci, Ciemna.
- Dasz mi kilka swoich 쿮z, Mdrcze?
- We, ile chcesz. – odpowiedzia starzec. Ciemna zebra쿪 p車 ma쿮j butelki, zamkn怨a i schowa쿪 za pazuch.
- Musz odszuka Jasn, musz ju i뜻.
- Mog i뜻 z tob, Ciemna? Nie wiem, co mam zrobi za sob teraz.
- Masz ca쿮 swoje 퓓cie do odnalezienia, to du퓇 do roboty. A ja bardzo si spiesz. Twoje 퀊y s wystarczaj켧ym podarunkiem. – powiedzia쿪 Ciemna. Dym rozwia si i odkry kolejne szczyty wysokich gr. Pomidzy nimi zobaczy쿪 polan i wielki zamek na niej. Ju wiedzia쿪, w ktr stron musi i뜻, aby znale쇗 Jasn. W jej serce wst켺i쿪 nowa nadzieja, 풽 mo풽 jeszcze jest szansa, by j ujrze ca낢 i zdrow.
A do zmierzchu schodzi쿪 w d車, s쿽ce ca쿸iem schowa쿽 si za szczytami, kiedy dotar쿪 nareszcie do bramy zamku. By ogromny i wydawa ca쿸iem opuszczony, na drodze do zwodzonego mostu widzia쿪 jednak wiele 턫adw ludzkich stp i wielkich 쿪p, zostawionych przez potwora. Przy bramie pali퀉 si dwie pochodnie, jednak fosa by쿪 pe쿻a ciemnej wody i most by podniesiony – wiec do zamku nie da쿽 si wej뜻. Nad bram przybita wielka deska wypalonymi literami mwi쿪, 풽: tu mieszka Karmi켧y si Lkiem, Pot轅ny W턳d Strachu, Niezwyci轅ony Uq-Ree. Kto wejdzie, musi liczy si z 퓓ciem i ze 턬ierci.
Ciemna nie mog쿪 czeka do 턻itu. Nabra쿪 powietrza w p퀅ca i krzykn怨a z ca쿮j si퀉:
- Uq-Ree! Karmi켧y si Lkiem! Pot轅ny W턳d Strachu! Wpu뜻 mnie do swego zamku! Stawiam na szali swoje 퓓cie i swoj 턬ier!
Nic si nie sta쿽, zamek sta niewzruszony, 풹den d펧ik nie zdradzi obecno턢i kogo w 턳odku. Ciemna krzykn怨a jeszcze g쿽턭iej i g쿽턭iej. U퓓wa쿪 swojej mocy, ca쿮j, jak mia쿪, ale nic si nie dzia쿽 - brama ci켫le pozostawa쿪 zamknita a most podniesiony. W kocu przera퓇na i zrozpaczona skuli쿪 si, a po jej policzku pop퀉n怨y 퀊y prawdziwego lku, lku, 풽 nigdy ju nie ujrzy Jasnej, 풽 nie uda jej si uratowa. I dopiero wwczas ogromny 쿪cuch zgrzytn교 i opu턢i si most. Podbieg쿪 do drzwi i pchn怨a je ca퀉m ci轅arem cia쿪. Wolno uchyli퀉 si pokazuj켧 szczodrze o턻ietlony dziedziniec.
Na samym 턳odku siedzia Uq-Ree, wielki, tak, jak go pamita쿪. Siedzia ca쿸iem bez ruchu, 턫edzi퀉 j tylko wielkie stalowe oczy zatopione w potwornej czaszce.
- Twj lk mnie obudzi. Czego chcesz? – powiedzia cicho, lecz d펧ik jego g쿽su odbija si echem jeszcze przez chwil o wysokie mury dziedzica.
- Nazywam si Ciemna, Karmi켧y si Lkiem. Porwa쿮 z mojego miasta dziewczyn imieniem Jasna. Przysz쿪m po to, 풽by j uwolni.
To 턬ia쿮 wyznanie mog쿽 wywo쿪 턬iech u tak wielkiego i silnego potwora, jakim by Uq-Ree. Czy ta dziewczyna nie widzia쿪, w jak beznadziejnej jest sytuacji? Sama, s쿪ba, w wielkim zamku naprzeciw najpot轅niejszego w턳d Siej켧ych Strach? Jednak Uq-Ree nie u턬iechn교 si ani przez chwil, skupiony patrzy Ciemnej w oczy.
- Nikogo nie porwa쿮m, Ciemna. Sami mi j wydali.
- Za엽da쿮 g쿽wy jednego za 퓓cie tysi켧a. Zostawi쿮 ludzi bez wyj턢ia.
- Moje obietnice mog퀉 pozosta bez pokrycia.
- Budzisz Lk, Uq-Ree, jak풽 mogli my턫e, 풽 nie wype쿻isz swej gro펉y.
- Im wikszy budz lk, tym pot轅niejszy si wydaje i tym trudniej jest nie da wiary moim gro펉om. Posiad쿮m prawo zadawania gwa퀃u, bo jestem z쿮m.
- Jeste Uq-Ree, jeste karmi켧y si Lkiem, ale nie jeste Z쿮m. Nikt nie mo풽 da ci prawa do zadawania gwa퀃u.
- Ciemna, jeste bardzo odwa퓆a czarodziejk, a ja nie bd ci wrogiem. Je턫i tylko namwisz Jasn, by opu턢i쿪 z tob ten zamek, bdziecie mog퀉 odej뜻. Jestem Uq-Ree, Siej켧y Strach, Karmi켧y si Lkiem, jednak niewielu rozumie, kim jestem naprawd. Mia쿪 odwag tu przyj뜻, wic dla ciebie staj si kim zupe쿻ie innym. Jednak to miejsce rz켨zi si swoimi prawami, Ciemna. To nie ja jestem tu twoim najwikszym wrogiem – i Uq-Ree znikn교.
Ciemna sama nie wierzy쿪 swojemu szcz沅ciu! Staj켧 oko w oko w potworem zw켾pi쿪 we wszystkie swoje si퀉 i zrozumia쿪 beznadziejno뜻 swojej wyprawy. A teraz potwr sam odszed, znik, rozp퀉n교 si!... Pobieg쿪 w g낢b dziedzica wypatruj켧 Jasnej. Nikogo nie by쿽. Znw dopad퀉 j w켾pliwo턢i. A mo풽 Uq-Ree k쿪ma? Mo풽 to podstp? Mo풽 jeszcze straszniejsze potwory kryj si w zamku ni on sam? Jednak zamek sta pusty i cichy, ledwie o턻itlony pochodniami. Echo jej krokw dudni쿽 po wszystkich korytarzach.
- Jaaaaaaaasnaaaaa!... Gdzie jeste? – krzycza쿪 dziewczyna z ca퀉ch si. Przebieg쿪 ca퀉 zamek wzd퀅 i wszerz. Gdzie jeste, jeste – odpowiada쿽 echo kilka razy. Rozpacz wkrad쿪 si znw do serca Ciemnej. Czy풺y wszystko by쿽 na marne? By쿪 ju tak blisko!
Na samym kocu najd퀅퓋zego i najdalszego korytarza znalaz쿪 ma쿮 drzwi. Przy쿽퓓쿪 do nich ucho, bo zdawa쿽 jej si, 풽 co za nimi us퀉sza쿪. Tak! Kto wo쿪! Uchyli쿪 drzwi i zbieg쿪 po krtych schodach. Jej oczom ukaza si dziwny widok. Jasna siedzia쿪 na tronie, ubrana w pikn, czerwon sukni obszyt z쿽tem. Jednak dooko쿪 tronu w wydr굻onej rynnie p퀉n怨a – cho nie mia쿪 펢d쿪 - niebieska woda – rozpylaj켧 niebiesk mgie쿸 dooko쿪 postaci. Jasna mia쿪 zamknite oczy i wo쿪쿪: gdzie jeste? Jeste!..
Ciemna stan怨a na brzegu strumienia boj켧 si go przekroczy. Zawo쿪쿪 Jasn, jednak ta wydawa쿪 si jej nie s퀉sze, odpowiada쿪 jej tylko jak echo. Ciemna sprbowa쿪 w쿽퓓 rk w niebiesk mg녠, jednak szybko j cofn怨a - straszliwy bl przeszy j ca낢. Bezradnie sta쿪 i patrzy쿪 na Jasn, ktr w kocu odnalaz쿪 i mia쿪 tak blisko – a jednak jeszcze nie mog쿪 wzi길 jej w ramiona. Gdzie szuka ratunku? Nagle ol턭i쿪 j my턫. Czym jest ta magiczna woda, ktra broni dostpu do dziewczyny? Do Sali wszed wysoki, przystojny m쿽dy m轅czyzna w niebieskiej szacie. Mia p車d퀅gie br콄owe w쿽sy i zielone oczy. Wydawa si delikatny i lekki. Szed wolno i przygl켨a si Ciemnej.
- Kim jeste? – spyta쿪 Ciemna. Wyci켫n怨a r璨d퓃 chc켧 si broni.
- Nie musisz si mnie ba, Ciemna. Mog ci pomc.
- Mo풽sz mi pomc? Wiesz, jak si pozby tej zas쿽ny?
- Ta woda, ktra p퀉nie dooko쿪 Jasnej, to woda szalestwa.
Ciemnej za턻ita쿪 my턫 w g쿽wie. Woda szalestwa! A co gdyby wla쿪 do niej kilka 쿮z Mdrca? Czy nie by퀉by antidotum?
M轅czyzna przeszed obok niej i zacz교 znika w ciemno턢iach.
- Kim jeste? - zawo쿪쿪 jeszcze raz Ciemna.
- Jestem Uq-Ree, Ciemna. – powiedzia i odszed.
Ciemna wyci켫n怨a buteleczk z 퀊ami mdrca i powoli wla쿪 je do strumyka. Zakot쿽wa쿽 si w nim, zabulgota쿽, woda nagle zrobi쿪 si ca쿸iem czarna, po czym zastyg쿪 i zmieni쿪 si w kamie. Mg쿪 opad쿪. Jasna otworzy쿪 oczy i przytomnie spojrza쿪 na czarodziejk.
- Znalaz쿪 mnie! – krzykn怨a - Jednak mnie znalaz쿪. Widzia쿪m ci, widzia쿪m ca낢 twoj drog. Uq-Ree mi pokazywa. Nie wiem, naprawd nie wiem, jak mam ci dzikowa… I rzuci쿪 si Ciemnej w ramiona. Ciemna szcz沅liwa tuli쿪 j mocno, tuli쿪 tak mocno, 풽 obu im potoczy퀉 si po policzkach 퀊y szcz沅cia. Ale po chwili Jasna odsun怨a si i spojrza쿪 powa퓆ie w oczy Ciemnej.
- To zamek, zamek nas nie wypu턢i. To zamknity labirynt, z ktrego nie da si uciec. Wiele razy prbowa쿪m, zobacz – i pokaza쿪 Ciemnej rany na stopach i kolanach i 쿽kciach. – kiedy Uq-Ree mnie tu przynis, wiele razy prbowa쿪m st켨 uciec. Wspina쿪m si na mury, kopa쿪m, skaka쿪m z okien. Zamek zawsze wygrywa, zawsze mnie odnalaz, zakrca 턢ie퓃i i wraca mnie do 턳odka. On 퓓je i nie pozwala nikomu siebie opu턢i! Rozum straci쿪m, prbuj켧 odgadn길, gdzie jest wyj턢ie, zapisa korytarze! 쫈i怨am w쿽sy, 풽by zaple뜻 z nich sznur, ale nic mi si nie uda쿽. Nic! Kochana, boj si, 풽 nas obie czeka tu 퓓cie na wieki!.. Ten zamek jest siedliskiem rozpaczy, samotno턢i i smutku.
Serce Ciemnej znw przez chwil stan怨o. C璨 poradzi w takiej chwili? Gdzie znale쇗 rozwi콄anie? Ale ch농d i wilgo zamkowego korytarza przypomnia jej o Gore.
- Nie bj si, Jasna- chwyci쿪 j za rk – nie bj si. I poci켫n怨a j w gr schodami, i dalej jeszcze, i dalej, a w kocu stan怨y na samym 턳odku dziedzica. Zamek nagle zmieni sw posta, znikn怨a brama i most, dziedziniec okala wysoki mur, ca쿸iem g쿪dki, bez 턫adu okna. Wygl켨a jak wielka studnia.
- Gooooree! Przyb켨, crko ziemi, jak obieca쿪!.. Przyb켨, przyjaci車ko! – krzykn怨a Ciemna z ca쿮j si퀉.
Chwil sta퀉 w napiciu i ciszy. Potem poczu퀉, 풽 ziemia pod nimi zaczyna lekko dr풽, i coraz mocniej i mocniej, a w kocu dziedziniec zacz교 pka na p車. Jasna i Ciemna trzymaj켧 si mocno za rce pobieg퀉 do 턢iany. Ziemia dr풹쿪 coraz mocniej a zamek zacz교 zawodzi, jak ranne zwierz. Walczy jeszcze, opiera si 퓓wio쿽wi, jednak nie ma nic silniejszego na ziemi prcz Ziemi, wic i on podda si musia, i zacz교 pka ca퀉. Szpary w 턢ianach zacz怨y si pog녠bia i po chwili ca쿮 bloki z kamienia zacz怨y spada. Gdy otworzy쿽 si bezpieczne przej턢ie Jasna i Ciemna umkn怨y w stron lasu. By퀉 ju dostatecznie daleko, gdy obrci퀉 si, by spojrze, jak ca퀉 zamek zapada si pod ziemi. Po chwili, na tym samym miejscu, zacz怨y rosn길 brzozy i buki, Ziemia chyba chcia쿪 szybko zetrze choby najl풽jsze o nim wspomnienie. Jasna spojrza쿪 na Ciemn i wzi怨a jej twarz w swoje d쿽nie. Ksi轅yc w pe쿻i o턻ietla szczyty gr i odbija si w oczach raz jednej raz drugiej.
- Jestem ci d퀅퓆a 퓓cie, Ciemna.
- Zrozumia쿪m podczas mojej podr璨y, 풽 moje 퓓cie tylko ma sens, gdy podziel si nim z tob.
- Wic bdziemy mie teraz wsplne 퓓cie, Ciemna. – powiedzia쿪 Jasna i przycisn怨a usta do jej ust. Potem chwyci퀉 si za rce i cho by퀉 bardzo zmczone, posz퀉 w켽k 턢ie퓃 przez las, dok쿪dnie w tym kierunku, ktry wskazywa im ksi轅yc.

KONIEC
Brzydka Kobieta
Data publikacji w portalu: 2009-01-18
Podoba Ci si artyku? Mo풽sz go skomentowa, oceni lub umie턢i link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 4.38 /g쿽sw: 26
Zaloguj si, aby zag쿽sowa!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opini  

narfa2009-01-19 14:16
Pozdrawiam Was, Jasna i Ciemna. I bajka si skoczy쿪, a one 퓓퀉 d퀅go i szcz沅liwie;-).

starshine2009-01-19 17:34
Rewelacyjna, bardzo wci켫aj켧a opowie뜻. Przeczyta쿪m jednym tchem.

baluk2009-01-19 23:27
Hmm, ciekawe. Ciemnej w쿽sy si spali퀉, a Jasna swoje musia쿪 턢i길 ;)

ekscentryczka452009-01-23 12:54
HM..nie powinnam ocenia cudzej twrczo턢i ale...rwnie dobrze to mg쿫y by 칦irek i Muchomorek..Flip i Flap...a nawet Nina Terientiew z Polikotem....w skali 6 daj **

baluk2009-01-23 21:58
Ka풼y twrca publikuj켧y wystawia si na ocen, ekscentryczko45. Masz wic prawo ocenia, ale rwnie masz powinno뜻 argumentowa i uzasadnia.

narfa2009-01-24 11:09
Popieram - to si nazywa - krytyka konstruktywna!

Francine2009-01-24 21:17
Przepikna opowie뜻 :):):)

brzydka-kobieta  brzydka.kobieta@gazeta.pl2009-01-24 23:53
do ekscentryczki: no tak, mg쿫y by i 칦irek i Palikot. Ale w쿪턢iwie co z tego? czy opowie뜻 na tym traci? Chyba troch mi o to chodzi쿽 w tej bajce, aby bohaterki by퀉 jak "ka풼y", nie wyr璨nia퀉 si przez to, 풽 s tej samej p쿬i. I have a dream. ;) :) Dzikuj za reszt komentarzy. :D

olacka2009-01-25 05:05
Warsztatowo dobra.

Adna2009-01-25 14:58
no w쿪턭ie...풽by opowie뜻 nie wykorzystywa쿪 sensacji z homoseksualizmu tylko broni쿪 si ciekaw tre턢i..:)

zuz@2009-01-25 20:36
sisterhood is powerful :) gratulacje dla autorki

blue bird2009-01-27 17:06
pikny, rozbudowany,spjny mit. przywodzi mi na my턫 ba턭ie rosyjskie.dobra kompozycja pod ka풼ym wzgldem

olacka2009-01-27 19:37
- I tu sie zgadzamy w 100%, blue bird.

robackowa2009-01-30 14:00
bardzo fajnaa opowie뜻, czyta si jednym tchem i ma co w sobie przyci켫aj켧ego :) naprawde dobrze napisane. pozdrawiam

Silla1452009-05-01 13:03
Widz, 풽 konkurs by do뜻 dawno, ale dopiero teraz mia쿪m okazj przeczyta. Jaki dodatek z homoseksualizmu, ja tu widz pikn hiperbol - Ciemna spotyka podczas swojej wyprawy rzeczy, ktre symbolizuj etapy drogi osoby homoseksualnej do spe쿻ienia, mi쿽턢i... No, generalnie, m켨ra ba띳.

madzia132009-05-21 15:26
ja tez mam bajk . nie moge jej juz nades쿪c . chc wam tylko pokaza ; ` Uwiziona ` Dawno , dawno temu na wysokiej grze sta zamek . W panstwie Patafolii . Mieszka쿪 tam ksi轅niczka imieniem Liana , wraz z rodzicami . Od dawna rodzice szukali narzeczonego dla Liany . Pewnego dnia urz켨zili bal , na ktry mieli zjecha si ksi굻ta . Ksi轅niczka taczy쿪 i rozmawia쿪 kolejno z ka풼ym . Ale nie znalaz쿪 tego wymarzonego . wie뜻 o nieudanym balu roznios쿪 sie po okolicy . Na pocieszenie krl urzadzi drugi bal , na ktry zjechali sie ksi굻ta tym razem z swa rodzin . Krlowi tak spodoba sie pewnien ksi굻e imieniem Marcin , 풽 postanowi wydac mu ksi轅niczk za zon . Nie spodoba쿽 sie to Lianie , ktra od tego czasu chodzi쿪 smutna po krlewskim dworze . Nadszed dzie slubu . Zebrali sie wszyscy w쿪dcy z rodzin . Krlewna przez okno zobaczy쿪 ksicia . Obok jego karocy sta쿪 sliczna ksizniczka ze z쿽tymi w쿽sami . Liana zesz쿪 na d車 , by j pozna . Dlugo rozmawia퀉 . Posz퀉 na spacer do lasu . - wiesz ja nie chce wychodzic za Marcina - zwierzy쿪 si Liana przyjaci車ce , imieniem Kornelia . - wiem jak to jest . - odrzek쿪 . Dosz퀉 do polanki . Usiad퀉 na ziemi . Ksi轅niczka Kornelia u턬iechne쿪 sie i lekko otar쿪 sw noga o biodro Liany . - przepraszam - rzek쿪 . - nic nie szkodzi . Dziewczyny d퀅go patrzy퀉 w swe oczy . - moge cie poca쿽wac ? - spyta쿪 liana . - tak .. Kornelia wplot쿪 swe rce we w쿽sy Liany . Przyblizy퀉 sie do siebie . Pocalowaly sie lekko . Liana usiad쿪 bli풽j i pocalowa쿪 korneli w szyj . - nie powinnam , przepraszam .. - powiedzia쿪 . - nie ... jestes pikna . Patrzy퀉 sobie g녠boko w oczy . - wracajmy .. - rzek쿪 Liana . gdy dosz퀉 do zamku , wszyscy sie niecierpliwili . Liana szybko wbieg쿪 do ko턢io쿪 , gdzie czeka Marcin . - czy ty marcinie ...? - spyta ksiadz . - tak . - czy ty Liano .. ? Liana spojrza쿪 w strone Kornneli . By쿪 bardzo smutna . - nie .! Pobieg쿪 do ksi轅niczki i obie쿪 j . wszyscy krzykneli . Ksi轅niczki poca쿽wa퀉 si . - Kocham ci .. - Ja cie te . - jak to ? .- spyta krl . - Kocham Kornelie . tato .- powiedzia쿪 . - dziewczyna dziewczyne ? . - tak , ! . - wybieg퀉 razem do lasu i nikt ich wicej nie widzia . Zosta퀉 par i Bardzo sie kocha퀉 .

Jeanne6662009-12-06 22:41
niez쿪 opowie뜻:) podoba쿪 mi si:)pzdr

Ali992009-12-21 13:36
Bardzo fajna masz talent:)

Traker2010-05-19 20:35
Zachwycaj켧e!

MiodowaLawenda2010-11-12 23:43
Pikna. Ba턭iowo cudowna, doskonale s쿽dka. O tak, to bajka, rozkoszna i dobra, nie퓓ciowa, ale czy ka풼a z Nas nie potrzebuje czasem takiej bajki aby utuli쿪 do snu zadrczon g쿽w i wych쿽dzone serce? Nawet je턫i si do tego nigdy nie przyzna... Zatopi쿪m si w dymie, mgle i strumyku szalestwa, widzia쿪m bia낢 sukienk Jasnej, poczu쿪m lk i mi쿽뜻 Ciemnej, zobaczy쿪m p쿽n켧e oczy Gore. Dzikuj Ci, Brzydka Kobieto, mo풽 dzi bd mia쿪 쿪dne sny ;* Uwielbiam t ba띳, za wszystko i pomimo

SoulNamedMusic2011-09-03 17:53
Trzyma쿪 mnie w napiciu. Przepikna ba띳. Autorce nale엽 si gor켧e brawa :)

dioda19742012-02-07 04:19
Jestem tu nowa i to jest pierwsza przeczytana przeze mnie bajka. Musz przyzna, 풽 zachca mnie do pozostania tu na d퀅풽j. Pozdrawiam :)

darkangel262012-08-30 21:27
Swietne !! Bardzo wciagajaca bajka :)

kolorowa912013-03-30 14:11
Mi쿽 si czyta :)

niefartmasakra2013-04-01 21:15
Mam nie dosyt i licz na dalszy ci켫 rnrnCiemna strona


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych u퓓tkowniczek portalu

Zaloguj si

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj si!

Witaj, Zaloguj si

zoo

KONTAKT

Wy턫ij swj tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja prac nickiem lub imieniem
(je턫i chcesz: nazwiskiem), je턫i chcesz napisz swj e-mail, podamy go w podpisie.

Ostatnio komentowane:

news Donald Trump nie chce finansowania organizacji promuj켧ych aborcj za granic
justsomebody10 Pos퀅giwanie si przyk쿪dem N. Vujicica nie ma, moim zdaniem, wikszego sensu, bo to jest wyj켾ek na tle setek tysicy niepe쿻osprawnych. Od dziecistwa by otoczony opiek, wsparciem,... opinia dodana 2017-02-11 13:52:24
muzyka Zawsze mocno 퓓쿪m i teraz mam co wspomina
Hitoshi W pi켾ek by쿪m na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowit kobiet, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, da쿪 przepikny wystp. Uwielbiam j.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos Najlepsze opowiadania erotyczne - Warnock Kathleen
Ciekawe opowiadania :) wci켫aj켧e ! polecam.\r\n\r\nPS. Odsprzedam za pare groszy . Wicej info na @.

Do낢cz do naszej spo쿮czno턢i!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2017