Cieszyć się z zaświatów

Polska przeżywa właśnie sukces literatury gejowskiej? Opowiada o tym premier przed Unią Europejską. Do tego, trzeba przyznać, pisarze hetero, typu Chwin i Stasiuk, nie mieli się ostatnio w Polsce tak najlepiej. Wprost przeciwnie, uchylać się musieli przed pretensjami krytyki feministycznej – a to, że kobiety w ich prozie są trzeciorzędne, a to, że nawet jeśli występują, to przez całą powieść milczą.
Iza Filipiak Sopot
Iza Filipiak Sopot
Pisarze dostawali potem za te cierpienia Nike, żeby się moralnie podreperować. Ale tu geje - proszę! Oni nie muszą zawracać sobie głowy kobietami! Im wolno pisać tylko o facetach! I to jest godne zazdrości, bo żadna krytyka feministyczna nic im nie zrobi, jako że to się wie, to się rozumie - są gejami. Za to, że stanowią wcielenie życzeń, fantazji i nostalgii, że są ideałem wcielonym, a jednak nieosiągalnym dla pisarza orientacji heteroseksualnej, za to samo należy im się sukces. A temu, że autorki-lesbijki żadnego w tym samym czasie sukcesu nie odnoszą, nie należy się w ogóle dziwić. Nie wiedzą, co dobre.

Przeżywa albo nie przeżywa. Pamiętam, jak ponad dziesięć lat temu czytałam, że literatura polska przeżywa... sukces literatury feministycznej, a potem zawsze okazywało się, że kasa (ta niezbędna do opłacania rachunków w czasie ewentualnego pisania następnej książki) zawsze szła zupełnie gdzie indziej. Fakt, że Nike dostała Pawia, albo że jedyną liczącą się prestiżowo literacką nagrodę w Polsce przyznano Dorocie Masłowskiej za książkę napisaną w zastępstwie jakiejś innej książki, którą młoda autorka mogłaby napisać, gdyby miała czas i miejsce trochę ochłonąć po recepcji, nikt temu nie zaprzecza, obiecującego debiutu, jest posunięciem genialnym. Postaram się wyliczyć, co zostało w ten sposób załatwione (niekoniecznie w kolejności, jaka jest ważna dla przyznających). Otóż najpierw rozwiązano kwestię literatury gejowskiej - Witkowski nie dostał Nike za powieść o ciotach, nie doszło więc do konfrontacji polityczno-ideologicznej z obecnie rządzącym gabinetem, proszę bardzo, zrobiło się po strachu. Następnie piszące lesbijki zniknęły z horyzontu i już wiadomo, że to, co napiszą, czy nie napiszą, docenione zostanie (lub nie) najwyżej w "Urodzie", "Cosmopolitan" albo czymś takim.

Wreszcie zniknęły też autorki z generacji znaczącej w latach 90., które odszczekiwały się feministyczne i to na pewno dotarło, że przyjemniej jest lansować młode laski, które są grzeczne i wdzięczne, niż te stare, doświadczone, cyniczne i zblazowane, i jak dotąd wyrażające się z dużym politowaniem na temat tego całego ambarasu z panami traktującymi literaturę jako coś wygodnego (dla nich), ohydnego (dla nas) i niereformowalnego zarazem. A wreszcie i na marginesie udało się postawić pomnik egotyzmowi Henryka Berezy: otóż pamiętam z kilku międzynarodowych targów książki, na których przypadkiem byłam gościem, te niezbyt delikatne kpiny czynione na zachód od Odry - że niby polska dusza jest tak skomplikowana, iż aby ją oddać, polscy pisarze muszą pisać książki niezwykle zawiłe i zupełnie niezrozumiałe dla europejskiego czytelnika. Otóż przez całe lata 90. wiele osób ciężko pracowało nad tym, żeby tę opinię zmienić. Ale znów i tę kwestię udało się załatwić, to znaczy przywrócić do punktu wyjścia sprzed lat dwudziestu. Nieliczni wydawcy, którzy starają się lit. pol. pokazać u siebie, mają w tej chwili święte prawo myśleć, że to, co nie zostało nagrodzone jest, no cóż, jeszcze gorsze od nagrodzonego. Skutkiem tego lit. pol. zostanie garnkiem z mocno dociśniętą pokrywką, z którego wyskoczyć będzie jeszcze trudniej niż dotąd, ja natomiast dostaję nie tak całkiem nieprzyjemnych dreszczy na myśl o tym, jak bym się czuła... gdybym została w Polsce. I nie miała innego wyjścia, jak tylko pociąć się tępą żyletką. Bo lepsze to, niż do końca życia być zależną od czegoś takiego.

Tymczasem Kostek Gebert przyjechał do Berkeley, żeby wykładać o stosunkach polsko-żydowskich, no i jest - fascynujący, rzetelny, z charyzmą. Niektóre czytelniczki na pewno pamiętają go z wiecu o nazwie Reanimacja Demokracji, który odbył się w listopadzie 2005 w Warszawie. Kostek uważa, że jeśli społeczeństwo godzi się na dyskryminację jednej, nie za bardzo lubianej grupy ludzi, to potem takim społeczeństwem można o wiele łatwiej manipulować - niby tak, jak można teraz manipulować społeczeństwem polskim, które godzi się na dyskryminację osób LGBT - ale jest to zarazem także koniec demokracji. Tenże Kostek opowiedział na wykładzie ostatnio taki dowcip z lat trzydziestych zeszłego wieku: "Przyjaciel odwiedza przyjaciela i pyta: - Czemu ty czytasz ciągle te antysemickie gazety? A ten odpowiada: - A co ja mam czytać? Jak czytam żydowską gazetę, to tylko: Pogromy, wyzysk, bezrobocie. A czytam to, i proszę: My rządzimy światem!" W końcu jasne, czemu kobiety nie czytają pism feministycznych - bo gwałt, przemoc, bezsilność; po co oglądać świat "z perspektywy ofiary", jeśli milej jest otworzyć "Wysokie Obcasy", "Wprost", "Elle", "Twój Styl", onet.pl i można się dowiedzieć, że kobiety rządzą światem.

Natomiast w kilku prywatnych szkołach w Oakland milej czują się dzieci z tak zwanym gender variance, czyli silnie odczuwaną potrzebą, by zachowywać się jak dzieci przeciwnej płci. Szkoła nawet zaangażowała psychologa, który doradza nauczycielom jak postępować, nie krzywdząc, z takimi dziećmi. Pierwsze oznaki mogą pojawić się już w drugim roku życia. U niektórych jest to faza przejściowa, u innych nie. Niektóre wyrastają na osoby heteroseksualne, inne na gejów i lesbijki. Ważne, by siedmiolatek, który czuje się, jakby "połknął dziewczynkę" nie musiał doświadczać przemocy - żeby zmniejszyć ryzyko dziecięcej traumy. Bo gdy zmuszają cię do tego, żeby być kimś, kim nie chcesz być, to jest dla dziecka powód do nieszczęścia, zauważają terapeuci. Depresja, samobójstwo, poważne choroby są skutkami korekty dziecięcych zachowań, kiedy chłopiec wydaje się opiekunom "delikatny jak dziewucha", a dziewczynka "rozgarnięta jak chłopak". Rzecz jasna, i tu protestują organizacje, których członkowie są przekonani, iż wystarczy chować dzieci po bożemu i przyuczać od małego, żeby było po kłopocie. Niektóre z takich dzieci są już jednak prawie dorosłe, wychowały się w tolerancyjnych domach, a gdy spotkają się na grupie wsparcia z rówieśnikami, dla których normą była wychowawcza przemoc, to odkrywają, że miały dużo szczęścia. Kalifornijska ustawa z 2000 roku zabrania dyskryminacji w szkołach publicznych, jak i prześladowania uczniów na podstawie zarówno zarówno orientacji seksualnej, jak i tożsamości rodzajowej. Stąd też i w szkołach publicznych zaczynają się szkolenia prewencyjne. Mają oduczać uczniów i nauczycieli prześladowania i zezwalania na prześladowanie "nie pasujących do obrazka" uczniów.

Aby nauczyć młodzież szacunku dla tradycji, a nie drwiny z pompatycznych zachowań, Giertych, minister edukacji nie do ruszenia, przeniósł Gombrowicza z listy lektur obowiązkowych do nadobowiązujących. Ale przynajmniej nie zakazał! Za moich czasów Gombrowicz był zakazany, mogłam więc kolportaż jego książek dopisać do listy czynności antyreżimowych, które wykonywałam pod komunizmem, czym zasłużyłam sobie na azyl polityczny. Dziś jednak przecież Gombrowicz do końca zakazany nie jest, ale to czytelniczkom-lesbijkom bardzo mało robi, bo one, jak wynika z ostatniego sondażu na portalu kobiety-kobietom czytają tylko Chmielewską, Muminki i Karola Maya, czyli lektury stosowne dla dzieci w wieku 8-12 lat, można się zatem spodziewać, że les-czytelnictwo w Polsce nigdy nie będzie przez cenzurę zagrożone. (A dlaczego amerykańskie lesbijki czytają Adrienne Rich i Audre Lorde? Trudno powiedzieć, może udają, że je to interesuje). Ja nie wyśmiewam, Karol May też głęboko wpłynął na mój rozwój duchowy w wieku lat siedmiu, Nocny lot Saint-Exupéry'ego zrobił wrażenie na trzynastolatce, Hesse świetnie oddawał wilcze osamotnienie w liceum, ale od czasu, gdy stałam się kobietą, potrzebowałam już innych lektur.

Konserwatywna synagoga Beth Sholom w San Fransisco przegłosowała właśnie rezolucję, która zezwoli na ordynację gejów i lesbijek na rabinów (kwestię kobiet-rabinów rozwiązano pozytywnie już wcześniej), jak również na uświęcenie "związków jednopłciowych". Czytam o tym w świątecznym numerze tygodnika "J.", który ukazał się na Rosz Ha-szana, na tydzień przed Jom Kippur. Zupełnie, jakby u nas zamieścić podobną informację na Boże Narodzenie. Od razu przypomniały mi się "Wysokie Obcasy" - jak to rok temu redaktorki zamówiły u mnie opowiadanie na Boże Narodzenie. Bardzo im zależało, ale o czym takie opowiadanie miało być? Chodziło o świąteczny nastrój, naturalnie. Przypomniałam więc sobie, jak kilka lat wcześniej "W.O." wydrukowały, też na święta, nieco pozytywistyczne opowiadanie Olgi Tokarczuk o ubogiej, niezamężnej dziewczynie z dzieckiem, na przystanku, na Gwiazdkę, gdzieś na wsi - jedno z takich, które z pewnością wzbudziłoby wiele oburzenia, gdyby ukazało się w roku 1899, ale sto lat później mogło się już okazać miłą, sympatyczną okazją dla wzruszeń). Uznałam więc, że jak na obecne czasy stosowniej będzie napisać świąteczne opowiadanie o lesbijkach, ale - nie, nie i nie! - opowiadanie zostało zgnębione i odrzucone. Ostatecznie, powiedziały redaktorki, zamieścić je możemy w jakimś codziennym numerze - byle nie świątecznym. Ale na to ja się nie zgodziłam. Miałam rację? Powiedzcie, drogie wielbicielki Winetou? Może sensowniej było się zgodzić i zachować honorarium? Zgodzić się, że Boże Narodzenie to rodzina. A lesbijki to nie rodzina, tylko obraza rodziny, nawet w gazecie udającej liberalizm.

Nie znaczy to, że Nad Zatoką prawo partnerskie wiele w moim życiu zmienia. Owszem, lepiej mieć dokument podpisany przez sekretarza stanu niż go nie mieć, tyle że do rozliczenia z podatków na poziomie nie stanu, lecz państwa, dokument ten ma się nijak. Jeśli małżeństwo jest święte, to jego świętość objawia się głównie monetarnie przez możliwość posiadania wspólnego ubezpieczenia i rozmaitych emerytur. Owszem, udział w funduszu emerytalnym każdy może sobie wykupić i wyznaczyć spadkobiercę - pomijając w rubryce słowo "Spouse" i wpisując "Other". Bo przecież każdy może dziedziczyć po każdym. Jednak różnicę między małżeństwem a związkiem partnerskim odczuwa się najdotkliwiej nie w młodości, kiedy wszyscy są zdrowi i szczęśliwi, tylko w wieku emerytalnym, przykrym wieku niedogodności i chorób.

Jeszcze pod koniec czerwca dwanaście kobiet na łodzi w Pensylwanii zostało wyświęconych na księży. Są to panie w poważnym wieku, z dyplomami z teologii oraz imponującą historią pracy społecznej na rzecz parafii. Nie mają zamiaru zmieniać wyznania, bo czują się rzymskimi katoliczkami. Są przekonane o swoim powołaniu. Mają za sobą wsparcie swoich rodzin (niektóre mają też dorosłe dzieci). Mówią, że zbliża się historyczna chwila, podobna do tej, kiedy to Rosa Parks powiedziała, że nie będzie siedzieć w tyle autobusu (i odmówiła ustąpienia miejsca białemu pasażerowi). Nie jest to pierwszy akt religijnej niesubordynacji. W 2002 roku siedem kobiet zostało wyświęconych na księży na łodzi na rzece Dunaj. Zostały potem natychmiast ekskomunikowane. Co nie powstrzymało czterech od przyjęcia święceń, tym razem biskupich - w okolicznościach tylko pobieżnie znanych, aby ten biskup, który je wyświęcił, nie stracił "posady". Jak legalne są te wyświęcenia? Oczywiście, nielegalne i nieważne naraz. Ale jedna z kapłanek, Victoria Rue, co tydzień odprawia mszę katolicką w kaplicy San Jose State University, czyli po sąsiedzku.

Na razie jednak nie wybieram się. Nawet z kobietą w charakterze pośredniczki monoteistyczne religie nie pasują do mnie ani ja do nich. Wolę raczej pozostać nikomu nie szkodzącą, niepraktykującą poganką. Ciekawe jednak, że podczas gdy kobiety podejmują spore ryzyko, by zostać księżmi, liczba mężczyzn chętnych do przyjęcia święceń spada (tu w Ameryce spadła od 1960 roku o 27%). Zatem przy ewidentnym braku księży (Ameryka nie wpadła jeszcze na pomysł, by importować ich z Polski), tutejsze zakonnice i świeckie katechetki stają się coraz bardziej widoczne w parafiach. Sama widziałam taką, najzupełniej zresztą legalną mszę w bazylice w Carmel, gdzie obowiązki księdza ograniczone były do podnoszenia monstrancji. Nie było to niemiłe, wprost przeciwnie, atmosfera panowała w dobrym rozumieniu tego słowa, rodzinna. Miałam wrażenie, że gdyby miła pani czytająca z ambony fragment Pisma, lub inna, wygłaszająca rozporządzenia parafialne, sama uniosła ową monstrancję, wierni albo by nie zauważyli, albo przyjęliby to z sympatią.

Co jeszcze ciekawsze, ten rok jest wyjątkowy nie tylko w historii świata, ale, przede wszystkim, w mojej własnej. Niemal już skończyłam 1600 (tysiąc sześćset) stron korekty autorskiej. Jak dotąd, uwielbiałam ten moment, kiedy książka jest przysyłana po redaktorskiej korekcie do przejrzenia. Co miało być napisane, zostało i można tylko spierać się z redaktorami o słowa. Okazuje się, że najlepszych rzeczy też można mieć nieraz dość. A rachunek jest prosty: 800 stron doktoratu (ukaże się to jako Obszary odmienności. Rzecz o Marii Komornickiej, ale kiedy? Wtedy, gdy zamkniemy ostatnich 140 stron), 340 stron Absolutnej Amnezji (wydanie trzecie, wznowienie dość ważne, zważywszy na to, że książka była dotąd - ale czy będzie nadal? - dodatkową lekturą w liceach, czy na studiach), 460 stron opowiadań (wydanie drugie, pierwszego i drugiego zbioru, pod nowym tytułem). Wszystko to ma fantastyczne okładki, idzie do druku tej jesieni, co oznacza dla mnie jedno - wiosna, lato i jesień z głowy. Wykonałam tę całą pracę z myślą o tym, że kiedy umrę, badacze historii dostaną do ręki porządnie zredagowany tekst.

A to jest przecież ważne, żebym nie musiała się wstydzić z zaświatów. A także, jak rzekła kiedyś Hanna Krall do Krysi Kofty, trzeba wydawać, bo trudno się spodziewać, że jak umrzemy, ktoś nam będzie po szufladach grzebał. A tak, choćby była i trzecia światowa, to w jakiejś bibliotece, w jakimś prywatnym archiwum, tu i ówdzie egzemplarz przetrwa. Trafi na niego za sto lat nawiedzona badaczka i bardzo się ucieszy. Tego się nauczyłam rozmyślając o Marii Komornickiej i o tym, co przepadło tylko dlatego, że nie zostało w stosownym czasie wydane. Żmichowska za to umieszczała w druku swoje prace, jak się zdaje, nie dla tłumu (Żmichowska, z właściwym sobie geniuszem, przewidziała wielbicielki Lesia), tylko dla jednej, która przejdzie się kiedyś po jej śladach i powieści jej potraktuje jak oazę (mowa o tym w Białej róży), i ma to, nie tylko z badawczego punktu widzenia, wiele sensu. Ciekawe jednak, że o ile pracę nad wydaniem monografii o Marii K. w konteście modernizmu odczuwam raczej jako obowiązek, to wznowienie AmnezjiOpowiadań zebranych raduje mnie jak dziecko. Po co, mówię sobie, te emocje, przecież wszystko zostanie tak samo, nie będę się jednak przymuszać do dystansu, jeśli cieszyć się jest o wiele przyjemniej.
Iza Filipiak
Data publikacji w portalu: 2006-10-03
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 0 /głosów: 0
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  

out of touch2006-10-03 15:15
Izo, dzieki za list. Jak tylko dotre do Polski od razu kupie Twoja ksiazke wznowiona, choc juz jedna , starsza wersje Amnezji mam. To wielka kompromitacja polskiego srodowiska les jesli jest prawda ze do ulubionych lektur naleza te o ktorych wspomnialas....I prosze Cie nie pisz o swojej smierci bo my naprawde Ciebie potrzebujemy....a juz najbardziej potrzebujemy Cie w Polsce.

dredzinka_zg2006-10-03 22:47
Hmmm wolność i niezależność kobiety. Niby panuje liberalizm, ale jednak nadal traktowana jest jak dodatek w celu umilenia życia mężczyzny, a środowisko les jest ciągle czymś obcym, tematem tabu w Polsce. Chyba sięgnę po Amnezję albo jakąś inną książkę pani autorstwa.

Miive2006-10-03 23:11
Izo - niezwykle cieszy mnie fakt, że nie trzeba będzie Ci grzebać po szufladach :) Przyjemnie jest się cieszyć, a jakże :)

Katze2006-10-11 17:11
zadam pytanie jak w sondażu z portalu KK: "jakie ksiązki mialy wpływ na zycie i swiatopoglad pani Filipiak?".

axamitek  Axamitek@o2.pl2006-10-12 23:43
Gratulacje! Za sto lat lesbijki będą jednymi z wielu. Społeczeństwo będzie wielo-płciowe/3p/bez podzialu na homo hetero..... i pewnie w wyniku jakiekogoś rozporządzenia wszystkie ksiązki traktujące o tym jaka to była kiedyś dyskryminacja będą pod ścisłym nadzorem naczelnego archiwisty planety...no bo po co mieszać ludziom w głowach skoro to będzie dla nich normalne :-)) ...to żart oczywiście ale wszystko jest możliwe :-) A teraz z innej beczki. Pamięta pani, że deklarowała się pani aby zadbać o poprawę naszego humanistycznego profilu ...i co z tym ( oprócz wydania pracy dr)?

Pinkberry2007-04-07 20:59
Być może polskie lesbijki nie czytają A. Rich, ponieważ nie wyszła po polsku... tak proste rzeczy potrafią bardzo skomplikowac życie.

vilanella2007-04-09 10:22
ekhm.. jak to Rich nie wyszła po polsku..???///Ale swoją drogą , co to za sondaż dziwny a propos tego czytania?? z tego co wiem, polskie lesbijki (moze nie wszystkie - to jasne - ale jednak tłumnie) przepadają za j. winterson chociażby..


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

Witaj, Zaloguj się

  O AUTORCE  

Izabela Filipiak

Izabela Filipiak, pisarka, poetka, badaczka historii i kultury. Autorka m. in. Absolutnej Amnezji, Madame Intuity, Twórczego pisania dla mlodych panien, Kultury obrazonych, Ksiegi EmObszarów odmiennosci.
Ostatnie lata spedzila nad Zatoka San Francisco jako stypendystka Fundacji Kosciszkowskiej i visiting scholar na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Doktor nauk humanistycznych z Polskiej Akademii Nauk. Ostatnio uzyskala MFA z literatury i creative writing w Mills College. Obecnie adjunkt w Instytucie Anglistyki UG. Mieszka w Gdyni.

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

  ZOBACZ TAKŻE  

Ostatnio komentowane:

opowiadania_erotyczne Kino
dorja To jest fajne :P opinia dodana 2020-08-31 00:16:42
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Muskając aksamit - Waters Sarah
Czytałam i później widziałam film BBC. Polecam obie wersje, a na deser \" Złodziejkę\" \r\nFantastyczne...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2020