Gwizdanie na psa

Czytam Kingę Dunin, która w ostatnich “Wysokich Obcasach” komentuje Witkowskiego i uświadamiam sobie zbieżność między cytowanym przez Kingę fragmentem, gdzie pisarz z niechęcią wypowiada się na temat „łysej lesby” („Zwierciadło” 6/2009) a fragmentem jego powieści Margot, który ukazał się tydzień temu w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” (22-23.08 2009). Wygląda na to, że Witkowskiemu na punkcie lesby – męskiej, łysej, z kolczykami, albo starej, agresywnej molestatorki – wytworzyła się prawdziwa obsesja.

Skąd właściwie się Witkowskiemu taka obsesja wzięła?

Może najpierw cytaty. Fragment z wywiadu pisarza cytowany przez Kingę brzmi: „Czasem zadaję sobie takie pytanie, czy gdybym postawił naprzeciwko siebie zakwefioną kobietę z arabskiego bazaru i taką wyemancypowaną, męską lesbę, łysą, z kolczykami wszędzie, i zapytałbym Arabki, czyby się zamieniła, to podejrzewam, że nie miałaby na to ochoty”. Na to Kinga zapytuje sensownie, czy Witkowski zamieniłby się z homoseksualistą skazanym za gejostwo, dajmy na to w Iranie, na karę śmierci. Bo w końcu dlaczego nie? Kinga dodaje: „Łysa lesba w liberalnym kraju, jak jej przyjdzie na to ochota, może zacząć chodzić w czadorze, a w nieliberalnym kraju muzułmańska kobieta nie może zostać łysą lesbą”.

W liberalnym kraju Witkowski może być lub nie być gejem. Może nawet zostać byłym gejem, który napisze powieść z homofobicznym podtekstem. Przypomina się w tym miejscu Jan August Kisielewski, który pod koniec 19. wieku napisał świetnie przyjęty dramat W sieci, gdzie ustami młodej bohaterki wydał wojnę moralnej „konserwie”. Niecałe dziesięć lat później ten sam autor popełnił pamflet antysemicki, niejako podlizując się tym samym czytelnikom, których dziesięć lat wcześniej obraził. W końcu stracił rozum i taki był, ciągnący się przez kolejne dziesięć lat, koniec jego historii.

Historię Kisielewskiego rozumiem w ten sposób, iż utalentowany z początku autor miał zbyt słabą psychikę i uwewnętrznił swojego opresora. Nie spodziewał się zapewne, że aż tak źle się to dla niego skończy. Ale do takiej sytuacji, w której artysta uwewnętrznia swojego opresora, nie udało się jeszcze dopisać pozytywnych zakończeń.

Wspominam o tym dlatego, iż po przeczytaniu fragmentu Margot, który dzięki wydaniu świątecznemu „Gazety Wyborczej” poszedł w świat w milionowym nakładzie, mam wrażenie, że z Michałem Witkowskim stało się coś podobnego. Wbrew temu, co kilka dni wcześniej pisarz powiedział o Margot w wywiadzie dla Dużego Formatu, nie jest to powieść popularna, tylko populistyczna. Ojciec Rydzyk mógłby napisać tę książkę. Może wewnętrzny tata Rydzyk w jaźni Witkowskiego ją napisał.

Bo chodzi o to, iż nad Margot znęca się w dzieciństwie dyrektorka domu dziecka, która „[m]iała męską ksywę: Kapral”. Zatem – męska lesba. Ohydna, stara, rozmemłana lesba, która nie ma przelewających się piersi tylko dlatego, że je sobie obcięła, pragnąca „młodego kolagenu” i dlatego molestująca dzieci. Nie może być wstrętniej. Ale po co to Witkowskiemu?

W języku angielskim istnieje termin „dog whistle politics”. Na język polski nie został przetłumaczony podobno dlatego, że w polskim życiu publicznym można wypowiadać publicznie treści pełne uprzedzeń rasowych i innych kompletnie bezkarnie. „Dog whistle politics” albo „gwizdanie na psa” to taki rodzaj mowy, który zawiera mniej lub bardziej niejawne, podprogowe przesłania skierowane do pewnej grupy odbiorców, dzięki którym mówca zwołuje (jak na gwizdnięcie) swoich zwolenników lub daje znać tej grupie, że „tak naprawdę jestem z wami”.

W kontekście amerykańskim przykładem takiego stylu jest rzucona od niechcenia przez Ronalda Reagana, w czasie kampanii prezydenckiej w 1976 roku, uwaga o „królowych bezrobocia”. Mogła się ona wydać sporej części publiczności zupełnie niewinna, ale przez grupę odbiorców o skłonnościach rasistowskich została zrozumiana poprawnie: „Ten prezydent będzie mnie reprezentował!”. Reaganowi chodziło bowiem o czarne samotne matki na zasiłku wychowujące dzieci (i, domyślnie, zachodzące w ciążę jedynie po to, żeby pobierać zasiłek od państwa). Właściwi odbiorcy zrozumieli przesłanie jako skierowane do nich, choć samo wyrażenie „królowa bezrobocia” nie zawierało negatywnych uwag dotyczących rasy Podobnie pies słyszy w gwizdnięciu wysokie tony, których ludzkie ucho nie jest w stanie odebrać – i przybiega.

Udało mi się raz odkryć wykorzystanie „gwizdania na psa” jako stylu komunikowania się z odbiorcą w polskiej mowie publicznej. (Pewnie można by więcej, jeśli się czyta gazety częściej niż raz na miesiąc). Po koncercie Madonny jeden polityk stwierdził, że artystka oddaje dochód z koncertów na Centrum Mistyki Żydowskiej i dodał: „To wyjaśnia wszystko”. Polityk nie powiedział więc, iż Madonna po to wystąpiła w Warszawie w święto maryjne, żeby naród polski obrazić, co jest częścią szeroko zakrojonego spisku żydowskiego. Ale ci, co mieli na gwizdnięcie zareagować, zrozumieli przesłanie tak, jak swój rozumie swojego.

Uważam, że Witkowski stosuje podobny zabieg w wydrukowanym w „Gazecie Wyborczej” fragmencie Margot. Nie mówi publiczności: „Zrezygnujcie ze swoich uprzedzeń, bo to idiotyzm, żeby kojarzyć homoseksualizm z pedofilią”. Powiada raczej: „Popieram wasze uprzedzenia, bo to faktycznie ciekawe, a może nawet trochę podniecające, aby homoseksualizm kojarzyć z pedofilią. Jestem z wami. A geje już wam się znudzili? To zajmijcie się raczej lesbami”.

Recenzenci, którzy się skarżą, że Margot jest powieścią pustą, owego gwizdnięcia mogą po prostu nie odbierać. Albo też taką dawkę homofobii, jaką Witkowski próbował ich zjednać, uznają za stan normalny. Tak czy inaczej, coś nie wyszło. Plan nie wypalił. Nie zachwycili się.

Mogło być też i tak, że lesba, stara czy młoda, agresywna czy nie, znaczy tak niewiele dla tych recenzentów i odbiorców, iż nie są w stanie dostrzec ani postaci, ani problemu. Widzą tylko białą plamę. Dla nich ta książka naprawdę jest o „niczym”.

Pisarz chce się ocalić, stara się więc przekroczyć niewidoczną poprzeczkę, która dzieli go od przyjemnego stanu, gdzie znajdują się pieniądze, telewizja i sława. Książka ma się więc sprzedać i już, bo autor tymczasem spalił za sobą mosty („zrezygnował z kariery naukowej”, tj. nie napisał doktoratu). Skończył się etat, nie ma felietonu, musi więc się odwołać do najniższych instynktów publiczności, żeby zaspokoić swój najniższy instynkt – przetrwania. Publiczność jest opresorem – ale jest też zarazem odbiorcą, który powinien książkę kupić, trzeba mu się więc jakoś przypodobać albo inaczej – znaleźć wspólną płaszczyznę między sobą a publicznością. Ale czy tą wspólną płaszczyzną musi być akurat homofobia, uprzedzenie?

A dlaczego Witkowski uczepił się akurat „lesby”? Jaki w tym jego interes? Sądzę, że kulturowy. Do tej pory obiektem homofobicznej przemocy w polskiej mowie publicznej był gej – niszczyciel chrześcijańskiej rodziny, utożsamiany z pedofilem, potencjalny molestator dzieci. Witkowski nie rozważa fatalnych skutków tego uprzedzenia, nie próbuje homofobii wyperswadować ani „leczyć”. Dokonuje za to subtelnego manewru, podobnego temu, który, jak dowodzi Sander Gilman, na początku 20. wieku wykonał Zygmunt Freud.

Zdaniem Gilmana, Freud przekierował tylko uprzedzenia publiczności. Nauczył swoich czytelników tego, iż to nie cechy rasowe przypisane jednostce są niezbywalne, lecz raczej cechy związane z płcią, dokładnie – z kobiecością. Skutkiem przełomu kulturowego dokonanego w dużej mierze, choć nie tylko, przez Freuda, tylko rasiści mówią dziś o „typowych” cechach rasy, natomiast wciąż wypada publicznie zastanawiać się nad tym, co jest, lub nie jest, niezbywalnie kobiece.

Witkowski nie jest Freudem, ale próbuje zastosować podobną technikę. Stara się przesunąć punkt ciężkości z gejostwa jako „zła”. Nie kwestionuje przy tym podstaw takiego napiętnowania. Łączy się za to z opresorem, a zarazem stara się przesunąć celownik jego uprzedzenia tak, by mierzyło nie w geja, tylko w „lesbę”.

Możliwe, że Witkowski nie uwewnętrznił taty Rydzyka, tylko bohaterów ze swej najlepszej powieści. Ciotki z Lubiewa czasem były cieciami, a czasem partyjniakami. Nadstawiały się swoim opresorom. Niekiedy musiały swoją legitymację partyjną zjeść. Najczęściej pożądały heteroseksualnych mężczyzn, chociaż ci nimi pogardzali. Lubiły się przebierać, odgrywać gwiazdy ekranu. Marzyły o sławie.

Tę strategię przetrwania zdaje się ucieleśniać Witkowski w swych ostatnich wywiadach. A jednak muszę dodać, że Lubiewa (gdyby ktoś chciał tu czynić jakieś uogólnienia) nie uważam i nigdy uważać nie będę za książkę homofobiczną. Jest dla mnie oczywiste, że w Lubiewie Witkowski prezentuje swoich bohaterów czasem krytycznie, a czasem z czułością, ale przede wszystkim pozwala im mówić. Ich opowieści to łabędzi śpiew. Ostatnie, co im zostało, to wyrazić żal nad epoką, która bezpowrotnie odchodzi. Jest w tym nostalgia, ale przede wszystkim wiarygodność ich głosów, którym pisarz daje świadectwo.

A wreszcie to, że wyżej wspomniany fragment Margot ma wywołać w czytelnikach uczucie radochy w związku z pomysłem, iż kobieta, która wygląda jak zaprzeczenie heteroseksualnej normy (jest „za stara”, „za gruba”), może jednak mieć pragnienia i potrzeby seksualne, jest za niskie, żeby rozumnie z tym dyskutować. Albo że jej pragnienia mają kończyć się tylko dewiacją (bo kto by chciał z taką nienormatywną osobą odbyć akt seksualny z własnej woli). Na szczęście namiętność spełnia się w najmniej oczekiwanych, najmniej normatywnych okolicznościach. Pozostaje tylko wierzyć, że gdzieś pod podszewką kryjącą pogardę do wszystkich innych, pod całym pozowaniem na gwiazdę TV, pisarz nienawidzi swojego opresora.

Jasne, przetrwanie jest ważne. Zaraz po przeczytaniu wywiadu w „Zwierciadle” nie miałam do pisarza pretensji. Czułam raczej, że nie chciałabym się znaleźć w takim miejscu życiowym, w jakim się znalazł Witkowski. Bo zdawało mi się, że człowiek, który nie chce mieć „żadnej rodziny poza mamą, tatą, babcią”, nie może się znajdować w super miejscu. Niepokoje, że legalizacja partnerskich związków homoseksualnych oznacza, iż wtedy zalegalizowane też zostaną rozstania („ile byłoby awantur o sokowirówkę, szybkowar, a o mieszkanie”) przypomina mi poemat heroiczny z zamierzchłych czasów (taki Beowulf – czytasz i myślisz, „O, kiedyś ludzie tak rozumowali”). Gdyby mnie ktoś zapytał, czybym się zamieniła z pisarzem na życie, odmówiłabym. Nawet gdyby obiecano mi w zamian, iż doczekam chwili, gdy „Wyborcza” wydrukuje fragment powieści napisanej przez łysą lesbijkę z kolczykami.

Oczywiście, każda decyzja pociąga za sobą koszty. Takie na przykład, że piszę felieton nie do „Wyborczej”, tylko do portalu Kobiety Kobietom, gdzie nie dostaję za to złamanego grosza. Czynię tak widać, bo jestem masochistką i bardzo mi się podoba, że w odpowiedzi „skrytykują” mnie osoby, których nie stać na to, żeby podpisać się imieniem i nazwiskiem. Warto nauczyć się podpisywać, natomiast nie opłaca się dowalać innym – osobom, które nie mogą się bronić. Nawet gdy jakaś ciotka-Klotka obieca nam w zamian pieniądze i sławę.
Izabela Filipiak
Data publikacji w portalu: 2009-09-01
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 5 /głosów: 1
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  

shadowland2009-09-02 08:13
czytalam wywiad z Witkowskim, w ktorym twierdzil, ze nie jest gejem i gdyby dorwal Dode to "wiory by lecial lecialy" rewelacyjna autokreacja:))) wydaje mi sie, ze Witkowski piszac o meskiej lesbie odwraca swoja uwage od przegietego i malo meskiego kiego geja, ktorym sam jest i przy ktorym gdyby spotkal "Dode" zaden wior by nie polecial a czy frustracja z bycia meska lesba czy przegietym gejem wynika z zewnatrz czyli z opresji heteronormatywnego spoleczenstwa czy jest wewnetrzym konfliktem- tego nie wiem

MI$2009-09-02 15:05
Czego wymagać od Pana, który stwierdza, że formalizacja związków, dzieci i wspólne kwiatki go nie interesują, wręcz irytują a sytuacja opresyjna jest dla Niego lepsza twórczo. Syndrom sztokholmski?

Joey2009-09-02 21:28
Kto tam wie, czy obrzydzenie Witkowskiego do "starej, łysej lesby" nie wynika z "hierarchii dziobania", tak typowego dla przedstwicieli wszelakich mniejszości. Jak jaśniejszy przedstawiciel czarnej rasy z pogardą patrzy na bardziej ciemnego pobratymca, tak i gej z pogardą patrzy na lesbę. Cóż, jeśli dzięki temu czuje się lepiej - niech mu będzie. Jednak w oczach przeciętnego heteryka i gej i "stara, łysa lesba" są na podobnym poziomie w rankingu dewiantów.

chic_on_speed2009-09-03 02:05
witkowski po tym wywiadzie stracił wszystko w moich oczach i nie chodzi nawet o łysą lesbę...jemu po prostu odbiło. za wszelką cenę chce chyba sprzedać swoją najnowszą książkę, a wiadomo, że nie ma jak mały skandalik, więc jego wypowiedzi rodem z "fucktu" czy innego "zrycia na gorąco" mają widocznie zapewnić potrzebny ferment wokół jego osoby. chce, żeby pan wiedział, że serdecznie panu współczuje panie witkowski, o ile w ogóle pan to przeczyta, bo przecież to portal, na który wchodzą też stare i łyse lesby, a to chyba najgorsze co może być dla takich nawróconych heteroseksualistów jak pan.

axamitek2009-09-12 11:26
Pani Izo no własnie dlaczego pani nie dostaje żadnych pieniedzy za pisanie od KK?, dlaczego lesbijki genralnie nie mają kasy ? dlaczego nie ma narodowego funduszu les (na zasadzie donation), który finansowałby medialną obronę przed takimi okazami i wspieraniem walki o nasze prawa?...oczywiscie znam na te pytania odpowiedz ale może jak je wypowiem to jakieś atomy uderzą o inne atomy i powstanie w czyjejś głowie genialna myśl :) PS. Dziękujemy, że pisze pani za free. Doceniamy. a KK rekomenduje zamontowanie sobie ikonki DOTPAY i poszukanie firmy konsultingowej, ktora doradzi co reklamowac i jak aby pozyskac pieniadze i na drugi raz wyplacac honorarium pani Izie :) Pozdrawiam.

anka zet2009-09-13 20:36
Świadomość konieczności współfinansowania różnych działań LGBTQ jest nadal na niakim poziomie w naszym kraju nad Wisłą... Niestety. Staram się kupować różne produkty innych LGBTQ i wydaję pieniądze w firmach prowadzonych przez LGBTQ np w usługach czy w handlu. W USA - wiem to z opowieści - na różnych spotkaniach w organizacjach są zbierane datki na działalność dla NGO. Tak wspiera się działalność dla wspólnego dobra. Może wkrótce doczekamy się takiej działalności w Polsce. Tymczasem wielkie podziękowania i ukłony dla Pani Filipiak i zachęta, by kupować Jej książki. I prośba, by nie wspominać nazwisk pewnych panów, którzy już nie wiedzą jak niesmacznie reklamować swoje dzieła. Szkoda czasu, jak powiedziałby Nikifor. Serdecznie Państwa pozdrawiam!


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

Witaj, Zaloguj się

  O AUTORCE  

Izabela Filipiak

Izabela Filipiak, pisarka, poetka, badaczka historii i kultury. Autorka m. in. Absolutnej Amnezji, Madame Intuity, Twórczego pisania dla mlodych panien, Kultury obrazonych, Ksiegi EmObszarów odmiennosci.
Ostatnie lata spedzila nad Zatoka San Francisco jako stypendystka Fundacji Kosciszkowskiej i visiting scholar na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Doktor nauk humanistycznych z Polskiej Akademii Nauk. Ostatnio uzyskala MFA z literatury i creative writing w Mills College. Obecnie adjunkt w Instytucie Anglistyki UG. Mieszka w Gdyni.

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

  ZOBACZ TAKŻE  

Ostatnio komentowane:

opowiadania_erotyczne Kino
dorja To jest fajne :P opinia dodana 2020-08-31 00:16:42
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Muskając aksamit - Waters Sarah
Czytałam i później widziałam film BBC. Polecam obie wersje, a na deser \" Złodziejkę\" \r\nFantastyczne...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2020