Szarlotka. Część 3

Majka bzigo@poczta.onet.pl
Rozdział 7. Pięć minut.

- Marysiu, ratuj! - krzyknęła Barbara do swojej przyjaciółki siedzącej w fotelu i w spokoju sączącej kawkę. - Co ja mam teraz zrobić?
- Z czym? - spytała Marysia cokolwiek bezmyślnie i równie bezmyślnie popatrzyła na Barbarę.
- Z tym wszystkim. Z Urszulą i Stefanem i z sobą...
Marysia gestem pełnym powagi odstawiła na stół filiżankę z kawą.
- Ale w czym problem?
Barbara w odpowiedzi uczyniła nieokreślony ruch rękami, otworzyła usta, zawahała się, wstała, usiadła, znowu wstała, znowu usiadła i westchnęła ciężko.
- A konkretnie?
Barbara pełnym melancholii gestem wyjęła z paczki papierosa, zapaliła go, wypuściła z dymem większość swojego napięcia i w końcu odezwała się.
- Zakochałam się. - oświadczyła z naciskiem.
Marysia, która również sięgała po papierosa, zastygła z zapalniczką w dłoni, w zaskoczonym półukłonie nad stołem.
- Przepraszam, co zrobiłaś? - spytała.
- Zakochałam się. - powtórzyła Barbara już nieco ciszej, równocześnie wypuszczając kolejny kłąb dymu, prosto Marysi w twarz, skutkiem czego ta druga wróciła do poprzedniej pozycji.
- Fiuuuuu... - skomentowała pstrykając zapalniczką. - Tego, zdaje się, nie było w planach? I co teraz?
- To ja się ciebie pytam, co teraz! - zirytowała się Barbara.
- A skąd ja mam wiedzieć?
- Bo to ty mnie na ten romans namawiałaś i teraz widzisz z jakim skutkiem!
- No, może mi jeszcze powiesz, że stałam nad tobą, tupałam i kazałam ci z nią iść do łóżka?! Poza tym wcale cię nie namawiałam, tylko starałam ci się pewne rzeczy uświadomić.
- Nieprawda! Ja dobrze pamiętam, że spytałam, czy aby na pewno wiesz, na co mnie namawiasz, a ty powiedziałaś: "i to lepiej niż ci się wydaje"!
Marysia strzepnęła popiół i popatrzyła na Barbarę z dezaprobatą.
- Że też zawsze zapamiętasz nie to co trzeba... No dobrze, ale zakochałaś się we własnym zakresie i już bez mojego udziału.
- Ale w konsekwencji twoich działań!
- W konsekwencji działań? Może, ale chyba jednak nie moich... - westchnęła Marysia, ze zdziwieniem dostrzegając jak na policzkach Barbary pojawia się delikatny pąs. - Basieńko... - dodała z podziwem - Ty się czerwienisz!...
- Oj!... - odparła Basieńka i powachlowała się dłonią, a następnie przyłożyła ją do policzka. - Zdenerwowałaś mnie!
- Nie, kochana. To nie są wypieki, tylko pąs zakłopotania. I wiem co go wywołało: wspomnienie działań Urszuli.
Policzki Barbary spąsowiały intensywniej.
- No, właśnie. A swoją drogą, te działania musiały być ciekawe, skoro aż tak reagujesz, ale wypytywać cię o szczegóły nie będę. Lepiej mi powiedz, co ona.
Barbara uśmiechnęła się z lekkim speszeniem, zgasiła papierosa, przetarła okulary i powiedziała z mgiełką rozmarzenia:
- Ona jest taka... jest taka... taka...
- Jaka? - zniecierpliwiła się Marysia
- No właśnie nie wiem...
Marysia spojrzała w sufit tak, jakby chciała powiedzieć: "Boże, spuść nogę i kopnij".
- Ale ja się pytam, czy ona o tym wie i, czy ona też.
- Nie wie. Chyba. Ja jej w każdym razie nie mówiłam. Nie chcę, żeby wiedziała. Boję się.
- Że się przestraszy?... - Marysia pokiwała głową i zgasiła papierosa. - Poprzednio też się bałaś, że się przestraszy twojego pożądania i co? Jak na razie, to ty się bardziej certolisz niż ona.
- Ale ona jest młoda i nie ma nic do stracenia!
- A może właśnie odwrotnie? Może dlatego idzie na całość, że ma zbyt wiele do stracenia? Bo cię kocha. A, że nie jest głupia, to się dla ciebie stara, bo się zwyczajnie boi, że ją zostawisz? Aha. I poza wszystkim pamiętaj, że ona jest kobietą i, jak większość kobiet dysponuje szóstym zmysłem, potocznie zwanym intuicją, dlatego wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że ona wyczuwa te wszystkie twoje rozterki, zwłaszcza, że, jak zdążyłam zauważyć, ma całkiem nieźle poukładane w głowie, a do tego jest wrażliwa.
Barbara przez chwilę wyglądała tak, jakby zaczęła się dusić.
- Więc powiesz mi wreszcie, co ja mam zrobić?
- Nie wiem, co masz zrobić. Ja bym się na twoim miejscu rozwiodła, ale ty rób, co chcesz...
- Tak? To dlaczego wróciłaś do Tadeusza po Ance?
- Bo ja nie podchodzę do życia aż tak emocjonalnie jak ty. Ale gdybym podchodziła, to bym nie wróciła, tylko się rozwiodła.
- To ja, uważasz, powinnam jeszcze Stefana bardziej dobić? Miło było razem tyle lat, ale przestałeś ze mną chodzić do łóżka, to cześć, biorę z tobą rozwód i odchodzę do kochanki! To jak on się poczuje? I w ogóle co ludzie powiedzą? Już nie wspominając o rodzicach Ulki i mojej rodzinie. Poza tym weź pod uwagę, że ten związek nie ma racji bytu. Ona jest ode mnie młodsza o siedemnaście lat!
- Co ludzie powiedzą, nie powinno cię obchodzić w ogóle. - odparła Marysia autorytatywnie. - Powiedzą to, co zawsze: grzech, zboczenie i obraza boska. Nie znasz tych wszystkich pseudokatolików, którzy potępiają wszystko, czego nie mogą pojąć i, którzy co niedzielę latają do kościoła i do spowiedzi, a jak przychodzi co do czego, to się zachowują gorsząco i perwersyjnie? Na przykład gwałcą własne dzieci. A co do wieku Uli... to nawet chyba lepiej, że młodsza, bo zawsze możesz powiedzieć, że to twoja kuzynka, albo córka, a na ulicy się chyba nie całujecie...?
- W tym szaleństwie jest jakaś metoda... Nie, no. Ale to przecież jakiś absurd! Stefan...
- Stefan prędzej uwierzy w młodego kochasia niż kochankę! - przerwała Marysia. - Czy ty tego nie widzisz, że to właśnie absurd daje rację bytu całej tej sytuacji?
- No i co z tego?! To znaczy, ja dobrze wiem, co ty chcesz mi powiedzieć i co z tego, że ja cię nawet rozumiem... teoretycznie. Bo w praktyce, tak naprawdę, wyjścia nie ma. Nie ma kompromisu, bo cokolwiek zdecyduję, ktoś na tym ucierpi. Jak nie Ulka to Stefan, a już ja na pewno, w obu przypadkach.
- A musisz decydować?
- Muszę!!! Bo ja już nie mam siły się z tym kryć! Już nie mogę! Nie wytrzymam! A z drugiej strony ja nie mogę bez niej żyć...
Marysia nabrała potężny haust powietrza i wypuściła je z sykiem.
- Dobra. - powiedziała. - Przestań się miotać. Mam pewien pomysł. Możesz się urwać z uczelni na tydzień albo dwa?
Barbara popatrzyła na nią ponad oprawkami okularów.
- Mogę. Raczej na tydzień niż dwa, najlepiej przy okazji jakichś świąt. Ale może mogę wziąć zwolnienie. A co?
- To teraz mnie lepiej posłuchaj, bo jak mnie nie posłuchasz, to mam to wszystko gdzieś, jasne?
Barbara posłusznie pokiwała głową.
- Więc bierzesz sobie ten urlop, zwolnienie, czy cokolwiek bądź, bierzesz samochód i niech ci tylko Stefan spróbuje przeszkodzić, to go uduszę własnymi rękami. Dalej bierzesz Urszulę, więc się najpierw z nią dogadaj, kiedy ma czas, a następnie bierzesz moje klucze od działki w Zawiszynie i jedziesz tam sobie na tak długo, jak ci się będzie podobało. Będziesz tam miała ciszę i spokój, żeby sobie wszystko przemyśleć, lepiej poznać Ulę i podjąć właściwą decyzję. Jaką decyzję podejmiesz, to już nie moja sprawa. Zapamiętaj sobie, że ja ci tylko stwarzam warunki do jej podjęcia. Amen.
- Naprawdę myślisz, że w towarzystwie Urszuli to ja będę miała spokój?
- No, nie robicie tego chyba bez przerwy?
- Nie, z przerwami. Ale w przerwach to ja nie myślę, bo przeważnie jestem nietrzeźwa z emocji.
- No tak... - westchnęła Maria. - Zapomniałam, że ty przecież jesteś jedną wielką, chodzącą emocją i najpierw odczuwasz, a dopiero potem myślisz, ale jeżeli mogę mieć jakąś prośbę do ciebie, to opanuj się chociaż na jeden dzień i zastanów nad własnym życiem. Ty musisz się siebie zapytać i sama sobie odpowiedzieć na pytanie, czego ty właściwie od życia chcesz. Ty SAMA, bo nikt za ciebie tego nie zrobi.
Barbara pełnym roztargnienia gestem poprawiła grzywkę, która opadła jej na czoło.
- Ależ ja to wszystko wiem... To znaczy wiem, że muszę sama. Tylko, że to tak trudno się skupić w obliczu takich silnych emocji... Och, żeby to tak można było przekręcić kurek i zakręcić emocje...
Marysia popatrzyła na nią z uśmiechem i sięgnęła po papierosa.
- Prawdę mówiąc, nie znam nikogo, kto by miał bardziej zakręcone emocje od ciebie... - powiedziała z rozbawieniem i zapaliła.
Barbara popatrzyła na nią z niesmakiem.
- No wiesz?! Ja tu o poważnych sprawach, a ty sobie ze mnie żartujesz... - powiedziała z wyrzutem.
- Dobrze, już dobrze. - odparła ugodowo Marysia. - To co? Jedziesz z Urszulą do Zawiszyna?
Na samo wspomnienie Urszuli Barbara ponownie spąsowiała.
- Pojadę... - powiedziała ostrożnie, chowając twarz w dłoniach.
- I tak widzę, że się czerwienisz.
- Ojej, bo ona jest taka... mięciutka... - westchnęła Barbara ze szczerym zachwytem.
Marysia udała, że zakrztusiła się dymem, aby ukryć nadmierną wesołość.
- No, proszę, jak to człowiek z miłości głupieje... - zauważyła filozoficznie, gdy tylko przestała kasłać.
W odpowiedzi Barbara posłała jej piorunujące spojrzenie.
- Zobaczysz! Jak mnie będziesz tak komentować, to więcej słowem się do ciebie nie odezwę na temat Urszuli! Żebyś pękła! A w ogóle to ja ci życzę, żebyś się kiedyś tak porządnie zakochała. Tak najbardziej kretyńsko jak tylko można i jeszcze do tego najlepiej od pierwszego wejrzenia! Żeby ci się ten twój cały racjonalizm echem do końca życia odbijał! - powiedziała gniewnie, po czym na znak, że czuje się zdegustowana, wstała i z godnością wyszła do łazienki.
*
Poniedziałek, 28 marca.
Już prawie wszystko zapięte na ostatni guzik. Za trzy tygodnie jedziemy z Ulą na działkę Marysi, do Zawiszyna. Nie mogę się już doczekać tego wyjazdu. Po raz pierwszy wreszcie spędzimy z Urszulą tyle czasu razem. Jestem ciekawa tej konfrontacji, a poza tym, trochę mi wprawdzie głupio przyznawać się do tego nawet samej sobie, mam straszliwą ochotę na Ulkę, wręcz jestem nieprzytomna z pożądania i nie potrafię o niczym innym myśleć. Więc ,żeby móc podjąć ważne decyzję, będę musiała najpierw dać upust emocjom...
Mój Boże, nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że się na stare lata tak zakocham!
*
Skrajem szosy na Łochów powoli wlókł się wóz ciągnięty przez gniadą, leciwą szkapę. Barbara wdepnęła hamulec, gdyż z naprzeciwka jechał rozpędzony samochód. Gdyby nie to, zapewne przeoczyłaby drogowskaz na Zawiszyn.
Ominąwszy szkapę z wozem, skręciła w prawo, w nieco węższą drogę i usiłując przebić się wzrokiem przez rząd drzew ciągnących się po lewej stronie, wypatrywała kolejnego skrętu, tym razem już prowadzącego do daczy Marysi. Siedząca obok i dotąd w ciszy studiująca mapę województwa mazowieckiego Urszula uniosła głowę i rozejrzała się dokoła. W tej samej chwili Barbara dostrzegła właściwą drogę, zwolniła, skręciła w lewo, przejechała jeszcze paręset metrów, po czym zatrzymała samochód pod znajoma bramą.
- Jesteśmy na miejscu. - oświadczyła zaciągając ręczny hamulec i sięgnęła po torebkę, aby wyjąć klucze od bramy.
- Daj, to otworzę. - powiedziała Urszula i przejąwszy od niej znaleziony pęk kluczy wysiadła, udała się w kierunku wjazdu, zdejmując kłódkę otworzyła bramę na oścież i odczekawszy aż samochód wjedzie na podwórko, zamknęła ją z powrotem i ruszyła w ślad za nim.
Barbara zaparkowała pomiędzy domem a rozłożystą kępą mirabelek.
Sam dom był nieduży, drewniany, niemal ze wszystkich stron otoczony drzewami. Wyjątek stanowiło wejście, przez ganek, z którego roztaczał się urzekający widok na płynący leniwie paręnaście metrów dalej Liwiec i łąki na drugim jego brzegu.
Barbara wysiadła z samochodu i otworzyła bagażnik. Urszula niemal całkowicie zauroczona widokiem w pierwszej chwili zupełnie ją zignorowała. Dopiero potężny kuksaniec w bok przywrócił ją rzeczywistości.
- Pięknie tu. - powiedziała wyjmując farby i płótna. - Jakie doskonałe plenery! Od jutra maluję!
Barbara uśmiechnęła się i odparła:
- Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy też chciałam wszystko malować. Byłam tak zachwycona widokami, że nie mogłam się zdecydować, co chcę malować w pierwszej kolejności. W końcu jednak namalowałam ten fragment z lasem, tam po prawej, widzisz?
Ula pokiwała głową, po czym spytała:
- I co potem zrobiłaś z obrazem?
- Podarowałam Marysi. I o ile go jeszcze nie wyrzuciła, powinien tu wisieć na werandzie.
- Na werandzie? - zdziwiła się Ula - Gdzie tu jest weranda? Czy masz może na myśli ganek?
- Werandę. - powiedziała Barbara z naciskiem, szperając w torebce w poszukiwaniu kluczy. - Weranda zaraz na początku została zabudowana i właściwie pełni rolę salonu i jadalni razem. Zresztą zaraz zobaczysz.
Istotnie, kiedy drzwi stanęły wreszcie przed nimi otworem, oczom Urszuli ukazała się wspomniana weranda, gdzie, na ścianie wisiał duży obraz przedstawiający widok za oknem.
Ulka postawiła płótna i farby obok dwóch wyglądających na bardzo wygodne foteli i rozejrzała się wokoło.
- Poznaję twój obraz. - powiedziała i podeszła do niego. - A swoją drogą, nie wiedziałam, że też malujesz.
- To, że wykładam historię sztuki jeszcze nie znaczy, że nie potrafię malować. - odparła Barbara z rozbawieniem. - Wprawdzie nie studiowałam malarstwa, ale na grafice też uczyli malować...
- Nie wiedziałam, że skończyłaś grafikę. - zainteresowała się Ula, wychodząc za Barbarą do samochodu po następne bagaże
- W ogóle niewiele o mnie wiesz, prawda? - Barbara wyjęła walizkę, torby z jedzeniem, plecak Urszuli i zamknęła najpierw bagażnik, a potem auto.
- Ile bym nie wiedziała, i tak będzie za mało. Zresztą... wiem tyle, ile chcesz, żebym wiedziała. Resztę muszę sobie sama dośpiewywać, gorzej, czy lepiej.
Barbara podnosząc z ziemi walizkę przyjrzała się Uli przenikliwie.
- Naprawdę uważasz, że mam przed tobą jakieś tajemnice? - spytała ostrożnie
- Ja to WIEM, promyczku. - odparła Ula autorytatywnie. - Ja to CZUJĘ. Zostawiasz mnóstwo treści między wierszami i te twoje niedopowiedzenia, zdania urywane w połowie, jakbyś goniła za nową myślą w połowie porzucając poprzednią... Swoją drogą, to dobry sposób, żeby kogoś skołować. Gdybym nie miała zdolności analitycznych, pewnie też bym należała do tych skołowanych.
- Wiesz... - zaczęła Barbara wnosząc rzeczy do pokoju. - To nie tak... Ja nie zawsze mam śmiałość, żeby mówić wprost. Ty jesteś jeszcze młoda i bezczelna, to się tak nie przejmujesz formą, ja jednak...
- Rzeczywiście! - prychnęła Ulka z urazą - Stara babcia się znalazła! Formalistka w formalinie o. m. c.! Już ja widziałam i nieraz na własnej skórze odczułam, jak ty się przejmujesz tymi "formami"! W życiu nie słyszałam, żeby ktoś tak świntuszył w łóżku!
Na policzki Barbary wypłynął znienacka intensywny pąs.
- Co to jest: o. m. c.? - zapytała nieśmiało.
- Skrót od "o mało co". O! A teraz, proszę, jak to się rumieni! Że to niby takie niewiniątko! Myślałby kto! Kto by cię nie znał, to by to kupił! Ja jestem śmiała i bezczelna?! Ciekawe, bo to ty mnie zamieniasz w oniemiały słup soli swoim zachowaniem w NIEKTÓRYCH momentach... - powiedziała Ula w taki sposób, żeby Barbara nie miała najmniejszych wątpliwości, o jakie momenty chodzi. - Faktycznie, może nie zawsze masz śmiałość mówić, ale zapewniam cię, że doskonale nadrabiasz to czynami! Co jednak nie zmienia faktu, że lawirujesz pomiędzy tym, co chcesz, żebym wiedziała, a tym, o czym twoim zdaniem wiedzieć nie powinnam.
Barbara położyła walizkę na stole i otworzyła ją.
- A ty mi mówisz o wszystkim? - spytała zjadliwie.
- Nie wykręcaj kota ogonem! Oczywiście, że nie. Po co ci na przykład wiedzieć, na co zmarła w zeszłym roku moja ciotka Zofia? Ale jeśli chodzi o to co dotyczy nas obu, staram się mówić o tym, co myślę i czuję, ty za to uciekasz w aluzje i niedopowiedzenia.
- Bo ja nie umiem mówić tak pięknie jak ty. A poza tym, już ci mówiłam i jeżeli będzie trzeba, będę powtarzać to do znudzenia, że niekiedy brakuje mi odwagi. Nie o wszystkim potrafię mówić.
- Chciałabym i boję się. - zauważyła Ulka złośliwie, rozpakowując plecak. - Ja oczywiście nie będę cię ciągnąć za język, chcesz to mówisz, ale uświadamiam cię, że ja MYŚLĘ. Rozumiem twoją potrzebę autonomii, każdy potrzebuje jakiejś intymności, ale nie możesz najpierw dawać mi do zrozumienia, że stęskniłaś się za mną śmiertelnie, a zaraz potem udawać, że nic z tych rzeczy, jakbyś się bała, że ci na mnie za bardzo zależy. Mi na tobie na pewno zależy za bardzo, ale nic na to nie poradzę. Stało się i koniec. Gdybym nie okazała ci jak bardzo mi na tobie zależy, miałabym potworne wyrzuty sumienia. A poza tym muszę jakoś dać ujście emocjom!
- A jeśli tych emocji jest tyle, że gdyby dać im ujście, to nie dało by rady nad tym zapanować? - wypaliła Barbara.
- Aha... To ty się boisz, że stracisz nad sobą kontrolę!
- I tak już straciłam. Boję się raczej, że nie będę się umiała zatrzymać. Że zacznie być po mnie widać, że kogoś mam. Ja przecież nie mogę sobie pozwolić, żeby Stefan... żeby studenci zauważyli jak na ciebie patrzę!
- Ale tutaj nie ma ani studentów, ani Stefana.
- Ale ja tak nie potrafię! Tutaj umierać z emocji, a tam udawać głaz! - zdenerwowała się Barbara i dla podkreślenia mocy własnych słów, dramatycznie rozłożyła ręce.
- Nie żądam od ciebie udawania głazu ani umierania z emocji. Chcę tylko, żebyś... przestała się bać zarówno mnie, jak i swoich uczuć. Zrozum, to właśnie ja powinnam o nich wiedzieć, bo czujesz do mnie i jestem ostatnią osobą, która mogłaby to wykorzystać przeciw tobie. Ja mam prawo wiedzieć. A ty masz prawo to z siebie wyrzucić. Masz zamiar to tak w sobie dusić? Przecież to w końcu pęknie...
- I wyleci z siłą erupcji wulkanicznej. - dokończyła Barbara zanim zdążyła ugryźć się w język.
Ulka z wrażenia zamarła ze skarpetkami w ręku.
- No, proszę. - powiedziała z podziwem. - Znaczy, że słusznie zauważyłam, że jesteś uśpionym wulkanem.
- Nie chciałabym cię przestraszyć... - westchnęła Barbara z nutką kokieterii. - Ja mam naprawdę silne emocje.
- Myślisz, że o tym nie wiem? Dajesz mi to odczuć wprawdzie tylko chwilami, wtedy kiedy na moment tracisz nad sobą panowanie, ale to wystarczy, żebym sobie resztę dopowiedziała. Boisz się, że mnie przestraszysz? Nie przestraszysz. A zresztą, jeśli nawet, to i tak już jest za późno.
- Na co?
- Żeby uciec. Za późno, żeby się nie angażować, żeby się wycofać, zrazić czy bronić. Dlatego, że zależy mi na tobie za bardzo. Nie potrafiłabym...
Barbara gwałtownie podbiegła do Urszuli i porwała ją w ramiona.
- O, Boże. - wyszeptała. - Dziękuję ci. - i łapczywie sięgnęła jej ust.
*
Świt, co było do przewidzenia, powitał je w objęciach Amora. Dopiero późnym rankiem i z wyraźną niechęcią przeniosły się w objęcia Morfeusza.
Po południu Urszulę obudziły dobiegające z głębi domu dźwięki muzyki. Zaintrygowana tym faktem szybko narzuciła coś na siebie i ruszyła w kierunku źródła dźwięku, którym okazał się sąsiedni pokój, najwyraźniej pełniący rolę living room'u. Urszula ostrożnie, niemal na palcach podeszła do drzwi i delikatnie uchyliła je. W pierwszej chwili zamarła zaskoczona, ujrzała bowiem niecodzienny widok. Prawie na wprost, tyłem do niej siedziała przy pianinie Barbara i grając, uduchowionym ruchem całego ciała płynęła wraz z muzyką.
Urszula powoli uchyliła szerzej drzwi, nieznacznie wślizgnęła się do środka i nie chcąc przeszkadzać Barbarze, oparła się o ścianę, wyraźnie urzeczona pięknem chwili. Barbara tymczasem uczyniła króciutką przerwę i znów dotknęła klawiszy. Muzyka, tym razem jednak dużo rzewniejsza, ponownie wypełniła pokój, a chwilę później zawtórował jej mocny, czysty głos Barbary opowiadający o dwóch najpiękniejszych słowach, że "nie wypada mi tych słów dać usłyszeć ci, bo być może boisz się tego, co od dawna faktem jest..."
Urszula stała jak oczarowana magią jej śpiewu. Czuła, że Barbara śpiewa do niej i o niej, nie mogła jednak uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Jak to? To ona napisała tę piosenkę, czy ktoś inny? A jeśli ona, to dlaczego powiedziała, że nie umie pięknie mówić? Przecież...
"...Chciałabym oddać ci wszystkie nuty mego istnienia, nim wedrze się między nie upiorny fałsz cierpienia..."
Urszula poczuła jak ze wzruszenia po policzkach zaczynają jej spływać łzy. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, odruchowo siąknęła nosem. Barbara natychmiast przerwała śpiew, gwałtownie odwróciła się w jej kierunku i ujrzała jej zapłakany wyraz twarzy. Ulka, w pierwszej chwili nie spodziewając się zdemaskowania, zamarła na ułamek sekundy, po czym znienacka wykonała zwrot w tył i wypadła do sieni. Barbara zerwała się z miejsca i wybiegła za nią. Ulka szarpnęła drzwi łazienki i zabarykadowała się od środka. Odwróciła się tyłem do drzwi, oparła się o pralkę i dopiero teraz dała upust emocjom, zanosząc się dziwnym, spazmatycznym płaczem.
Barbara szarpała za klamkę i łomotała do drzwi.
- Ula, otwieraj natychmiast! Co się stało?! - w jej głosie można było usłyszeć niepokój.
Ulka odkręciła kran przy umywalce i opłukała twarz wodą podczas, gdy Barbara dobijała się do łazienki coraz natarczywiej. W końcu Urszula zakręciła wodę, wytarła się, podeszła do drzwi i zwolniła zamek.
Barbara z impetem wpadła do łazienki i chwyciła w dłonie twarz Urszuli.
- Co się stało? - spytała z takim przejęciem, że Uli zrobiło się głupio.
- Przepraszam. - powiedziała. - Nic się nie stało.
- To dlaczego płakałaś? Zrobiłam coś nie tak?
- Nie... to tylko ze wzruszenia. - przyznała się z zakłopotaniem.
Barbara najpierw przyjrzała jej się z troską, następnie spojrzała jej bardzo głęboko w oczy i w końcu powiedziała:
- Kocham cię.
Ulka nagle zrozumiała, że stał się cud. I zapatrzyła się hipnotycznie w brąz oczu Barbary, czując, jak zaczyna się w nim topić, jak przenosi się w zupełnie inny wymiar, odkrywając nagle w sobie nowy rodzaj emocji, jakby jaśniejszy i dużo głębszy... Nie, nie chciała jej ani całować, ani dotykać, ani pieścić. Zapragnęła nagle po prostu patrzeć na nią, mówić do niej, słuchać i przede wszystkim żyć dla niej, czuć w duszy każdy jej smutek i każdą radość i zrobić wszystko, by Barbara czuła się szczęśliwa. Jakimś szóstym czy nawet siódmym zmysłem wyczuwała, wiedziała, że choć ich usta milczały, ich serca właśnie prowadziły ożywioną rozmowę, a ich myśli przenikały się wzajemnie.
Urszula, która nigdy nie była osobą wierzącą w Boga, właśnie odnalazła w sobie metafizyczny, boski pierwiastek. Słowa "Bóg jest miłością" znalazły wreszcie uzasadnienie w jej życiu.
- A więc Bóg jednak jest kobietą... - pomyślała i znienacka, nagłym olśnieniem przypomniały jej się jej własne słowa, napisane przed laty: "niosę w darze tęczę Bogini Miłość". - Miłość jest w nas od zawsze. Tylko początkowo nie uświadamiamy jej sobie. Aż nadchodzi w życiu taki moment, gdy oczarowuje nas swym pięknem...
- Świętość! Nieskończoność! Wyższa inteligencja! Inteligencja emocjonalna! Inny wymiar! Inteligentny byt! - zaczęła wyrzucać z siebie urywane myśli, a Barbara przytakiwała jej głową. - Coś, czego nigdy nie ogarnie się rozumem, bo ludzki mózg jest uboższy niż... Miłość?
- Mówi się "kierować się intuicją". Nieprawda! Inteligencja emocjonalna to nie intuicja... I nie my się nią kierujemy, tylko odwrotnie, ona kieruje nami. To znaczy, kiedy nie wiemy co zrobić, ona nam podpowiada. Wyczucie...?
- Bóg, czy jakkolwiek to zwał. Część boska w nas. Dusza? Część nieskończoności... Bóg jest miłością, miłość jest nieskończona! - krzyczała Urszula do Barbary.
- Przecież to cud... - wyszeptała Barbara z nabożnym wzruszeniem.
- Kocham cię... - powiedziała Ulka. - Co ja mówię?! - zreflektowała się. - Dzisiaj słowo "kocham" ma raczej kontekst erotyczny, biorąc pod uwagę fakt, że rośnie nam społeczeństwo stricte konsumpcyjne, a ja cię... - urwała szukając odpowiedniego słowa. - Ja cię... Miłuję!!! Nie wiem, jak to określić. To jest coś... Gdzieś na innym pułapie. Nie żadna chemia tylko... Jakiś rodzaj fal? Inna jonizacja powietrza? Nowy rodzaj przewodnictwa? Cholera, przecież ja wiem, co ty czujesz i co myślisz, chociaż...
- Patrzysz, a widzisz więcej. Słuchasz, a słyszysz więcej. Mówisz, a wypowiadasz więcej... Telepatia?
- Próżno zgadywać. Tego się nie zrozumie, bo niestety nasz rozum jest zbyt ułomny, upośledzony... To można tylko CZUĆ.
- Zawsze byłam zdania, że emocję są od nas mądrzejsze. - oświadczyła Barbara.
- Bo to się po prostu czuje. I głupcami są ci, którzy kierują się w życiu rozumem.
- A seks? Dodatek?
- Forma ekspresji, wyrazu. Dać komuś siebie, to oddać wszystko, co się tak naprawdę ma. Oczywiście materialnie. Ale miłość można wyrazić na wiele różnych sposobów... Na przykład tak, jak ty przed chwilą: śpiewem, słowem, muzyką...
- Gestem, obrazem, łzą... - dokończyła Barbara.
- No, właśnie. Przecież nie muszę iść z tobą do łóżka, żeby dać ci odczuć moją miłość. Mogę, ale nie muszę. Chcę, ale nie muszę. Zresztą, gdybyśmy nigdy wcześniej nie poszły do łóżka i tak byś wiedziała, że cię kocham, bo ja cię kocham niezależnie od erotyki. To znaczy, chcę przez to powiedzieć, że ja kocham ciebie, a nie twoje piersi czy pośladki, rozumiesz?
- Nie rozumiem. CZUJĘ.

Rozdział 8. Kamień Syzyfa.

Barbara rutynowym gestem wyciągnęła z torebki klucze, otworzyła drzwi i weszła spokojnie do mieszkania, nie spodziewając się niczego złego. Postawiła torebkę na krześle, gdy nagle z salonu wychylił się Stefan.
- Dobrze, że już jesteś. - powiedział. - Jak będziesz miała chwilę to zajrzyj do mnie, pokażę ci coś ciekawego... - dodał takim tonem, że Barbarze skóra ścierpła na karku.
- Co się stało? - spytała nieufnie, ruszając w kierunku męża.
- Ktoś sobie zrobił z ciebie dowcip. - odparł Stefan sięgając po leżącą na stoliku kartkę. - Lepiej się zastanów, kto cię tak nie lubi na uczelni. - uzupełnił, podając ją Barbarze.
Barbara odruchowo wzięła ją do ręki i na dobrą chwilę zmartwiała. Czując, że nogi się pod nią zaczynają uginać ostrożnie usiadła na stojącym obok fotelu.
Na kartce widniał tekst ułożony z powycinanych z gazet i misternie przyklejonych liter, który głosił:
"Pańska żona przyprawiła panu rogi. Ma romans ze swoją studentką. Życzliwy."
Barbara uniosła twarz znad kartki i spłoszonym wzrokiem popatrzyła na Stefana.
- Co za świnia... - wydusiła drżącym głosem.
- To ja się ciebie pytam, co za kretyn u ciebie w pracy robi sobie takie żarty! Komu się tak naraziłaś ostatnio, że z ciebie aż lesbę zrobił?
Barbara na wszelki wypadek zapaliła, żeby zbyt prędko nie odpowiadać na to pytanie.
- Wiesz, że nie mam bladego pojęcia... - powiedziała wypuszczając dym i odkładając kartkę na stolik. - Ale postaram się to jakoś wyjaśnić. Może nawet jutro. - dodała i konstatując, że lepiej będzie, żeby Stefan nie oglądał już nigdy więcej tego anonimu, z powrotem wzięła kartkę i schowała ją do torebki.
Stefan nie powiedział nic więcej, wzruszył tylko ramionami i wyszedł do kuchni.
Barbara chwilę jeszcze siedziała zamyślona, po czym wstała i udała się do swojego pokoju. Wyjęła komórkę i wyszukała opcję wysyłania wiadomości tekstowych, następnie zaś wystukała zdanie o treści: "Musimy się natychmiast spotkać. Ważne!!!" i wysłała do Urszuli. Niedługo potem otrzymała odpowiedź, więc niewiele myśląc spakowała torbę, chwyciła kluczyki, w ostatniej chwili przypominając sobie żeby zabrać jeszcze dowód rejestracyjny i wyszła do przedpokoju. W momencie gdy chwytała już za klamkę wyjściowych drzwi, dogonił ją głos Stefana.
- Wychodzisz?
- Tak, jadę do Marysi, a potem do Łukasza. W każdym razie nie wiem kiedy wrócę. Pewnie późno, więc zrób sobie jakąś kolację. - odparła i nie czekając na odpowiedź, której by i tak Stefan nie wygłosił, wyszła z mieszkania.
Natychmiast potem zadzwoniła do Marysi, żeby uprzedzić ją, że powiedziała mężowi, że jest u niej, ponieważ musi pilnie spotkać się z Urszulą. Maria silnie zaintrygowana usiłowała dyskretnie dowiedzieć się, co się takiego ważnego stało, wyczuła bowiem poddenerwowanie Barbary, Barbara jednak nie chciała teraz nic powiedzieć, tłumacząc się, że to nie jest temat na telefon i szybko zakończyła rozmowę.
Urszula już czekała na nią w kawiarni, poważnie zaniepokojona telefonem. Na jej widok podniosła się z krzesła. Barbara podeszła do niej i energicznie chwyciła ją za rękę.
- Rachunek... - bąknęła zdezorientowana Ulka.
- Czekam w samochodzie. - odparła Barbara i wyszła.
Gdy Ulka uporała się już z niezbyt miłą kelnerką, odebrała kurtkę z szatni i wreszcie wsiadła do samochodu, Barbara ruszyła z wizgiem.
- Czy możesz mi wreszcie powiedzieć, co się dzieje? - zniecierpliwiła się Ulka. - Zachowujesz się jak chodząca panika. Szantażuje cię kto?
- Coś w tym rodzaju. - odparła chodząca panika i znów zamilkła.
- Mów zaraz o co chodzi, a jak nie, to się przynajmniej uspokój, bo spowodujesz wypadek!
- Dostałam anonim. - oznajmiła Barbara zatrzymawszy się na światłach. - Yyy... to znaczy nie ja tylko Stefan. Że go zdradzam z tobą... to znaczy ze studentką.
Urszula na dobrą chwilę zaniemówiła z wrażenia.
- Jak to: anonim? - spytała w końcu słabo - Od kogo?
- Skąd mam wiedzieć od kogo?! Przecież ci mówię, że anonim!!! A-no-nim!!! - Barbara niespodziewanie wybuchła.
Ulka popatrzyła na nią zaskoczona, nigdy bowiem Barbara nie zachowywała się w jej obecności do tego stopnia histerycznie.
- Ja wiem, że anonim. - powiedziała spokojnie. - Chodziło mi o to, czy nie domyślasz się, kto mógłby być jego autorem. - dodała tytułem wyjaśnienia
- Przepraszam. - westchnęła Barbara ze skruchą. - Niepotrzebnie się uniosłam, ale wiesz, jestem tym wszystkim trochę zdenerwowana. Poniosło mnie. Nie wiem, kto go mógł przysłać. Chyba ktoś z Akademii... Nie wiem...
- A co tam dokładnie było napisane?
Barbara zaparkowała przed domem Łukasza, sięgnęła po torebkę, wyjęła anonim i w milczeniu podała go Urszuli. Ula przeczytała go w skupieniu i obejrzała bardzo dokładnie.
- Nie wydaje mi się, żeby zrobił to ktoś z Akademii. - powiedziała w końcu wysiadając z samochodu i zatrzaskując drzwiczki. - Na Akademii pracują, bądź studiują osoby o raczej dużych zdolnościach manualnych. To natomiast wygląda mi na dwie lewe ręce. Nawet jako prowizorka.
Barbara zamknęła samochód i obie w ciszy weszły do klatki.
- A jeżeli ten ktoś chciał, żeby to n i e w y g l ą d a ł o na kogoś z Akademii? - zauważyła cierpko, sceptycznie przyglądając się Urszuli.
- Też możliwe... Ale jeśli rzeczywiście to ktoś z uczelni, to kto? Student czy wykładowca? Kto cię na tyle dobrze zna, że wie, gdzie mieszkasz?
Barbara zastanowiła się chwilę, podczas otwierania drzwi.
- Wykładowców, faktycznie niewielu, ale może to ktoś z kadr, administracji, księgowości czy sekretariatu? Tam przecież mają mój adres... A studenci...? Nie mam pojęcia, kto może znać mój adres na przykład z książki telefonicznej... - stwierdziła wchodząc do mieszkania. - To może być każdy. - spostrzegła z dezaprobatą.
- No, to pięknie... - westchnęła Ulka, niedbale porzucając torbę na fotelu.
Barbara wyszła do kuchni, wzięła dwie szklanki i wyjęła sok z lodówki.
- A może to ktoś od ciebie? - powiedziała wchodząc z powrotem do salonu.
- No wiesz?! - oburzyła się Ulka. - Chyba nie mówisz o Wiktorii?!
- Nie znam Wiktorii, ale jej nie podejrzewam, bo to tak, jakbym podejrzewała Marysię. Myślę o innych twoich znajomych.
- Nikt inny o tobie nie wie. Tylko Wiktoria. Chyba, że ktoś się dobrał do mojego pamiętnika, w co wątpię, bo moi znajomi są raczej w porządku i takich rzeczy nie robią. Rodzice tym bardziej. Poza tym, gdyby ktoś z moich przyjaciół jakimś cudem się dowiedział, to by się cieszył, że wreszcie jestem szczęśliwa!
- No to ja już nie wiem...
- To może być każdy. Nawet twój sąsiad!
Barbara przez chwilę mieszała sok w szklance.
- A wiesz, że to możliwe? Mam takich niesympatycznych sąsiadów na czwartym piętrze... Nie... Zaraz! Przecież nie mogli cię widzieć. Jeżeli już, to tutejsi sąsiedzi, Łukasza.
- Aha, albo Marysi, albo ktoś z Zawiszyna...
- O, Boże!... To co ja mam robić?!!!
- Zaraz! Kiedy to przyszło i w ogóle jak twój mąż na to zareagował?
- Nie wiem, kiedy przyszło. Chyba dzisiaj rano. Stefan się uśmiał i zapytał, komu się tak naraziłam na ASP, że ze mnie aż lesbę zrobił. Tak powiedział, rozumiesz? "Lesbę"!
- Cholerny homofob! - zawarczała Ulka z nienawiścią, po czym dodała: - No to czym się właściwie tak zdenerwowałaś? Skoro się uśmiał, to znaczy, że w to nie uwierzył.
Barbara popatrzyła na nią bezmyślnie i zamrugała oczami tak, jakby strzepywała z rzęs niewidzialny pyłek.
- Powinnaś się cieszyć. - kontynuowała Ulka, czując jednak, że jest tak samo zaniepokojona jak Barbara. - Skoro się uśmiał, to znaczy, że prawda jest dla niego zbyt absurdalna i, że uznał anonima za idiotę, złośliwca albo żartownisia. Popatrz, gdybym była facetem, byłaby awantura, bo byłoby to p r a w d o p o d o b n e, ale będąc kobietą jestem dla niego niemożliwa. N i e r e a l n a!
- To samo mówiła kiedyś Marysia. Że absurdalność naszego związku daje mu rację bytu. Pod latarnią najciemniej. A ja jej nie wierzyłam!
- Już ci kiedyś powiedziałam, że Marysia to mądra kobieta i też mi nie wierzyłaś. A wiesz co napisał kiedyś Mark Twain? - Ulka spojrzała pytająco na Barbarę, a ponieważ ta pokręciła przecząco głową, dodała: - Napisał, że: "prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie."
- Wiesz... Chciałabym umieć sobie wszystko tak logicznie tłumaczyć, ale niestety zbyt szybko tracę zimną krew... - westchnęła z rozrzewnieniem Barbara, i już jakby nieco spokojniej, odgarniając z czoła spadającą grzywkę. - Nigdy nie umiałam dać sobie rady z emocjami. Zawsze okazywały się silniejsze od mojej "silnej woli".
Urszula pochyliła się nad nią i musnęła ustami jej wargi.
- Chcesz o tym porozmawiać? - spytała zalotnie.
- Nie, nie chcę rozmawiać. - odparła Barbara stanowczo i niedwuznacznym gestem zdjęła okulary.
*
Czwartek, 26 maja
Wiedziałam, że to się tak skończy. Wiedziałam, że nie może tak być, ale, głupia pchałam się w to całą duszą i teraz mam za swoje. Wiedziałam, że prędzej, czy później ktoś nas w końcu zauważy. Nie mam pojęcia jak to się stało i kto to jest, obawiam się jednak, że to ktoś z uczelni. Musiał zauważyć, że Ula za często mnie odwiedza.
Albo może to ktoś z sąsiadów mojego brata? Chociaż, nie wiem, czy sąsiedzi Łukasza wiedzą, że jestem mężatką. Chyba nie, bo niby skąd?
Raczej więc ktoś z Akademii. Ciekawa jestem, kto. Mam ochotę udusić go gołymi rękami. A z drugiej strony czuję, że sama się w tym wszystkim zaczynam dusić.
Przecież nie mogę pozwolić, żeby wybuchł skandal! Wyrzucą mnie z pracy! I co ja powiem Stefanowi?! Jak ja mu spojrzę prosto w oczy?!
O, Boże... Co ja powiem Urszuli? Tak ją kocham...
Co ja mam zrobić???
Przecież nie mogę tego dłużej ciągnąć! Stefan na szczęście nie uwierzył, ale lada chwila może dostać drugi anonim i zacznie się zastanawiać. Albo w ogóle ktoś nas sfotografuje i mu to wyśle... Rany boskie, a jeśli już sfotografował?
Zaraz, zaraz! Bzdura, nie miał kiedy i w ogóle sfotografowanie nas nie było możliwe, chyba, że się zakradł Łukaszowi do sypialni, albo Marysi w Zawiszynie (cha, cha). Co jak co, ale to duże szczęście, że nigdy nawet się nie pocałowałyśmy w miejscu publicznym. To by dopiero było, gdyby nam ktoś zrobił niedwuznaczne zdjęcie, albo, nie daj Boże, przyłapał na gorącym uczynku!
I na dodatek dlaczego to się dzieje akurat teraz, kiedy Ula na dniach broni dyplom!?
Przecież nie mogę jej teraz o niczym powiedzieć, bo się zdenerwuje i położy obronę!
A z drugiej strony ja już nie mogę wytrzymać! Muszę z tym skończyć jak najszybciej. Boję się!!!
No, dobrze. Na razie powiedziałam jej tylko o anonimie, a resztę powiem dopiero po dyplomie. To już niedługo...
*
Barbara postawiła na stole filiżanki z kawą i podała Marysi cukier.
- Postanowiłam wrócić do Stefana. - oświadczyła siadając.
Marysia Kossowska zastygła zaskoczona z papierosem w połowie drogi do ust.
- Jak to? - spytała. - Przecież dopiero co postanowiłaś być z Urszulą, to co się nagle stało? Czy może po prostu kobieta zmienną jest?
Barbara posłała jej piorunujące spojrzenie.
- Tak będzie lepiej. - ucięła krótko, najwyraźniej nie zamierzając niczego więcej wyjaśniać.
- Zaraz, poczekaj Basieńko. Przyjmuję do wiadomości, że twoim zdaniem tak będzie lepiej, ale chciałabym wiedzieć, co skłoniło cię do podjęcia takiej decyzji, bo zdawało mi się, że kochasz Urszulę...
Barbara miotnęła się na fotelu, kwiknąwszy przy tym jakoś dziwnie, a zarazem żałośnie, zacisnęła usta, wzięła kilka głębokich oddechów i odparła:
- Masz rację. Kocham Urszulę, co jednak nie zmienia faktu...
- Czyś ty zwariowała?! - przerwała jej Marysia - Skoro kochasz Urszulę, to skąd Stefan???!!! Masochistką jesteś?!
Barbara popatrzyła na nią gniewnie, sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej złożoną na pół kartkę.
- Proszę - powiedziała. - i podała ją Marysi.
Marysia rozłożyła ją i przeczytała, następnie powoli i dokładnie zgasiła papierosa, po czym spojrzała na swoją przyjaciółkę.
- Kiedy przyszedł ten anonim? I dlaczego nic mi nie powiedziałaś?!
- Musiałam sobie wszystko przemyśleć. Poza tym rozmawiałam z Urszulą i razem zastanawiałyśmy się, kto mógłby być jego autorem. Wyszło nam, że najprędzej ktoś z uczelni. Co do przyjścia, to ten przyszedł jakiś czas temu, ale ten... - tu Barbara wyciągnęła z torebki drugą kartkę - wczoraj. - dokończyła i podała go Marysi.
- "Jeśli nie odczepisz się od Ulki, o waszym romansie dowie się cała ASP!" - przeczytała Marysia. - Ależ Basiu! To jest list z pogróżkami! Zgłosiłaś to na policję?!
- Zwariowałaś?! - wybuchła Barbara. - Jeszcze tego tylko brakowało, żeby mi się policja w moje osobiste sprawy wtrącała! - dodała z oburzeniem. - Zaczną węszyć i rzeczywiście wszyscy się dowiedzą o Urszuli, tyle, że nie od anonima, a od nich. Pierwsze pytanie, jakie mi zadadzą, to będzie, czy to prawda! I co, mam powiedzieć, że nie? Sama widzisz...
Marysia poprawiła się na fotelu.
- Urszula już wie? - zapytała.
- Tylko o tym pierwszym. Ten drugi, jak już ci mówiłam, przyszedł wczoraj. Do mnie.
- Więc porozmawiajcie o tym z Ulą.
- I co?! Mam ją teraz zdenerwować, tuż przed obroną?! A jak ten Anonim wywoła skandal przed dyplomami, to co?! Przecież nie mogę dopuścić do tego, żeby jej zrobił krzywdę! Jeszcze położy obronę! - krzyknęła Barbara rozpaczliwie.
- Zaczynam rozumieć. - powiedziała ponuro Marysia. - Chcesz, żeby Ulka w spokoju obroniła dyplom, a ewentualny skandal jej w tym nie pomoże. Tobie też nie. W porządku. Może zatem powinnaś po prostu pomyśleć o zmianie pracy od nowego roku akademickiego? Może spróbuj na Uniwerku?
Barbara przeczesała dłonią włosy i sięgnęła po papierosa.
- Myślałam już o tym. - oznajmiła zapalając. - Ale to i tak nic nie da. On się na mnie uwziął. Cholera... że też nie wiem, kto to jest... Gdybym miała pewność, że to ktoś z Akademii, rzeczywiście wystarczyłoby zmienić pracę, ja jednak tej pewności nie mam. Bo widzisz, jeśli to ktoś z zewnątrz, to co mu za różnica, czy pracuję na Uniwersytecie, czy na ASP? Czy tu, czy tu, skandal taki sam. Poza tym on ma mój adres domowy, a może i numer telefonu. Wystarczy, że pogada sobie ze Stefanem... Zresztą Stefan, no dobra, pal sześć, dzieci nie mamy, możemy się rozwieść, ale reszta rodziny, zwłaszcza mojej...?! Bo zakładam, że gdybym się rozwiodła, jego rodzina przestałaby mnie obchodzić.
- Wiesz, tak mi przyszło do głowy, że ten anonim, to może jakiś cichy wielbiciel Urszuli?
- I ten wielbiciel pozwoliłby na ewentualny skandal z udziałem ukochanej?! - zauważyła sarkastycznie Barbara.
- No tak. Ale, zaraz. Co twoja rodzina? Nie zaakceptowałaby rozwodu?
- Nie. Nie zaakceptowałaby mojej kochanki. Kochanka prędzej. Zostałabym bez pracy, bez rodziny i bez większości znajomych, nie mówiąc już o tym, że sąsiedzi zapewne zaczęliby spluwać na mój widok, więc sama widzisz, że nie mam wyjścia. Muszę wrócić do Stefana.
- Nie. - powiedziała stanowczo Marysia obracając pierścionek na palcu. - Nie musisz wracać do Stefana. Musisz przestać widywać się z Urszulą. Na jakiś czas przynajmniej.
- Na jaki czas?! - spytała Barbara z furią zgniatając papierosa w popielniczce. - Tydzień? Dwa? Może miesiąc, albo w ogóle rok? Hm?!
- Na tak długo jak będzie trzeba. Dokąd to wszystko nie ucichnie.
- A skąd ja mam wiedzieć, że ucichło albo nie?! Co, anonim dostanę z informacją?! Zrozum, Marysiu, że ja nie mam wyjścia! To zresztą nie na moje nerwy takie przeczekiwanie...
Marysia popatrzyła na Barbarę bezradnie.
- Szkoda, że to się musi tak skończyć. Pasujecie do siebie z Urszulą... - westchnęła z żalem.
Barbara dopiła kawę, podciągnęła nogi do góry i zdjąwszy kapcie oparła brodę na kolanach.
- Najgorsze jest to, że ja ją ciągle kocham...
- Dlatego staram się znaleźć jakieś sensowne wyjście!
- Jedynym sensownym wyjściem byłoby znaleźć Anonima i stłuc go na kwaśne jabłko! - powiedziała Barbara z gniewem. - Ale to jak szukać igły w stogu siana.
- Naprawdę nie masz cienia podejrzeń, kto może być tym Anonimem? Bo może by tak sprawdzić...?
- Mam nawet stado cieni! Proszę bardzo sprawdzaj sobie wszystkich moich studentów, wszystkich pracowników ASP, wszystkich moich sąsiadów i znajomych...
- Dlaczego: znajomych?
- A cholera wie, czy mnie kto z Urszulą nie widział!
Marysia z energią popukała się w czoło.
- No, nie kochana! Teraz to już pieprzysz! Kto was miał oglądać i przede wszystkim, gdzie?! U Łukasza czy w Zawiszynie? Bo na ulicy zachowujecie się chyba przyzwoicie?
- Gdybym pieprzyła, miałabym całkiem inny wyraz twarzy! - burknęła Barbara obrażonym tonem.
- Nie wątpię...
Barbara przyjrzała się Marysi z wyraźną dezaprobatą.
- No, dobrze. Możesz wykluczyć znajomych. - powiedziała niechętnie.
Marysia okazała zadowolenie i zapaliła kolejnego papierosa.
- A znajomi Urszuli? - spytała wypuszczając dym.
- Ze znajomych Uli wie o nas tylko jej najbliższa przyjaciółka i nikt więcej.
- Więc może ta przyjaciółka jest po prostu zazdrosna o Ulę?
- A ty jesteś zazdrosna o mnie?
- Nie. Ja się bardzo cieszę, że jesteś szczęśliwa.
- No właśnie i ja myślę, że Wiktoria również wspiera Urszulę. Zresztą gdybym w to nie wierzyła, musiałabym przestać wierzyć również tobie.
- Może masz rację...
Barbara uniosła głowę, oparła łokieć na kolanie i wsunęła rękę we włosy.
- Muszę rozstać się z Urszulą. - oznajmiła ze smutkiem - Możliwe również, że przy okazji powinnam rozstać się ze Stefanem? Nie wiem czy będę umiała dalej z nim żyć. Nie wiem czy w ogóle będę umiała dalej żyć... - dodała po chwili, zaś Marysia ze zdziwieniem zauważyła, że oczy Barbary wypełniły się łzami.
- Basiu... - powiedziała odkładając papierosa i sięgając po torebkę. - Ja wiem, że niektóre decyzje są bardzo trudne, ale jesteś przecież mądrą, silną kobietą i nie możesz się tak załamywać! Jesteś poza tym dorosła... - Ochhhhh! - odparła Barbara zrywając okulary i ciskając nimi na stolik. - Widocznie jestem nieprzystosowana! - dodała prowokacyjnie, jednocześnie przyjmując chusteczkę z rąk Marysi. Rozłożyła ją, siąknęła dwa razy i wytarła oczy. - I co z tego, że jestem dorosła?! Jest tylu dorosłych facetów, którzy zachowują się jak dzieci, a ja nie mogę?! Dlaczego wiecznie mam się dostosowywać do wszystkich, bo w tym wieku mi czegoś nie wypada?! Cholerne konwenanse! Dlaczego niby mam się nimi przejmować?! Mam czterdzieści dwa lata i wolną wolę i uważam, że nie muszę przejmować się formami! I dlaczego mam wiecznie udawać, że wszystko jest w porządku, skoro nie jest i, do cholery, ja też czasami mogę się pozałamywać! W dupie mam, co inni sobie pomyślą!!! - oświadczyła buntowniczo.
Zaskoczona Marysia popatrzyła na nią z nieskrywanym podziwem.
- A mówiłam, że rewolucja jest potrzebna do rozwoju...
Barbara spojrzała na nią z zapłakanym znakiem zapytania w oczach.
- Zanim zaczęłaś być z Urszulą, takie słowa nie przeszłyby ci przez gardło. Już nie pamiętasz, jak sama głosiłaś, że tego czy tamtego ci w tym wieku nie wypada?! Przypomnij sobie... A teraz słyszę, że jednak się czegoś nauczyłaś od Urszuli. Mówisz jak młoda gniewna.
- No i dobrze.
- A pewnie, pewnie. Ona zupełnie zmieniła twój sposób postrzegania świata. Odmłodniałaś dzięki niej i przestałaś się wreszcie zachowywać jak stara ciotka-Klotka. Nawiasem mówiąc trochę mi to u ciebie przeszkadzało...
Barbara popatrzyła na swoja przyjaciółkę jakby spode łba.
- Trzeba było mi w takim razie zwrócić uwagę.
- Ale ty nie zawsze słuchasz, co do ciebie mówię. Poza tym zaraz byś miała do mnie pretensje, że próbuję cię pouczać. A tak Urszula zrobiła to za mnie: łatwo, szybko i co najważniejsze, skutecznie.
Barbara zapaliła papierosa i zaczęła z melancholią przyglądać się jak dym rozpływa się w powietrzu. Po jej policzku znów spłynęła łza.
- Wiesz? - powiedziała siąkając nosem. - Niezależnie od tego co się stanie, ona i tak będzie zawsze żyć w mojej pamięci. Zawsze będzie częścią mojego życia. Tą piękniejszą...
Marysia pokiwała głową w zadumie.
- Podobno tak naprawdę kocha się tylko raz...
- I myślisz, że...?
Barbara skinęła głową twierdząco i zamknęła oczy. Łzy na jej policzkach popłynęły rzęsiściej.

Rozdział 9. Ikar.

Urszula wpadła do mieszkania Wiktorii. Wpadła, bo będąc w stanie wskazującym na potężne spożycie, potknęła się o próg, lądując prosto w ramionach Wiktorii.
- Rany boskie, coś ty najlepszego zrobiła?! - fuknęła w najwyższym stopniu zirytowana Wiktoria, usiłując nie stracić równowagi pod ciężarem Urszuli.
W odpowiedzi Urszula wydała z siebie potężny ryk, a z jej oczu popłynął wodospad, rozmiarem swym przypominający Niagarę.
- To nie jaaa!!! Nie jaaa...! - wychlipała Wiktorii w rękaw.
Wiktorii z dużym trudem udało się przetransportować ją do kuchni i posadzić przy stole. W końcu Ulka zawisła na krześle, Wiktoria tymczasem nastawiła wodę na herbatę.
- Co nie ty? - spytała z gniewem, północ bowiem nie była najlepszą porą na składanie wizyt, Ulka zaś tą właśnie porę wybrała sobie na oznajmienie jej nieszczęścia i Wiktorii nie zdążyła jeszcze przejść cała złość na nią. - Nie ty się urżnęłaś w beton? Całe szczęście, że Beata wyjechała i tego nie widzi...
Ulka z wyraźnym trudem uniosła głowę i popatrzyła na Wiktorię z naganą.
- Urżnęłam się, ale to nie ja, tylko Basia aaa... - oświadczyła, znów zaniósłszy się płaczem.
- Zaraz, czekaj... - Wiktoria usiadła naprzeciw Uli, gdyż przyszła jej do głowy nieprzyjemna, aczkolwiek mglista jeszcze myśl, że chyba zaczyna rozumieć. - Co: Basia? Coś się jej złego stało?
- Nie jeeeej! Mnie eeee !!! ... !!! - zawyła Ulka prawie spływając z krzesła.
W ostatniej chwili Wiktorii udało się ją złapać. Usadziła ją z powrotem w pionie i profilaktycznie przysunęła do stołu. Następnie wyłączyła wodę, zaparzyła kawę i usiadła przy stole.
- Masz, napij się. - powiedziała. - Albo zaczniesz trzeźwieć, albo zaczniesz rzygać i trzeźwieć, bo w tym stanie to my sobie chyba nie pogadamy.
Ulka początkowo spojrzała na nią wzrokiem idealnie bezmyślnym, po czym zajrzała do kubka z kawą i unosząc głowę oświadczyła:
- Czarno to widzę... - i znów się rozpłakała.
Wiktoria miłosiernie podetknęła jej chusteczkę pod nos. Ulka parę razy siąknęła porządnie, po czym westchnąwszy ciężko, zamarła w milczeniu i tylko spływające co jakiś czas po jej policzkach łzy świadczyły o tym, że żyje.
- Czy możesz mi wreszcie powiedzieć, co się stało? - zniecierpliwiła się Wiktoria.
Łzy na policzkach Urszuli popłynęły intensywniej, sama Ulka zaś zaczęła się kiwać, jak dziecko mające chorobę sierocą.
- Basia mnie zostawiła. - powiedziała tak cicho, że gdyby Wiktoria nie odczytała tego z jej ust, dalej nie wiedziałaby, o co chodzi.
- O, Boże... - westchnęła, wstała, usiadła koło Urszuli i przytuliła ją mocno.
*
Budzik dzwonił i dzwonił.
Sypnąwszy wiązankę Ulka uchyliła jedną powiekę. Ciemno. Ciemno?
Wysunęła się spod kołdry i rozejrzała wkoło. Te same ściany, te same meble, te same twarze...
- Po co się znowu obudziłam? - pomyślała. - Cholera! - mruknęła w kierunku koszmarnie warczącego urządzenia i budzik jak na komendę zamilkł. - O, jak mi się nie chce wstawać...
Po chwili otworzyły się drzwi i do pokoju weszła mama Urszuli.
- Wstawaj, już w pół do ósmej - i podeszła do okna, rozsunęła zasłony i odkręciła żaluzje.
Jeden rzut okiem w okno i Ulce odechciało się żyć. Szaro. Ale czego można spodziewać się w listopadzie? Tropików?
W końcu ruszyła się z łóżka i powlokła do szafy. Ziewnęła, wygrzebała jakąś bieliznę, założyła ją na siebie i poczłapała do łazienki. Sięgnęła szczoteczkę do zębów, kran... Znowu wyłączyli ciepłą wodę. Który to już raz w tym tygodniu?
Dygocząc z zimna wróciła do pokoju i szybko się ubrała. Na jej łóżku zdążył już ułożyć się kot, więc olała ścielenie. Usiadła przy biurku i postawiła lusterko przed nosem. Znów jeden rzut oka sprawił, że zrobiło jej się niedobrze.
- Boże, ale jestem brzydka. - pomyślała. - Przecież nie mogę się nikomu pokazać z taką gębą! No, cóż... Mamusia natura nie dała, to trzeba to jakoś, gorzej lepiej, naprawić...
Kilka ruchów cieniem i tuszem sprawiło, że zdaniem Urszuli, jej twarz nabrała wreszcie jakiegoś wyrazu.
Przez chwilę jeszcze posiedziała przed lustrem robiąc miny w celu poprawienia krążenia i przy okazji przyglądając się sobie. Cera ziemista, oczy podkrążone, w kącikach warg zaczynające się zarysowywać bruzdy biegnące w dół, czoło z widocznym marsem...
- Skąd u mnie tyle bólu w twarzy? - spytała samą siebie.
Wstała, udała się do salonu i zasiadła do śniadania. Kanapki z serem. Ponownie spróbowała sobie przypomnieć, który to już raz w tym tygodniu.
Zjadłszy złapała torbę i kurtkę i wyszła z domu. Po drodze na przystanek, chociaż rzadko to robiła, znów wstąpiła do kiosku po papierosy. Jadąc autobusem, jak zwykle przyglądała się ludziom, tym razem jednak nie z zainteresowaniem, a z wyraźną niechęcią, tak, jakby chciała im powiedzieć "nie lubię was".
Wysiadłszy machinalnie wyciągnęła papierosa i zapaliła. Szła oglądając wystawy, podświadomie jednak coraz wyraźniej czując, że to wszystko guzik ją obchodzi, że to wszystko wkoło przestało mieć jakikolwiek sens i, że, zwyczajnie przestało jej się chcieć żyć. Po raz kolejny poczuła nieprzyjemne piknięcie w sercu - jakby ktoś wbił w nie drzazgę. Ból istnienia.
- Do pracy! - rozkazywał wewnętrzny głos. - Nie myśleć! Zająć się czymś! Zapomnieć! Nie myśleć!
Papieros wylądował na chodniku.
- "... Basia, Basia, Basia..." - ktoś otworzył okno i na ulicę uderzył głos Wodeckiego wraz z głośną muzyką.
- Kurwa. - pomyślała Urszula. - Akurat musiałam to usłyszeć! Do widzenia mój humorku, kiedy wrócisz?
Dzień, jak zwykle ostatnio, dłużył się Urszuli. Gdyby nie praca, zapewne chodziłaby po ścianach, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Po pracy jednakże znów wyłonił się problem: co dalej.
Niewiele myśląc zadzwoniła do Wiktorii i spytała, czy może przyjechać. Dowiedziawszy się, że tak, po drodze popędziła do sklepu zakupić odpowiednią ilość piwa, gdyż nie miała pewności, czy Wiktoria ma wystarczające zapasy. W końcu dotarła na miejsce.
Wiktoria otworzyła jej, pełna niepokoju.
- Nie podoba mi się to, co się z tobą dzieje. - oznajmiła na wstępie.
- Mnie też się nie podoba. - odparła Urszula podając jej siatkę z piwem. - W ogóle ostatnio nic mi się nie podoba. Miejsca sobie nie mogę znaleźć. Wszędzie mi źle. Nie mam już siły z tym walczyć. Jedyne czego teraz potrzebuję to świętego spokoju. - dodała wieszając kurtkę na krześle.
- Którego i tak nie możesz znaleźć. - skwitowała Wiktoria wyjmując otwieracz z szuflady.
- Wiesz, ja już naprawdę niczego nie chcę. A najbardziej nie chcę jej kochać! Nie chcę cierpieć, nie chcę chcieć, nie chcę pragnąć, nie chcę kłamać, że wszystko jest O.K., nie chcę grać, nie chcę milczeć, nie chcę wyć... Nie chcę czuć!!! Wiesz jak to mnie boli?! Jak to wszystko mnie cholernie boli?!
- Mogę się tylko domyślać...
- No właśnie. Żyć mi się nie chce, wiesz? Ostatnio coraz częściej wydaje mi się, że jedynym wyjściem z sytuacji jest śmierć.
- Nawet o tym nie myśl! - zdenerwowała się Wiktoria
- Jak mogę o tym nie myśleć, skoro widok każdego pędzącego samochodu przynosi mi ulgę?!
- Chyba nie mówisz poważnie? - zaniepokoiła się Wiktoria na dobre
- Ależ skąd?! - odparła Ulka z przekąsem - To taki mój nowy rodzaj żartów...
- Nie zrobisz tego.
- Bo co?! Ktoś mi zabroni?
- Ja. Do cholery, musisz żyć! Zajmij się czymś, nie wiem, pracą, znajomymi... Nie siedź w domu. Już nawet wolę żebyś siedziała u mnie. Zrób coś z sobą!
- Kiedy nic mi się nie chce, nic mnie nie kręci, nie interesuje. Zresztą po co? To i tak nie ma sensu. Praca jest nudna, znajomi mają swoje sprawy, rodzice mnie olewają, bo zbyt wiele czasu zajmują im kłótnie, a Monika jest szczęśliwą mężatką i nie ma czasu. A sama nie mam siły już z tym walczyć. Jezu, ja chyba ocipieję... Opiździeję!!! Miłość jest jak cholerny narkotyk. Wykańcza powoli, a bez Baśki to ja się czuję jak na głodzie heroinowym. Wszystko mnie boli i o niczym innym myśleć nie mogę.
- A skąd wiesz, jak to jest na głodzie heroinowym? - zainteresowała się Wiktoria.
- Nie wiem, ale tak to sobie wyobrażam. W końcu i jedno i drugie to uzależnienie psychofizyczne. Cholera jasna, po co mi to było?! Czy ja zawsze muszę się tak kretyńsko zakochać?! Czy ty masz pojęcie, że ja nigdy w życiu nikogo tak nie kochałam?! Dlaczego ją?! Dlaczego właśnie ona?! Jezu...!
- Serce nie sługa... - westchnęła filozoficznie Wiktoria i dolała sobie piwa.
- Cha, cha, cha. - odparła ponuro Ulka wyjmując z torby paczkę papierosów.
- Palisz? - zdziwiła się Wiktoria niebotycznie.
- Czasami. Ostatnio częściej. - odparła Ulka, po czym zapaliła - Boże, trzeba mi było wtedy uciec spod tej Zachęty, a nie iść z nią do łóżka!.
- Z Zachętą???
- Ojej...! Z Baśką. - Nie poszłabyś wtedy, to poszłabyś kiedy indziej. Wiesz jak to jest z cegłą w drewnianym kościele?
Ulka dopiła piwo i otworzyła kolejną butelkę.
- Myślisz, że to jakieś cholerne przeznaczenie?
- Przeznaczenie czy nie, ale i tak, uważam, że by się to stało, bo obie tego chciałyście. Gorzej, gdybyś zakochała się nieszczęśliwie. Platonicznie.
- A może właśnie lepiej? Może mniej by bolało?
- A może bardziej?
- Nie sądzę. Im więcej masz, tym więcej tracisz i tym bardziej potem boli. Całkiem tak, jak z Ikarem: wzniósł się za wysoko i dlatego spadł i się utopił. Rozumiesz, wszystko ma swoją cenę. Ta miłość też. Chciałam być szczęśliwa i byłam, jak cholera. Pobujałam w obłokach najwyżej jak się dało, to teraz wyrżnęłam dupą z impetem o ziemię i nic dziwnego, że dech mi zaparło z bólu. Pytanie tylko, czy będę się w stanie z tego podnieść.
Wiktoria zgasiła papierosa i wyrzuciła do śmieci zawartość popielniczki.
- Takie sprawy wymagają czasu. Zobaczysz, że za rok spojrzysz na to zupełnie inaczej.
- Za rok???!!! Jeśli dożyję. O, rany, ty wiesz, że ja zaczynam chyba rozumieć ćpunów?
- No, nie, kochana! Jak ty mi się zamierzasz wziąć za narkotyki, to już chyba rzeczywiście lepiej, żebyś się od razu zabiła.
Ulka westchnęła smętnie.
- Widzisz, kiedy o to chodzi, że się nie wezmę za narkotyki, bo jestem na to za mądra. Poza tym ekonomiczniej jest zabić się od razu niż ćpać.
- Całe szczęście. - ucieszyła się Wiktoria. - Bo jeszcze byś przy tym wszystkich puściła z torbami...
Ula rozparła się na krześle, dolała sobie piwa i zapaliła.
- Słuchaj! - Wiktoria wpadła na pomysł. - A może byśmy tak walnęły partyjkę? Strasznie dawno nie grałyśmy...? - zaproponowała
- A, wiesz...? Chętnie.
- To przynieś karty.
Ulka wstała od stołu i udała się do pokoju, gdzie na kredensie stało święte pudełko Wiktorii z kartami. Nie dane jej jednak było dotrzeć tam bez przeszkód. Ledwie weszła, szurnął jej pod nogi najpierw kot Wiktorii uciekający przed psem, a sekundę po nim pies. Ulka przemieszczająca się dość szybko zachwiała się, postąpiła trzy kroki naprzód, żeby nie upaść na twarz, poślizgnęła się na dywaniku, straciła równowagę i z impetem runęła wprost na biurko, na szczęście nieobecnej, Beaty. Biurko natomiast, nie miało akurat nic innego do roboty jak skrzypnąć i runąć wraz z Ulką na podłogę, po drodze wysypując zawartość wszystkich szuflad.
Potworny hałas i rumor wywabił Wiktorię z kuchni.
- O, rany boskie, co się tu stało? - spytała z niedowierzaniem oglądając pobojowisko.
- Twoje zwierzęta próbowały mnie zabić. - odparła Ula głosem ponurym i już miała się podnieść gdy nagle jej wzrok padł na coś, co sprawiło, że na dobrą chwilę zaniemówiła.
Na środku pokoju, jakiś metr obok niej, wśród stosu kartek i czasopism leżała gazeta z powycinanymi gdzieniegdzie literami.
- Coś tak zaniemiała? - zaciekawiła się Wiktoria
- Czy ty to widzisz? - odparła Ulka głosem tak straszliwym, że Wiktorii aż przeszły ciarki po plecach.
- Które? - spytała ostrożnie.
Ulka podniosła się na kolana i milcząc wskazała gazetę.
- Widzisz? - ponowiła pytanie, a gdy Wiktoria skinęła głową twierdząco, dodała - Nie chcę nic mówić, ale wiesz, że Baśka dostała anonim. To znaczy Stefan...
Wiktoria spojrzała na nią ze zgrozą połączoną z przerażeniem.
- Nie chcesz chyba powiedzieć...? - urwała, rzuciła się na kolana i nerwowo zaczęła rozgrzebywać papiery.
Ulka ukucnęła koło niej i również zaczęła przeglądać pobojowisko. Okazało się, że długo nie musiała szukać.
- Jest. - powiedziała czując, jak zaczyna jej się robić gorąco z wściekłości. - Popatrz. - zwróciła się do Wiktorii, podając jej znaleziony przed chwilą świstek papieru, na którym widniał tekst, napisany dobrze jej znanym charakterem pisma Beaty.
Treść kartki brzmiała: Stefan Onicki i Barbara ul. Klonowa 16 m 24. tel. 628-14-33
Wiktoria wzięła kartkę do ręki, przeczytała i z wrażenia usiadła na piętach.
- Niemożliwe... - stwierdziła ze zdziwieniem - Jak to? Beata?! - dodała z niedowierzaniem, odwracając się w kierunku Urszuli. - Ale dlaczego???!!!
Urszula bardzo powoli, wręcz flegmatycznie podniosła się z podłogi, co u niej było oznaką krańcowej utraty równowagi, po czym usiadła w fotelu.
- O to chyba musisz zapytać swoje dziecko. - powiedziała tonem bezbarwnym, tym samym potwierdzając szczytowe zdenerwowanie.
Wiktoria w milczeniu wstała i usiadła obok Ulki.
- Rzeczywiście, będziemy dzisiaj miały bardzo nieprzyjemną rozmowę... Słuchaj, bardzo cię przepraszam, gdybym wiedziała...
- Daj spokój! - przerwała Urszula - Teraz tylko pozostaje problem, żeby to powiedzieć Basi. Ona mnie nie chce widzieć, więc nie wiem czy mi się w ogóle uda z nią porozmawiać.
- A myślisz, że to może coś zmienić?
- Nawet jeśli nie, uważam, że powinna wiedzieć. Ona myśli, że to ktoś z Akademii i, znając ją, pewnie ma oczy naokoło głowy.
- No, to faktycznie powinnaś spróbować.
- Pójdę już. - powiedziała Ulka podnosząc się z fotela. - Przepraszam, że ci nie pomogę sprzątać, ale jestem zbyt wstrząśnięta. Poza tym są sprawy nie cierpiące zwłoki.
- Nie przejmuj się. - odparła Wiktoria. - Ja też nie posprzątam. Ktoś inny na to zasłużył. - dodała odprowadzając Urszulę do drzwi. - Zadzwoń, jak już coś będziesz wiedziała. - poprosiła. Urszula skinęła głową i wyszła. Wiktoria zamknęła za nią drzwi i z westchnieniem zasunęła zamek.
*
Parę miesięcy później okazało się, że do Barbary nie da się dotrzeć. Jakiekolwiek próby porozmawiania z nią kończyły się fiaskiem. Barbara ewidentnie nie chciała znać Urszuli, na jej widok na uczelni bowiem, natychmiast otaczała się grupką studentów, lub szybko znikała w dziekanacie, wtapiając się w grono wykładowców. Urszula bezskutecznie, prawie dzień w dzień usiłowała odciągnąć ją bodaj na minutę na bok, żeby powiedzieć jej, że nie ma się już czego bać, że ten anonim napisała Beata i, że po rozmowie z Wiktorią z pewnością nigdy więcej czegoś takiego nie zrobi, Barbara jednak była tak przerażona całą tą sytuacją, że unikała Uli jak ognia. Przestała odbierać wszelkie telefony i nawet przestała samotnie wychodzić z domu.
Urszula, w której początkowo zakwitła nadzieja po rozwiązaniu zagadki anonimu, że można tę sytuację jeszcze zmienić, odwrócić, teraz powoli czuła, że przegrała na całym froncie i, że skoro Barbara nie chce, nic już się nie da zrobić. Doskonale wiedziała, że ze strony Barbary to była ucieczka głową w piasek, jednakże czując się odtrąconą i niechcianą, zrezygnowała z kolejnych prób dotarcia do niej. Zmęczona sytuacją dokonała jeszcze ostatniego wysiłku, próbując odnaleźć Barbarę w domu, drzwi jednak otworzył Stefan, który beznamiętnie udzielił informacji, że żona wyjechała na wakacje i nie wiadomo kiedy wróci.
Dopiero wówczas Urszula zrozumiała, że to koniec i poczuła, że wali jej się cały świat. Łzom nie było końca, jej duszę całkowicie wypełnił smutek i rozpacz, a po kolejnych kilku miesiącach zdesperowana zamknęła się w sobie, popadłszy w głęboką depresję.
Na zewnątrz jednakże usiłowała trzymać fason. Rzuciła się w wir życia towarzyskiego, prawie stając się duszą towarzystwa. Znalazłszy pracę zaczęła zarabiać i nagle zaczęło ją być stać na różne imprezy. Stała się rzadkim gościem w domu, starając się zabić w sobie miłość do Barbary i zagłuszyć ból po jej utracie, uciekając w alkohol, papierosy i towarzystwo, co po pewnym czasie dało efekty.
Pewnego dnia Urszula stwierdziła, że nie czuje. Ani smutku, ani radości, ani bólu, ani szczęścia. Przestała reagować emocjonalnie na cokolwiek. Zaczęła dryfować. Żyjąc chwilą przestała myśleć o przyszłości i przeszłości, dochodząc do wniosku, że co będzie, to będzie, wszystko jedno.
Innego dnia, nagle ze zdziwieniem odkryła, że od pół roku chodzi za nią chłopak imieniem Sebastian i z jeszcze większym zdziwieniem odkryła, że się w niej kocha. Pochlebiało jej to, a oprócz tego odpowiadało, że Sebastian niczego od niej nie chciał, nie oczekiwał. Przyjmował ją taką, jaką była, taką ją wielbił i był zachwycony wszystkim, cokolwiek uczyniła. Urszula zaczęła traktować jego towarzystwo jako odskocznię. Sebastian był tym człowiekiem, który zapewniał jej święty spokój.
Po pewnym czasie wszyscy znajomi zaczęli ich postrzegać jako parę, co w pierwszej chwili znów zaskoczyło Urszulę, potem jednak doszła do wniosku, że to właściwie wszystko jedno, co inni sobie na jej temat myślą. Sebastian zaś bardzo był z tego postrzegania zadowolony.
Wiele hektolitrów wody w Wiśle upłynęło, zanim Urszula zdecydowała się na ten związek. Sebastian był wniebowzięty, a Ulka, gnębiona nieco wyrzutami sumienia, że nie odwzajemnia jego uczuć, z czasem nauczyła się go lubić i nawet przyzwyczaiła się do niego do tego stopnia, że przestały ją irytować wtręty znajomych na temat ewentualnego z nim małżeństwa. Spotykali się niemal codziennie, chodzili razem na pizzę, bilard i do kina, a w długie zimowe wieczory zasiadali przed telewizorem i oglądali filmy na video. Urszula żyła nie zastanawiając się, podskórnie bowiem czuła, że potrzebuje odpocząć, a Sebastian idealnie jej to umożliwiał. Z bardzo aktywnej, wesołej osoby, Ulka stała się całkowicie pasywną, ale w gruncie rzeczy zadowoloną z życia, które stało się wprawdzie okropnie nudne, ale było spokojne, wygodne i niewymagające zaangażowania emocjonalnego.
I tylko czasami, w snach, jej dusza odzywała się wilczym łkaniem. To jednak były tylko sny, które, natychmiast zagłuszane na jawie, przestawały mieć jakiekolwiek większe znaczenie...
*
Barbara odczekała, aż Stefan wyjdzie i zamknie za sobą drzwi, a następnie nastawiła płytę niemal na pełen regulator, wślizgnęła się do łazienki i zamknęła się od środka. Zdjęła kapcie, zatkała odpływ z wanny i odkręciła wodę. Spojrzawszy w lustro sięgnęła po szczotkę do włosów, uczesała się, odłożyła ją z powrotem i upięła włosy do góry. Potem pokręciła się chwilę po łazience, ustawiając wszystkie najpotrzebniejsze przedmioty na pralce tak, aby były pod ręką, rozebrała się i weszła do wanny. Usiadła, zakręciła kran, sięgnęła po papierosa i zapaliła. Delektując się jego smakiem, oparła się i zamknęła oczy, pozwalając ciepłej wodzie pieścić jej ciało, po czym delikatnie przesunęła dłonią po swojej piersi.
W głębi jej duszy znów odezwał się ten bezkresny ból. Nie było już Urszuli w jej życiu i Barbara zbyt dobrze wiedziała, że nie ma już życia, że popełniła najgorszą zbrodnię, jaką mogła popełnić, próbując zabić w sobie coś, czego zabić się nie da.
- Ula miała rację, że miłość jest nieskończona. – pomyślała i poczuła spływające łzy. – Ale jakie to ma znaczenie teraz, kiedy nic się już nie da zrobić?
Pełnym furii gestem zgasiła papierosa i sięgnęła po stojącą na pralce fiolkę z nasercowymi lekarstwami Stefana.
- Boże, jaka ja byłam głupia! – wykrzyknęła zanosząc się płaczem. – Teraz wiem, że nic nie było ważniejsze! Ani Stefan, ani moja praca, ani wszyscy moi pseudoprzyjaciele... – uniosła głowę ku górze. – Boże, wybacz mi, że nie potrafię tego dłużej znieść... ale to za wysoka cena. Widzisz... Gdybym straciła pracę, męża, znajomych i „dobrą opinię”, w połowie nawet nie bolałoby mnie to tak, jak utrata Urszuli. Wybacz mi, że nie umiem tak dłużej żyć... – wes
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Podpisz petycję: Liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w Polsce
smaku Mieć zdrowe, własne dziecko w rodzinie własnej, to szczęście i jedyne marzenie małżeństw, oczywiste, bo dzięki temu mogą żyć, planować przyszłość, mają po co żyć. Życie bez dzieci jest... opinia dodana 2019-11-14 21:34:02
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos Najlepsze opowiadania erotyczne - Warnock Kathleen
Za ile można by odkupić? Bo chyba po 30 zł. jest na rynku, to za drogo trochę, a bardzo spodobała mi...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019