Mieszaniec

Orzeszek-Quirka
Warszawa, lipiec 2002

Są różne. Wyglądają różnie. Jedne mają włosy krótkie, twarze jakby zacięte (póki w zasięgu wzroku nie pojawi się jakaś babeczka), niskie głosy, nerwową, agresywną z pozoru naturę, krok wydłużony, kanciasty i ciężki, rozbudzenie jak bliższą ciału koszulę (chociaż może jak rumieniec pod strzelającymi dookoła oczami) rozbudzenie, które bardziej je zdradza niż wszystko inne i coś jeszcze, co ciągle mi na razie umyka. Inne wyglądają prawie jak te normalne. Niewprawny obserwator pomyliłby długie włosy, ucieniowane oczy i uszminkowane usta z naprawdę dokładnie wykonanym makijażem, podkreśloną kobiecością. Noszą więc długie, kręcone lub proste włosy, zgrabne, powabne ciała i ciepłe głosy od jednej tancbudy do innego lokalu, a kiedy tracę je z pola widzenia, kiedy już wyjdą-nie mogę odnaleźć ich w tłumie. Nie rozróżniam, nie rozpoznaję. Może, kiedy zamknę oczy, znajdę ich zapach gdzieś wokół mnie, gdzieś we mnie.
Ja, mieszaniec. Ja, ornitolog i wy rzadkie ptaki. Kiedyś jednak musiał być ten pierwszy raz.

1. Jajo czasu

Urodziłam się wczoraj. Na świat przyniosły mnie ręce Kaśki. Jej usta i artykuł w Elle, który przeczytała poprzedniego dnia. Tekst był o tych innych kobietach. Kaśka przeczytała go szybciutko, uważając, żeby koleżanka z pracy niczego nie zauważyła. Zarumieniła się nieco. I ruszyła nieznacznie głową. Naprawdę nieznacznie. Jak udało jej się trafić za pierwszym razem? Nie mam zielonego pojęcia do dziś.
Zaprosiła mnie i mojego męża do siebie na kolację. Był sierpień, cudownie gorący, smutny, a może raczej nostalgiczny wieczór. Pamiętam jego przestrzeń, przemijanie lata wplecione pomiędzy arie miejskich świerszczy, które zagłuszały muzykę płynącą z wielu okien. To było pięć lat temu. Nie tylko my szukaliśmy towarzystwa. Ja szukałam go jak zwykle wbrew sobie. Nie lubię ludzi. Ludzi patrzących na mnie, rozmawiających do mnie (nie ze mną) tłumu wokół. Nauczyłam się go tolerować, nie dostrzegać a nawet grać we wszystkie możliwe gry towarzyskie. W grę "moja żona to gęś/nie istnieje, kiedy Ty/wpadłem, więc musiałem/mam kasę i ochotę na Ciebie/mój facet to kompletny fiut (oooo, tu jesteś kochanie)" i inne tego typu.
Mąż Kaśki, jak zwykle szlifował na mnie swój męski czar aż skrzypiało powietrze. Skrzyp, skrzyp. A ja taka grzeczna, układna. A mnie bolą policzki od uroczych uśmiechów. Gnę się i bujam jak trzcina na wietrze, w kuchni, kiedy szykowałam sałatę, obierałam pomidory, usiłując zagrać rolę miłej koleżanki, uczynnej dziewczyny, osoby towarzyskiej. Nawet mnie to wiele nie kosztowało, przyzwyczaiłam się. Kroiłam warzywa ("idźcie sobie"), nalewałam herbaty i kawy ("mam was dość") i dialogowałam sprawnie zupełnie tak, jakbym rzeczywiście rozmawiała. Wino, dużo wina, muzyka w tle. Oczywiście nie Shade, ale też nie Back Street Boys. "Ostatnie Kuszenie Chrystusa" proszę państwa. Trochę wyobraźni trzeba mieć! Miałam dwadzieścia cztery lata...
- Może zostaniecie? Daniel wygląda na zmęczonego... nie pojedziecie przecież po oktanach. Trzeba by zawołać taryfę, a tak... zostańcie... pojedziecie rano - Kaśka uśmiechnęła się przymilnie i terkotała swoim zdecydowanie niezdecydowanym głosikiem.
Jej też jakoś specjalnie nie lubiłam. Ot, koleżanka. Trochę jakby niepewna, wycofana - chociaż twardy charakter. Jakby nie pozwalała sobie na własną siłę. Jakby powstrzymywała się przed wszystkim, a potem nagle wybuchała. Śmiechem, krzykiem, oburzeniem, smutkiem. Znosiłam jej władcze (ale tylko częściowo, ma się rozumieć) usposobienie. Zdziwiona, że daję sobą powodować, a jeszcze bardziej, że nie irytuje mnie jej lekka niepewność. Taka atmosfera nogi na gazie i na hamulcu w jednym momencie. Piotr to, Piotr tamto. Jakby potrzebny był jej, żeby ustać prosto. E, tam. Nie bardzo chciało mi się zostawać. A jednak ociągałam się z odmową. Obce mieszkanie, karesy Piotra. Zaskoczyłam sama siebie i zapytałam:
- No to jak śpimy? - Miałam na myśli to, gdzie mamy się położyć ja i mój facet.
- Dziewczynki razem a chłopcy osobno- rzuciła Kaśka.
- Dziwnie jakoś. Chyba się nie boicie, że nie damy wam spać po nocy, co? - Zapytałam trochę rozdrażniona głupim pomysłem. Co to - kolonia jakaś? Cnotliwe zagrania działają mi na nerwy.
- Nie, ale tak będzie nam wygodniej. Niech faceci śpią na wersalce, my sobie rozłożymy poduchy na podłodze. - Odparła, a ja z jakimś ogromnym zmęczeniem pomyślałam, że kompletnie nie ma znaczenia czy nam będzie wygodnie, czy nie. Podłoga, to podłoga... "nam"... zabrzmiało mi irracjonalnie.
Poszłam się myć. Nie miałam ze sobą swojego kremu pod oczy, swojego czegokolwiek kremowatego, pożałowałam, że nie jestem w domu. Po myciu mam zawsze suchą skórę, wszystko mi się ściąga, paskudne, swędzące uczucie. Mój senny rytuał zawiera więc wrażenie czegoś lepkiego i chłodnego na twarzy. Spokój w słoiku, tubka na lepszy sen.
Zmęczona, rozdrażniona wytknęłam sobie, że znowu robię coś tylko po to, żeby nie musieć odmawiać. Coś dla kogoś. "Dla siebie tego nie robisz, więc po co?". Na półce nie stało oczywiście nic mojego, wzruszyłam ramionami i poszłam się położyć. Po mnie do łazienki poszła Kaśka.
Leżałam na zasłanych poduchach. Oczy mi łzawiły, starałam się nie patrzeć w sufit, gdzie jakoś tak strasznie jasno paliła się żarówka w żyrandolu. Lekkie helikoptery, wino było całkiem mocne. No i sporo go wypiłam. Rozłożyłam ramiona szeroko, skrzyżowałam nogi ... i poczułam łódź na łagodnych falach. Bladą przestrzeń, szum wokoło. Przeczuwałam przesuwanie się Daniela i Piotra, dwa parostatki gdzieś na horyzoncie pokoju, gesty, dialogi, mrowienie w dłoniach, wiatr w kolanach. To ja byłam łodzią, bezpiecznie rozciągniętą na szarosrebrnej wodzie, dotykałam jej całym ciałem kadłuba, wybierałam się gdzieś, woda pieściła mnie, sufit zbliżał się i oddalał, światło stawało się przenikliwym bólem ograniczonym do małego kawałeczka głowy. Którego? Próbowałam sobie coś przypomnieć...

Nie wiem, ile to trwało, prawie zasnęłam, kiedy Kaśka wróciła. Powiedziała coś do Piotra, uchyliła kołdrę wpuszczając chłód, położyła się obok mnie. Wtargnęła w moją przestrzeń, wzburzyła morze. Obie miałyśmy na sobie białe, bawełniane koszulki. Ja - pożyczoną od niej. Siostry bliźniaczki wreszcie odnalezione, takie dwie ładniutkie blondyneczki. Zdałam sobie sprawę, gdzie jestem. Obce łóżko. Obcy, pachnący proszkiem ciuch. Zakrywał nie wszystko, krępowało mnie to nie ze względu na nagość, a właśnie przez niepotrzebną połowiczność. Zaczynałam trzeźwieć. Obce mieszkanie pachnące nieznajomym kurzem tuż przy podłodze. Tak pachnie konwenans? Kto nas tego nauczył...? Przebudziłam się całkiem. Chciałam, żeby już było rano.
Poczułam jak układa się wzdłuż moich pleców "na łyżeczkę". Płynnym gestem objęła mnie w pół. Już samo to było bardzo miłe. Zaskakujące. Koiło nijakość, jakby ktoś pogłaskał coś miękkiego we mnie. Następne było to, że jej ręka nie zatrzymała się tam, gdzie powinna. Ciągle nie zatrzymywała się...! To dziwne, jak długo może trwać ułamek sekundy, jak bardzo trwa po latach, kiedy już nie stoi kamień na kamieniu tamtych dźwięków, faktur, kształtów. Ruch przesunięty w wieczność, przestrzeń kilku centymetrów wmurowana w moje ciało, odporna na przypływy, ruchy tektoniczne, pory roku. Przestrzeń wmurowana we mnie jak fundamenty nowej Wenecji. Zbrojony beton, chroniący rozpadające się pod wodą królestwo. Moje królestwo.
Delikatnym, całkiem pewnym ruchem przejechała po moim biodrze w dół do uda i do tyłu - w kierunku pośladka. Tak, jakby dotykała swojego ciała, bez pośpiechu. Tylko, że to było moje ciało... Wyprężyłam się. Wytrzeszczałam oczy gdzieś pod zamkniętymi powiekami. Zastygłam. Stężałam. Na całą noc mojego wahania, mojego wstydu, że puka do właściwych drzwi. Jedną nogą w grobie... a może w rzece. Kto to wie? Nie rozumiejąc, co właściwie robię, bardzo powoli odchyliłam głowę do tyłu. Instynktownie. Puściłam. Po prostu puściłam. Kaśka zrozumiała. W odpowiedzi przesunęła rękę wyżej, wsunęła ją pod koszulkę. I... i... dotknęła mojej skóry. Wolno skierowała dłoń do przodu... zatrzymała na brzuchu. Zakręciło mi się w głowie. Bardzo mocno. Mdląca przyjemność. Złapałam powietrze... jej palce dotknęły moich żeber, splotu słonecznego, mostka. Skręciły w lewo. Wszystko działo się teraz tak strasznie szybko, wyścigowo, odrzutowo. Od pełzania do pierwszej kosmicznej w pół sekundy... Ukryłam jęk głęboko w poduszce. Znowu nabrałam powietrza tak, jakbym musiała w ciasnej, szczelnej celi liczyć każdy swój oddech, bojąc się, że nie starczy mi powietrza. Otworzyłam oczy, spojrzałam przed siebie, nie widząc nic. Obróciłam głowę w drugą stronę i zbliżyłam swoje usta do jej twarzy. Czekałam na karę. "To mi się tylko wydaje..." Ogłupiała, zakręciłam prawie w powietrzu śrubę, kiedy silnym ruchem chwyciła mnie, obróciła i przyciągnęła do siebie. Nie wiedziałam, że jest taka silna, że jej ręce są miękkie tylko z pozoru, że tak naprawdę to ostre, zimne szpony mojego wroga, który wie. Wszystko o mnie wie. Ściga, dopada i uśmiecha się z triumfem. Tak musi przecież być. "Ona świruje, a ja biorę to poważnie. Cholera jasna!"
Pocałunek zamroczył mnie zupełnie. Wiem, że ktoś miłosiernie zgasił światło. Nie ja i nie ona, bo ona trzymała mnie ciągle na holu swojego oddechu. Ciemność jak błogosławieństwo, całun na nasze ubogie ciała, na grzech i tlące się spojrzenia. Chociaż to, czy było jasno, czy ciemno, czy ktoś mnie, nas, widział, czy nie - nie miało dla mnie znaczenia.

Zdejmuje mi koszulkę, zsuwa majtki. Ja robię to samo z nią. Co ja robię? Zdejmuję jej koszulkę i majtki... Takie to banalnie proste. Nieszczególne i dziecinne. Co będziemy teraz robić? W co się pobawimy? Jak dwie dziewczynki, zapach mokrych, słonych warg poniżej równika naszego legowiska. Jak dwie dziewczynki, ale tak pachną kobiety same dla siebie. Niedobrze mi z nerwów. Jestem lodowata i spokojna jak upiór w noc pełni. Jestem spokojna i panuję nad sytuacją jak jeszcze nikt nigdy. Jestem spokojna i wcale nie zwariowałam. Chcę polizać i posmakować. Chcę oderwać kawałek od reszty i połknąć zanim mnie złapią. Coś we mnie z tupotem stada bizonów przewala się, w pustej czaszce słychać tylko wrzask "NARESZCIE!!!" , "NARESZCIE!!!", głupkowate i niebezpieczne.
- Proszę państwa, tu toczy się bitwa między jej rozsądkiem a podbrzuszem - donośnym tenorem sto lat później przemawia kustosz do zgromadzonych.
- O, a tam dalej artysta namalował pierwszą klęskę ...- ciągnie dalej, nie słychać czyją, widać tylko ruch jego warg. Włączył się alarm przeciwpożarowy. Kustosz z uśmiechem zaprasza zwiedzających do skierowania się w stronę wyjścia.

To niemożliwe...
Muzyka szarpie mi duszę, wżyna się w moje ciało. Nikt nie wyłączył płyty, chociaż to środek nocy. Nie wiem, czy nas zagłusza, czy sobie szydzi. To jak teatr. Albo film.

Boże, dziękuję Ci... z całego serca dziękuję Ci. Wybacz, że Ci dziękuję za to, co robię, ale ja... kocham ją... kocham... kocham...!

- Co mówisz?
- Nic.
- Boli Cię?
- Nie, wszystko w porządku.
- Robiłaś to już kiedyś z kobietą? - Szepcze Kaśka. "Dlaczego nie jesteś cicho? Boże, spraw, żeby była cicho..."
- Nie. Jesteś pierwsza.

Skórka węża. Gładka, wypolerowana, bezwłosa. Alabastrowe ramię. Nie poruszaj się, proszę. Zostań tak na zawsze z uniesioną dłonią. Nie głaszcz mnie już jak dziecka po głowie. Masz takie usta delikatne. Nie wiedziałam, że mogą być takie delikatne. Twoja szyja załamuje się zupełnie inaczej niż przypuszczałam. Twoje łokcie smakują jak kwiat akacji. Ten taki dzióbek, który się odgryza i zjada. Twoje piersi kłują bólem w moim żołądku. Oddaj mi swój oddech. Uspokój się, nie rób wszystkiego tak szybko. Ja właśnie staję się kobietą.

- Płaczesz?
- Nie.
- Masz mokre oczy.

Wymykasz mi się. Nie potrafię Cię złapać. Nie umiem Cię złapać. Zatrzymać. Twoje wnętrze zaciska się na moich palcach, a one są zawstydzone, może wolałyby wpleść się na razie tylko w Twoje włosy. Nie chcę tego robić. Wolę roztopić Cię, zmiażdżyć, pochłonąć, rozerwać na strzępy. Nie wolno tak pędzić, być tak samemu gdzieś, kiedy taki cud, takie wniebowstąpienie...
Dochodzisz artystycznie. Długie nogi rozwarłaś szeroko. Bez strachu, wstydu. Twoja namiętność przecieka mi przez palce, nie umiem jej zatrzymać, nie nadążam cieszyć się tym. Nie kończ tego jeszcze, proszę.

- To niesamowite! Teraz Ty!
- Powiedz mu, żeby tego nie robił. Czuję między nogami jego język. (Boję się, że mi ją zabierze, więc nie reaguję od razu, ale nie mogę dłużej wytrzymać).
- Powiedz mu, żeby dał mi spokój!
- Ona tego nie chce... - Mówi Kaśka i on znika. Podobno chciał wrócić, ale Daniel siłą go powstrzymał.

Gdzie jest świat? Gdzie się podział? I kim ja jestem? Staję się z powrotem, tworzę się pod Twoim ciężarem. Zwracasz mnie. Żarzę się w ciemności. Widzisz? To moje paznokcie wbite w Twoje plecy. Przepraszam, muszę, nie mogę inaczej. Widzę ostatnie kadry: pokonany, uprowadzony przez marzenia, do których nie ma prawa. A jednak wraca. Ja nie potrafię wrócić. Słyszysz? Nie umiem do dzisiaj wrócić stamtąd, dokąd z Tobą odeszłam.

- Teraz Ty! - Upiera się i schodzi coraz niżej. Teraz ja. Tylko co? A, to. No dobrze, postaram się, żeby była zadowolona. Nie wychodzi mi, pracuje nade mną coraz zacieklej, ale we mnie coś wzbiera do lotu. Nie do... Chcę patrzeć jej w oczy.

Chcę spojrzeć Ci w oczy pierwszy raz. Moja ręka zrobi to za Ciebie, nie przejmuj się. Wstaje słońce, pospieszę się, zrobię to, zanim oświetli Ci na różowo twarz. Oświetla raczej na złoto.

- Jesteś?
- Jestem.
- Powiedz to, proszę, jeszcze raz.
- Jestem... pewnie!... co ty?
- Wiesz... to chyba szczęście... dziękuję ci, że... Dziękuję!... co ci strzeliło do głowy?!...
- Czytałam taki artykuł w Elle...
- ... artykuł?...
- Tak. O lesbijkach. I chciałam spróbować, jakby to było.
- ...i jak było...
- Fajnie. Tylko już trochę boli mnie głowa. Prześpijmy się chwilę, po południu spotykamy się z Maciejami i Tomkami. Jedziemy nad jezioro na spacer. Wiesz, Agnieszka i Jola są w ciąży. Będą rodziły w tym samym czasie.
- ... co...?
- No. Fajnie, nie?
- Tak, jasne.
- Pojedziecie też?
- Nie wiem. Może... ja... a chciałabyś?
- Jak chcecie. Wieczorem idziemy na koncert w szóstkę, ale przedtem może być fajnie. Zabierzcie się też. - Pojadę.
- Dobranoc.
- Dobranoc.

2. Jesteś nielotem

"Jeśli chcesz namówię ją, żeby się z Tobą spotykała. Wiesz, że mi zależy na Tobie" mówi i wciska mi język do ust. Co on mówi? A, że namówi ją... może to zrobić?
- Możesz ją namówić? Jak chcesz to zrobić?
- Wiesz, Kaśka jest raczej niezdecydowana. Jak jej nie powiem, co ma robić - sama nic nie zrobi.
- To znaczy, że na ... tamto... też ją namówiłeś...? - Jego ręce na moim biuście.
- Nie. To była jej inicjatywa.
To dziwne. Nic nie czuję. To znaczy rejestruję, ale nic nie czuję. Nawet wstrętu. Ona... ona śpi. Nie. Leży i próbuje zasnąć jakieś pięć metrów stąd, za drzwiami. Leży na wznak. Jedna noga ugięta w kolanie prawie pod kątem prostym, podłożona pod drugą, wyprostowaną. Jej jasne, farbowane włosy ułożyły się półkoliście na poduszce. Są chropowate, dosyć niemiłe w dotyku. Ostatnio nakładałam na nie farbę (robię to całkiem dobrze) i dziwiłam się, że są aż tak szorstkie. Troszkę spocony kark, wilgotne pachy. Jest parno, ciepły, mglisty wrzesień. Jej rzęsy wykręcone, niewidoczne teraz, śliczne, chronią zupełnie niepotrzebnie zielono-brązowe oczy. Oczy ma najładniejsze. Dosyć wcześnie pojawiły się jej zmarszczki, jest tylko dwa lata starsza ode mnie. Solidne zmarszczki. Jej oczy są jakby stare. Ma koralowe, małe usta. Nie są zacięte, ale na pewno pruderyjne, mniszkowate. Ukrywają dwa zaostrzone kiełki. Ma takie śmieszne dwa ząbki. Kiedy się śmieje, zawsze głośno, nerwowo, prawie histerycznie, pojawiają się, a wtedy mam ochotę, żeby mnie ugryzła. Leży skupiona. Splotła ręce na piersiach, patrzy w ciemną przestrzeń i wywołuje z mroku... Jak to było przed chwilą?
- Śpisz dzisiaj ze mną? - Pytam. Kaśka w piżamie odchyliła kołdrę i szybko położyła się obok mnie na brzuchu. Przyszła tu! Przyszła tu! Wyszła z łazienki i zamiast do swojego pokoju przyszła do mnie! Płomienie w kominku strzelają. Jest ciepło, pachnie dymem, chłodna, przewietrzona pościel i skrzypiące, prastare łoże. Hmm, hmm... Mam dobry humor, "w końcu wyciągnęliśmy was na działkę". Moja szansa materializuje się w pewność.
- A już chcesz spać? - Jest jakaś znudzona.
- Nie pójdę już do nich. Daniel gasi grilla, nie mam już ochoty na wino. Mam... na co innego... - Dorzucam szybko, bo bardzo mi się spieszy.
- Nie wiem. Chyba za mało wypiłam.
- Potrzeba Ci do tego wina? - Moja ręka na jej plecach.
- To taka tradycja. Nie zauważyłaś jeszcze? - Odpycha mnie.
- Nie mów tak, proszę...
- Czego nie mam mówić?! To nie jest normalne. Nie leży mi to.
- Teraz czy w ogóle...
- Nie wiem. Piotr się ze mnie nabija, głupio mi przed nim. Nie mam z kim o tym pogadać. (moje pytające spojrzenie). Z Tobą mogę, ale Ty chcesz tylko jednego.
- Wcale nie. Ja tylko tęsknię za Tobą... - Próbuję ją przyciągnąć do siebie.
- Daj spokój. Nie jesteśmy... razem. My tylko spałyśmy ze sobą. - Oświadcza. Ma taki niesmak w kącikach ust.
- Spałyśmy? to znaczy... A dzisiaj?
- Przyszłam życzyć Ci dobrej nocy. - Podnosi się, całuje mnie w policzek. Już jest przy drzwiach. Nie wierzę, że sobie poszła. Kręcę się nad łóżkiem. Pół metra nad łóżkiem. Nie mogę dotknąć, wymościć sobie legowiska. Jestem sama. Wstaję, szukam kapci. Dwa kroki w tą, dwa w tamtą. Wychodzę na korytarz.
- Nie śpicie razem? - Patrzy na mnie rozbawiony.
- Jak widzisz.
- Smutno Ci?
- Nie.
- Chcesz, żeby do Ciebie przyszła? - Jego ręce na moich ramionach. Zagląda mi w oczy, muska ustami czoło.
- Wiesz, że tak.
- A co byś zrobiła, żeby przyszła? - "Teraz? Chyba wszystko"
- A co mogę zrobić? Nie mam na nią wpływu. - Całuje mnie w szyję.
- Ty może nie, ale ja mam. Pomogę Ci... jeśli chcesz. - Uśmiecha się do mnie, opiera o ścianę. "Nie ma mnie tu. Jestem tam"

W zamyśleniu gładzi wnętrze uda. Nieznacznym ruchem masuje, naciąga skórę. Sięga trochę wyżej, myśli o mnie. Woła mnie. Teraz chciałaby, żebym była przy niej.
Jestem. Staję się. W ciemnościach unoszę nad nią swoją twarz, półprzymknięte powieki oddają mi całe jej piękno. Mogę je teraz brać. Leżę na niej. Jest sztywna, napięta, waha się. Oddycha płytko, prawie niezauważalnie. Wsączam się pomiędzy kostki jej nóg. Ma zgrabne stopy o długich palcach, zbyt gładkie uda i pośladki. Dla mnie nie musiałyby być takie, jest w tym jakaś niepotrzebna sztuczność. Tyle życia w kolanach. Grzeczne, króciuteńkie piórka okrywające pachnące mielizny. Myślę o nich, a ona wie, że o nich myślę. Samo to porusza jej szczupłe wargi delikatnie, w rytm maleńkich pulsujących tętnic. Wspieram się na rękach, żeby zajrzeć w jej otwarte już na oścież oczy. Nie ma nic do ukrycia, żadnych słów do powiedzenia. Piję jej gęstą jak melasa ciemność wprost ze źrenic, wychłeptuję czerń z gwiazd na jej czole. Wszystko stanęło i czeka na gwałt, jaki jej zadam. I... nagle czuję, że odpycha mnie. Okrada z siebie. Nie jest ze mną. Jest z nim! Tym, o którym ostatnio mi opowiadała. Myśli o facecie, który w jej samochodzie chwycił ją za głowę i popchnął w dół. Jej małe usta wokół tego czegoś... bo to jest normalne. To jest normalne?!
- Zostaw mnie.
- Co Ci się stało?
- Nie masz na nią aż takiego wpływu.
- Jeszcze mnie nie znasz. Zrobi, co jej każę. - Twierdzi, ale jego uchwyt słabnie. Marszczy brwi, prostuje się.
- To Ty nie znasz jej. Żal mi Ciebie. - Nie muszę tego mówić. Po co mu to robię? Zrozumiał, puścił mnie. Mogłabym ją zabić.

3. Moje gniazdo

- Fajnie Cię znowu widzieć... dziękuję. - Byłam pierwsza. Podchodzisz do stolika i podajesz mi piękną czerwoną różę. Ale, żeby tylko to! Masz na sobie białą, cieniusieńką sukienkę do kolan w nadruk z kilku czerwonych - jak ta prawdziwa - róż. Gołe, złotawe ramiona. Obok mnie stawiasz krwistą torebkę (a potem na stole ląduje takaż portmonetka, komórka i breloczek do kluczyków). Zapomniałam o szpilkach? Zapomniałam. Też są czerwone.
- Wyglądasz jak milion dolarów! - Doceniam twoje starania.
- Ty też baaardzo ładnie wyglądasz. - Akcentujesz śmiesznie.
- Kiedy ostatnio się widziałyśmy? Dwa lata temu?
- Taaa, ale na drinku byłyśmy chyba cztery.
- Nie przesadzaj. Naprawdę? Ale ten czas leci. Jak tam tajemniczy nieznajomy?
- Stare dzieje. Już mi przeszło, ale kosztowało mnie rok życia. Męczyłam się, wydzwaniałam, spotykaliśmy się, a on w końcu postanowił wrócić do żony.
- A odchodził kiedyś od niej?
- Eeee, gdzie tam.
- ??
- Nie mówmy o tym.
- A o czym? Nie chcę być niegrzeczna, tylko wiesz... nie widziałyśmy się długo...
Podchodzi do nas kelnerka, znam ją. Uśmiecha się ze zrozumieniem. Potem, kiedy już pójdziesz, obrąbiemy Ci Twój śliczny tyłeczek, kochanie.
- Ty jak zwykle tequilę. A co się stało z naszym Ofley Port?
- Naszym?... Zmieniłaś się Kaśka, oj zmieniłaś. Od ostatniego razu.
- Myślałam o tym.
- Taaak? I co? - Śpiewam. Zarumieniłaś się, ale jak znam życie, przejdziesz do rzeczy.
- Brakowało mi tu Ciebie, odkąd wyjechaliście. Tylko z Tobą mogłam tak szczerze porozmawiać. Wiesz, Agnieszka i Jola... święte. Matki Polki. A ja nie bardzo.
- No, przypuszczam.
- A Ty - tęskniłaś za mną?
- Myślałam o Tobie. I o tym co nam się przytrafiło. Co to właściwie było?
- Nie wiem. Też się zastanawiałam... przez cztery lata.
- Nie wierzę. Daj spokój! Miałaś tyle okazji, nie mów mi teraz... - wkurzyłam się.
- ...
- Po co właściwie teraz mi to mówisz? Nabrałaś znowu ochoty? Raz na cztery lata?
- Nie. Tak. To znaczy... To nie o to chodzi.
- Nie, no miło mi. W sumie. Chyba... Czuję się, jakbym Cię widziała pierwszy raz.
- I co?
- Mam kogoś.
- Wiem. To nie ma znaczenia. Przyjeżdżasz tu przecież raz na jakiś czas, prawda?
- Tak.
- Opowiedz mi jak się rozstałaś z...
- Ze Stynką?
- Tak.
- Nie ma o czym.
- Kochasz ją jeszcze?
- Wiesz... kocham was jakoś wszystkie. Ale ją szczególnie, to prawda.
- To i tak nieważne, prawda?
- Ważne. Chociaż niczego nie gwarantuje. Chodź, odprowadzisz mnie do domu, za jasno tu jakoś.
- Odwiozę Cię.
- A, to jeszcze lepiej.

Smakujesz tak słodko, czas chyba jednak nie istnieje. To tylko my się zmieniamy.
- Ja to jestem kamikadze. Całuję Cię pod oknami sąsiadów.
- Zaproś mnie.
- ...
- Nie zaprosisz? - Nie. Co byś powiedziała Piotrowi?
- Coś bym wymyśliła. A Daniel...?
- Został. Wiedział, że się spotykamy.
- Wiesz, nie mówiłam Ci, ale dziękuję Ci za tamten czas. Piotr dokuczał mi jeszcze długo. Zwłaszcza po tym jak pojechaliśmy z wami na działkę. Gdyby nie on to...
- Nie mów tak. Piotr nie ma z tym nic wspólnego. Chciał mieć, ale mu nie pozwoliłaś. - Przerywam ci.
- ??
- Pamiętasz jak poszłaś spać do drugiego pokoju, a nie zostałaś ze mną?
- Tak.
- A o tym, że myślałaś wtedy o mnie?
- Tak, skąd... o tym wiesz? - Spuszczasz oczy.
- Nieważne.
- Pamiętasz kogo wtedy zawołałaś? - Dociskam ostatecznie.
- ...
- To Ty dokonałaś wyboru, nie Piotr.- Patrzę na ciebie całymi swoimi oczami.
- Nie dałam rady. - Uśmiechasz się słabo.
- Wiem.
- Masz mi za złe?
- Miałam. Jak cholera, ale teraz to już za mną. Poza tym siedzisz obok mnie taka śliczna. Nie umiem kłamać naturze, nie mogę się na Ciebie gniewać. Dziękuję Ci za ten wieczór.
- Ja też Ci dziękuję... To wszystko?
- Tak. Dobranoc, uważaj na siebie.
- Dobranoc.

Odjechałaś. Patrzyłam przez żaluzje. Widzisz...? pragnę cię. Zrozum... co czuję. Dla mnie to nie powód do wstydu. Nigdy.

Wiję teraz własne gniazdo, dorzucam też gałązkę do tego bardziej wspólnego. Potem wezmę lornetkę i udam się na łowy.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
lopomo Czy gdzieś to jeszcze można obejrzeć? opinia dodana 2019-01-20 14:03:46
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019