Ch這piec z papierowym no瞠m

Orzeszek-Quirka
Cia這 bezw豉dne. Lekko obola貫, moje. Otwieram oczy, badam zgi璚ia i k徠y o這wiane, wczytuj i ogarniam bez najmniejszego ruchu, zaczepione, niestety, nie w pr騜ni. Wola豉bym w豉郾ie pr騜ni, mleko rozlane w niewa磬o軼i, 鈍iadome odczucie niebytu. Szkoda, 瞠 zawsze jest albo sen, albo jawa. Cia這 mi璠zy p豉szczyzn 堯磬a a p豉skim, sinawym sufitem, skr瘼owane po軼iel tak, 瞠 prawie nie mam si造 si wygrzeba. Zatrzymuj oddech, my郵i z nadziej, 瞠 mo瞠 zatrzymam czas. Nie chc jeszcze dnia, jeszcze nie teraz, skoro prawie uda這 mi si zrozumie to wszystko, pouk豉da i chyba nawet nazwa, brzmia這 to jako tak zwyczajnie... prawie jak... ale nie, nie pami皻am, nie wiem. Le輳 p豉sko. Pieczenie w sercu? Jest pieczenie w sercu. Ma貫, niewinne "puk" troch za szybko po miarowym "puk-puk". D逝ga cisza. Md這嗆 przyjdzie za chwileczk. Przyjdzie? Przysz豉. Ruszy這 znowu. Ale dzi nie jest 幢e; wcale nie tak 幢e. Sen odchodzi na dobre.
Pok鎩 jest poranny, cisza, chrapanie psa. Pok鎩 o malowanych 軼ianach, kolorowych za bardzo, tak jak ostatnio lubi. Kolorem udowadniam w豉sn si喚 i nami皻no嗆 tak, 瞠 wszyscy w ni wierz. Terroryzuj ich kolorem, a kiedy jestem sama - terroryzuj i siebie. Kiedy jestem sama, rozumiem niestosowno嗆 w豉snej twarzy, s堯w i czyn闚. Kiedy jestem sama, staj po obu stronach r闚nowagi w dw鏂h bladych, upiornych, ca貫 szcz窷cie, niewidzialnych postaciach. Kiedy jestem z nimi - bardzo staram si opowiedzie "to z naprzeciwka". Nie wierz. Kiwaj g這wami. A mo瞠 tylko udaj, bo jestem niegro幡ie szurni皻a.

Kolor taki, jak ten, jest nietaktowny i po tej, i po tamtej stronie barykady. Ani tu, ani tam nie jest w modzie ra瞠nie oczu nasyceniem. Ale ja lubi si zapatrzy, zagapi, o郵epn望, widz帷 jadowit ziele w czerwieni, nabra w d這nie g瘰te, bezczelne pomara鎍ze, nowobogackie turkusy i pedalskie r騜e. Lubi przegi璚ia i kontrasty.
To ja jestem m篹atk.
Powiedzie, to jeszcze nie wszystko. Nie mo積a nabra dobrej, wysokogatunkowej, g瘰tej i pachn帷ej truj帷 鈍ie穎軼i Farby i nie pobrudzi r彗. Nie da si pobe速a tak na ludzkich oczach w kusz帷ej puszeczce (robi je teraz plastykowe) i liczy na podanie r瘯i. C騜 za naiwno嗆, c騜 za niestosowno嗆!
Ty tak瞠 nie rozpoznajesz histerii wypa熥anej pomi璠zy sufitem, a pod這g. Ty r闚nie starasz si mnie pokocha, kocha, zakocha si, zag喚bi si, pog喚bi istniej帷 relacj, zbudowa zwi您ek. Zbudowa zwi您ek. Zwi您a to, co rozwi您ane i jak makaron-ze郵izguje si w proste, wilgotne pasma. Ty r闚nie po przespanej nocy stajesz przy murze, licz帷, 瞠 pod koniec dnia twoje zdj璚ie o lekko nieprzyst瘼nym u鄉iechu, gigantyczne i zwyci瘰kie zawi郾ie na tablicy honorowej przodownik闚 pracy. "A widzisz? Udaje mi si!". Kwiaty, gratulacje, chropowate, silne d這nie ze 郵adami ceg造, a mo瞠 krwi. Co znaczy moja krew na twoich d這niach noc? Co znaczy i kiedy mi o tym donios tak na sto procent? M闚i, 瞠 krwawi przy dotyku. Ale, bzdura! Pami皻aj, 瞠 jestem m篹atk.

Je郵i uwierzysz w biel - nie spodziewasz si 鄴販i. 草單 po bieli irytuje niezno郾ie, 豉two si wtedy obrazi, 豉two obwinia o z鄴趾ni璚ie, niedba這嗆, niekonsekwencj. "Zdecyduj si na co!" m闚isz, chocia odwracasz wzrok. Powinnam by ci wdzi璚zna, 瞠 nie sztyletujesz mnie wzrokiem i Prawd Nasycaj帷 Twoje S這wa. Darowujesz mi przecie jeszcze troch czasu. Tak nie powinno by, powinno by zupe軟ie inaczej. "畝逝j, 瞠 to wszystko zacz窸am. My郵a豉m, 瞠 b璠zie inaczej" - tego na szcz窷cie jeszcze nie m闚isz. Wok馧 tyle kobiet, kt鏎e czekaj na twoje niezadowolenie, s逝szny gniew, gorej帷y krzew, prawowierno嗆, samokrytyk, 瘸l i zado嗆uczynienie. Puszczasz do nich oko. Ale to przecie tw鎩 j瞛yk.

Chcesz, 瞠bym pokaza豉 Ci, jak umiem si zapatrzy? Ja, z這dziejka, oszustka. Nie pisz przecie o mi這軼i, pisz o zmy郵e wzroku:

Nie wiem, jakie masz oczy. Nie wiem nawet tego. Pewnie zielone, ale mo瞠 raczej niebieskie.
My郵 o Tobie prawie stale. Od dw鏂h miesi璚y. Na Twoj cze嗆 nazwa豉m nawet stan podgor帷zkowy, kt鏎y towarzyszy mi teraz prawie ci庵le. Wiem, czym on jest.
Prze篡wam tak bardzo ka盥e z niewielu spotka, kt鏎e nawet nie s spotkaniami. Towarzyszysz komu innemu i ja jestem z kim innym. Patrz na Ciebie z daleka. Ty na mnie nie patrzysz wcale, chocia wiem, 瞠 zauwa瘸sz.
Ciesz si, 瞠 jeste.
Nie umiesz ju nic z tego, co niewinne i ulotne. Nie umiesz ju u鄉iechn望 si ze szcz窷cia. A mimo to wprawiasz moje r璚e w dr瞠nie, serce w dr瞠nie, g這s w dr瞠nie.
S造sza豉m Ci ostatnio. Zakwit豉 mi na ko鎍u drutu niespodziewanie. Nie z Tob chcia豉m rozmawia. Chocia, kogo ja oszukuj...? Z Tob, naturalnie. Nie wiedzia豉m, co powiedzie, by豉m taka spokojna i m康ra, a jednak nie wiedzia豉m, czy nie zdradz si czym, nie roze鄉iej nagle, nie zapiszcz, pokazuj帷 mimo woli, co si ze mn dzieje.
Jeste przyzwyczajona do ho責闚, dlatego w豉郾ie oszcz璠z Ci prawdy i nigdy nie dowiesz si, nie us造szysz tego, co mi w duszy gra.
Prze篡wam Twoje rami w jasnym swetrze, udo w jasnych spodniach. Nie my郵 o po郵adku czy piersi. Nie mam si造 zapami皻a Twojej twarzy, ani nawet okular闚, a co dopiero... A jednak pami皻am Ci. I trzymam z daleka.
Jaki czas temu ta鎍zy豉. I wiesz co? Nigdy w 篡ciu nie widzia豉m czego r闚nie pi瘯nego. Pisz tak po prostu, a dot康 nie wiem, jak usta豉m na nogach i czemu woko這 wszyscy bawili si tak doskonale, jakby nie byli 鈍iadomi tego pi瘯na.
Ta鎍zy豉. A ja przecie widzia豉m ju wielkich mistrz闚, s造sza豉m geniuszy, ogl康a豉m Pary noc i Wenecj za dnia. Dlaczego Ty wyda豉 mi si taka pi瘯na...
Jeste jak Wenecja. Umieraj帷e miasto i kobieta bez uczu. Prawie anio niedotykalny.
Nie boj si, 瞠 Ci dotkn, bo nigdy tego nie zrobi. Nie dotkn Ci i nie poca逝j, bo nie znasz ju wagi dotyku i poca逝nku. Trwaj we mnie jak wsch鏚 s這鎍a wiosn, jak ostatni promie jesiennego z這ta. B康 moj zim, nigdy nie b璠ziesz zmys這wym latem.
Nie b璠 jednym z kot闚 wyj帷ych pod Twoim oknem, chocia tego pragn - nie poznam Twojego zapachu. Chc m鏂 u鄉iechn望 si do Ciebie i z daleka delektowa si Tob. To wi璚ej ni dajesz, kiedy si zbli瘸sz.

O, tak. Potrafi si zapatrzy i potrafi zakocha, chocia zupe軟ie nie wiem, jak to si robi. Dlatego tego nie robi. Ale s przecie jeszcze listy, kt鏎e nie dojd (dzi瘯i Bogu) do adresat闚. Nie wywo豉j wstydu, nie zrani i nie b璠 szyderstwem, ma造m, ostrym kamykiem w wygodnym 篡ciu poniewczasie. Dlaczego, skoro nie boj si b鏊u tak naprawd? Dla ciebie?

Wygodne 篡cie to przywilej, za kt鏎y musz si wstydzi. Wstydz si ciep貫j wody, pod這gi i dachu, mi貫j pustki w portfelu, kt鏎a jest nie ostateczna, kt鏎a wype軟ia si sama. Sama przez si, sama przez niego.
Ub鏀two jest moim domem. Ub鏀two przedmiot闚, cisza pustego domu. Lod闚ka akurat mo瞠 sta pusta - i to mnie nie przera瘸. Wiesz, to moje trudne dzieci雟two.
- 疾by ty chocia p豉ci豉 za swoje drinki - powiedzia豉 i poci庵n窸a spory 造k (kocha豉m j). P豉c, nie wiesz nawet, jakie s drogie.
Raz w 篡ciu mia豉m odwag. Nie mia豉m tylko przyjaci馧 ani nawet siebie, dlatego - jak s康z - nie uda這 mi si. Poniewa jednak lubi filozofowa, my郵 te, 瞠 maj帷 skr瘼owane r璚e, bardziej ceni sobie wolno嗆. Wybacz ekstrawagancj i pami皻aj, 瞠 jestem tylko m篹atk.

Zanim go pozna豉m mia豉m na w豉sno嗆 siebie. Jestem tego pewna. W豉sne miejsce w autobusie, w豉sne dwie godziny hipnotycznej, 鄉ierdz帷ej spalinami trz瘰i帷zki, w豉sn trem i muzyk, w豉sny strach, w豉sn samotno嗆 u鄉iechaj帷 si przyja幡ie z ka盥ej szyby. Sama zarykiwa豉m si po osobistych dramatach, o ile mama mi pozwoli豉. I sama spa豉m, chocia ba豉m si potwornie spa sama.
Kiedy podarowa mi rano przed lekcjami malin闚k i bu趾 z bia造m serem, w捫 u鄉iechn掖 si z zadowoleniem. A ja odgryz豉m kawa貫k niesoczystego, czerwieni帷ego si jab趾a i usn窸am na sto lat.
Zesz貫j jesieni pewna czarownica kaza豉 mi uk逝 si w palec, bo chcia豉 mojej krwi. Rozerwa豉 sterylne opakowanie i zapyta豉, gdzie chcia豉bym, 瞠by uk逝豉. Nie mog豉m znale潭 odpowiedniego miejsca. Nie chcia豉m si kaleczy, stch鏎zy豉m. Wtedy wbi豉 sobie ostrze w palec tak, jakby chcia豉 spu軼i z niego powietrze i spojrza豉 na mnie bez emocji. Chwyci豉m Ci za r瘯 i wyssa豉m krew z ranki.
- Nie musisz, je郵i nie chcesz.
- Chc, tylko mam uraz. Jak by豉m dzieckiem ci庵le mnie k逝li. Nienawidz tego do dzi. Zawsze si ba豉m i teraz te si boj. Nie wiem, czy mi si uda.
- Daj, ja to zrobi.
W ostatnim momencie zn闚 Ci nie pozwoli豉m. Wzi窸am ig喚 i zupe軟ie jak nie ja zacz窸am wbija j sobie bardzo powoli w opuszek 鈔odkowego palca lewej r瘯i. Poczu豉m pieczenie jak cykanie 鈍ierszcza, pstrykaj帷e p瘯anie kolejnych cienkich warstw sk鏎y, podr騜 do wn皻rza ziemi. Zafascynowa豉m si, szumia這 mi w uszach.

Chod, opowiem Ci bajk. B璠zie truj帷a. Po堯 g這w na moich kolanach, a ja b璠 Ci g豉ska, my郵帷 o tym, 瞠 w takiej sytuacji zdarza mi si czu oddalenie najbardziej, a w pustym 堯磬u - blisko嗆.
Dawno, dawno temu by kwiecie, dzie po twoich urodzinach. Pozna豉m j jeszcze przed Wielkanoc. Potem um闚i豉m si na kaw. 圭i郵ej - na kaw z wk豉dk. W po這wie wieczoru obs逝ga wyj窸a rzutnik i rozpocz掖 si pokaz slajd闚. Obrazy trafia造 kolorowymi pociskami w 軼ian nad naszymi g這wami. Nagie, demonstracyjne cia豉 kobiet. Twarz kobiety zanurzona w nagim 這nie innej, rozci庵aj帷ej nogi w szpagacie. ㄆki 瞠ber, cienie i za豉mania, po郵adki i d這nie. Kobiety wnikaj帷e w kobiety, g這wy go軼i odwr鏂one w nasz stron, chcia豉m z豉ma j jak ga陰zk tego wieczoru nawet na ich oczach, p鎩嗆 z ni do 堯磬a w 鈔odku tygodnia, wr鏂i nad ranem. Wyj嗆 st康, pojecha z ni, namalowa sw鎩 w豉sny slajd. Pierwszy raz w 篡ciu co takiego. Kiedy mi to zaproponowa豉, zgodzi豉m si. Pojecha豉m.
Je郵i my郵isz, 瞠 do czego zmierzam - mam podobne wra瞠nie. Nie wiem tylko, dok康.
Jecha造鄉y chyba p馧 godziny, zd捫y豉m wytrze德ie, zawaha si, po瘸這wa, zmarzn望, przyjrze si pasa瞠rom, przyjrze si jej i zw徠pi, 瞠 naprawd robi to wszystko.
Pocz瘰towa豉 mnie zielon herbat. Wiesz, herbata w takiej sytuacji nie smakuje ani zielono, ani herbacianie. Mia豉 瞠lazisty, k逝j帷y posmak jak wtedy, kiedy bezwiednie ugryziesz si w policzek, wychodz帷 od dentysty. Pocz瘰towa豉 mnie sob - i sama smakowa豉 jak zielona herbata. To podobno zas逝ga balsamu. Dotyka豉 mnie ostro, a jej oczy by造 pe軟e zdumienia. U鄉iecha豉m si do niej i do siebie. By豉 mi zupe軟ie nieznajoma. Poczu豉m si wolna jak ptak. Wolniejsza ni kiedykolwiek.
Wtedy w豉郾ie straci豉m twoje uwielbienie, zyskuj帷 obecno嗆 i krytyk. Od tej pory patrzysz na mnie, nie na marmurowy pos庵. Odt康 jestem nie tylko tu i teraz, ale i w listach, i w rozmowach z twoimi przyjaci馧kami. Jestem, kim jestem. Ja, m篹atka.

Pok鎩 powoli wype軟ia si bladym jak m彗a s這鎍em, dopisz dzi do popo逝dnia. Moja sporadyczna ostatnio praca jest 豉skawa dla mojej tw鏎czo軼i.
Chc napisa ci o mi這軼i. Prawdziwa mi這嗆 jest prawdziwym oddaniem. Kapitulacj, zniszczeniem, ho責em i grabie膨. Uczyni豉 mnie wi璚 naje寮嬈, wandalem, tyranem i rozb鎩nikiem. Ja zrobi豉m z ciebie kobiet 鈍i皻, m璚zennic i anio豉 鄉ierci. Wyrzek豉 si swoich zasad, cierpisz nienasycenie i zwiastujesz zag豉d wszystkiego, co we mnie 篡we, nie poddane odpowiednim zasadom. Bo jak瞠 mog 篡 tak naprawd, lawiruj帷 i kr璚帷? Za p騧no kochanie na wielkie eksplozje, moje serce da這 ju kiedy pokaz sztucznych ogni.
By造 jednak czasy, kiedy nie posiada豉m niczego. Pewnego dnia to, 瞠 wol, kiedy kto inny widnieje w urz璠ach, sprawi這, 瞠 Ona usiad豉 obok mnie, w moim domu i ze smutkiem powiedzia豉:
- Gdybym tylko chcia豉, nie siedzia豉by tu teraz. Zrozum, 瞠 zachowuj si uczciwie.
Eleganckie, wyciszone, kremowo-niebieskie 軼iany rozpi皻e moj r瘯 nad naszymi g這wami szepta造 jej wtedy do ucha prosto z mojego serca "kocham ci, tak si boj, ale kocham ci" a Ona zdawa豉 si to s造sze.
- My郵, 瞠 mimo wszystko on zadba o ciebie.
Niczego ju nie rozumiesz, prawda? Chcia豉by, 瞠by po ka盥ym "je郵i" by這 logiczne "to", ale przypomn ci znowu co, co jest najlepszym twoim argumentem: ja, kochanie, jestem tylko m篹atk.

Kiedy 郾i這 mi si, 瞠 moja dusza mieszka na pustyni. Zanim zasn窸am, zada豉m sobie pytanie "gdzie mieszka moja dusza?", a odpowied przysz豉 noc. Be穎wy piasek jak be穎we morze zatapia spalone do bia這軼i antyczne fasady jak ogromne, zmursza貫 ko軼i. Puste przestrzenie powiewa造 mu郵inowymi zas這nami na bezd德i璚znym wietrze. By這 ciep這. Prawie nagie kobiety, otulone w cienkie jak mg豉 gazy cieszy造 si, 瞠 nareszcie znalaz豉m to miejsce tak, jakbym by豉 tu d逝go oczekiwanym go軼iem. Mog豉m dotkn望 ich, nale瘸造 do mnie. Moja dusza tu mieszka豉, cho nic innego by tu nie przetrwa這. One trwa造 tu tylko dla mnie. Wszystko to 郾i這 mi si, kiedy po kolejnej zapa軼i zapyta豉m lekarza, czy moja mama umrze.
- Nie histeryzuj. Je郵i przestanie 熜a, nic jej nie b璠zie.
Kiedy 郾i這 mi si, jak to jest, kiedy si umiera. Zanim zasn窸am, zada豉m sobie pytanie "jak to jest naprawd umiera?", a odpowied przysz豉 noc. By豉m w swoim mieszkaniu, zbiera豉m si w豉郾ie do wyj軼ia, kiedy poczu豉m, 瞠 robi mi si s豉bo. Usiad豉m, stara豉m si g喚biej oddycha, ale przed moimi oczami zrobi這 si szaro, a powietrze nie wype軟ia這 moich p逝c. Szklane oczy jak u wypchanego ptaka, oddech, kt鏎y nie dociera nawet do krtani. Resztk si造 pr鏏owa豉m zawo豉 na pomoc. Pojawi si, ale nie zrozumia, o czym m闚i. Mo瞠 nie poruszy豉m ustami. Osun窸am si na pod這g. Nie mog豉m odetchn望, nie mog豉m si poruszy, przestawa豉m my郵e, przestawa豉m czu, walczy豉m, pr鏏owa豉m, ale to nic nie da這. Moje cia這 manekina, moje cia這 z g這w odchylon na plecy. I zupe軟a pustka, nic... Obudzi豉m si przera穎na, s這鎍e ta鎍zy這 pomi璠zy suchymi li嗆mi topoli, zaczynaj帷 si we mnie z這郵iwie. Tego dnia pojecha豉m z mam na oddzia zamkni皻y.

Moja mama chcia豉, 瞠bym urodzi豉 si ch這pcem. Nie wysz這 tak, jak planowa豉, dlatego niebawem spr鏏owa豉 jeszcze raz. W przedszkolu mia豉m ch這paka imieniem Grzesiu i sny o Lucynce. W moich snach zagl康a豉m jej pod sp鏚niczk, a je郵i mi nie pozwala豉 - prosi豉m o pomoc Grzesia. Lucynka chodzi豉 na lekcje baletu, a ja my郵a豉m ca貫 dnie o jej bia造ch 造dkach, go造ch ramionkach i ciemnych, ciep造ch loczkach. Kiedy zachorowa豉m na 鈍ink i zosta豉m w domu, Grzesiu wda si w k堯tni i uderzy Lucynk. Zrobi jej wielkiego siniaka. Pierwszego dnia po chorobie spu軼i豉m go ze schod闚. Zagrozi豉m, 瞠 je郵i komu naskar篡, utn go no瞠m. Nie mia豉m 瘸dnego przy sobie, z kieszeni wystawa豉 mi tylko chusteczka, ale Grze tak bardzo p豉ka, 瞠 nie widzia moich pustych r彗. Bardzo chcia豉m wierzy w swoje w豉sne s這wa, dlatego w pustej sali, pustego przedszkola a do wieczora pr鏏owa豉m wyci望 ostrze z kartki papieru.

W陰czy豉m telewizor, ma陰, ob陰 na poprzedni mod, czarn skrzyneczk mojego gustu. Dzi bardzo wstydz si tego, 瞠 smutek od rana mo瞠 by a tak przeci皻ny, a tak niemrawy, niedramatyczny. D德i瘯 rozlewa si jak rzadka zasma磬a na cie軼ie z owocami, przykrywa przestrze przemo積, haftowan, nakrochmalon ko責erk. Siedz i dumam, siedz i nie s逝cham, zastanawiam si, czy to ju uzale積ienie, czy tak w豉郾ie trwoni si czas, kt鏎ego nie ma, kt鏎y nie istnieje, p鏦i si nie sko鎍zy.
- 字edni ubytek wagi to siedem kilogram闚 w sze嗆 tygodni. Rewelacyjna metoda odchudzania, kt鏎a pozwala ci je嗆 bez ogranicze, nie wymagaj帷 獞icze.
Czy gdyby by這 mnie mniej, wszystko, co z貫 we mnie te by si zmniejszy這? Czy ci篹kie pytania i lekkie odpowiedzi zamieni造by si miejscami? Niepok鎩, ci庵造 delikatny tryl gdzie wewn徠rz, podkr璚aj帷y czasem ko鎍闚k rzucanego z u鄉iechem s這wa. Wa篡 pewny u鄉iech, sprawia, 瞠 r璚e opadaj, a oczy wpatruj si z zaciekawieniem. Bo jak mog by tym, kim jestem. Tylko dlatego, 瞠 ziemia si pode mn nie rozst瘼uje? Tylko dlatego?!
Niepok鎩 jak chamski s御iad, z kt鏎ym pr鏏uj si u這篡 ka盥ego dnia od nowa i ka盥ego dnia 瞠gnamy si uprzejmie, po czym on rzuca za moimi plecami "pierdu, pierdu...", a ja udaj, 瞠 tego nie s造sza豉m. Mo瞠 z ca貫j prawdy o sobie najprawdziwsza jest niepewno嗆, bo wraca zawsze, zawsze, nigdy si nie sp騧nia, czeka na mnie rano, czeka jak wierny kochanek, jak zakochana kobieta, jak kto, komu na mnie zale篡. Jak stalker w zaparkowanym samochodzie, twarz na szybie sklepowej. Pieczenie w sercu? Jest pieczenie w sercu. Ma貫, niewinne "puk" troch za szybko po miarowym "puk-puk". D逝ga cisza. Md這嗆 przyjdzie za chwileczk. Przyjdzie? Przysz豉. Ruszy這 znowu.

- Czemu to dziecko tak p豉cze?
- Powinna pani odpocz望.
- Nie mog. Czy nie da si go jako uciszy? - siostry spojrza造 po sobie.
- Samo ucichnie.
- Wydaje mi si, 瞠 p豉cze od wczoraj... czy to prawda, 瞠 urodzi豉m dziewczynk? 好i這 mi si przed chwil...
- Tak, ma pani dziewczynk.
- Co z ni?
- Powinna zosta w inkubatorze.

Czemu dzi o niej my郵? Nie my郵a豉m ju od kilku lat. Szukam wsp鏊nego mianownika, jakiego twierdzenia, hipotezy, kt鏎a u豉twi豉by ogarni璚ie wszystkiego w 豉dn, zwi瞛陰 ca這嗆, ale tak si nie da. 砰cie jest kolorow mozaik, na kt鏎 raz po raz spada imad這. Jak w kresk闚ce.
Jeste ty. Dobrze, 瞠 jeste. Mog przynajmniej porozmawia.
Cz瘰to podaj ci siebie na ostrzu no瘸, m闚isz "stawiasz wszystko na ostrzu no瘸". Pewnie co w tym jest, pewnie masz racj. Kiedy jedynym, co mog豉m da z siebie ukochanej kobiecie, by cios poni瞠j pasa.

Czy to wszystko b璠zie mia這 sens, kiedy to napisz? Czy odnajd w ko鎍u prawd, kt鏎a 郵izga si gdzie ci庵le wok馧 mojego cia豉. I w 鈔odku, we mnie? Mam nadziej. Bardzo bym chcia豉.
Jeste Ty. My郵 o Tobie r騜ne rzeczy, r騜nie czuj si wobec Ciebie. Czasem z przyjemno軼i przychodzi mi m闚ienie "kocham Ci", patrz帷 Ci w oczy, lub kieruj帷 sw鎩 oddech w Twoje ucho. A czasem nie mog nawet w zgodzie ze sob nazwa Ci swoj przyjaci馧k.
Jeste鄉y kochankami. Potrzebuj seksu, czu這軼i, obecno軼i drugiej kobiety. Potrzebuj tego tak bardzo, 瞠 zgodzi豉m si w obliczu faktu, 瞠 nie mia豉m ju si造 (nie chcia豉m d逝瞠j czeka) szuka kogo, kto poruszy豚y mnie, da si lubi, by mo瞠 zas逝giwa (tak, wiem, jak to brzmi) na moj mi這嗆 - a wi璚 zgodzi豉m si, 瞠by w moim 篡ciu by豉 Ty.
Znasz wszystkie moje rozczarowania zwi您ane z Tob. To straszne, ale kiedy pisz prawd, zaczynam bardziej szanowa siebie. Wi璚 odpowiadaj帷 na co, co wzi窸am z pocz徠ku za wielkie uczucie wobec mnie, postanowi豉m zatrzyma si przy Tobie i nie pozwoli Ci cierpie z powodu odrzucenia. Czujesz je mimo to, mimo moich wysi趾闚, aby by這 tak 郵icznie i przyjemnie. I ono naprawd jest we mnie.
Chcia豉bym by Twoj przyjaci馧k, ale czasem Ci nawet nie szanuj. 畝l mi Ciebie, 瘸l mi siebie, wi璚 dalej buduj dom, w kt鏎ym nie chc zamieszka. Jestem jak Penelopa. Tkam tkanin czasu i pruj j. Ciekawe, kiedy przestan, kiedy zrani Ci tak, jak tylko ja potrafi, kiedy b璠 瘸這wa i Ciebie i siebie - ale ju inaczej-oczyszczona z mi瘯kiego i dusznego udawania kogo lepszego, ni jestem w rzeczywisto軼i.
Teraz nie dowierzasz moim mi造m s這wom. I dobrze mi tak, dobrze i Tobie. Nie mo積a tak 膨da mi這軼i od kogo obcego, od kogo, kto tylko fajnie pasuje do 篡ciowego planu, od kogo, kto wcale do Ciebie nie pasuje.
Dosta豉 to, czego chcia豉 i dobrze Ci tak. Uwa瘸j, czego sobie 篡czysz, bo mo瞠 si spe軟i.
A ja... C騜 ja? Tak bardzo boj si samotno軼i bez kobiecych d這ni, ust, po郵adk闚, piersi, 瞠 zrobi wiele, 瞠by ktokolwiek by przy mnie. Jeste kimkolwiek, taka jest prawda. A kiedy j poznasz - b璠ziesz cierpie. A mo瞠 wcale nie, mo瞠 Ty wiesz wszystko i tak?
Pewnie wiesz.
Kiedy wyje盥瘸sz i przestaje dzia豉 si豉 narkotyku zwanego blisko軼i - czuj si podtruta. Czuj kaca. Po fizycznej, seksualnej blisko軼i. Po orgazmach, kt鏎e wydzierasz z mojego cia豉. Czuj je coraz bardziej mechanicznie, ale moje pos逝szne cia這 wpada w zachwyt, kiedy tylko tego od niego 膨dam. I jestem tak bardzo mokra, taka uroczo otwarta, taka rozmi這wana. Tylko dlatego, 瞠 nie umiem znie嗆 Twojego wzroku, ciszy, 鈍iadomo軼i, 瞠 wiesz, co we mnie jest tak naprawd.
Chc, 瞠by by豉 szczera wobec mnie. I nie umiesz tego. Ja nie umiem jeszcze bardziej.
Czy mog豉by nie 膨da tak wiele ode mnie? Czy mog豉by tak naprawd 篡 swoim 篡ciem beze mnie na s逝瘺ie Twojej 穎ny? Czy mog豉by pozwoli mi na bycie sob?
Rozczarowanie jest nieuniknione, gdyby przyzna豉 si do zbajerowania mnie, poderwania na czu貫 s堯wka, gdyby umia豉 przeci望 te wi瞛y. A gdybym ja umia豉 sama ich sobie nie zawi您ywa, nie narzuca si ze swoj obecno軼i.
Nie jest mi wcale tak dobrze, nie jestem szcz窷liwa. Czasem zaspokajasz mnie tak, jak tego potrzebuj. Bez wielkiego bum i 鈍iat豉 na ko鎍u tunelu. Nie czuj nie wiadomo czego, czuj podniecenie, czasem 膨dz.
M闚isz, 瞠 nie trafi豉m a tak 幢e jak na bran輳. Nie znam obiektywnej prawdy - mo瞠 masz racj, m闚i帷 tak, a mo瞠 zn闚 usi逝jesz mnie przywi您a do siebie.
W Ma造m Ksi璚iu jest i tekst o tym, 瞠 naprawd widzi si tylko sercem i o tym, 瞠 jest si odpowiedzialnym za to, co si oswoi這.
Nie lubi Ma貫go Ksi璚ia. Jest pretensjonalny i nieprawdziwy. Jestem do imentu odpowiedzialna za to, 瞠 Ty potrzebujesz czego ode mnie i do upojenia patrz sercem. Mydl sobie oczy i moim g逝pim, infantylnym sercem, 造kaj帷 tabletki, pomagaj帷e mu pracowa zgodnie z instrukcj, ogarniam Twoje cz這wiecze雟two i prawo do bycia kochanym.
Chcia豉bym by kochana. Chcia豉bym oddycha swobodnie w przekonaniu, 瞠 kocha mnie kobieta. I jestem wolna. A tak boj si Twojego gniewu, cierpienia, 瘸lu, smutnych oczu, natarczywych r彗, zmieszania, za瞠nowania, wstydu za sam siebie, wyrzut闚 i powtarzania, 瞠 mnie kochasz.
Ot, i prawda, jaka mdli mnie w 鈔odku i jak chcia豉bym wy.... z siebie, robi帷 du穎 ha豉su. Ale jestem przecie dobrze wychowana, wi璚 sobie nie pozwol. Szkoda.

Czy to do ciebie ten list? Tobie chcia豉m da wyraz szczero軼i i wielko軼i mojego charakteru? Nie, nie do ciebie. Ale czy to wa積e, kto ostatecznie dostaje potencjalne kopniaki, jakie mo瞠my wyprodukowa? Kochanka, wr鏬, 穎na, przyjaciel czy m捫? Przecie to i tak na jedno wychodzi, nie widzisz?
Dziwny ten 鈍iat. Dobrze jest, kiedy jestem mi豉, szale鎍zo uprzejma, g逝pkowato nadskakuj帷a wobec tych, kt鏎ych kocham, w kt鏎ych si kocham, kt鏎ych chc poderwa. Chc przelecie. Wybaczysz mi z這郵iwo嗆, odrzucenie i agresj wobec obcego, wroga, kogo oboj皻nego. Dlaczego? Przecie w豉郾ie ty, skoro mnie kochasz, jeste stra積iczk mojego serca, ty powinna wysprz徠a je i odkurzy, odchwa軼i i wypiel璕nowa. Nie pozwoli mi na okrucie雟two, nie pozwoli na "nie wie, co czyni", ani na "nie mia豉 nic z貫go na my郵i". Powstrzyma mnie, narazi si na obron mojej rozd皻ej wolno軼i. Jaka chwa豉 w tym, 瞠 ra輳 gromem nieznajomego, a ciebie przytul, ogrzej. Czy to, 瞠 "ludzkie" jest usprawiedliwieniem?
Mi這嗆 dla mnie tyle warta, bo moja w豉sna, domagaj帷a si spe軟ienia, nap璠zaj帷a moje my郵i i s這wa, m鎩 dzie i noc, mi這嗆 - m鎩 skarb, temat plotek z kole瘸nkami, pow鏚 dr瞠nia i pisania wierszy, ciep豉 w dole brzucha, k逝cia pod powiekami, szumu w uszach, moja mi這嗆 jest 鈍i皻a. A co z mi這軼i tej, kt鏎a niewiele mnie obchodzi? Kt鏎a gdzie wstaje rano, je 郾iadanie i my郵i o mnie? Co z ni? Nic. Nie moja sprawa. Nie mog by ka盥 dla ka盥ej.

皋ny jak 穎軟ierzyki w pude趾u. Boisz si tego, prawda? Zbior je wszystkie z pod這gi i zamkn. Potem wyjd z nim na kolacj, gasz帷 za sob 鈍iat這. Tak to sobie wyobra瘸sz? Prawdziwe 篡cie grzecznej m篹atki.
- Nie wyj!
- ... nie wyj...
- Zamkniesz ryj, podlecu jeden?! - kr鏒kie i celne prawie w 鈔odek czaszki. B鏊, kt鏎y stawia wszystkie mi窷nie, zw豉szcza pi窷ci. B鏊 jak wrzask kopni皻ego kota. Jej oczy jak oczy jaszczurki, nieprzytomne.
- Kaza豉m ci posprz徠a! Zabierzesz ten burdel z pod這gi?! S造szysz! Zabieraj te swoje g闚na z powrotem! - jeden z klock闚 trafia w 軼ian, 興obi帷 sko郾 kreseczk.
Zapyta豉m j kiedy, dlaczego mnie nie kocha. Uwierzy豉by? Powiedzia豉, 瞠 w tym wieku trzeba by zbocze鎍em, 瞠by si przytula. S御iadka siedz帷a na kawie potakiwa豉. Mia豉m dwana軼ie lat, poczu豉m, 瞠 jestem doros豉.

Mo瞠 chcia豉bym, 瞠by by這 tak, jak m闚isz. Stawiam na ostrzu no瘸 ciebie i siebie, m闚isz, 瞠 nie potrafi dzia豉 dyplomatycznie. 疾 ty i tak wszystko rozumiesz, ale gniewasz si, bo 幢e do ciebie podchodz. Ja tylko nie chc by znowu lisiczk. Ma造m, chudym stworzeniem, kt鏎y umie wszystkim dogodzi. Sprytnym i pod造m, bo mama tak powiedzia豉.

- Chod, pobawimy si w dom. - Anka chwyci豉 mnie za r瘯 i poci庵n窸a.
- No co ty! 畝rtujesz? - pomy郵a豉m, 瞠 znowu ma jaki wariacki pomys. Lato tego roku by這 gor帷e jak rzadko, w豉郾ie wr鏂i造鄉y znad jeziora. Mia豉m na sobie mokry str鎩, rozs康nie by這by go zdj望, chocia nie by這 mi wcale zimno. Anka zd捫y豉 si pi瘯nie opali, po cichu zazdro軼i豉m jej tego. Ramiona w kolorze polerowanego d瑿u. W這篡豉 turkusowe bikini, kt鏎e teraz przyklei這 si do niej i opowiada這 niestworzone historie o jej drobnych piersiach. Mia豉 cia這 m這dej atletki, wcale nie lekkie, ale te nie bardzo mo瞠 kobiece, silne i zwinne. Wiem, bo nie raz w豉zi造鄉y obie na jakie p這ty, rusztowania. Na drzewa te, ale to by這 zbyt 豉twe. Przyja幡i造鄉y si od kilku lat, zawsze razem na wakacjach. Zna豉m j, chocia tak z przerwami, pomi璠zy latem a latem prawie nie mia造鄉y kontakt闚.
Jej sk鏎a wysch豉, tylko pod pachami pozosta豉 lekko wilgotna. Wilgo trzyma豉 si male鎥ich, ciemnych loczk闚, kt鏎ych nie nauczy豉 si jeszcze goli. Mia豉 br您owe, proste w這sy, br您owe, ciep貫 oczy i co jeszcze, co trudno nazwa. Z roku na rok by豉 bardziej atrakcyjna, ch這paki zabijali si dla niej. Korzysta豉 z tego, wyhacza豉 najfajniejszych, a potem pod byle pretekstem rzuca豉. Mimo szybko軼i, z jak jej to przychodzi這, 瘸dna ze wsp鏊nych kole瘸nek nie nazwa豉 jej 豉tw. Anka to by豉 Anka i wolno jej by這 wszystko.
Sta豉 naprzeciw mnie i trzyma豉 mnie za r瘯. Nasze bose stopy zagrzebane do po這wy w gor帷ym piasku 軼ie磬i, pomy郵a豉m, 瞠 w piasku mo瞠 by szk這. Spojrza豉 na mnie, zmru篡豉 oczy i u鄉iechn窸a si zagadkowo.
- Za堯 klapki. - powiedzia豉m, podaj帷. Wzi窸a je i wsun窸a na opalone, szerokie stopy.
- Czy w zielonym domku jest kto dzisiaj? - Zagadn窸a.
- Nie, ciotka wyjecha豉 a ja mam tam i嗆 i posprz徠a.
- We klucze i przyjd. - Obr鏂i豉 si na pi璚ie i posz豉.
Sta豉m, patrz帷 za ni. Przewiesi豉 r璚znik przez rami i maszerowa豉 lekko pod g鏎, wzbijaj帷 klapkami dwudziestocentymetrowe gejzery piachu. Pomy郵a豉m, 瞠 豉twiej by這by jej jednak i嗆 boso, znaj帷 j, zdziwi這 mnie, 瞠 robi co wbrew w豉snej wygodzie. Nie obr鏂i豉 si, nie kiwn窸a mi. By造鄉y w takim szczeniackim wieku: 瞠gnaj帷 si i witaj帷, ca這wa造鄉y si nawzajem w usta, przytula造鄉y, obejmowa造鄉y. Po kilka razy dziennie. Ca豉 paczka, sze嗆 dziewczyn. Ch這pak闚 nie ca這wa造鄉y, tylko podawa造鄉y r璚e. A ona nie odwr鏂i豉 si i nie kiwn窸a. Posz豉m po klucze.
- Mamo, nie wiesz, gdzie s klucze od zielonego domku? - zajrza豉m w豉郾ie do skrzyneczki, ale nie wisia造 na haczyku.
- Tam, gdzie je zostawi豉. Gdzie stanie, tam nasra. - rzuci豉 przez rami.
- Nie bra豉m ich dzisiaj, ciotka prosi豉, 瞠bym troch tam odkurzy豉.
- Lepiej w domu posprz徠aj!
- Zrobi豉m 豉zienk, reszt zrobi, jak wr鏂. - Posz豉m do swojego pokoju. Przebra豉m si, za這篡豉m koszulk i kr鏒kie spodenki. Przypomnia豉m sobie, 瞠 klucze mo瞠 mie Stachu, ch這pak, kt鏎y przychodzi kopa ogr鏚ek. Rzeczywi軼ie mia. Pobieg豉m do niego, wpad豉m z dworu prosto do kuchni, przerwa豉m mu jedzenie zupy i poprosi豉m o klucze. Dziwi si, co mi tak spieszno, odpi掖 z k馧ka i poda mi: jeden jakby o這wiany z dziurk (od bramy) i p豉ski, mosi篹ny (od drzwi). Podzi瘯owa豉m mu i posz豉m.
Anka ju by豉 w ogrodzie. Nic dziwnego, pewnie przelaz豉 przez p這t ko這 ziemnego kibelka. Nie zmieni豉 ciuch闚, wok馧 bioder zamota豉 tylko r璚znik.
- Jeste. Co tak d逝go? - Mia豉 taki konspiracyjny pyszczek. Nie wiem, co si zmieni這, ale co by這 inaczej.
- Nie mog豉m znale潭 kluczy, by豉m nawet u Stacha...
- Dawaj! - przerwa豉 mi, wzi窸a je z mojej r瘯i i pochyli豉 si przed drzwiami.
- W豉! - uchyli豉 je przede mn i wesz豉 zaraz za mn.
Zielony domek by w 鈔odku pomara鎍zowo-prze鈍ietlony. Dwa du瞠 okna zas豉nia cienki, pomara鎍zowy stylon, a s這鎍e robi這 z niego co pi瘯nego.
- No, to, co robimy? - zapyta豉m, siadaj帷 na kanapie. W 鈔odku by這 bardzo duszno, pachnia這 rozgrzanym drewnem, zasypk dla niemowl徠 i pomidorami, kt鏎e dojrzewa造 na parapecie.
- M闚i豉m ci, pobawimy si w dom. - Anka usiad豉 ko這 mnie.
- To znaczy? Jak ma貫 dzieci? - by這 mi dziwnie z tym pomys貫m.
- No. Ty b璠ziesz 穎n, a ja m篹em. Na obiad mamy dzisiaj schabowe. - Zaordynowa豉 Anka i poda豉 mi otwart paczk oran瘸dy w proszku. Sama wcze郾iej po郵ini豉 palec i wetkn窸a go do 鈔odka. Ja zrobi豉m to samo. Oran瘸da by豉 ciemnor騜owa, malinowa. Piek豉 w j瞛yk i p瘯a豉 ma造mi b帳elkami.
- Jak tam 穎no, jak nasze dzieci? - zapyta豉 Anka udawanym basem i roze鄉ia豉 si.
- Dostaj same dw鎩e i przeklinaj. - odpowiedzia豉m piskliwie.
- To trzeba je bi, bo inaczej na porz康nych ludzi nie wyrosn. - Ci庵n窸a Anka, klepi帷 mnie w kolano.
- Tak m篹u, masz racj. Dzieci jak si ich nie bije, to w nich w徠roba gnije. - Odpowiedzia豉m.
- To nie o dzieciach! Tak si powinno robi z 穎nami! - wykrzykn窸a Anka, chwyci豉 mnie, prze這篡豉 przez kolano i nastrzela豉 po pupie. Poczu豉m si jak smarkacz i odepchn窸am j. By豉 ode mnie starsza dwa lata, ale nigdy nie robi豉 z tego sprawy. Gorzej ja - cz瘰to nie czu豉m si wystarczaj帷o doros豉 przy niej.
- No, co ty robisz?! - Oburzy豉m si.
- Nic, tak si z tob pieszcz. Masz oran瘸d na buzi. - Po郵ini豉 palec i pr鏏owa豉 wytrze mi co w okolicy ust.
- Nie chce zej嗆. - Doda豉, pochylaj帷 si w moim kierunku. Przy這篡豉 usta do mojego policzka. Poczu豉m jak pociera j瞛ykiem jedno miejsce na g鏎nej wardze. Dmucha豉 mi przez nos w g鏎, na powieki.
- Zesz這? - Zapyta豉m, kiedy odsun窸a si ode mnie.
- Mhm. - Potwierdzi豉 i spojrza豉 na mnie powa積ie.
- Wyobra sobie teraz, 瞠 jest niedziela rano i m捫 nie idzie do pracy, tylko zostaje w domu. Co wtedy robi? - Zapyta豉 powoli.
- Nic. Pewnie siedzi na kanapie i czyta gazet, albo ogl康a mecz. Albo ja wiem? - Nie wiedzia豉m, dok康 zmierza, ani, prawd m闚i帷, co w豉軼iwie robi m捫 rano w niedziel. Zrobi這 mi si tak jako...
- Zostaje w 堯磬u z 穎n oczywi軼ie! - Anka ucieszy豉 si i napad豉 na mnie. Chwyci豉 mnie za ramiona i popchn窸a do ty逝. Zanim zd捫y豉m zrobi cokolwiek u這篡豉 si na mnie i poca這wa豉 w szyj.
- Wiesz, jestem dobrym m篹em, kt鏎y kocha swoj ma陰 穎neczk... - zaplot豉 swoje palce o moje i u這篡豉 je nad moj g這w.
- Jak bardzo kochasz swojego m篹usia ...? - wyszepta豉 mi wprost do ucha.
- Anka, co ty robisz? - zapyta豉m zupe軟ie niepotrzebnie.
- No jak to co, kochanie... - spojrza豉 mi w oczy i poca這wa豉 w czubek nosa. W jej spojrzeniu by cie, kt鏎ego dot康 nie zauwa篡豉m.
- Nie wyg逝piaj si... - jej poca逝nek zamkn掖 mi usta. A raczej otworzy. Wcze郾iej raz ca這wa豉m si z ch這pakiem. To by Rafa. Starszy o trzy lata, wysoki brunet. Lubi豉m, kiedy stawa za mn i obejmowa od ty逝. Jego cia這 by這 ciep貫 i przyjemne, ale tylko wtedy, kiedy si nie rusza i nie pr鏏owa mnie dotkn望. Kt鏎ego razu wieczorem odprowadzi mnie pod bram i poca這wa. Poczu豉m drapi帷e w這ski, mi瘯kie, bardzo mi瘯kie wargi i w御ki, mokry, spiczasty j瞛yk, kt鏎y pr鏏owa wetkn望 mi do ust. Ma這 go nie ugryz豉m! To by這 tak paskudne, 瞠 a mi zabrak這 tchu. Zakaza豉m si mu ca這wa od teraz do ko鎍a 鈍iata. W tej sprawie musia豉m odby kilka rozm闚 z jego kolegami, kt鏎ych przysy豉 do mnie, aby zmi瘯czyli moje stanowisko. Niezmiennie radzi豉m im, aby sami z nim spr鏏owali tej przyjemno軼i.
Usta Anki by造 inne. Tak jakby pachn帷e, suche, g豉dkie. Nie protestowa豉m, kiedy jej j瞛yk utorowa sobie drog mi璠zy moimi wargami. Jedn d這ni wci捫 trzyma豉 mnie, drug powoli g豉dzi豉 moje ramie. Jej w這sy zakrywa造 moj twarz tak, 瞠 ju nie otacza mnie szata雟ki pomara鎍z, tylko czekoladowy mrok. By豉 dosy ci篹ka, ale ja nie mia豉m si造 poskar篡 si cho熲y jednym s這wem. Kiedy sko鎍zy豉 zabaw moimi z瑿ami i podnios豉 g這w, przytrzyma豉m j blisko siebie. Dotkn窸am jej rozgrzanych plec闚, poci庵n窸am za sznureczek stanika...
- Co wy tu robicie! - Anka podskoczy豉 i stan窸a na r闚ne nogi. W drzwiach sta豉 moja mama.
- Nie s造szysz?! Pytam, co si tu wyprawia?! - mama wesz豉 do 鈔odka, Anka dwoma susami dopad豉 drzwi i uciek豉.
- Nic. Bawi造鄉y si tylko...
- Bawi造軼ie si!! My郵isz, 瞠 zrobisz ze mnie idiotk, czy co?! Nie my郵 sobie, 瞠 ci pozwol na takie!... takie! - szuka豉 w豉軼iwego s這wa.
- P鎩d do jej rodzic闚. Kt鏎ej to by pomys, jej czy tw鎩?!... jej czy tw鎩?!
- ... m鎩...
- Nie my郵 sobie, 瞠 ci na zboczon dziwk wychowa豉m! Do domu! S造szysz?! Do domu!!!
B鏊, kt鏎y stawia wszystkie mi窷nie, zw豉szcza pi窷ci. B鏊 jak wrzask kopni皻ego kota. Jej oczy jak oczy jaszczurki, nieprzytomne.
By這 mi tak wstyd, tak strasznie wstyd... W domu siedzia豉 s御iadka. Kiedy wpad豉m ca豉 zaryczana, spojrza豉 na mnie i u鄉iechn窸a si g逝pkowato. Uciek豉m do swojego pokoju. Chcia豉m umrze, przeprosi mam, przeprosi Ank, sama ju nie wiem. Nie mia豉m nic do stracenia, wi璚 po kr鏒kim wahaniu wysz豉m z mojego pokoju, stan窸am na 鈔odku holu i zada豉m to pytanie.
- Mamo, czy ty mnie kochasz? - Spojrza豉 na mnie i wzruszy豉 ramionami.
- Mamo, dlaczego mnie nie kochasz! - zacz窸am spazmowa. - Nigdy ci nie pyta豉m, ale dlaczego, co? Dlaczego? Przytul mnie prosz! - podbieg豉m do niej i pr鏏owa豉m si przytuli. Chwyci豉 mnie za ramiona i potrz御n窸a.
- Przesta histeryzowa! Og逝pia豉, czy co?! Mam ci przytula? W tym wieku? Zboczona jaka jeste?!
S御iadka siedz帷a na kawie potakiwa豉. Mia豉m dwana軼ie lat, poczu豉m, 瞠 jestem doros豉. Uspokoi豉m si natychmiast.

Rodzice Anki nie mogli si dowiedzie. Jedyna moja szansa tkwi豉 w tym, 瞠 w domu nie brakowa這 tabletek. Wiedzia豉m, 瞠 mama we幟ie je, jak tylko s御iadka sobie p鎩dzie. W ko鎍u posz豉. Mama zawo豉豉 mnie i kaza豉 da listek relanium z szafki. Dw鎩k. Posz豉m do 豉zienki, otworzy豉m szafk i wzi窸am dziesi徠k.
- Podaj mi wody. - Mamo, mo瞠 nie musisz i嗆 do rodzic闚 Anki, mo瞠 wymy郵 mi jak捷 kar...
- Daj mi wody i nie odzywaj si do mnie. Brzydzisz mnie.
- Mamo, prosz... nie r鏏 mi tego... prosz. Zrobi, co mi ka瞠sz, tylko nie m闚 nikomu. B豉gam!
- Daj mi t cholern szklank albo zarobisz! - Da豉m. Jak zwykle po趾n窸a ile tam.

Pami皻am jak razem z lekarzem rozwiera豉m jej szcz瘯i. Lodowate ok豉dy na piece cia豉: kark, nadgarstki, kostki u n鏬. T皻no czterdzie軼i na nie wiadomo ile, trudno odczyta. By豉 blada jak 鄉ier i nieprzytomna.
- Prosz pana, czy moja mama umrze?
- Nie histeryzuj. Je郵i przestanie 熜a nic jej nie b璠zie.

Wiesz, jednak nie. Nie jestem dobra. Nie umiem by. My郵, 瞠 mia豉 racj. Pieczenie w sercu? Jest pieczenie w sercu. Ma貫, niewinne "puk" troch za szybko po miarowym "puk-puk". D逝ga cisza. Md這嗆 przyjdzie za chwileczk. Przyjdzie? Przysz豉. Ruszy這 znowu. Ale dzi nie jest 幢e; wcale nie tak 幢e.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie nast瘼ne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj si

KONTAKT

Wy郵ij sw鎩 tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja prac nickiem lub imieniem
(je郵i chcesz: nazwiskiem), je郵i chcesz napisz sw鎩 e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TW紑CZO汎

Jest jak delikatny kwiat. Ka盥a jej forma zawiera 郵ady g喚bokich wzrusze i emocji, przenosi pami耩 o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Je郵i pisa豉, piszesz lub pisa zamierzasz, nie chowaj efekt闚 swojego natchnienia do szuflady, podziel si nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Mo瞠sz przysy豉 teksty podpisane imieniem b康 pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Mo瞠 to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj si.
To w豉郾ie od Ciebie b璠zie zale瘸 kszta速 tej strony. Zapraszam do jej wsp馧tworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
RysioPyyysio Mimo skali kampanii karnej 瘸den z Czeczen闚 nie zwr鏂i si do rosyjskich organ闚 軼igania z oskar瞠niem.😜 opinia dodana 2019-02-19 13:19:56
muzyka Zawsze mocno 篡豉m i teraz mam co wspomina
Hitoshi W pi徠ek by豉m na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowit kobiet, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, da豉 przepi瘯ny wyst瘼. Uwielbiam j.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019