Serce według mnie, część III - Złość

Orzeszek-Quirka
Najciekawsze rozmowy, jakie prowadzimy, to rozmowy ze sobą.
W trakcie jednej z nich zrozumiałam, że ludzie ładują się sami o siebie jak akumulatory. Nakręcają się. Myślę nawet, że pierwszą potrzebą społeczną nie jest wcale organiczna konieczność bycia kochanym, a zwykłe pragnienie obecności d r u g i e j osoby. Ciekawe, że potrzeba ta tak często pojawia się najbardziej u osób żyjących w związkach. Może to inna twarz samotności we dwoje? Skutek tego, że najpierw dążymy usilnie, by stać się j e d n y m z ukochanym człowiekiem, a kiedy tak się stanie - nadal potrzebujemy "tej drugiej" osoby? Może to jakieś energetyczne zawirowanie. Jeśli przyjąć, że jesteśmy grzesznikami - jest to przejaw naszej nielojalnej natury. Wystarczyłoby zatem zwalczyć pokusę, trzymając się zasad, a problem zniknie.
Czy aby na pewno? Bo jeśli genezą problemu nie jest wyjście poza schemat, a właśnie tkwienie w nim?

Odłożyłam na chwilę pióro i poprawiłam się na miejscu. Jechałam do niej z ciężkim sercem. Do pociągu wzięłam zaległą pracę i nową książkę ("Drewniane morze" Jonathana Carroll`a) z mocnym postanowieniem, że nie będę się zadręczać dywagacjami, tylko popiszę i poczytam sobie "magika od siedmiu boleści" - jak w duchu nazywałam jej autora. Nie to, żebym nie lubiła jego książek, ale nieodmiennie rozczarowywał mnie swoją koncepcją transcendencji. Oraz aniołów. I magii w ogóle. Czytałam "Zaślubiny patyków", albo "Całując ul" i miałam wrażenie, jakbym poczęstowana czekoladowym cukierkiem - odkryła nagle, zdejmując papierek, że łażą po nim mrówki i inne paskudztwa. Rzeczywistość rozłażąca się w każdym kierunku, małymi kroczkami. Nie tego było mi trzeba na tę podróż.
Z drugiej strony naprzeciw mnie usiadł właśnie mężczyzna. Około pięćdziesięcioletni. Zwalisty, ogromny przy mnie typ, ubrany w granatowy garnitur z czegoś sztucznego, jak niegdysiejszy bistor, koszulę i krawat. O ile mogłam zauważyć, jego jedynym demonstrowanym od kilku chwil celem było przyciągnięcie mojej uwagi.
Zaczął od tego, że wyciągając nogi potrącił mnie. Podeszwa jego gargantuicznego, lewego buta zostawiła niewielki, sinawy ślad na nogawce moich białych spodni. Odsunęłam się powoli i spojrzałam mu prosto w oczy. Niestety, wyraźnie się ucieszył.
- Pani też do Białegostoku?
- Tak.
- O, to się cieszę. Zawsze to raźniej... tyle godzin... A wolno spytać, w delegacji, czy do rodziny? - pochylił się nieco w moim kierunku i skulił, jakby dopasowując do moich gabarytów. - Bo jeśli w delegacji, to współczuję w taką pogodę, a jak do rodziny, to co innego... - uśmiechał się szeroko.
- Na wakacje - odpowiedziałam walcząc ze sobą, żeby nie palnąć: "do kochanki!".
- Na wakacje? - zdziwił się - To już lepszych miejsc nie było? - dodał prawie zalotnie, przekrzywiając głowę. Pomyślałam, że może trzeba było zgodzić się na "delegację" albo "rodzinę".
- A co, panu się tam nie podoba? - odbiłam piłeczkę automatycznie.
- Co to, to nie. Ale gdybym mógł wybierać - tu zmierzył mnie od stóp do głów - zabrałbym panią w jakieś ładniejsze miejsce - skończył wyraźnie zadowolony z siebie. Pomyślałam, że w takim tempie za chwilę usiądzie mi na kolanach.
- O, jakie to miłe - zaszczebiotałam. - Na pewno ma pan rację. Tylko widzi pan... mam tam przyjaciółkę - powiedziałam konfidencjonalnie. Ale na tyle niewinnie, żeby mu trochę utrudnić. Zamrugał i poprawił się. Przez chwilę nic nie mówił, po czym zagadnął innym nieco tonem.
- A mąż z panią nie jedzie? - i przeczesał spojrzeniem moje ręce. Celowo zacisnęłam pięści i schowałam je w kieszeniach.
- A widzi pan tu jeszcze kogoś? - zapytałam jednocześnie bezczelnie i uwodzicielsko. Nie odpowiedział mi, tylko zmarszczył czoło i, o ile się domyślam, próbował coś wykombinować.
Spojrzałam za okno. Wyjechaliśmy już z miasta. Pola przykrywała szaroniebieska, cieniutka jak gaza materia szronu. Krajobraz przesuwał się dosyć szybko, chociaż nie na tyle, żeby męczyć wzrok. W przedziale było prawie gorąco, a mimo to czułam, że mam gęsią skórkę. Ciekawe, dlaczego. Ze strachu? Może trochę. Dwa tygodnie wcześniej zawołała mnie do komputera i pokazała kawałeczek maila do swojej koleżanki. Naprawdę nie pamiętam, dlaczego chciała, żebym go zobaczyła, ale kilka słów, jakie przeczytałam, wbiło mi się w kręgosłup. Dlatego, następnego dnia, kiedy poszła do pracy, wstałam, narzuciłam szlafrok i otworzyłam plik z jej listami.
Potem trzęsłam się kilka minut, gorączkowo szukając w myśli telefonu do wspólnej znajomej.
- ... halo...- padło po drugiej stronie. Pewnie jeszcze spała.
- Cześć, nie przeszkadzam? Przepraszam, że tak wcześnie, ale...- zaczęłam szybko i wysoko. Do głowy mi nie przyszło, żeby wyjaśnić, kto dzwoni.
- Co się stało, gadaj - nie brzmiało to jak pytanie. Musiała mnie poznać.
- Nic. To znaczy nic - naraz nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Lepiej mów. Ulży ci - w głosie Miśki nie było słychać zdziwienia.
- Skąd wiesz, że jest o czym? - zaczęłam od rzeczy, oszołomiona.
- Jakby nie było, to byś teraz nie dzwoniła. Proste? Proste. Gadaj - otwierała przede mną drzwi.
- Czytałam... przed chwilą... jej pocztę - rodziłam tę kwestię chyba wieczność.
- To nieładnie - zaczęła - i nie było warto, co? - skwitowała.
- Tak. Nie było warto - zgodziłam się. To zdanie załatwiało sprawę. - Chcesz szczegółów? - powoli uspokajałam się, jakby samo to, że mam Miśkę po drugiej stronie drutu, prostowało sprawy.
- Mnie niepotrzebne. Ale może tobie to pomoże - odpowiedziała.
- No to pamiętasz pewnie Majkę, tą z Wrocławia? Wiesz, że Kacha pisze z nią dosyć długo...- zamilkłam, szukając słów.
- i... - pociągnęła.
- ... i to, co pisze... - nie umiałam dokończyć.
- Mości sobie gniazdo, tak? - podsumowała.
- Tak. Ale mnie nie to boli - nagle rozwiązał mi się język.
- Nie to? A co? - po raz pierwszy Miśka wydawała się być zaskoczona.
- Nie, nie to. Ja mieszkam daleko, nie zawsze nam się układa. Sama myślałam kiedyś, że powinna mieć kogoś bliżej, choćby do pogadania. Martwię się, że jest sama, kiedy potrzebuje drugiego człowieka. A mnie tam nie ma. Więc to, że pojawiła się Majka mnie akurat nie zmartwiło. Czułam, że są sobie bliskie i - wierz mi albo nie - cieszyłam się.
- Wiesz co? Obie jesteście porypane - skwitowała Miśka. - Skrajnie, jak na mój gust. Wiem, co mówię. W końcu z Kachą łączy mnie przeszłość. Ale - mówiła tonem, jakby machnęła ręką - i tak wam dobrze życzę. To więc w końcu, co jest nie ok.?
- Ona źle pisze o mnie! - powiedziałam i łzy trysnęły mi jak z fontanny, bo mi się zbierało od dłuższej chwili - ... bo... ona... Hmm... hmm... pisze o mnie "ta ona"! - szlochałam na całego.
- No to co, jak ma pisać? - Miśka wydawała się zbita z tropu. Nie odpowiadałam przez chwilę, starając się opanować.
- Nie rozumiesz. Nie o to chodzi - zaczęłam - widzisz... pisze o mnie jak o byłej... jak o kimś, kto jej dużo napsuł i ona teraz się już z tego na pewno wyloguje, rozumiesz! Ja o romanse nie mam pretensji, nawet o łóżko.
Ale ona źle pisze o mnie. I robi mnie w konia do tej Majki. Jest mi tak cholernie przykro - powiedziałam gorzko, otarłam buzię i czekałam na komentarz.
- Wiesz co, mała... Kacha cię kocha. Majka jej się podoba, to wiem, bo gadałam z nią niedawno. Czy nie ma tam jakichś klimatów - głowy nie dam. Ale nie wierzę, żeby chciała z tobą zrywać. To mi nie pasuje - dodała.
- Myślisz? Ale ona tam pisze, że jakby co, to Majka może liczyć na nią jak na KOBIETĘ, bo ze mną to "ciężka i niewdzięczna" sprawa - zaakcentowałam możliwie wyraźnie.
- O Boże, dziewczyno! Przecież to leska! Co ty myślisz, że jak już ma jeden port, to się nie zapuści do drugiego, jak jest okazja? - Miśce wyraźnie polepszył się humor. - Co teraz zrobisz? - zapytała po chwili.
- Nic. Nie powiem jej, że jej grzebałam w poczcie. Ale dzisiaj po pracy jedziemy do mnie i nie wiem, jak to wszystko wytrzymam. Mamy spędzić weekend razem, bo jest zlot. Trzy imprezy. Chyba oszaleję. Nie chce mi się na nią patrzeć... i w ogóle ... - skończyłam cicho.
- Daj sobie czas. I jej też - powiedziała spokojnie.
- Ciekawe, jak mam to zrobić... - spojrzałam na swoje gołe stopy pod biurkiem. Były w kolorze marmurka. Nie czułam dotąd zimna, bo trzęsłam się i tak, ale teraz zdałam sobie sprawę, że prawie kapie mi z nosa. - Gadamy już chyba pół godziny. Zimno mi, muszę się ubrać i zjeść śniadanie - powiedziałam do słuchawki.
- No, dobry pomysł. Ja też coś przekąszę. Lepiej ci już? - zapytała z nadzieją.
- Tak, chyba. Nic nie zmienię przecież i tak. Przemyślę jeszcze raz wszystko, zanim wróci, żeby się uspokoić - postanowiłam.
- Dobry pomysł. W razie czego - dzwoń. Wiesz, że możesz - dodała.
- Dzięki. Na razie - pożegnałam się i odłożyłam słuchawkę.

Właśnie wszedł konduktor i poprosił o bilet. Sięgnęłam do torebki i podałam mu go. Klient naprzeciwko mnie obserwował każdy mój ruch. Nadal niczego nie wymyślił, więc oparł się o ścianę i chwilowo przymknął oczy. Może mi się tylko wydaje, a może miał na twarzy wyraz dezaprobaty. Byłam pewna, że znowu spróbuje, więc chwyciłam pióro i zaczęłam notować dalej. Powoli rosła we mnie nadzieja, że felieton, który szkicowałam da się jednak skończyć.

W układzie męsko-damskim środek ciężkości jest gdzieś poza kadrem. Nie wiem dokładnie gdzie, ale przypuszczam, że chodzi tu o potencję. O to, że gdzieś tam może pojawić się owoc tego związku, że energia ma gdzieś ujście, skupia się na czymś poza nimi samymi. Dalekie odniesienie, przyznaję, w sytuacji, kiedy na ekranie ściska się atrakcyjna blondynka z przystojnym brunetem (bez żadnej dzidzi w tle). Ale mam silne wrażenie, że ich wzajemne przyciąganie, za przyzwoleniem widza, odnosi się do czegoś jeszcze. Są jakby agentami zdrowej konieczności: oni odejdą, ale pozostawią po sobie coś. Przekażą geny. W tej sytuacji poszukiwanie poza wypracowanym układem - ma zupełnie inny charakter. Rozprasza to, co właśnie się tworzy, albo zostało stworzone. Zagraża.
W układzie kobieta - kobieta energia nie wychodzi poza nie same. Krąży, wzbiera, szuka ujścia i nierzadko obraca się przeciw nim. Dwie kobiety są jak pożerające się nawzajem gwiazdy. Środek ciężkości jest w nich samych, w tym, co tworzą, czym są tu i teraz. W pragnieniu tak silnym, że każe im łamać zasady. W "bezowocnej" miłości... Bo kiedy ich zabraknie - zabiorą ze sobą swój nieodgadniony dla widza wszechświat. To NIC, które po nich pozostanie, będzie mieć ich kształt i czar.
Wszystko to ma w sobie urok, jakim nie gardzą reżyserzy, chcąc skupić uwagę widza. Skupić i pomnożyć. Ale nie bezpiecznie rozładować lub ulokować w ikonie: "żyły długo i szczęśliwie". Ileż razy na ekranie pojawiają się dwie kobiety jako prawie nieomylny sygnał nadciągającej katastrofy? Fatalizm, który nie pozwala na happy end, za to często winduje świadomość obserwatora w wyższe stany wysublimowania.
A jak jest naprawdę? W realnym życiu, wcale nie w filmie, często gdzieś w tle, na różnych poziomach intymności, pojawia się "ta trzecia".

Podniosłam pióro i zdziwiłam się, jak niedaleko pada jabłko od jabłoni. Moje myśli wciąż krążyły wokół jednego tematu.
Rzeczywiście pojechałyśmy wtedy do mnie. Umówiłyśmy się, że mam zamknąć jej mieszkanie i pójść w stronę przystanku, bo nie była pewna, czy zdąży do domu. I tak przecież zwalniała się wcześniej.
Po telefonie do Miśki trochę się uspokoiłam. Przynajmniej na tyle, żeby docenić kilka rzeczy: że jestem sama w mieszkaniu i nikt na mnie teraz nie patrzy, że mogę nalać sobie gorącej wody do wanny i poleżeć z godzinę, że wcześniej zaparzę sobie kawy i wciągnę kawałek czekolady, że świat powoli przestaje wirować mi przed oczami.
Należę do ludzi, dla których słowo ma moc tworzenia. To może nie brzmi znacząco, ale szkopuł w tym, że taka jest prawda. Często słyszę: "nie uwierzę, póki nie zobaczę". U mnie odwrotnie - to, co widzę - bez słowa komentarza, idei stojącej za tym albo intencji - jest wciąż nieokreślone. Dlatego listy, małe karteczki, maile, smsy i w ogóle wypowiedzi - są dla mnie kwintesencją sensu, niezawodnym odniesieniem, kompasem, siłą utrzymującą fakty w określonej konstelacji. To pewnie rodzinne, bo moja babcia często mówi, że gdyby wpadła do sypialni i znalazła dziadka w łóżku z inną kobietą, a on powiedziałby, że właśnie obierają ziemniaki - uwierzyłaby mu.
Nie jestem pewna zresztą, czy twierdzenie babci ma więcej wspólnego z trzymaniem się ducha słowa, bezgranicznym zaufaniem, czy bezdenną naiwnością, ale dla mnie sens jest ten sam. Łatwo mnie więc omamić, tak? No, może trochę. Tyle, że kiedy tracę zaufanie do czyichś wypowiedzi - tracę je też do działań. I nic nie pomaga. Mogę ostatecznie docenić starania, powiedzieć "fajnie, że cię było na to stać", ale coś we mnie się odwraca i moje wnętrze zaczyna kontaktować się przez adwokata. Właśnie to miało miejsce tamtego poranka.
Najpierw wyleżałam się w wannie do skutku. Skóra mało mi nie zeszła od wrzątku, ale podziałało i w końcu się rozgrzałam. Postanowiłam ubrać się, pomyć naczynia po kolacji i swoim śniadaniu, ogarnąć ciuchy, spakować się, zrobić makijaż. I wszystko to starannie. Perfekcyjnie. Jakbym w ten sposób mogła zemścić się za "tą oną". Czas maszerował w przód, nie oglądając się na moje wściekłe zabiegi, więc w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę w podskokach udać się na przystanek. Pociąg miałam, korekta: miałyśmy (!) za jakieś pół godziny.
Pozamykałam mieszkanie, zbiegłam ze schodów, kiwnęłam sąsiadce i ruszyłam stępa na skróty. Dzień był chłodny, ale słoneczny. Ścieżka między blokami wiodła wprost na coś w rodzaju pola, zarośniętego do kolan różnymi schnącymi badylkami. Przed sobą miałam tyły szpitala miejskiego w odległości trzystu metrów, potem niewielki skwer i dalej przystanek. Jakieś osiem minut do autobusu. W pewnym momencie mój sztruksowy płaszcz i wełniana spódnica uświadomiły mi, że to jednak ciągle wczesna jesień, nie syberyjska zima. Próbując w ruchu rozpiąć pasek i guziki, rozsupłać szalik i wpuścić trochę powietrza pod ciuchy, wpadłam na kogoś. To była ona. Chwyciła mnie w pasie, amortyzując zderzenie.
- Nie pędź tak, zdążymy - powiedziała rozbawiona.
- Nie wiem. Ja nie robię takich dużych kroków jak ty - odpaliłam, wyślizgując się. Ruszyłam do przodu. Szłyśmy chwilę ramię w ramię. Kaśka próbowała spojrzeć mi w twarz.
- Coś się stało? - zapytała wciąż uśmiechnięta.
- Nie, nic się nie stało - mówiłam możliwie lekko.
- Masz dziwną minę - nie odpuszczała.
- Mam normalną minę. I raczej się pośpieszmy, bo nam ucieknie - spróbowałam odwrócić uwagę.
Nie chciałam z nią rozmawiać. Bo po pierwsze musiałabym jej powiedzieć, że jej grzebałam w poczcie, a po drugie nie znoszę sytuacji, kiedy mnie nerwy ponoszą. Udało mi się skupić i zupełnie innym tonem zapytałam o to, czy nie mieli pretensji, że się dzisiaj zwalniała. Zmieniłyśmy temat i w ten sposób dotrwałam do pociągu.
Jechałyśmy drugą klasą bez miejscówek. Przedział zalatywał brudem i chyba nawet moczem. Siedziałam tyłem do kierunku jazdy, przy oknie. Kacha usiadła obok mnie. Naprzeciw nas ulokował się jakiś staruszek z wypchaną, brązową teczką. Byłam pewna, że wiezie w niej dziesięć kilo jabłek. Uśmiechnął się do nas, zdejmując czapkę z daszkiem. Jeszcze chwilę opadały jego rzadkie, długie, białe włosy porastające łysinę. Pomyślałam, że są jak babie lato.
Po tej samej stronie co my, przy drzwiach na korytarz usiadł jakiś tęgi jegomość, przypominający mi bambra (bambrami nazywano tam, gdzie się wychowałam bogatych wieśniaków).
- No to, o co ci chodzi? - Kaśka zwróciła się do mnie. Widocznie nie jestem dobrą aktorką.
- O nic - burknęłam, chociaż miałam inny zamiar.
- No, to teraz już wiem, że o coś chodzi - skomentowała - to powiesz mi, czy będziemy tak siedzieć? - zapytała tonem pod tytułem: "jak sobie chcesz".
- Ja mogę siedzieć. Mnie nic nie dolega - wypuściłam zatrutą strzałkę.
- A mnie dolega? O czym ty mówisz?- wyraźnie się zdziwiła.
- No, jak to, o czym? Przecież ci ze mną źle. Męczę cię swoją osobą, niszczę ci poczucie własnej wartości, źle ci robię na kontakty ze środowiskiem. I w ogóle lepiej by ci było z inną, zresztą już masz kogoś na oku - podsumowałam. Zrobiło mi się trochę lżej, ale za to wyrzucałam sobie kompletny brak stylu. Przecież jasno dawałam do zrozumienia, że czuję się dotknięta. Kaśka w tym czasie zbaraniała. Obserwowałam grę emocji na jej twarzy. Zdziwienie ustępowało miejsca zrozumieniu, potem pojawił się cień wstydu, potem już tylko upór.
- Nic nie rozumiem - szła w zaparte - rano było wszystko w porządku. Stało się coś? - ewidentnie zmuszała mnie do przyznania się.
- Tak, stało się. Wczoraj mi pokazałaś kawałek maila do Majki, pamiętasz? - spojrzałam na nią. - I po cholerę? Czy ty myślisz, że ja czytać między wierszami nie umiem? - mówiłam zirytowana.
- No to co. Przecież tam nic nie było takiego - ni to się broniła, ni atakowała.
- Tam nie. Ale dzisiaj rano przeczytałam resztę twoich maili. Jej nie, bo ona jest poza tym wszystkim. Ale twoje tak. I są paskudne! Jak mogłaś tak pisać o mnie! Wiesz, jak ważne są dla mnie słowa - zawiesiłam głos.
- To po pierwsze, nie były maile do ciebie - zaczęła - a poza tym ja muszę mieć kontakt z innymi lesbijkami - chciała dokończyć, ale jej nie pozwoliłam.
- Nie tłumacz mi się teraz, że to dlatego, że jesteś lesbijką - podniosłam głos. W tym momencie pociąg stanął i ostatnia kwestia zabrzmiała w nagłej ciszy jak wystrzał z armaty. Spojrzałyśmy na siebie i zaraz na pasażerów. Staruszek i "bamber" wybałuszali na nas gały. Zachciało mi się śmiać. Jej też. Chwyciła mnie pod rękę i przyciągnęła do siebie.
- Słoneczko, ale wiesz przecież, że ja tylko ciebie kocham - powiedziała bezczelnie specjalnie głośno.
- Idź, babo. Wiesz, ile się wstydu przez ciebie najadłam? Że czytałam ci te cholerne listy ? - pożaliłam się.
- Ale to mi nie powiesz, że moja wina. Sama chciałaś - zrobiła zarozumiałą minę.
- A czyja? Kto listy miłosne pisze do obcych kobiet, co? I, żeby tylko. Wiesz, że ja o panny nie jestem zazdrosna, ale jak już chcesz je bajerować, to przynajmniej nie moim kosztem, dobrze? - spoważniałam.
- Wiem. Przepraszam - zamyśliła się. - Ale czasem nie wszystko jest w porządku - powiedziała bardziej do siebie, niż do mnie. - A tam... - dodała ni w pięć ni w dziewięć.
- Co?
- No, nic. Chociaż... powiem ci... ja też ci kiedyś w poczcie ryłam - rzuciła jakby mimochodem.
- Taaak? A kiedy? - zdziwiłam się.
- Latem. Chciałam coś sprawdzić.
- I sprawdziłaś? - spojrzałam na nią i zrobiłam zeza.
- Tak. Nie rób tak oczami, bo ci zostanie - uśmiechnęła się do mnie - a taka z ciebie ładna dziewczyna. Nie chciałybyśmy, żebyś zbrzydła - i strzeliła znacząco oczami. Chwilę posiedziałyśmy w ciszy.
- Podoba ci się ta Majka - stwierdziłam w końcu.
- Oj, tam, zaraz podoba - obruszyła się.
- Nie ściemniaj mi tu. Podoba ci się, przecież to widać - nie dawałam się jej wymigać.
- Ale ja nawet nie wiem, jak ona wygląda - rozłożyła ręce.
- Jak to, nie wiesz? Wysyłała ci jakieś zdjęcia. To co, że tyłem, w czapce, albo widać tyłek konia zamiast niej - zażartowałam - ale ty i tak jesteś ślepa, więc nic nie szkodzi.
Poza tym "wasze dusze się przenikają" - przedrzeźniałam ją.
- Ale ty czasem potrafisz być okropna - uszczypnęła mnie w udo.
- Nie szczyp mnie, bo będę miała ślady. I jak się pokażę następnej kobiecie, co? - spojrzałam wymownie.
- Ale ty sobie chyba nie szukasz następnej kobiety...? - obróciła się do mnie.
- Jasne, że szukam. Na boku. Maile wysyłam, bajeruję i żalę się, jak to mi z tobą źle - ujeżdżałam sobie.
- No, jakieś tam panny masz. Taka Ulka na przykład... - Kaśka jasno dawała mi do zrozumienia, że tak całkiem nie da się zjeść.
- To co innego. Nigdy jej nie mówiłam, że mi nie odpowiadasz, ani nie obiecywałam niczego - żachnęłam się. Nie chciałam teraz o tym dyskutować.
- Dla mnie to to samo - założyła ręce na piersi.
- Jak uważasz - obraziłam się. Jechałyśmy parę minut, milcząc. Ja studiowałam krajobraz za oknem, ona pusty korytarz. W końcu położyła mi głowę na ramieniu, a ja ją pogłaskałam.
...
- Na długo pani jedzie? - usłyszałam. Podniosłam głowę i spojrzałam na mężczyznę siedzącego naprzeciwko.
- Słucham? - nie od razu zrozumiałam, o co pyta.
- Mówiła pani, że jedzie na wakacje. Na długo? - przypomniałam sobie poprzednią rozmowę i już chciałam coś odpalić, ale powstrzymało mnie to, że facet wyglądał jakby go z krzyża zdjęli. Ciekawe, że wcześniej tego nie zauważyłam.
- Na kilka dni. Pewnie nie dłużej - odpowiedziałam.
- Ja jadę do domu - zaczął cicho i przerwał na moment - nie pogniewa się pani, jak o coś zapytam? - spojrzał na mnie niepewnie.
- To zależy, o co chce pan pytać - odpowiedziałam dosyć twardo. Wolałam już z nim nie rozmawiać, ale widocznie się tym nie przejął.
- Pani jest młoda, to jeszcze panią takie rzeczy nie dotyczą... ale - nabrał powietrza - czego chcą kobiety, tak naprawdę? - skończył z trudem.
- Nie rozumiem pytania. O czym pan mówi? - nie wiedziałam, dokąd zmierza.
- No, czego chce kobieta od mężczyzny? - powtórzył trochę ostrzej. Zastanawiałam się przez chwilę, czy aby nie wciąga mnie w jakąś grę, ale wydawał się naprawdę zgnębiony.
- Wie pan, chyba każda czegoś innego - zaczęłam ostrożnie.
- A pani? Czego pani chce? - dopytywał się.
- To nie pański interes! - oburzyłam się. No to wiedziałam, do czego zmierza.
- Przepraszam... proszę mi wybaczyć. Nie chciałem pani urazić. Naprawdę - zaczął machać rękami, jakby rozganiał stado much. Zamilkł na chwilę. Próbowałam wrócić do pisania, ale mi nie pozwolił.
- Naprawdę nie chciałem pani obrazić. Widzi pani, wracam właśnie do domu z delegacji w Warszawie. Pracuję w firmie budowlanej, to często nas wysyłają na obiekt, żeby sprawdzić, czy wszystko gra. Tam w Warszawie mamy centralę, rozumie pani... Muszę się tam meldować - wyjaśnił. - Mam żonę i dwoje dzieci. Żona od dwóch lat choruje na białaczkę. Jeździmy po lekarzach i niewiele to pomaga. Raz jest gorzej, a raz lepiej. Wie pani... - Współczuję - bąknęłam.
- Tak... Każda zmiana wyników - i nie wiadomo, co będzie - zniżył głos. - Dzieciaki są duże, to już więcej rozumieją. Nawet dobrze to znoszą, pomagają matce w domu, dobrze się uczą. Nie mogę narzekać - spuścił głowę. - Ile pani ma lat? - zapytał znienacka. - Dwadzieścia dziewięć - odpowiedziałam, sama nie wiem, dlaczego.
- To dwa lata więcej niż ona - powiedział do siebie. - Ten sam wiek - pokiwał głową.
- O czym pan mówi? - zdenerwowałam się.
- O... Anicie. To dziewczyna z centrali - podniósł oczy i popatrzył na mnie. - Też blondynka, jak pani, długie włosy nosi. Ładna, wysoka... Pani nie wie, jak to jest samemu zostać! - wyrzucił z siebie.
- Ale pan ma żonę, jeśli dobrze zrozumiałam - starałam się dojść, o co człowiekowi chodzi.- Nie jest pan sam.
- Tak, ale jej jakby już nie było! - powiedział i wydawało mi się, że przestraszył się swoich słów. - Nie będę pani dalej przeszkadzał. Proszę pisać, ja się chyba zdrzemnę - wcisnął się w oparcie i zamknął oczy.
Przeszedł mnie dreszcz. Chwilę siedziałam jak skamieniała. Pomyślałam nawet, żeby zmienić przedział, ale zostałam. Siedziałam patrząc na niego, jak usiłował przywołać sen pod zaciśniętymi powiekami, potem znowu chwyciłam pióro i wzięłam się do roboty.

Wierność jest pomysłem na nieśmiertelność. Gwarantuje obu stronom wyłączność praw do potomstwa. Z tego punktu widzenia nie dziwi mnie zapalczywość samca walczącego o samicę, wściekłość zdradzonego kochanka i ustawiczne poszukiwanie nowej zdobyczy. Gra toczy się nie o to, co tu i teraz, a o przyszłość. Tę przyszłość bez nas, którą obejmie w posiadanie nasze potomstwo... albo potomstwo konkurenta. Zdrada jest więc chytrym sposobem na powielenie okazji do nieśmiertelności w czysto biologicznym sensie. Jest ucieczką do przodu przed koniecznością śmierci. A jak jest między kobietami?
To ciekawe, ale tu - w poszukiwaniu "tej trzeciej"- wcale nie chodzi o przyszłość, a o teraźniejszość. Teraźniejszość gęstą od emocji, które łączą i dzielą dotychczasowe partnerki. Nowa kobieta jest czasem wentylem bezpieczeństwa dla jednej lub obu stron. Nową fascynacją, ale też ulgą. "Świadkiem" dla pary, jak piszą Foster i Hadady. Nie wiem, czy w ogóle w tym kontekście można mówić o zdradzie. To jeszcze jedna zagadka kobiet.

Przypomniałam sobie, jak dojeżdżałyśmy do mnie do domu. Kilkoma kwaśnymi minami i wzniesionymi do nieba oczami Kaśka dała mi do zrozumienia, że nie lubi się u mnie zatrzymywać. Oczywiście, nie pierwszy to raz. Drażni ją moje mieszkanie, jeszcze słabo urządzone, o kolorowych ścianach i nadmiarze przestrzeni. Mówi, że czuje się jak w klatce, bo wszędzie daleko i w efekcie niewiele w sumie wychodzimy. Tym razem starałam się, żeby było inaczej.
Odstrzelone jak na wesele odwiedzałyśmy z Kachą różne lokale. Zlot zwabił sporo dziewczyn, ale atmosfera nie sprzyjała. W tym samym czasie wpadła do mnie koleżanka, więc chodziłyśmy wszędzie jak trzej muszkieterowie. Nie było okazji do długich, trudnych rozmów, ani też obie nie miałyśmy na nie ochoty. Tamte trzy dni pamiętam jako jeden długi wieczór, bo wstawałyśmy późno i późno chodziłyśmy spać. Kaśka ostatecznie uznała, że nie mam argumentu, żeby robić szum, a ja liczyłam, że jednak w pewnym momencie pojmie, o co mam żal. Wyjechała w niedzielę wieczorem.
Nie minął tydzień, jak Kaśka zaprosiła Majkę do siebie. Ich wzajemny mailowo - telefoniczny zachwyt przechodził właśnie apogeum. Śliska sprawa, wie ten, kto choć raz umawiał się na randkę z kimś poznanym w necie. Na drugi dzień, po tonie Kaśki w słuchawce wiedziałam, że dobrze nie jest. Poprosiła, żebym do niej przyjechała. Poukładałam sprawy tak, żeby wyrwać się w środku tygodnia chociaż na jeden dzień. To właśnie dzisiaj. Dziwne, jak ostatnie dwa tygodnie skurczyły mi się w dłoni do rozmiarów pestki. Gdzieś w środku bałam się, co z niej wyrośnie.
Jechałam do niej i było mi ciężko na sercu.
...
- Powiedz, dlaczego ona mnie tak potraktowała? - zapytała jak dziecko.
- Bo inaczej nie umiała - siedziałam właśnie ze szklanką piwa w ręce w jej mieszkaniu. Dziwne, ale zamiast skupiać się na rozmowie przypomniałam sobie faceta w granatowym garniturze z pociągu. Ciekawe, co chciał mi powiedzieć.
- Ale przecież sama chciała przyjechać. Sama to wszystko zaczęła. Te wszystkie gadugadu, telefony. Co ona tym chciała osiągnąć? - Kaśka od dłuższej chwili usiłowała połapać się w emocjach Majki, zadając mi kolejne pytanie.
- Może cię bardzo polubiła, wyczuła bratnią, to znaczy siostrzaną duszę. I zatęskniła za tobą - starałam się wejść w buty Majki i przestać zaprzątać sobie głowę facetem.
- To wiem - odparła lekceważąco - ale czemu potem tak zrobiła?
- Bo się wystraszyła. Albo za daleko się posunęłaś, kto wie? - snułam teorie.
- To ona zaczęła! Sama mnie bajerowała! - wyraźnie nadepnęłam jej na ogon.
- No, ja wiem przecież. Przejdzie jej, zobaczysz. Jeszcze jej ciebie zabraknie i się odezwie - zaczęłam pojednawczo.
- To wtedy ja mogę chcieć ciszy - burknęła Kaśka i poszła do kuchni. Fajnie, pomyślałam, to teraz mnie się obrywa za Majkę. Wstałam i poszłam za nią.
Kaśka stała na środku i wycierała oczy. Cały czas było mi jej żal, a teraz jeszcze bardziej. Powinnam się może wkurzać, albo chociaż cieszyć z obrotu wypadków, ale czułam tylko zawód, że nie udało się im to spotkanie i wszystko diabli wzięli. Teraz to ja miałam pochować trupy na placu boju.
- Chodź tu i przytul się - stanęłam tuż za nią. Kaśka obróciła się i przywarła do mnie.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Tylko daj trochę czasu - gładziłam ją po włosach.
- Co z tego, kiedy teraz nie jest - Kaśka chlipała mi w ramię.
- No, wiem, że nie jest. Brzydka Majka, bebe - przemawiałam jak do dziecka. Kaśka zaśmiała się i podniosła głowę.
- Przepraszam, że tak cię sobą obarczam. Sama nie wiem, co mi się stało - powiedziała, wycierając nos w chusteczkę.
- Przejęłaś się, to normalne. Tak długo pisałyście ze sobą, zaprzyjaźniłyście się, potem te klimaty - zawiesiłam głos.
- Ale ty mi wierzysz, że chciałam tylko pogadać, tak? - zapytała z nadzieją.
- Wierzę ci - odpowiedziałam.
- Idź się umyć, ja tu trochę posprzątam - odwróciła się ode mnie i zaczęła składać talerze.
Poszłam do łazienki napuścić wody. Rozebrałam się, spięłam włosy i zauważyłam, że nie ma płynu do kąpieli. Wyszłam poszukać Kaśki. Zawołałam ją dwa razy, ale nie odezwała się. Podeszłam do drzwi balkonowych i zobaczyłam, że stoi na dworze.
- Tu jesteś, szukałam cię. Nie ma płynu - powiedziałam.
- Weź z szafy - rzuciła, nie odwracając się.
- Kaśka, ty chyba nie palisz ... - powiedziałam ze złym przeczuciem.
- Wracaj do domu. Nie palę - powiedziała, nie ruszając się. W tym momencie dotarł do mojego nosa dym.
- Cholera jasna, ty palisz! - wrzasnęłam.
- Uspokój się, wejdź do domu - powiedziała, gasząc niedopałka w popielniczce.
- Nie dość, że obiecałaś mi chyba sto razy, nawet ostatnio, jak ci tłumaczyłam, co mi to przypomina! Kurwa mać, czy ty nie potrafisz mówić prawdy?! Za trudno?! - darłam się, kiedy usiłowała wepchnąć mnie do mieszkania i zamknąć balkon.
- Ciszej, sąsiedzi usłyszą - poprosiła.
- Niech usłyszą! Gówno mnie to obchodzi! Po co ja mam tu przyjeżdżać cię zbierać, co? Żebyś przy mnie paliła? To jest zdrada, nie rozumiesz tego? Wiesz, że nic by nie było, jakbym cię z jakąś babą nakryła, a miej radochę, ale tak? Co ty masz w głowie, co? Czy ja ci czegoś zabraniam, czy cię z Majki rozliczam? Nie przypominam sobie! Ale jednego chcę: żebyś nie paliła, tak?
- Tak - powiedziała cicho. Miała zamglone oczy od nikotyny.
- Wiesz, jak wyglądasz? - zapytałam przez łzy.
- Jak?
- Jak cholerna dziwka! Nie dotykaj mnie - warknęłam, kiedy mijając ją poczułam, że chce mnie chwycić za rękę.

Kryterium zdrady jest w umyśle zdradzanego. Prawdziwa wierność nie odnosi się do wstrzemięźliwości seksualnej, ale do troski, jaką partnerzy okazują sobie nawzajem. Czym innym jest ślepe stosowanie się do ogólnoludzkich zasad funkcjonowania społecznego, czym innym specyficzna forma szacunku, jaką jest powstrzymanie się od zachowań raniących ukochaną osobę. Całym prawdziwym wysiłkiem związanym z okazywaniem miłości jest odkrywanie inności partnera i nienaruszanie jej. Genezą problemu nie jest więc wyjście poza schemat, a właśnie tkwienie w nim.

I oto miałam puentę mojego felietonu.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019