Serce według mnie, część IV - Wstręt

Orzeszek-Quirka
Był koniec września. Lato spokojnie i z uśmiechem przechodziło w pogodną jesień. Dziwnie kojarzyło mi się ze starszą panią na spacerku. Koniec zabawy w życie. Ciepło nie było już męczącym, nachalnym, spoconym pasażerem z siedzenia obok, ani utapirowanym szczawiem w czarnej koszulce i glanach, który jeszcze nie wyczaił, że time is over. Powietrze znów było powietrzem, samo oddychanie sprawiało radość. Szczególnie tam, gdzie mieszkałam.
Codziennie rano wychodziłam z domu o wpół do siódmej. Dochodziłam do przystanku przy drodze, witałam sąsiadów zbierających się pomału, patrzyłam w stronę lasu i starałam się wziąć ze sobą na cały dzień łagodny ruch gałęzi, samotność drzew, piasek polnej drogi... Głupi, przejęty pyszczek małego, okrutnie brzydkiego Kajtka, który odprowadzał mnie do autobusu merdając ogonem. Ciszę. A potem walczący z nią, pomału narastający warkot jak kroplę nadmanganianu w szklance czystej wody.
Czekało mnie prawie półtorej godziny hałasu, pływania w przód i w tył. Oby na siedząco, oby żadna stara baba nie miała ochoty uczyć mnie dobrych manier. Z torbą, siatką na nuty i pudłem każda inna forma jazdy była istną torturą.
Na dworcu drzwi autobusu otwierały się, ludzie pchając się do wyjścia, deptali się nawzajem, żeby uciec jak najszybciej, jak najdalej od siebie. Rozbiegali się we wszystkich kierunkach jak przestraszone mrówki. A jeśli spotykali się w kolejnym autobusie czy tramwaju na trasie do pracy albo szkoły - witali się znów kwaśnym uśmiechem i miną "a ten tu czego?". Ja nie inaczej. Też chciałam zostawić wymuszoną bliskość daleko za sobą. Zapatrzeć się znów w szybę i odpłynąć.
Lekcje zaczynały się o ósmej piętnaście. Niektórzy pechowcy musieli siedzieć już od siódmej trzydzieści, na przykład u niezmordowanego Niemca na wyrównawczych, albo na chórze. Całe szczęście, zaczynałam normalnie, skrzypce miałam zaraz po szkole, a orkiestrę niedługo potem. Dzień jak plastykowe pudełko na tabletki. Przegródki na każdą porę, a w środku treści, które mnie nie zaskakiwały.
Trudno mi się było przestawić po wakacjach na nową porcję wyścigu do mistrzostwa, ćwiczenie godzinami i brak wolnego czasu, ale w końcu z ulgą stwierdziłam, że obcość pierwszych dni ustępowała powoli łagodnej rezygnacji. Rytm dnia wchłaniał mnie. Znajdowałam nawet tyle czasu i apetytu, żeby zjeść obiad w stołówce, tym bardziej, że w domu nie musiałam gotować. Ona wyjechała trzy tygodnie temu do sanatorium, do Żegiestowa.
Dom bez niej był spokojny, cichy i pusty. Psy łaziły i tupały jak zwykle, koty wyżerały psom, chomiczyca miała małe, którym nie próbowała już odgryzać łapek, papuga krzyczała od świtu do zmierzchu, ale telewizor nie chodził non stop, aż do końca programu. Popielniczki stały puste, a kasety video leżały w tej samej kolejności co przed jej wyjazdem. Miałam ,nóstwo nauki od samego początku, pierwsza liceum według podziału sześć plus sześć.
Wracałam ze szkoły w pustkę i bycie z samą sobą. Byłam szczęśliwa.

Wróciła w niedzielę wieczorem. Wychodziłam po nią trzy razy na autobus, ale nie przyjechała nawet ostatnim. Pół godziny po jego odjeździe psy się rozszczekały i pobiegły do furtki. Od dawna było już ciemno i szczerze mówiąc, bałam się sprawdzać, kogo licho niesie, ale wydawało mi się, że słyszę głos kobiety.
Wyszłam na dwór po cichu, wyjrzałam ukradkiem zza węgła i zobaczyłam zaparkowaną przy płocie karetkę. Psy merdały szeroko ogonami i skakały na równe łapy.
- Światło się nie pali. Myślisz, że jest w domu? - zapytał męski głos.
- A gdzie by miała być? Siedzi i się uczy pewnie. Tylko udaje, że nie słyszała - powiedziała ona.
- Może zrobimy jej niespodziankę? Wejdę przez płot i zapukam do okna - usłyszałam mlaśnięcie i śmiech.
- Nie, no, daj spokój. Skichałaby się. Zadzwonię dzwonkiem - dodała rozbawiona.
- To jak mnie przedstawisz? - zapytał.
- A jak byś chciał? Może wujek Rysiek?
- Na wujka to ja jestem za młody. Ale na kolegę...- zawiesił głos.
- No, no, no! Ty mi tu nie tego! Też taka stara nie jestem, młodo za mąż wyszłam. A ją zostaw w spokoju - powiedziała trochę ostrzej.
- Ale Haneczko, co złego to nie ja, wiesz przecież...- znowu seria ni to słów ni pomruków i zdławiony śmiech.
Dzwonek, chociaż zabrzmiał dla mnie ciszej z wnętrza domu, sprawił, że podskoczyłam. Musiałam szybko wrócić po klucz i pójść otworzyć. Zapomniałam, gdzie go odłożyłam i chwilę trwało, zanim go znalazłam.
- Cześć, co tak długo, stoimy i stoimy a ciebie nie widać - powiedziała z uśmiechem. Rzadko widziałam ją tak wyluzowaną.
- Cześć, myślałam, że przyjedziesz autobusem. Wychodziłam na trzy, na ten o jedenastej też - objęłam ją niezgrabnie i przytuliłam na moment. Obok niej stał facet koło czterdziestki i przyglądał mi się.
- No to się przeszłaś. Ruch ci nie zaszkodzi. To jest pan Ryszard. Podwiózł mnie. Zabierz psy, żebyśmy mogli wejść do domu.
- Monika, Borys! - zawołałam i chwyciłam je za obroże. Kajtek sam zrozumiał i poszedł na werandę. Monika miała zwyczaj gryźć nieznajomych po kostkach, a Borys ze szczęścia siusiał, więc zaprowadziłam je do domu i zamknęłam na górze. Zeszłam do pokoju.
Pan Ryszard nachylał się i pukał palcem w akwarium z chomikami. Chomiczyca obudziła się, przewróciła na plecy, odkrywając małe, różowe ciałka i przyciągnęła przednie łapki w nieprzytomnym geście obrony.
- Niech pan do niej nie puka. Ona ma małe - powiedziałam. W otwartych drzwiach łazienki zobaczyłam ją bokiem, jak poprawia włosy przed lustrem.
- Nie czepiaj się - rzuciła. - Znowu się okociła? Miałaś jej zabrać Kubę.
- Zabrałam, przecież pamiętasz - powiedziałam.
- Ale za późno. Teraz trzeba będzie coś z nimi zrobić - dodała z naciskiem.
- Ja im znajdę dom - powiedział pan Ryszard i uśmiechnął się głupkowato.
- Lepiej nie. Sama znajdę - zwróciłam się do niego.
- Przestaniesz pyskować?! - podniosła głos.
- Nic się nie stało. My tylko rozmawiamy, prawda? - pan Ryszard podszedł do mnie. - Zapoznajemy się - dodał patrząc na mnie z góry.
- Idź nam lepiej kawy zrobić - kazała, wychodząc z łazienki.
Poszłam do kuchni, wstawiłam wodę, nasypałam kawy: dla niej półtorej łyżeczki, dla pana Ryszarda na oko trzy. Zalałam, wyjęłam łyżeczki, chwyciłam kubki, obróciłam się i mało nie wylałam wszystkiego na pana Ryszarda. Stał tuż za mną.
- Przyszedłem ci pomóc. Twoja mama chce, żebyś przyniosła kieliszki - oświadczył powoli.
- Zaraz przyniosę - powiedziałam, podając mu kubki. Spojrzał na mnie, wziął je i wyszedł. Wcale nie miałam zamiaru zanosić im kieliszków, bo czułam, że w ten sposób nie mam szans się wyspać. Strop doskonale przewodził dźwięki, a mój pokój był na górze. Ale nic nie mogłam poradzić.
Siedziała w fotelu i paliła. On nachylał się nad nią i coś mówił, kiedy weszłam.
- Nie skradaj się tak! - zauważyła mnie i odwróciła wzrok.
- Nie skradam się. Idę spać - powiedziałam z nadzieję, że mnie nie zatrzyma.
- Idziesz już? A myślałem, że nam coś zagrasz. Słyszałem, że ci nieźle idzie, że cię w szkole chwalą - obrócił się do mnie. Jakby we mnie piorun strzelił.
- Nie będę grała po nocy! Idę spać! - zawołałam z gniewem.
- Nie będziesz mi tu pyska drzeć! - zareagowała od razu. - Trzy tygodnie mnie nie było, a ty się nawet nie przywitasz po ludzku i fochy stroisz. Ćwiczyłaś? Ćwiczyłaś! Idź po skrzypce. Natychmiast! - krzyknęła, ale wydawało mi się, że jej samej pomysł pana Ryszarda nie bardzo się spodobał. Poszłam na górę, kucnęłam, wyjęłam z otwartego futerału skrzypce, zdjęłam szmatkę i wstałam. Nie chciałam schodzić do nich. Z drugiej strony bałam się nie zejść. W końcu ruszyłam w dół schodów.
- To co mam grać.
- Wszystko jedno. Etiudę - powiedziała, patrząc na mnie.
- W tym roku nie gramy już etiud tylko kaprysy - podniosłam brodę wyżej.
- To graj kaprys - rzuciła okiem na pana Ryszarda i założyła ręce na piersi. Pan Ryszard właśnie jednym haustem opróżnił kieliszek i skrzywił się.
- No, graj dziecko - uśmiechnął się błogo.
- Nie jestem dzieckiem - warknęłam i założyłam skrzypce na ramię. Specjalnie zaczęłam głośniej, żeby nie słyszeć co powiedziała. Zamknęłam oczy i grałam może jedną stronę, do dłuższej pauzy.
- Nieczysto - wtrąciła. - Powinnaś popracować nad intonacją. Nauczyciel ci tego nie mówił?
- Mówił. Dopiero się nauczyłam na pamięć - chwyciłam skrzypce pod pachę. Pan Ryszard rozglądał się powoli po mieszkaniu. Spojrzał na mnie w przelocie.
- No bardzo ładnie, bardzo. Moje dzieci też chodzą do ogniska muzycznego - pochwalił się.
- Nie wiedziałam, że pan ma dzieci - spojrzałam na nią.
- Dosyć tego! Idź do swojego pokoju! - syknęła. Ucieszyłam się, że zadziałało. Poszłam, odłożyłam instrument. Chwilę postałam, bo właśnie uświadomiłam sobie, że żeby się umyć, muszę jeszcze raz przejść koło nich. Nie miałam na to najmniejszej ochoty. Słuchałam, ale nie słyszałam rozmowy z dołu. Po cichu zeszłam parę stopni, schyliłam się i zajrzałam do pokoju, ale nikogo nie było, a drzwi na dwór były otwarte. Puściłam się biegiem do łazienki, ochlapałam się gazem i pędem wróciłam na górę. Nie słyszałam kiedy wrócili, bo starym zwyczajem zapchałam uszy watą.

Obudziłam się jak zwykle przed szóstą. Od dawna nie nastawiałam budzika, żeby jej nie budzić, kiedy wstawałam, a samo wstawanie o określonej porze nie było dla mnie trudne. Po prostu musiałam przed zaśnięciem sprawdzić, która jest i policzyć, ile godzin mogę spać. Potem budziłam się, jakby mi ktoś oczy otworzył - w jednym momencie, na rozkaz. Kiedyś mówiła mi, że mam to po tacie. On też tak umiał.
Przez okno widziałam szarobiałe niebo i trochę upiornego światła z nie pogaszonych jeszcze lamp. Cały pokój był w kolorze dymu, cisza mebli i delikatne cykanie zegarka też. Na dworze wiał wiatr, było go słychać, jak jęczy w szparach okien, wpraszając się do środka. Było chłodno. Monika spała w nogach, ciężko chrapiąc, Borys podniósł łeb i oparł pytający wzrok na mnie.
- Tak, musimy wstawać - powiedziałam, a on usiadł rezolutnie, ziewnął przeciągle i powoli zamiótł podłogę masywnym ogonem. Miał niecały rok, grube łapy, lekko klapiate uszy, myszkę na podpalanym na żółto policzku i brązowe, okrągłe ślepia. Jego krótka sierść traciła już miękkość na rzecz niezdecydowanej faktury - ni to szorstkowłosej, ni śliskiej.
Wstałam z łóżka, wsunęłam stopy w kapcie i podreptałam spakować się do szkoły. Dzisiaj miałam fortepian. Więc tylko torba i siatka, za to lekka. W torbie znalazłam nie zjedzone śniadanie. Nie wiadomo: z wczoraj czy z przedwczoraj, bo spłaszczyło się i ukryło pod piórnikiem. Chleb z żółtym serem. Powąchałam, czy się jeszcze nadaje, porwałam na części i podałam kawałek Borysowi. Pociągnął nosem, oczy mu błysnęły i kłapnął pyskiem tak, że oślinił mi palce.
- Nie rób tak! Tak nie wolno. Masz ładnie jeść - pouczyłam go, stukając w nos.
- Weź jeszcze raz, tylko ładnie - podałam mu wolniej drugi kawałek, a on wysunął pysk i sięgnął samymi wargami.
- O, jak pięknie! Widzisz? Umiesz! - ucieszyłam się. Uczyłam go tego od dawna, raz pamiętał, a raz nie.
Obejrzałam się na Monikę. Leżała na boku i patrzyła z wyrzutem, że Borys je, a ona nic nie dostała. Musiała się wcześniej obudzić. Oczywiście, nie raczyła nawet podnieść głowy, kiedy podawałam jej kawałek sera upapranego masłem. Wzięła go i nuplała chwilę, zanim połknęła.
W takich chwilach jak ta, chciałam, żeby czas stanął. Żeby rano nie przychodziło, każąc mi robić to wszystko, czego nie cierpiałam. Czułam, jak krew wolno płynie w moich palcach, chociaż powoli już przyspiesza, że mam jeszcze gorące od snu uszy . Chciałam dbać o ciszę, która dawała mi azyl.
Ubrałam się w sweter, spodnie, sznurowane półbuty, a włosy spięłam w kok na karku. Westchnęłam sobie i ruszyłam w dół schodów w otoczeniu świty: jednego narwanego, podrośniętego szczeniaka i jednej zarozumiałej suki. Ja z przodu, one z tyłu. Idąc do łazienki, zauważyłam na stole kasetę z Freddim Krugerem obróconą przodem do góry. Strasznie bałam się tego filmu, sama schowałam kasetę zaraz po jej wyjeździe - a teraz leżała tam z powrotem. Uświadomiłam sobie znowu, że do autobusu mam pięćset metrów przez zagajnik. Sama przyjemność. Zwróciłam uwagę nasłuchując, ale z jej sypialni nie dochodził żaden dźwięk.
Wypuściłam psy do ogrodu. Było chłodno, maleńkie krople deszczu, zbyt lekkie na prosty tor spadania, krążyły wokół mojej twarzy jak muszki owocówki, zanim osiadły mi na policzkach. Moi przyboczni szaleli, witając się z Kajtkiem, który najpierw przeciągnął się klasycznie jak baletnica o świetnej technice, ale krótkich nóżkach, a potem ignorując towarzyszy, podbiegł do mnie i podlizywał się profesjonalnie.
- Mama da wam jeść, ja już muszę iść - powiedziałam do zgromadzenia u moich stóp. Obecni na wiecu popatrzyli na mnie z żalem i bez zrozumienia. Kajtek machnął ogonem, nie dowierzając, że już sobie idę. Zawsze to ja napełniałam michy. Tym razem chciałam sobie pójść jak najszybciej. Przed bramą nadal stała karetka.
Minęło kilka tygodni, w których pan Ryszard przyjeżdżał często. Właściwie prawie codziennie odwoził ją do domu i zostawał przynajmniej do wieczora. Nie pamiętam zbyt dobrze tamtego okresu. Jesień pogłębiała się z dnia na dzień, chłód poranków i zimno wieczorów zamykało mnie w kokonie, a ja to lubiłam. Niewiele do mnie docierało.
- Boisz się, że za niego wyjdę, co? - zapytała, kiedy obierałam ziemniaki.
- Nie boję się - powiedziałam bardziej do siebie niż do niej. Prawda była inna.
- Nie ma obawy. On jest żonaty - dodała lekko i zawiesiła głos. - Nie powiesz nic? - naciskała, bo milczałam.
- A co mam powiedzieć? - starałam się w to nie wchodzić.
- Nie wiem. Ale zawsze byłaś przeciwna, kiedy kogoś miałam. Ojciec nie żyje sześć lat. Też mam prawo ułożyć sobie życie jak każdy - zaczęła. - Mnie z nim nie pochowali, a ty się zachowujesz, jakbym ci ojca i matkę zabiła, kiedy tylko jakiś mężczyzna...
- Mamo, to nie moja sprawa - próbowałam ukryć się przed tą rozmową. Ale ona miała rację. Przynajmniej w połowie. - Pewnie, że nie twoja sprawa. Odgrywasz mi tu komedię, ile razy przyjeżdża. To nie jest zły człowiek. Nie widzisz? Przy nim nie czuję się taka samotna - mówiła, a ja po raz pierwszy podniosłam na nią oczy. Patrzyła gdzieś przed siebie. Zaciągnęła się i spojrzała na mnie.
- Ty i tak tego nie zrozumiesz. Nic cię poza szkołą nie obchodzi.
- Przecież wiesz, że mam nowy program i audycję za dwa tygodnie. Muszę ćwiczyć - broniłam się.
- Tak, ty masz audycję a ja spaprane życie - podniosła się i wyszła do swojego pokoju.
Następnego dnia znowu odwiózł ją i był w domu, kiedy wróciłam ze szkoły. Chciałam od razu iść do siebie, ale kazała mi zostać z nim, bo sama wychodziła na chwilę do sąsiadki.
- Przeszkadza ci, że my z twoją mamą się spotykamy? - zaczął pan Ryszard, kiedy tylko zostaliśmy sami. Robił wrażenie rozbawionego.
- Przeszkadza mi - odparłam bez problemu. Jego akurat się nie bałam.
- Częstuj się - powiedział, podając mi otwartą paczkę czekolady - słyszałem, że lubisz - dodał.
- Lubię, ale dziękuję - nie miałam zamiaru nic od niego brać.
- Ty może nie wiesz, ale twoja mama jest jeszcze atrakcyjną kobietą i ma prawo poszukać sobie... kogoś - skończył powoli. - Też kiedyś dorośniesz i zrozumiesz pewne rzeczy - spojrzał na mnie jakimś takim porozumiewawczym wzrokiem.
- Już z nią o tym rozmawiałam. To nie moja sprawa. A poza tym ja jej nie przeszkadzam. To jej życie i nic mi do tego - odparłam patrząc mu prosto w oczy.
- Nie mówię, że przeszkadzasz, ale jej nie jest łatwo, kiedy ty tak się zachowujesz.
- Jak? - zapytałam.
- Ty wiesz jak - powiedział z naciskiem. - Mogłabyś być milsza dla mnie - dodał.
- Mama pana prosiła, żeby pan ze mną porozmawiał?
- Nie - zmieszał się. - To znaczy nie całkiem. Rozmawialiśmy o tobie i tak jakoś wyszło. Przecież chcesz, żeby twoja mama była szczęśliwa - pozbierał się i podsumował przeciągle. Nic na to nie powiedziałam. - Dostałaś prezent ode mnie? - zagadnął.
- Dostałam. Dziękuję - wymusiłam z siebie.
- To czemu nie nosisz? Ładnie ci w spódniczkach - uśmiechnął się.
- Wolę chodzić w spodniach.
- Przyjdzie czas, że zmienisz zdanie. Chłopcom bardziej podobają się...
- Teraz idę do lekcji - weszłam mu w słowo. Wstałam i zostawiłam go samego w pokoju. Idąc na górę, zagryzałam zęby. Nie obchodziło mnie czy ona mnie opieprzy jak wróci.

Przyszedł początek listopada. Miałyśmy do objechania trzy groby w różnych częściach miasta. Pan Ryszard nie zaoferował podwiezienia. Nie wiem, dlaczego. W ogóle ostatnio rzadziej się pojawiał. Policzyłam i okazało się, że nie było go już jakiś tydzień. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. Aż sprawa stała się jasna.
- Chodź, umyjesz mi plecy - zawołała mnie.
- Zaraz - odkrzyknęłam, bo właśnie Monika drapiąc się, zahaczyła się pazurami tylnej łapy o sierść za uchem i nie mogła się ruszyć. Często się jej to zdarzało.
- Nie zaraz tylko teraz. Chodź tutaj! - krzyknęła.
- Idę - odkrzyknęłam i ruszyłam do łazienki. Mycie jej pleców było jedną z rzeczy, których nie lubiłam najbardziej. Weszłam. Siedziała w kucki w wannie. Chwyciłam gąbkę, namydliłam ją i wzięłam się do mycia.
- Nie trzyj tak bo dziurę zrobisz - rzuciła.
- Przepraszam - starałam się zrobić to delikatniej.
- Umyj mi głowę - dodała.
Wzięłam szampon, namydliłam jej głowę dwa razy i spłukałam. Już miałam wyjść, kiedy mnie zatrzymała.
- Poczekaj, podasz mi ręcznik - i mówiąc to, wstała, żeby spłukać się z sitka na stojąco. Odwróciłam wzrok.
- Spójrz na mnie - powiedziała - widzisz coś? - zapytała.
- Co mam widzieć? - znałam jej ciało, bo nigdy się przede mną nie krępowała. Mnie nie było z tym lekko i sama nie lubiłam, jak bez uprzedzenia wchodziła mi do łazienki. Ale ona to co innego. Jej nie przeszkadzało to, że stała przede mną goła.
- Przyjrzyj się - nalegała, a ja zaczęłam się dziwnie czuć.
- Nic nie widzę - powiedziałam i znów obróciłam się do wyjścia.
- Bo to dopiero drugi miesiąc - powiedziała.
- Co drugi miesiąc ...- zapytałam i zrobiło mi się niedobrze. Nagle przyszło mi do głowy, że się tego spodziewałam.
- Jestem w ciąży - powiedziała.
- No chyba żartujesz! Jak to w ciąży... W ciąży?! Z kim? - podniosłam głos.
- Przecież wiesz z kim. Nie krzycz - powiedziała zupełnie spokojnie i lekko.
- I co teraz będzie... co teraz zrobisz... co teraz będzie... - powtarzałam, nie rozumiejąc sama o czym mówię.
- Nic nie będzie. Tylko musisz mi pomóc. - Ja?! A w czym mam ci pomóc? - czułam, że ręce zaczęły mi się trząść.
- Nie mam zamiaru urodzić. Nie będzie mnie w piątek, a potem będziesz mi w domu potrzebna, bo będę się źle czuć - wyjaśniła.
- Co ty chcesz zrobić?! Ty chcesz je zabić?! Chcesz mieć skrobankę! Chcesz je zabić tak? - wyrzucałam z siebie, nie dając jej dojść do słowa - Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Nie pomogę ci, słyszysz?! Nic nie zrobię! Chyba oszalałaś! - zaczęłam się trząść. Łzy spływały mi po policzkach. Wybiegłam z łazienki, w górę schodami do siebie. Usiadłam i kiwałam się. Bolał mnie żołądek. Nie mogłam powstrzymać szlochu. Nie mogłam się zatrzymać. Wstałam, zbiegłam z powrotem do łazienki, wpadłam tam i ...- nie pomogę ci! Słyszysz! Nie pozwolę ci tego zrobić! - krzyczałam do niej. Poruszała ustami, nie wiem, co mówiła, w końcu wstrząsnęła mną i usłyszałam, jak mówi:
- Uspokój się! Słyszysz?! Ja tylko żartowałam - śmiała się.
- Żartowałaś... naprawdę? Nie jesteś w ciąży?
- Nie, nie jestem. Nie potrzebuję twojej pomocy. W niczym. Wyjdź - powiedziała - ubieram się teraz - rzuciła twardo.
Wyszłam z łazienki. Poszłam prosto na dwór, usiadłam na schodach od tarasu. Po jednej stronie przycupnął Borys, po drugiej Monika. Głaskałam je na dwie ręce i powtarzałam sobie na głos "ona tylko żartowała, ona tylko żartowała, ona tylko żartowała".
Potem nie było jej w piątek.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019