Serce według mnie, część V - Radość

Orzeszek-Quirka
Lemurowi

Nie potrzebuję żadnej miłości. Potrzebuję każdej miłości, jaką mogę zdobyć.

Jego oczy złapały mnie, kiedy chwytałam za klamkę. Wpatrywał się we mnie brązowo – czerwonymi paciorkami z czymś, co najpierw wydało mi się przekorą. Bo tak śmiesznie trzymał łebek. Może z uśmiechem? Takim gołębim, zalotnym uśmieszkiem. Już chciałam pociągnąć ją za ramię, mówiąc „Spójrz! On się na nas patrzy i śmieje!”, ale zamarłam w pół słowa.

Tak, pasowałoby do dzisiejszego dnia właśnie to, żeby każdy przechodzień, każda przypadkowa osoba, dziewczyna czy chłopak, kobieta w futrze i mężczyzna dotrzymujący jej towarzystwa, starsza pani w karakułowym kapeluszu i dziecko śmigające od jednej kałuży do drugiej, żeby oni wszyscy oraz drzewa, samochody, ptaki na niebie, na chodniku i te obsiadające turystów karmiących je kupionym wcześniej ziarnem, obsiadające ramiona i zaglądające nawet do dziurek od nosa lekko oszołomionych ludzi, żeby te wszystkie ptaki i ten właśnie zapatrzony we mnie – żeby oni wszyscy uśmiechali się do nas. Żeby nas pozdrawiali, jakbyśmy wraz z nimi stanowiły jedną, zwycięską drużynę. Wygrałyśmy! To wspaniałe uczucie zjednoczenia ze światem, ze wszystkim i wszystkimi, to wzruszające siąpanie listopadowego deszczu na moich policzkach, ten biały szczeniak samojeda, na którego punkcie zwariowała. Ten szczeniak, którego trzymał na smyczy jakiś Amerykanin trochę znający polski. Biała, puszysta kulka z czołem w szpic jak u Draculi z czarno – białych filmów. To znaczy z czołem tworzącym się z krótszej sierści pokrywającej cały pysk i wyraźnie odcinającej się od „włosów” wyrastających właśnie takim „ptaszkiem” nad ciemniejącymi z wiekiem oczami.

- Boże, jaki on piękny! – zawołała, przyklękając przed szczeniakiem. – Zobacz, ale mamy szczęście! To prawdziwy samojed, taki, o jakim marzę! – gaworzyła aksamitnym, matowym głosem. Pięknym, kobieco -chłopięcym mezzo tenorem, który z zachwytu przechodził w chropowaty falset. Czy nie jesteśmy jak ptaki nawołujące się, poszukujące się w tłumie sobie podobnych tylko za pomocą odpowiednich dźwięków? Ja w każdym razie reaguję na nieliczne w naturze hybrydy: głosy „zmiksowane” na granicy dwóch płci. Kocham arie śpiewne przez sopranistów, mężczyzn o głosach kobiet, chociaż właśnie nie całkiem, głosach kobiet z anielską androgynią w tle. Ale też głosy kobiet o męskiej naturze, tej trzeciej naturze. Głosy jak ten, którym przemawiała właśnie tak czule do psiaka.

Tarmosiła to małe bydlątko, które za nic miało jej pieszczotę, bo oto pół metra od niego sfrunęło coś z nieba i zaczęło się kokosić na brzegu kałuży. Garść białej sierści natychmiast zarejestrowała nową zabawkę, zaczęła się wyrywać z jej objęć, odwracać głowę przytrzymywaną jak do pocałunku, wycofywać się i następować równocześnie na obie przednie łapy w geście „ja chcę się bawić! Puść mnie i daj mi to!”. Przyklęknęłam też i wpiłam ręce w miękkie jak masło futerko. Łapy miał bohater chwili już bardzo usmarowane, listopadowa, błotnista pogoda nie sprzyjała wypieszczonej okrywie.

- Jak ma na imię? – podniosła oczy na zadbanego mężczyznę trzymającego koniec smyczy.

- Wolf... to jest... jak to idzie...?: Wilk – oznajmił zapytany z silnym, obcym akcentem.

- Słyszałaś? Wilk! – wniebowzięła się ona. Tak, dużo rozmawiałyśmy przez telefon i mail o tym, że ona jest jak wilk. Że tak właśnie rejestruje świat: po wilczemu. I, że bardzo chciałaby mieć wilka lub samojeda o imieniu Wilk. Poza tym była amerykanofilką, anglistką z powołania i wykształcenia. Zbyt wiele jak na jedno popołudnie? Nie, nie na to, jak się później okazało.

- Takie maleństwo sprawia pewnie trochę kłopotów – zagadnęła jeszcze nie gotowa na zakończenie sceny z bydlątkiem w tle. Wyglądała na zakochaną i rozczuloną.

- Tak, to taki mały koszmar! Każe mi wstawać o siódmej rano na siusiu! – zgodził się Amerykanin. Chwilę później chwyciłam ją pod ramię z silnym wrażeniem, że jeszcze trochę, a na jej oczach zagryzłabym z zazdrości białego podrostka. Chociaż jak nic na świecie kocham psy. Rozkładają mnie na części pierwsze. I ku pociesze przypomniałam sobie, że dawno temu zdarzało mi się być zazdrosną o kredki, którymi malowała moja ówczesna dziewczyna. Dotykała ich, wybierała, testowała w skupieniu, zamykała z powrotem w pudełku, a mnie szlag trafiał. Bywałam zazdrosna o świecowe kredki! O ileż dalej byłam dzisiaj, zagryzając zęby na widok uślampranego w błocie, zadowolonego z życia szczeniaka. Postęp! Oto słowo, którego szukałam.

Stać mnie było na postęp, bo czy nie byłam szczęśliwa? To na pewno było szczęście i nie będę na ten temat dyskutować. Szczęście ma smak żelaza albo branego do ust w dzieciństwie klucza. Tylko, że wtedy nie wolno mi było tego robić. Teraz mogę. Szczęście jest ostre jak brzytwa, którą gładzę swoją twarz albo przeciągam w zachwycie pod linią żuchwy. Szczęście jest jak rozłożony w czasie szok elektryczny, którego konwulsje dopiero zaczynam odczuwać, a w pełni poczuję, kiedy będę już w drodze powrotnej. Szczęście jest myślą, że około piętnaście centymetrów w bok od mojego ramienia tłoczy krew jej serce. Gdybym miała ostry scyzoryk i otworzyła sobie nim drogę do niego, mogłabym chwycić je w jedną rękę i ścisnąć tak, że już nie napełniłoby się krwią. Mogłabym zapanować nad jej sercem! Łapałam powietrze w płuca, a ono miało smak ozonu, pieściło miliony maleńkich pęcherzyków w mojej piersi tak, jakby robiła to ona. A jak ona by to robiła? Nieważne. Ważne, że właśnie ona. Maszerowałam obok i miałam ochotę kłaniać się wszystkim wokół. Z całego magicznego, zaplanowanego miesiące wcześniej dnia minęło zaledwie półtorej godziny. Tyle jeszcze sekund odmierzanych miodowym rytmem, tyle minut kończonych fetą z konfetti i orkiestrą, jaką wita się powracających astronautów. Bo ja oraz wszystkie „mnie” z poprzednich lat wybrały się dzisiaj na księżyc. Cała ja i wszystkie „mnie” z poprzednich lat dzisiaj pożerały plony ostatnich miesięcy zabiegów, misternie zaplanowanego i wprowadzonego w życie projektu, którego celem miał być ten spacer. Ten obiad. Ten drink. Ta kawa i ciastko na deser...

Grubo przed świtem obudziło mnie pragnienie. Nabrzmiałe do bólu krocze, mokre prześcieradło. Zdziwiłam się. Nie wiedziałam, że to aż tak. Było wpół do piątej. Pociąg miałam o dziewiątej. Włosy raczej krótkie, więc nie było co je tak długo myć, bo do ósmej by mi same wyszły. Maluję się ostatnio bardzo niewiele, dbam regularnie o wszystkie trawniki i klomby mojego ciała. Nie miałam więc nic do zrobienia z materią. A duch? Od tak dawna wiedziałam, co chcę jej powiedzieć. A także to, że pewnie tego nie zrobię. Wstałam i poszłam posłuchać wiatru w kominie.

W pociągu jechałam z miłym, młodym chłopakiem. Powiedział „dzień dobry” i zapytał, czy nie będzie mi przeszkadzać, że zdejmie buty i położy się na siedzeniach naprzeciw mnie. Nie przeszkadzało mi to, więc po chwili zasnął, zginając nieznacznie nogi w kolanach. Nie był bardzo wysoki, jakieś metr siedemdziesiąt. Przyglądałam mu się od czasu do czasu, kiedy widok za oknem był szczególnie nudny.

Chłopak miał pewnie dwadzieścia lat, czarne, błyszczące, podatne włosy, ładną cerę, zadbane dłonie. Założył dzisiaj wygodny, miękki sweter w kolorze zgaszonej zieleni (pięknie podkreślała czerń jego oczu), dżinsy i śnieżnobiałe skarpetki. Jego stopy, kiedy zasypiał i wybudzał się nieznacznie, zginały się rytmicznie w pół tak samo jak u mojego brata. Tak samo jak u niej, o czym miałam się dopiero dowiedzieć.

Pociągi to bardzo homoseksualne miejsce. Przynajmniej dla mnie. Od kilku lat. W nich właśnie rozgrywał się każdorazowo dramat przed wielkim finałem oczekiwania. Pamiętam dokładnie wszystkich ludzi, którzy bezwiednie towarzyszyli mi w tej ostatniej drodze do kolejnych narodzin lub kolejnej śmierci. Po prostu moje dziewczyny w większości wypadków mieszkały nie tu, a tam. Czasem sto parędziesiąt kilometrów, częściej dalej niż trzysta. Czy to ma jakieś znaczenie? Naturalnie, że tak.

...

Leżałam pół na wznak, pół na boku. Ona wiła się między moimi nogami jak wstęga gimnastyczna, jej twarz o sokolich rysach opuściła się właśnie niżej. Byłam zmęczona. Ten dzień trwał już dwadzieścia sześć godzin, z których przespałam może dwie. Byłam szczęśliwa. Kolejna wyprawa poza horyzont zdarzeń, a potężna siła grawitacji rozrywa nasze ciała i nie przestanie do końca świata. Miałam stan podgorączkowy, bo zawsze tak reaguję na kobietę, którą kocham. To przecież śmiertelnie niebezpieczne znaleźć się z kimś takim tak blisko! Cały mój układ odpornościowy zwariował. Bez kropli wody od wielu godzin, bo szkoda czasu, żeby pójść do kuchni. Pragnienie sączyło się ze mnie nieprzerwaną strużką, wysuszając mnie i podnosząc tylko gorączkę. Kiedy uciekłam z jej łóżka, nie mogąc dłużej wytrzymać, a ona poszła za mną i znowu tuliła się do moich pleców, zaczęłam widzieć tańczące, kolorowe, uśmiechnięte grzybki w czerwonych kapeluszach.

- ... i one tańczą tam teraz przed wejściem do zaczarowanego lasu, który się nie kończy. Powinien się skończyć, a potem powinna być góra, na którą mam wejść. Ale tam nie ma tej góry, jest tylko kolejny las. I ja nigdy na nią nie wejdę. Na tą górę, która jest tobą.

- O czym ty mówisz? – zapytała, wspierając się na łokciu i patrząc mi w oczy.

- Coś mi się śni, ale tak realnie, jakbyś wyświetlała na tamtą ścianę – pokazałam palcem. Jedna, jedyna łza wylała się na mój lewy policzek i sturlała aż na skraj brody.

Jej twarz przesunęła się niżej. Wiła się znów pomiędzy brzegami moich ramion, a potem rozchyliła usta i wzięła w nie wierzchołek mojej piersi.

- Wiesz, kiedy po raz pierwszy kobieta dotykała językiem mojego sutka, pomyślałam, że nie ma na świecie nic bardziej perwersyjnego – powiedziałam.

- Kochać się z kobietą to zbyt wiele, prawda? – odpowiedziała na chwilę, przerywając.

- Wyglądasz tak pięknie.

- Obie wyglądamy.

...

Przed końcem podróży chłopak z siedzenia naprzeciwko obudził się, usiadł i przeciągnął. Ciekawe, czy jego wyczucie czasu brało się z tego, że jeździł często tą trasą?

- Znasz nasze miasto? – zapytał znienacka.

- Jadę, żeby poznać – powiedziałam. Ale kłamstwo nie dawało mi spokoju, więc dodałam: „kogoś”. Chłopak popatrzył na mnie i uśmiechnął się.

Pociąg zwalniał, za oknem szyny mnożyły się najpierw w pięciolinie, potem w surowe, paczkowe spaghetti na nieomylny znak, że oto wjedziemy niebawem na peron. A na peronie będzie ona. Poczułam w żołądku biegającego w kółko chomika.

Nie pamiętałam, jak wygląda. Jej obraz zamazał się w mojej pamięci, choć bardziej prawdziwe jest to, że wcale go tam nie było. Po jednym spojrzeniu na nią wiedziałam, że amnezja jest największym darem niebios. Nie pomyliłam się.

...

Wrzesień, godzina dwudziesta. Jadę na spotkanie z... kim właściwie? Wiem jak ma na imię, rozmawiałam z nią krótko przez komórkę, chcę ją poznać, bo wiele o niej słyszałam i jestem ciekawa. Towarzyszy mi przyjaciółka i przyzwoitka w jednej osobie. Jeśli dzisiaj powiem, że perfidnie zaplanowałam tamto spotkanie, że moja przyjaciółka miała uśpić jej czujność a nie obronić moją cnotę, że obca, kompletnie nieznana, nigdy nie widziana dziewczyna rośnie we mnie jak bambus w chińskiej torturze, jeśli zaklinać się będę, że widziałam jej postać w kącie mojego życia, jak się materializuje na kształt widziadeł Eusapii Palladino, to czy ktoś mi uwierzy? Denerwuję się, trzęsą mi się ręce. Ona zmienia godziny spotkania, dzwoni parę razy, przesuwa. Dzisiaj, dopiero dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy w ten sposób chciała dać mi do zrozumienia, że wcale nie ma ochoty na nie przyjść? Bo niby po co miałybyśmy się spotykać? To był wyłącznie mój pomysł. Ale wtedy byłam niepokonana, ogłuszona, zaślepiona. Nic do mnie nie docierało. Chciałam ją poznać. Czułam się jeszcze atrakcyjną, ba, nawet bardzo ładną, zielonooką blondynką. Błąd. Powinnam być brunetką o oczach niebieskich.

„Jestem w białym, firmowym Daewoo, stoję ze zgaszonymi światłami przy krawężniku” – dostaję smsa. „A najlepsze kasztany są na Placu Pigalle” – odpowiadam. Zobaczyłam ją. I pomyślałam: „koszmarnie brzydka!”. Następnej myśli nigdy nie odnaleziono.

...

Zamek i jej rozpostarte przed siebie ramię.

- ... wyciągnął tak dłoń i zatrzymał całe zło.

- Ten czarodziej? – pytam. Wchodzimy na górę dosyć stromym, chociaż jeszcze wygodnym podejściem. Po lewej mam rzekę, bardzo lubię ten widok. Za moment pójdziemy na dziedziniec, stamtąd pewnie na kawę, albo gdzieś indziej. Jakie to ma znaczenie? Ona jest tuż obok mnie.

- Tak, Ged. I wiesz jak ujarzmił tego potwora? – pyta trochę zdyszana, może od marszu, a może z emocji, nie wiem, nie znam jej jeszcze na tyle.

- Jak?

- Nazwał go.

„Nazwałaś mnie” powie mi potem. A ja poczuję się uhonorowana czerwoną wstęgą i pięknym orderem. Nie zapytam nawet, co to dla nas znaczy.

...

Jeśli raj może być kamienną uliczką, to właśnie znalazłam się w raju. Zaproponowała, żebyśmy napiły się jeszcze kawy, a potem pojedziemy do niej. Chciałam wszystkiego: i kawy z nią, i spacerowania, i jazdy taksówką, i oczekiwania na to wszystko. Puściłam jej ramię i przyspieszyłam, żeby otworzyć przed nią drzwi do kawiarni.

Zauważyłam, że wpatruje się we mnie brązowo – czerwonymi paciorkami z czymś, co najpierw wydało mi się przekorą. Bo tak śmiesznie trzymał łebek. Może z uśmiechem? Takim gołębim, zalotnym uśmieszkiem. Już chciałam pociągnąć ją za ramię mówiąc „spójrz! On się na nas patrzy i śmieje!”, ale zamarłam w pół słowa. Wtedy przypomniałam sobie trzask zamykanych z rozmachem drzwi do domu, w którym się wychowałam. Wracałam od babci, cała w podskokach, nie wiem, czy właśnie zrobiła czekoladę (z kakao, masła, mleka w proszku, rodzynek, orzechów i cukru – większość tych wszystkich cudów była na kartki, z wyjątkiem kakao, które ciotka przywiozła z NRF), ale chyba właśnie tak. Zrobiła dużą blachę, pokroiła w kwadraciki i pozwoliła mi wsunąć cały pierwszy rządek, zanim podzieli na resztę dzieci. Biegłam właśnie po mojego brata, żeby go zawołać, a może i wyłudzić od niego kawałek przydziału, bo nigdy nie dojadał do końca, tylko chował na inną okazję.

Zatrzasnęłam drzwi, wpadając z jasnego, letniego popołudnia do ciemnego, chłodnego korytarza. Jednym celnym, twardym i radosnym jak ejakulacja ruchem zetknęłam powierzchnię bocznego okucia z metalową futryną. Wtargnął we mnie w jednej chwili ten chłód właśnie, który połaskotał mnie delikatnym futerkiem po łydce, zapach domu, stukot moich sandałów na posadzce i przeraźliwy, wznoszący się krzyk kota, który wybuchł wokół mojej głowy.

Nie zrozumiałam. Stanęłam, szukając powodu, ale korytarz zamroczył mnie czernią po blasku dnia. Na chybił trafił otworzyłam z powrotem drzwi na dwór. Jak wystrzelony, jak uszczęśliwiony, szary, misiowaty, dwumiesięczny kocurek Boluś wiosłował przednimi łapkami w stronę krzaków po drugiej stronie ścieżki. Biegł tylko przodem, tył płynął za nim jak welon panny młodej. Płynął pewnie dlatego, że był bardzo leciutki.

Znalazłam go w berberysie, wzięłam na ręce, oparł mi głowę na ramieniu. Jadł jeszcze przez dwa dni. Jego tył wyglądał jak etola z norek, kiedy próbował przeczołgać się z jednego boku fotela na drugi. Trzeciego dnia zasnął.

A dzisiaj był listopad, miałam trzydzieści lat, za moimi plecami stała ona i wiem na pewno, że się uśmiechała. Tylko, że jego oczy wpatrywały się we mnie. Z głową w niemożliwej pozycji na plecach kręcił się jak zakochany derwisz. Kręcił się przed kawiarnią, zataczał się, spadając z chodnika na ganek przed wejściem, robił piruety jak nakręcany bąk. Czy ktoś jeszcze bawi się dzisiaj bąkami? Jestem pewna, że w jego oczach nie było strachu, a jedynie skupienie, jakby zadawał mi jakieś trudne pytanie i czekał na moją odpowiedź.

- Widzisz go? – zapytałam z nadzieją, że kiedy się odwrócę, ona nadal będzie tam stać.

- Tak. Co mu się stało?

- Ma skręcony kark. Nie mogę go tak zostawić – dodałam tak, jakby ona miała zaraz zrejterować. A przecież nic na to nie wskazywało.

- Poczekaj, zadzwonię do dozorcy tej kamienicy, powinien coś zrobić. – Zadzwoniła, ktoś odebrał, przyjął informację i obiecał, że ktoś inny przyjdzie. Czekałyśmy kilka minut, ale nikt się nie pojawił. Jakiś tatuś z dzieckiem przyglądali się przez chwilę, zauważyłam, że na nich też popatrzył z tym swoim pytaniem w oczach jak paciorki. Weszłam do kawiarni i poprosiłam o chusteczki i karton. Chciałam złapać go i zawieźć do lecznicy. Kiedy nachyliłam się nad nim, zakręcił większe niż dotąd kółko i ochlapał mnie wodą z kałuży. Jedna zimna kropla spadła na moje usta.

- Nie dotykaj go. Może być na coś chory – powiedziała. Jasne. Był chory na konanie w zimnej wodzie, na lodowatym asfalcie. Poczułam się kompletnie bezsilna. Bałam się go. A on wciąż zerkał na mnie, groteskowo wygięty. Przez długie minuty jego wariackiego tańca szukałyśmy wyjścia. Znajomi geje na randce, telefon do pogotowia weterynaryjnego, nic z tego. Nadal tańczył.

- Gdybym miała nóż, to bym mu pomogła – powiedziała, a ja jej nie uwierzyłam.

- Zabiłaś kiedyś zwierzę? – chciałam wiedzieć. Chociaż nie o to naprawdę chodziło. Byłam sama z potrąconym ptakiem, a jeszcze chwilę temu świat iskrzył milionem barw.

- Nie, nigdy – odpowiedziała. Tak myślałam.

- Gdybym była pewna, że umiałabym zrobić to jednym ruchem ukręciłabym mu łebek. Ale wtedy i tak jeszcze chwilę będzie cierpieć. Mózg nie umiera od razu – tłumaczyłam się jej, chociaż wolałabym, żeby to ptak zrozumiał, dlaczego dotąd nic nie zrobiłam. Wyczerpałyśmy pomysły i ja sama poczułam się wyczerpana. Chciałam stamtąd odejść i zostawić go. I wtedy ona pomyślała o jeszcze jednym sposobie.

- Sprawdzę ciężar doniczek i wybiorę którąś. - Rzeczywiście na ganku przed kawiarnią stało kilka doniczek z karłowatymi tujami i cisami. Zostawiła mnie i zajęła się wyborem. Od tego momentu nie byłam już sama. Starałam się nie patrzeć, jak podnosi i waży, sprawdzając ciężar kolejnych doniczek. Nadal pamiętam jednak linię jej zgiętych w łuk pleców, i to, jak się pochylała. Wyczułam moment, więc kiedy nadszedł, odwróciłam się tyłem. Usłyszałam trzy uderzenia. Potem podeszła do mnie, a ja z trudem ukryłam szeroki uśmiech.

W nocy, pierwszej naszej nocy z trzydziestego listopada na pierwszego grudnia, za oknem śpiewał ptak. A teraz, kiedy znowu mam ją spotkać, cała ta historia może się powtórzyć, bo ona jest jak zakończenia zdania, które ja zaczynam. I jak rycerz, który zabłądził do naszych czasów.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Więcej kobiet na nazwach warszawskich ulic. Rusza kampania "Ulice dla kobiet"
smaku Tak, ja też jestem za tym, bo na pewno jest wiele znanych kobiet w historii, najbardziej ostatnio i do dziś nawet wkurza mnie, że zmienili mi nazwę Rondo Babka na jakiegoś radosława,... opinia dodana 2019-11-10 19:18:20
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos Najlepsze opowiadania erotyczne - Warnock Kathleen
Za ile można by odkupić? Bo chyba po 30 zł. jest na rynku, to za drogo trochę, a bardzo spodobała mi...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019