Trzecia połówka pomarańczy

Orzeszek-Quirka
Mojej pierwszej Ewie

Coś o śmierci, coś o życiu.
Krajobrazy pod Twoją skóra, krajobrazy w ogóle. Chciałam napisać Ci o historii dwóch kobiet. Spójrz - oto one. Jedna to już tylko myśl o tym, kim jest, bo reszta "materii" tak bardzo nie pasuje do otoczenia. Ze względu na miłość w ogóle, nie tylko tę pomiędzy kobietami. Stała się tematem, wersem, myślą właśnie, osadzoną w nieskazitelnie czystej maszynie do życia i pracy. Tak trwa, tym właśnie chce być najbardziej.
Druga jest śpiącą królewną. Teraz dopiero budzi się do życia. Jest zachłanna, naturalna, nieokrzesana, subtelna i raczej bezkompromisowa, starsza. Chociaż młodsza. Zdecydowanie więcej zaoszczędziła na życiu. Posłuchaj, o czym mówią.

- Jak możesz, tak bardzo nie dbać o to, jak wyglądasz?! Przecież jesteś kobietą! Masz takie piękne oczy, usta, długie nogi... Co z Tobą nie tak?! Zadbaj o siebie!- mówiła Mi coraz szybciej czując, że sens słów wymyka jej się z każdą chwilą coraz bardziej. Chciała rozdrapać tą zawstydzoną, kulącą się w sobie kobietę siedzącą naprzeciw. Chciała ją ukarać. Za te kilka dni oczekiwania. Za zażenowanie, jakie czuła sama przed sobą, kiedy zobaczyła na stacji dziwacznego przebierańca. Za złość, że przejechała 500 kilometrów tylko po to, żeby teraz bać się spojrzeć tamtej w oczy. I za to, że czuła, że to ostatnia szansa, na jaką ją stać, a właściwie wcale nie stać i chciała, żeby ta szansa była bardziej... efektowna? Warta zachodu? Przekonująca.. "I po co to?" - pytała sama siebie, szczypiąc słowami wpatrzoną w nią kruchą (kruchą?) osobę, kobietę... Jakby dziecko siedzące naprzeciw. (Jakie dziecko?!). "Ona jest starsza ode mnie!".
- Może jesteś transseksem? Co? Czy ty w ogóle jesteś kobietą, tam w środku? - z bezsilności gryzła coraz dotkliwiej.
- Ale, o co ci właściwie chodzi...?- zapytała Aga i z jej oczami zrobiło się coś niedobrego. Wyglądała teraz w sposób trudny do opisania. Jak ktoś, komu właśnie powiedziano, że nie ma jutra. Że lekarstwo, mające go uratować, jest nic nie wartą, zwykłą kranówą. Siedziała jak przedtem, ale wszystko w niej cofnęło się. Fala odpływu, zostawiła na brzegu zdychające meduzy, porzucone muszle, oklapłe wodorosty.
Mi pomyślała, że oczy Agaty są jeszcze piękniejsze, kiedy zadaje się jej ból. W męskiej, ogorzałej twarzy piękne, nieprzytomne z bólu oczy. I przypomniała sobie opowiadanie, które kiedyś czytała w "Fantastyce". Ckliwa historia o tym, że odkryto istoty, nie zwierzęta i nie ludzi, które oglądając cierpienie swoich bliskich, produkowały wyjątkowe łzy. Łzy działały na ludzi jak narkotyk. Dlatego ludzie łapali pary tych istot i zamęczali je na śmierć. Emi była niewątpliwie człowiekiem, bo współczując Agacie zadawała jej cierpienie. W imię wyższej estetyki, definicji kobiecości i własnych wymagań.
- Szukam kobiecości. Potrzebuję jej. - Kontynuowała wywód. - Nie dlatego kocham kobiety, żeby robił mi dobrze facet w spódnicy. Rozumiesz?! - Za jednym zamachem uniosła głos i brwi.
- Chociaż nie... ty pewnie nie nosisz spódnicy, co? - Dodała. Spróbowała się uśmiechnąć. Nagle zachciało jej się zmiękczyć, rozśmieszyć wypowiedź. Nie wyszło, nie zabrzmiało to jak żart.
- Czasem noszę - powiedziała poważnie i wolno Aga, a w jej tonie było chyba wszystko. Wszystko - znaczy: cisza, smutek, rezygnacja, skupienie, czułość.
Mi od razu zanotowała to, policzyła, zrobiła remanent. Na razie konająca nadzieja Agi płonęła na różowo. Na granicy jej czoła i włosów Mi dostrzegła jakby mgłę, może cień potu. Miała do powiedzenia tyle ostrych słów, tak, by tamta zrozumiała jej decyzję: wyjedzie jutro. Wszystko to uważa za głupi żart. Bo dlaczego niby Aga w mailu, czy przez telefon nie powiedziała o tym, że jest męskim, niekobiecym, dziwnym jakimś typem. Ta jej cholerna czapeczka z daszkiem. W kratkę, szarą. Włosy, ostrzyżone na jeża, pojedyncze srebrne nitki, reszta w nieokreślonym kolorze. Kiedyś były na pewno piękne, dłuższe. Zapach papierosów wszędzie wokół niej, duszny. Gęsta atmosfera zawodu. Mi miała ochotę płakać (jak dziecko, które nie dostanie prezentu), śmiać się (z siebie) i krzyczeć (na tę wariatkę jakąś). Tyle się wcześniej nagadały. Dlaczego nie uprzedziła? Wydawało się, że rozumie, że odpowiada na pragnienie i tęsknotę tym samym. Stąd pośpiech, żeby spotkać się już, nie czekać dłużej. Jak o tym przypomnieć, jak upomnieć się o swoje, o zadośćuczynienie marzeniom? Jak poprosić o pomoc? Tyle myśli, ale wszystkie jakoś nie pasowały do tej chwili. Bo pasowało tu: dotknięcie policzka Agi, zbadanie jej szyi i karku, objęcie w pół, może pocałunek w okolicę ust?
Badanie w ogóle. Sprawdzenie gładkości skóry, nacisk, tarcie. Wypukłości, te drobne, maleńkie, platynowe włoski blisko uszu. Mi poczuła zamęt gdzieś w kościach. Budziła się, przywracała do życia w sobie pragnienie. Właściwie nie ona, tylko coś w niej. Samo. Myślała nie to, co sobie zaplanowała, czuła nie to, co powinna. Myślała trzeźwo: "Boże, jeszcze nie teraz (najlepiej wcale)", oraz "oczy Agi są takie piękne". Oczy Agaty były piękne. Pełne bólu, czarne i piękne.
Pomyśl. Nieduży pokój, kobiety siedzące naprzeciw siebie na fotelach. Ich kolana prawie się stykają. Nie stykają się całkiem, bo tego jeszcze nie przewiduje konwencja sytuacji. Chodzi przecież nie o to, żeby tu być, ale żeby być jak najszybciej, jak najdalej stąd. Tak naprawdę są obcymi dla siebie osobami. OBCYMI. To oznacza miejsce na seks, nie na złączenie kolan. O czym my w ogóle mówimy? Jedna z nich pożera drugą wzrokiem, druga wbrew sobie pożera pierwszą sercem. Pomiędzy jednym a drugim tyknięciem zegarka mieści się karkołomna ilość słów. Żadnego sensu. Któraś z nich ściga, próbując zabić, nadzieję. Która to z nich?
Aga oparła się o wezgłowie fotela, odchyliła głowę do tyłu. Poddała się. Nie miała nic, czego ta druga może chcieć. Śliczna dziewczyna naprzeciw, ubrana jak jedna z jej uczennic. Drobna, śliczna. Śliczna. Taka tu jeszcze nie siedziała, chociaż trochę ich już było. Czego chce? Czego się niby spodziewała? Znały się od dwóch tygodni, takie tam sobie pisanie. Mało to dziewczyn do wyhaczenia? Nie ta, to będzie inna. To dlaczego tak boli jej ton, jej spojrzenie? "Dlaczego nic nie mówię?"- myślała Aga i przestała słuchać. Spojrzała w dół na swoje kolana. Miała na sobie czarne spodnie. Uda niedbale rozchylone w męskiej pozie, ręce spoczywające na poręczach. Całe jej ciało mówiło o sile przetrwania. Jakby jego koszty były niezauważalnie małe. Kłamstwo. Wielka nieprawda. Ile miłości mieści się w jednym sercu zanim rozciągnie się ponad miarę i oklapnie jak przekłuty balon. Zostanie ledwie ciepły popiół i nic, czym można obdarzyć Tę, Na Którą Czekała całe życie. Aga podniosła wzrok i spojrzała na kobietę w białej tunice i białych spodniach. Siedziała przed nią. ONA tu siedziała. I było za późno.
Gdyby nie te oczy, Mi nie znałaby litości. Całą tą wystudiowaną nonszalancję, męski olew, spojrzenie Agaty zamieniało w jakiś rodzaj bezsilnej imitacji. Emi już od dobrej chwili pochylała się w jej kierunku. Płynęła w przestrzeni ku tej, dla której tu przyjechała. Dla niej siedziała tu teraz, kiedy jakaś jej część gotowała się z gniewu. Ale jaki to był gniew?... Coraz bardziej jak bezbarwna, mleczna piana na powierzchni kakao. Zanim Emi usiadła obok Agi, dłuższą chwilę dotykała jej w wyobraźni. Jak to niedelikatnie brzmi. Prawda jest taka, że chciała czuć, nie będąc odczuwaną. Nie chciała być zapamiętaną, jeśli zapragnie być zapomnianą. To wcale nie jest takie skomplikowane. Chciała nie być, jeśli nie zechce zaistnieć. Być panią sytuacji nawet, jeśli z jej woli nie będzie niczego. Panią czasu i nieistniejących wspomnień. Patrzyła na Agę. Nie mówiły nic.
- Obiecałaś mnie przytulić, kiedy tu przyjadę - poprosiła w końcu Mi. Wiedziała, że nic jej się nie należy.
- Obiecałam - szepnęła Aga. Szept i głos. Głos Agaty. Był tą jej częścią, namacalną częścią, którą najpierw poznała Emi.

Kilka dni wcześniej, wieczorem, po pełnym dźwięków, obrazów, napięcia, pracy i wszystkiego w ogóle dniu, Emi zrobiła sobie prezent. Wystukała na swojej komórce numer nowopoznanej przez net leski. Tak o niej myślała: nowopoznana leska. I brzmiało to tak ekscytująco. Tak inaczej. Maile od niej były punktem kulminacyjnym dwóch poprzednich wieczorów. Teraz miała usłyszeć głos tej kobiety. Kobiety. "Kobieta - myślała po raz nie wiadomo, który - brzmi tak dopełniająco. Poważnie. Płciowo". Bawiła się skojarzeniami, samą sobą i oczekiwaniem jak dziecko. Kolejne sekundy były wielką niewiadomą. Krew Emi początkowo zwolniła po to, by puścić się zaraz biegiem. Całą sobą wsłuchała się w sygnał wywołania.
- Halo? - usłyszała w słuchawce chropowaty, ciemny, beztroski głos. Prawdziwa kobieta po tamtej stronie. Osoba. Mi zebrała myśli. Co ma powiedzieć? A co chciałaby powiedzieć? Gdyby pozwoliła sobie tak myśleć - pomyślałaby pewno, że zna ten głos. Znała go. Marzyła o nim. Z całych sił, wbrew sobie, bo źle jest "nastawiać się". A dobrze-brać, co los daje. Mi dobrze wiedziała, że nie ma metafizyki. Nie ma co liczyć na dobre wróżki i przeznaczenie. Nie ma Tej Jedynej, jest całe potencjalne stado. Magia to tylko środki zmieniające nastrój, a na ezoterykę po poprzedniej dziewczynie miała uczulenie. Pomyślałaby to wszystko, gdyby tylko czas na moment zwolnił. A tak nie było. Znalazła się w tej części sekundy, która wypchnęła ją do przodu. Jak koleżanka z klasy przed panią profesor. "Powiedz coś!!"
- Cześć. Emi z tej strony. Wiesz, która. - Oznajmiła jeszcze czytelnie. - Piszemy-ze-sobą-pamiętasz- psycholożka.- puściła jak serię z karabinu. Nie wytrzymała napięcia, chociaż chciała mówić wolniej. Rozpędem usiłowała sprawdzić, usłyszeć jeszcze, czy jej głos jest chociaż w połowie tak interesujący jak głos tamtej. Nie była pewna, ale chyba nie. Kurczę.
- Pamiętam. - Odpowiedziała spokojnie Aga. Emi usłyszała w tle jakiś kawałek rozmowy. Zaniepokoiła się. Radość znokautowana.
- Możesz rozmawiać... jest ktoś u Ciebie?- zapytała lekko, odzyskując na moment pewność siebie, skoro wszystko stracone. Amen. Aga jest właśnie z kimś. Kimś? Z jakąś dziewczyną oczywiście. Przecież to leska.
- Jestem sama. To telewizor. - Padło z drugiej strony. Cień rozbawienia... Czy to właśnie usłyszała Emi? Aga kłamie? Jest tam ktoś. Jeśli tak - ok. Emi postanowiła, że i tak pogada sobie. Miała dzisiaj ciężki, męczący dzień. Jeszcze szumiało jej w głowie. Praca wcale nie pomagała. Wczoraj zaczęła nowe zajęcia, przejechała 300 kilometrów myśląc, że ostatnie wydarzenia zostawiła daleko za sobą. Pod przymkniętymi powiekami powracały obrazy, słowa, aromat wieczoru, który drgał w niej jeszcze jak uderzony o kant stołu kamerton.
Trzy dni temu "rokująca" panna (Mi starała się nadać swoim wspomnieniom jakiś dystans) wyznała jej, że "nic z tego nie będzie", bo jej chłopak jednak nie może pogodzić się z tym wszystkim. "Wiesz, on tak bardzo cierpi. Płakał przez cały wieczór. Gdybyś tylko mogła zgodzić się, żeby był ze mną, kiedy Cię odwiedzam, gdyby widział, co się między nami dzieje, może poczułby się tego częścią...".
Może poczułby się. W zamian za niedanie mu szansy, Mi dostała wielki bukiet fioletowych (jej ulubiony kolor) kwiatów i list napisany srebrnym atramentem na ciemnoszarym, gustownym papierze. Kwiaty odebrał w progu mąż Mi, był późny wieczór, O. nie zapowiedziała, że wpadnie. Mi wyskoczyła z łazienki i zdążyła ucałować w policzek wysoką, zgrabną dziewczynę. Ucieszyła się bardzo z niespodziewanej wizyty, zatrzaskując drzwi za nią i wciąż uśmiechając się szeroko, rozłożyła dołączoną do kwiatów kartkę.
"Nie jesteś moją damą, za jaką Cię miałam. Jesteś zwykłą dziewczyną, nie chcę tracić czasu na Twoją zazdrość. Głupio starasz się wzbudzić moją. To przestało być piękne. Proszę, nie kontaktuj się ze mną. Daj temu umrzeć". Mi nie skontaktowała się już, bywa czasem grzeczną dziewczynką. Do dziś nie rozumie ani jednego słowa, tak naprawdę. Dwa miesiące żarliwych listów, chat-ów z drugim końcem świata. Jedno spotkanie, może dwa. Ciepłe, miękkie usta O., duże piersi, ciało modelki. Namiętność jak po extasy, płaskie jeziora źrenic. Mi pamiętała swoje długie paznokcie na jej nagim ramieniu. I samotność w jej słabych objęciach.
Następnego dnia Mi siedząc w pociągu nie miała siły być smutna. Jechała do pracy, do innego, ulubionego miasta. Znała tam każdy kąt. Skupiała się, a jednak czuła, że coś, a raczej resztki czegoś opuszczają ją. Już bez bólu i fajerwerków. Pomyślała, że wieczorem odpowie na ogłoszenie, które czytała niedawno.
Zrobiła to. W następnym mailu był numer komórki i jakby nadzieja. Dokładnie tak-tekst listu i nadzieja w załączniku. Dotąd na koniec każdej historii Mi musiała sobie ciężko zapracować. Dwa razy ciężej niż inni. Nie umiała się rozstawać i nigdy nie rzucała się w kolejne ramiona, bo dobrze wiedziała, że niczego, co raz się stało, nie da się zastąpić czymś innym. Ale nadzieja w załączniku i to, że tamta leska (jak ochrzciła ją Mi) również pisała bajki, kazała złożyć czas w maleńkie origami i wystukać numer jej komórki.
...
"To głupie, żeby nawiązywać kontakt z nowymi dziewczynami, jeśli się ma kogoś w domu, ale niech tam. Ten głos jest zbyt przyjemny, żeby tak zaraz kończyć rozmowę". Powiedziała sobie wytrącona z równowagi, słysząc gdzieś w oddali głos jeszcze jednej kobiety. Nieprawda. Głoś wcale nie był "przyjemny", ale jakby wycelowany, konkretnie i świadomie wycelowany w czuły punkt. Mimo bohaterskiego tonu nadzieja wypływała z Mi jak krew z przeciętej żyły. Powoli i dramatycznie barwiła cały pokój na czarno.
Od kilkunastu godzin Mi myślała o tej rozmowie, o tej kobiecie, którą tak bardzo chciała poznać. Nie miała już nic na swoją obronę. Zależało jej. Cały dzień jakby dział się poza nią i teraz-w obliczu możliwości, że w domu oddalonym o kilkaset kilometrów jest Ona i jeszcze ktoś, w Mi urosło coś bardzo twardego i zimnego.
"A właściwie, jeśli Aga kłamie, sama poniesie tego konsekwencje" postanowiła. Nie zamierzała w tych okolicznościach być powściągliwa nawet w pierwszej rozmowie. O nie. Zwłaszcza w pierwszej. "Jeśli jest ktoś u tej leski - zorientuje się, że rozmowa nie jest neutralna". Miała wszystkiego dość, nie interesowały jej już niczyje uczucia.
- Poczekaj, zrobię ciszej. - Aga odłożyła słuchawkę. To osadziło Emi. "No tak" - pomyślała. "Wpadam w paranoję". Czuła dobrze niespokojny rytm serca bębniący w gardle. Pomyślała, że za chwilę zaschnie jej w ustach i w ogóle nie będzie mogła nic powiedzieć. Tam naprawdę nie ma nikogo więcej. Jest tam tylko Aga...
- Co słychać? - wrócił ciepły, uśmiechnięty głos Agaty. Cisza. "Jakie ona ma ręce, jakie usta?...A co mnie to obchodzi!" - przemknęło Mi zanim odpowiedziała.
- Jestem strasznie zmęczona. Wiem, to się tak mówi, ale dzisiaj naprawdę się podziało i dlatego teraz dzwonię. Chciałam cię poznać. Zrobić sobie przyjemność. Odpocząć. Chyba. - Pomyślała, że powiedziała to za wcześnie. Zaczęła się uśmiechać. Dodała więc:
- Nie mogłam się doczekać. Jakoś tak bardzo chciałam cię usłyszeć. Pogadać może. Nie wiem. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
- Nie. Właśnie oglądałam Klan. I zrobiłam sobie kanapki. - Powiedziała Aga.
- A ja jestem w Poznaniu. To kawał drogi od Ciebie. - Zauważyła bez związku Emi. Pomyślała zaraz coś o wielkości telefonii, cudach techniki i nie wiedzieć czemu o tym, że jest cholernie samotna. Mimo to w pokoju zrobiło się jakby jaśniej. Mi czuła wyraźnie motyle w żołądku.
- No. Sporo. Często tak gadasz z kobietami poznanymi przez net?
- Nie, to pierwszy raz. A Ty? - Celne, pomyślała, ale, o co jej właściwie chodzi? To źle, że do niej dzwonię?
- Też nie. Zazwyczaj rozmawiam ze znanymi sobie osobami. - Głos Agaty znowu się uśmiechnął. Emi odpowiedziała, że właściwie to już się trochę znają i tak rozmowa, Ich Pierwsza Rozmowa, trwała jeszcze trochę. Rozmarzenie, zaciekawienie, autocenzura. Słowa, zwykłe dobre słowa, a pomiędzy nimi wyraźna melodia, której nie dałoby się powtórzyć, zapisać. Na koniec Aga obiecała, że zadzwoni nazajutrz i po najsłodszej pauzie, jaką słyszała kiedykolwiek Emi, dodała:
- Naprawdę.
Tej nocy Emi spała w objęciach. Czuła to całą sobą. Bukiet fioletowych kwiatów zasadzony w jej sercu inną ręką zatańczył i zniknął. Zostało wiele wolnego miejsca.

...
Wspomnienie pierwszej rozmowy namalowało błogość na twarzy Mi, pociągnęło ją do Agi, podało je sobie nawzajem tak, jak podaje się ręce na powitanie. Był wieczór, późna jesień, ich pierwsze spotkanie.
Emi wstała, przesiadła się obok i objęła Agatę. Nie były sobie obce. To głupie złudzenie opuściło je już na dobre. Palce Agi były przeraźliwie zimne. Lodowate. Ze strachu. Dotykała nimi pleców Mi, a ta czuła przez materiał tuniki lód badający jej ciało. Żywy lód, bo końcówki palców dźwigały teraz całą duszę. Przytuliły się najciaśniej jak mogły i całe napięcie zaczęło opuszczać ich ramiona. Trwały tak długo. Aż Mi pocałowała kark Agaty. Pocałowała jej szyję. Pomyślała, że wszystko o kobiecie, którą teraz tuliła, powie jej skóra, jej włosy, zapach i była to ostatnia myśl tego wieczoru, która dzieliła ją od niewypowiadalnej prawdy. Kończyły się opowieści o śmierci, zaczynały o życiu.
....

- Nie powiesz mi chyba, że usiądziemy teraz i będziemy rozmawiać. Naprawdę chcesz tylko gadać? - zapytała Emi.
- To zależy od Ciebie. Może jesteś głodna? Zrobię Ci herbaty. Nie chcę, żebyś się rozchorowała. Zmarzłaś przecież. - Aga podjęła grę i uśmiechała się zalotnie.
Właśnie weszły do domu. Do mieszkania Agi, chociaż dla Mi to był także jej dom. Przedwczoraj Agata wyjaśniła, że jeśli w jej życiu pojawi się ktoś nowy, to naturalnie zajmie miejsce, które na razie ("na razie"- to ważne słowo) zajmuje Emi. Także w jej domu. Słysząc to, Emi poczuła, że słuchawka ją parzy. Natychmiast przyczepiła się i zażądała wyjaśnień, ale tak naprawdę po dziesięciu minutach rozmowy nie była wcale bliżej powiedzenia Agacie jak bardzo zabolało ją to, co usłyszała. Bo to była taka sobie pogawędka. Co by było, gdyby? Wzajemne badanie oddania i zaangażowania, naturalnie w formie zaczepki. Właściwie małej kłótni. Jednej z tych, jakie prowadziły zmęczone brakiem siebie nawzajem.
A tu nagle dom nie będzie domem! Emi najbardziej w świecie szukała swojego domu. W poprzednim zdaniu zabrakło słowa "przecież". Powinno brzmieć: PRZECIEŻ Emi najbardziej na świecie szukała swojego domu. Spokoju i harmonii, ale też miejsca w czyimś sercu, które istniało tylko dla niej. I istniałoby zawsze niezależnie od wszystkiego. Dla nikogo poza nią, bez żadnego "na razie". Z niewinnej przepychanki wyszedł rozbity nos. Mimo wszystko nie umiała o tym powiedzieć Agacie. Dlatego kilka kolejnych dni oczekiwania poza tęsknotą wypełniał niepokój, czy będzie umiała dostosować się do sytuacji. Do "na razie". Nie umiała. Gadając coś tam, żeby przetrwać autobus, drogę do m i e s z k a n i a (nie domu!) Agaty i kilka ostatnich pięter, zmuszała się, "pracowała nad sobą", żeby wchodząc tam nie zadomowić się wcale. Nic z tego. Weszła do swojego domu.
Aga otworzyła drzwi, puściła Mi przodem i zamknęła drzwi z powrotem. Przekręciła klucz w zamku. Pierwszy haust powietrza w innej rzeczywistości. Zapach tego miejsca zaczarował i ją, i Agę. Stały naprzeciw siebie w korytarzu i była to najważniejsza rzecz na świecie. Coś zaczynało się dziać. Obie poddawały się sile grawitacji. Bo dwa ciała przyciągają się wprost proporcjonalnie do ich masy i odwrotnie proporcjonalnie do kwadratu odległości między nimi. Emi na moment tylko wystawiła głowę z nurtu wydarzeń i ucieszyła się. Właśnie zdobyła dowód na istnienie grawitonów. Cząstek, które żartują sobie z odległości i czasu. Wyraźnie czuła obecność tych małych, sprytnych łączników. Bezlitosnych agentów, skarżypytów specjalnych, przenoszących wszystkie najważniejsze informacje. Że oto stoją tu obie i szumi im w uszach. Zawstydzone upragnioną samotnością. Teraz wszystko zależy tylko od nich. Nikt nie patrzy, nie zagląda w twarz z ciekawością, czemu to dwie kobiety nie mogą nawet spojrzeć sobie w oczy. Teraz patrzą. Nareszcie.
Aga zdjęła czapkę. Jej króciutkie włosy sterczały w kilku kierunkach, jednym gestem przygładziła je. Wyglądało to trochę tak, jakby pogłaskała cztery czy pięć piskląt nieustannie wystawiających łebki z gniazda. Jednym słowem - nic nie dało. Emi rozpięła i zdjęła kurtkę. Odwiesiła ją do szafy. Celebrowała każdy gest pod stałą, czułą uwagą. Zastanowiła się, czy zdjąć też buty. Ale wtedy byłaby już sporo niższa i zniknęłaby w objęciach Agaty. A chciała istnieć, fizycznie i materialnie trwać tutaj. Podniosła wzrok. Spotkała ciemne, kochające oczy. Blady uśmiech Agi. Taki: choć-do-mnie-proszę. Dwa kroki i już. Stoją stykając się ramionami, piersiami, brzuchami, udami, kolanami. Przekładaniec stóp jak potrawa lorda Sandwicza. Agata zaczęła drżeć, z całej siły ścisnęła Mi. Jej kości skrzypnęły-taka błoga tortura. Mi poddała się. Była pochłonięta, omotana, ukojona. Jej drugie serce obudziło się, zaczęło pulsować. Ciepło rozlewające się w obu łonach.
- Kocham Cię. - usłyszała prosto do ucha (bolesny, przyjemny skurcz w okolicy splotu słonecznego). - Tęskniłam za tobą. Myślałam, że się nie doczekam. - Powiedziała Aga.
I to była prawda. Jej myśli przez ostatni tydzień regularnie, co kilka minut uciekały od rzeczywistości. Uciekały od gładkiego i śliskiego mydła w dłoniach, od gorącego kubka herbaty, od widoku za oknem, od ostrych dziecięcych głosików. I biegły tam, gdzie twarz Emi nabierała realizmu. Tak często zaglądała w tę twarz, szukając potwierdzenia, a może nieścisłości. Czegoś, co pomogłoby się zorientować, co do p r a w d z i w y c h intencji tej dziewczyny.
- Wiem. Też Cię kocham. Jak to dobrze być z Tobą wreszcie tak blisko. - wyszeptała Mi w czarne, polarowe ramię.
- Teraz bardziej Ci się podobam? - zapytała Aga. Na końcu zdania uniosła zbyt wysoko głos, zdradzając, jak bardzo zależy jej na odpowiedzi. Serce Mi ścisnęło się znowu. Z żalu i wstydu. Przypomniała sobie, co mówiła, kiedy rzeczywistość okazała się przesądzona. No, bo fajnie jest marzyć, wyobrażać sobie ciało należące do upojnego głosu. Upojnego, bez przesady. "Mów do mnie jeszcze" prosiły Agatę kolejne kobiety jej życia. Aż przychodzi czas na przyjęcie do wiadomości, że ten głos przemawia z ciała, które jest już wynegocjowane z naturą. Co do milimetra.
Emi nie lubiła sztywnych zasad, warunków, praw. Lubiła się targować. Wymyślać własne. A tu ktoś dobił już targu: na kolor skóry, połysk włosów, odstępy między zębami. Liczba pieprzyków jest już zakontraktowana, tak, jak sporadycznie odwiedzający twarz domokrążcy - rysujący wykresy w kącikach ust i oczu. Zachęcali. Niczego nie sprzedali, więc odeszli. Aga przestała się uśmiechać, czekała na wyrok. Nic dodać, nic ująć. Twoja miłość wygląda tak.
- Jesteś najpiękniejsza na świecie. - Mi całą sobą czuła prawdę tego, co mówiła. Ale jak powołać na świadka samą siebie? Ciało zezna tylko pożądanie. "To tylko żądza" - Przypomniała sobie Emi. Tak często słyszała to kiedyś z najsłodszych ust. Pierwsza kobieta, którą kochała, lubiła obcinać motylom skrzydełka. "Czy motylom odrastają skrzydła?" zastanowiła się Mi. Nie wiadomo.
Teraz jest teraz. Całe szczęście Aga nie wysyłała gończych psów, nie dostarczała pozwu. Nie powoływała sądu mającego rozsądzić, kto mówi prawdę. "Najpiękniejsza na świecie" rosło i nabierało siły. Ulga. Usta Emi odnalazły ukochane usta z zamkniętymi oczami.
- Paliłaś.
- Paliłam. Ale niedużo. - Próba usprawiedliwienia. Wyczekująca mina Mi, taka: "co mi jeszcze powiesz?"
- Jejciu. Obiecałam Ci przecież. Do gwiazdki przestanę. - Agata wierciła się w miejscu. Naprawdę zależało jej na tym, żeby Mi się nie gniewała.
- No, ja nie wiem. Jak ty to zrobisz tak z dnia na dzień? - drążyła Emi. Nigdy wcześniej nie było mowy, żeby była z kimś, kto palił. Nie ona, która nigdy w życiu nawet się nie zaciągnęła. "To nic nie waży? To nie ma znaczenia? Przecież są jakieś priorytety" - przekonywała samą siebie Emi. I żeby wszystko było jasne, zaczęła na głos tłumaczyć:
- To tak, jakbyś truła specjalnie kogoś, kogo powinnaś chronić i kochać. A kiedy dodasz do tego to, że ja też tego kogoś kocham, to jak to możesz robić? Wyobraź sobie takiego małego króliczka w klatce, najlepiej różowego, bo słodszy, w takiej szklanej klatce, którego się zagazowuje. - Emi już widziała i króliczka, i Auschwitz Birkenau i od razu miała dość. To część jej natury-kiedy nikt nie widział, wzruszała się na kreskówkach. Jej oczy zwilgotniały i był to jeden z tych momentów, w których wyobraźnia uprowadzała zdrowy rozsądek. Nie chciała, żeby Agata zobaczyła to wszystko, więc tylko przytuliła się do niej mocniej. "Aga to dorosła kobieta, głupio tak się mazać przy niej. Skoro mówi, że przestanie, na pewno to zrobi". Pomyślała sobie. Ale nie wierzyła w ani jedno słowo.
Nie wierzyć tym, których się kocha. Tak mogłoby wyglądać motto Emi, gdyby nie to, że nie chciała sama przed sobą przyznać, jak bardzo jej czasem smutno. To byłby argument. Nie wierzyła wcale Agacie, równało się - kochała ją.
- No, wiem....obiecałam Ci przecież. Skończę z tym. - Agata próbowała jakoś odsunąć TEN temat, odłożyć na bok. Sama nie wiedziała "jak ma to zrobić", nie była pewna, że jej się uda. Paliła od piętnastu lat. Teraz od tego wiele miało zależeć. Od niepalenia oczywiście.
Stały nadal w korytarzu. Emi żałowała, że się odezwała. Magia chwili gdzieś się ulotniła, a ona chciała teraz tylko czułości. Zastanawiała się, jak wrócić do fizyki miłości, do jej małych grawitonów.
- Nie powiesz mi chyba, że usiądziemy teraz i będziemy rozmawiać. Naprawdę chcesz tylko gadać? - zapytała przekornie Emi.
- To zależy od Ciebie. Może jesteś głodna? Zrobię Ci herbaty. Nie chcę, żebyś się rozchorowała. Zmarzłaś przecież. - Aga podjęła grę i uśmiechała się zalotnie.
- To mnie rozgrzej. Nigdzie nie chodź, potem zrobimy herbatę i kanapki i wszystko, na co będziemy miały ochotę. Teraz bądź tu ze mną. Blisko mnie. - poprosiła Emi. Powoli traciła ochotę na flirt. Zrobiła się poważna. Włożyła ręce pod bluzę Agi i dotknęła koszuli na plecach. Aga szarpnęła się. Tak, jakby ją to zabolało. Chwyciła przedramiona Emi. Sama nie wiedziała, czy robi to po to, żeby ją od siebie odsunąć, czy przyciągnąć bliżej
- Nie mam Cię dotykać? - zapytała Mi.
- Nie... dotykaj. - odpowiedziała Aga tonem, w którym nie było jeszcze zgody.
Mi wyczuła to i jak zwykle postanowiła dać trochę czasu. Topnienie lodów, oswajanie się po długiej rozłące zawsze przypominało ten sam taniec. Mi prowadziła, Aga zwalniała tempo. Stały obie jakby niezdecydowane. Emi miała ochotę pociągnąć Agatę do sąsiedniego pokoju, ułożyć ją na łóżku i okryć sobą. Aga chciała tego samego. Zwlekała jednak. Nie zastanawiała się, czy to wszystko dla Emi znaczy miłość, czy tylko zwykłe zaspokojenie.
Nie o to chodziło. Wiedziała dobrze, że nawet, jeśli to tylko seks, ulegnie w końcu, otworzy się, nie znajdzie siły, żeby walczyć o swoją skórę. Bo i po co? Należała do tej okruszyny, która teraz spokojnie wpatrywała się w jej oczy. Zwlekała nie po to, żeby odmówić, jeśli wyczuje płytkie zainteresowanie. Ale żeby te pierwsze pocałunki, pieszczoty, nie rozrywały jej serca aż tak, żeby nie doprowadzały do płaczu, nie kaleczyły jej duszy ogłupiałej z tęsknoty. Aga kochała tę małą jak jeszcze nigdy nikogo, tak, że nawet nie bardzo chciała wzajemności. To znaczy chciała, ale nie dlatego, żeby usprawiedliwić, wytłumaczyć przed sobą swoje oddanie. Nie potrzebowała pewności, że to wszystko znaczy miłość, kiedy dotykała Emi i kiedy oddawała się jej pocałunkom. Pytała o to czasem, chociaż dobrze wiedziała, że jakakolwiek odpowiedź niczego by nie zmieniła. Sekundy odmierzały gęsty czas, napięte mięśnie Agi stopniowo rozluźniały się. Cały świat powoli kurczył się do dwóch oddechów.
Pierwszy ruch należał do Emi. Płynnie oswobodziła się z przytrzymujących ją rąk. Chwyciła Agatę za bluzę i lekko pociągnęła za sobą. Znalazły się w słabo oświetlonym pokoju. Pomiędzy fotelem i łóżkiem nie było wiele miejsca.
- Co robisz?..- usłyszała niepewny głos Agi. Zamiast odpowiedzieć popchnęła ją na łóżko. Przyklęknęła obok, pochyliła się i pocałowała ciepłe, miękkie, tic-tacowe usta. Jedną ręką chwyciła suwak bluzy i pociągnęła go w dół. W całym ciele czuła pośpiech. Dlatego powoli, bardzo powoli powiodła palcami po miękkich wypukłościach zamkniętych jeszcze pod koszulą. Aga wyprężyła się, prawie jęknęła. Mi dotykała jej piersi. Dużych, wiedziała to, perłowo-białych. Delikatne, jasnoróżowe sutki nie bardzo lubiły pieszczoty. Zazwyczaj. Teraz jednak to Emi delektowała się ich kobiecością. To wszystko zmieniało.
Aga nigdy nie nosiła wydekoltowanych bluzek, ani sukienek. Nie eksponowała ciała, raczej ukrywała to, że jest kobietą. Chodziła zamaszyście, jej gesty, słownictwo, a nawet ubrania, jak sama mówiła, pasowałyby raczej do młodego chłopaka. Nigdy nie nosiła stanika. Była kilka lat starsza od Emi, ale jej ciało było młode i oszałamiająco kobiece. Gładkie, silne, krągłe i napięte.
Emi głaskała szyję Agaty. Jej ręce schodziły coraz bardziej w dół, rozpięła jeden, potem następny guzik koszuli. Wsunęła palce pod koszulkę. Sięgała głębiej. Zmarszczone gęsią skórką ramię. Pachę porastały króciutkie, ostre igiełki. Wsunęła kolano pomiędzy uda Agi, nacisnęła biodrem gorące wyniesienie spodni. Powoli rozpięła koszulę do końca i rozchyliła ją. Usta Agaty zawstydzone, chłodne, znalazły policzek Emi. Dotarły do jej warg i poprosiły o czułość. Emi najpierw zdjęła jej okulary. Pocałunek, delikatny i silny zarazem. Taki, który łączy nie ciała, ale serca. Język Mi głaskał zęby, podniebienie, wślizgiwał się coraz dalej, wracał. Jej usta ssały usta kochanki, ręce pomogły wyswobodzić się z koszuli. Aga sięgnęła do tyłu i jednym gestem, przez głowę, ściągnęła koszulkę. Emi uwielbiała ten gest. Ćwiczyła go nawet, ale jej zawsze ściągacz zahaczał się o uszy.
Aga bez niczego na sobie od pasa w górę. Głodne oczy Emi pieściły ją wzrokiem. Teraz rozpinała guziki jej spodni. Nie chciały puścić od razu. W końcu ściągnęła je. Rzuciła tylko okiem, potem objęła Agę i przytuliła mocno. Trochę dlatego, żeby nie zmarzła, a trochę po to, żeby nie czuła się taka naga. Marzyła, żeby móc podziwiać jej ciało w pełnym świetle, ale wiedziała, jak bardzo by ją to krępowało. Dlatego sama też zdjęła sweter, dżinsy, rajstopy i skarpety. Została w staniku i malutkich majtkach. Chciała, żeby to Aga zdjęła je z niej.
Szybko wśliznęły się pod koc i przywarły do siebie. Aga dotknęła twarzy Emi, pogłaskała ją po włosach, wplotła w nie palce i lekko pociągnęła. Wiedziała, że sprawia jej to przyjemność. Teraz ona prowadziła. Sięgnęła i rozpięła jej stanik, zaczęła całować szyję, zagłębienie obojczyka. Zsunęła materiał niżej i drobnymi pocałunkami zatoczyła okrąg wokół piersi. Podniosła odrobinę głowę i patrząc prosto w oczy Mi, czubkiem języka połaskotała malutki, twardy, ciemnoróżowy wierzchołek. W jej ruchach była pewność, obezwładniająca i zupełnie niewinna. Oparła się na prawym łokciu, lewą ręką sięgnęła majteczek Emi i zdjęła je do połowy. Jej palce rozpoczęły wędrówkę w górę. Na moment położyła rękę na brzuchu Mi nisko, prawie na granicy jasnobrązowej szczecinki. Emi podniosła nieco biodra, łaknęła już dotyku pomiędzy udami. Czuła jakby bezwład, mokry i śliski, który tętnił bólem głęboko w środku. Nie prosiła o miłość. Nie na głos. Całe jej ciało żebrało, modliło się o każdą minutę, każdą sekundę bliskości. Aga opuściła dłoń niżej, delikatnie rozgarnęła włoski i dotknęła miękkiego, lekko wyrastającego ponad dwie wypukłości maleństwa. Naciskając i masując sięgnęła jeszcze niżej, rozprowadzając po całej łechtaczce wilgoć. Podniosła do ust palec i oblizała go.
- Jesteś taka słodka...-z błyskiem w oku wyszeptała ocierając się ustami o policzek Emi. Podniosła się i powoli przeniosła ciężar ciała nad Emi. Położyła się na niej nieco niżej tak, żeby móc sięgnąć piersi. Całowała je lekko gryząc. Bawiła się maleńkimi ziarenkami zbierającymi się na obrzeżu brodawki. Emi wyciągnęła ręce do góry i oddychała coraz głębiej. Chwyciła brzeg łóżka u wezgłowia i przytrzymywała się go. Ciężar Agaty sprawiał jej niewymowną przyjemność. Pocałunki, ugryzienia, dotknięcia zbierały się w narastające skurcze. Uda Mi wynegocjowały z udami kochanki dogodne warunki rozejmu. Rozchyliły się i wpuściły między siebie Agę. A ona rysując ornament pocałunków na ciele schodziła coraz niżej i niżej. Wreszcie wsunęła pod nie ręce i podnosząc ułożyła sobie na ramionach. Emi ugięła nogi w kolanach i podała najdelikatniejszy kawałek siebie. Była nieprzytomnie spragniona i zupełnie otwarta.

- Dlaczego mnie kochasz?
- Nie mam bladego pojęcia - Powiedziała Aga.

Pamiętasz, Kochana, tamte wieczory, rozmowy, marzenia? Dla Ciebie to wszystko nadal istnieje we mnie. Do zobaczenia.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019