Zadżumione

Majka
Angelice - Warszawa, listopad 1992


"Potępiają to, czego nie mogą pojąć"
Kwintylian

Istnieją namiętności, których nie da się pokonać.

1.

Dzień zaczął się, jak zwykle, czekaniem na autobus i nic nie wskazywało na to, że cokolwiek zmieni jego szarość. Siąpił przenikliwy deszczyk, a ja będąc w stanie niedobudzenia, pognałam przemarzniętym truchcikiem na przystanek. Chwilę potem podjechał obrzydliwie brudny i zatłoczony autobus. Wsiadłam, bo co było robić? Przez chwilę stałam, nie trzymając się niczego, bowiem ludzie stanowili zbity tłum i przy każdym zakręcie przechylali się rytmem zgodnym.
Zastanawiałam się, zupełnie bezsensownie, nad tym, dlaczego nie robią autobusów z gumy. Przecież byłoby to o wiele bardziej ekonomiczne - więcej ludzi by się zmieściło...
Właśnie wyobrażałam sobie kształt takiego autobusu wypchanego po brzegi ludźmi, gdy nagle wsiadła kobieta nieprzeciętnej urody, figury... i w ogóle cała nieprzeciętna!
Początkowo całkowicie mnie zatkało, po chwili więc dopiero zauważyłam, że zbliża się do niej, a raczej przepycha jakaś znajoma o tyle charakterystyczna, o ile to w ogóle możliwe: złamany nos, grube okulary, małe, złośliwe oczka i grube usta, wydęte, usmarowane różową szminką. Do tego bordo kapelusik a la lata dwudzieste i coś wściekle różowego pomiędzy kurtką a płaszczem. Spod tego różu zaś wystawały okropnie krzywe i tłuste nogi w rozklapanych brązowych mokasynach.
Przeciwieństwo tych dwu kobiet było tak rażące, że zaczęłam się im przyglądać z zainteresowaniem.
- Dzień dobry, Alicja! - ozwała się basem owa charakterystyczna baba, łapiąc Nieprzeciętną za ramię.
W tym momencie moim oczom ukazała się żylasta łapa owej klabzdry i długie, nieopiłowane pazury, pokryte częściowo odpryskującym lakierem, równie różowym, co ona sama.
Nieprzeciętna dostojnie odwróciła głowę i rzuciła okiem na wdzięczącą się do niej Różowość.
- Dzień dobry. - odpowiedziała w przestrzeń.
Różowa jednak nie zrezygnowała z rozmowy i nachalnie zaczęła się dopytywać "co słychać?", "jak leci?" i "co tam w pracy?". Nieprzeciętna odpowiadała zdawkowo, wyraźnie zamyślona nad czymś innym. W końcu Jej Różowość wydała z siebie głuche stęknięcie, dała swemu sąsiadowi parę kuksańców łokciem i wysiadła. Nieprzeciętna zaś została, z przyjemnością więc zaczęłam się jej przyglądać, ta zaś czy zdziwiona, czy zdenerwowana moim zainteresowaniem, odezwała się do mnie:
- Coś się stało?
- Ach, nie... -speszyłam się. - Ja tak tylko się tej broszce przyglądam...
- A, tej? - ucieszyła się Nieprzeciętna. - To miedź, choć wygląda jak złoto. - dodała po chwili, przyjrzawszy mi się uważnie i tak jakoś... przenikliwie.
Odniosłam nieprzyjemne wrażenie, że prześwietla moją duszę. Z drugiej jednak strony coś mnie w niej intrygowało.
- Przywiozłam ją parę lat temu z Niemiec. - ciągnęła Nieprzeciętna. - Dałam za nią grosze, teraz jest jeszcze mniej warta, ale ją noszę, bo mi się podoba.
Zdziwiła mnie ta nagła rozmowność Nieprzeciętnej, więc ostrożnie zapytałam:
- A ta pani w różowym? Przepraszam za ciekawość, ale odniosłam wrażenie, że jej pani nie lubi...
Piękność zamrugała oczami tak, jakby strzepywała z nich niewidzialny pyłek.
- A... Krystyna... Nie... To znaczy tak, nie lubię jej. Wnioskuję stąd, że nas pani obserwowała od dłuższej chwili?
- Jesteście panie tak charakterystyczne...
- A, tak. Krystyna jest różowa, ale ja?
- Pani jest jej przeciwieństwem. Trudno nie zauważyć takiego kontrastu!
- Dziękuję.
Tymczasem autobus zatrzymał się na moim przystanku i musiałam wysiąść. Pożegnałam się z Nieprzeciętną i potruchtałam przez park w kierunku szkoły. Im bliżej byłam tego ohydnego budynku, tym wolniej szłam, dochodząc powoli do wniosku, że wolę zamarznąć niż wreszcie tam dotrzeć, ale...
Dzień był niesamowicie długi i nudny, jak zresztą każdy spędzony w szkole, zabijałam więc nudę standardowo, bazgroląc w brudnopisie jakieś portrety.
Siedziałam na ostatniej lekcji i bohomaziłam gębę jakiejś kobiety, gdy nagle zorientowałam się, że ta twarz przypomina Nieprzeciętną. Gdyby tak jej tylko przyciemnić włosy i upiąć w kok... Z zapałem zabrałam się do przerabiania rysunku.
- Kulczycka... - usłyszałam nad sobą głos nauczycielki i ścierpłam. - To nie lekcja plastyki tylko literatury!
Machinalnie wsunęłam rysunek pod zeszyt i niewinnym wzrokiem popatrzyłam na rzygliwie różowiutką papę pani profesor. Papa owa była jedyna w swoim rodzaju. Pociągła, zezowata, wciśnięta w czaszkę i nieprzyzwoicie okrutna.
- Rany boskie... - pomyślałam sobie - Że też takie maszkary się rodzą...
Na brzydotę polonistki zapewne nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie Nieprzeciętna dziś rano.
- Oddaj mi to! - powiedziała profesorka, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Co? - spytałam bezmyślnie.
- Nie wiesz, o czym mówię?! Oddaj mi tę kartkę!
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że chodzi jej o ten portret. Portret Nieprzeciętnej...
W jednej chwili dojrzała we mnie decyzja i stwardniała na granit.
- Nie. - powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Polonistkę zamurowało, bowiem jeszcze nie zdarzyło się w tej szkole, by którykolwiek z uczniów ośmielił się jej sprzeciwić.
- A to co znowu?! - wypaliła w końcu - Ja nie toleruję sprzeciwu! Nie toleruję takich świętych krów, co siedzą i nic nie robią na lekcji!!! Oddaj mi to!
- Nie. - odparłam ze stoickim spokojem.
No i wybuchło. Lekcja się skończyła, a potok kalumnii pod moim adresem w wykonaniu pani Rolke trwał i trwał. W jednej chwili stałam się gówniarzem, marginesem społecznym, gnidą, itede, itede, a na koniec idiotą absolutnym oraz debilem skończonym. I co w ogóle ja robię w liceum?!
Wylądowałam koniec końcem na dywaniku u pani dyrektor Dzyndzelak, która zgodnie ze swym nazwiskiem potrząsała dzyndzelkami swojej chusty i wytrząsała z siebie kolejne przykre epitety pod moim adresem. Widząc jednak, że nie zrobiło to na mnie wrażenia, zakończyła monolog. Wyszłam od niej ze zniżoną oceną ze sprawowania, czym się specjalnie nie przejęłam. Wzięłam plecak i po prostu wyszłam, dumna z tego, że obroniłam... Co ja właściwie takiego obroniłam? Świstek z niedokończonym portretem Nieprzeciętnej...
W połowie drogi na przystanek mało mnie szlag nie trafił. Co mnie właściwie obchodzi Nieprzeciętna? Pewnie już nigdy jej nie spotkam!
Zła na siebie, mogłam się jedynie cieszyć z faktu, że jako pierwsza potrafiłam się sprzeciwić pani Rolke.
Przestałam się zastanawiać nad nieprzeciętnej urody nieznajomą i postanowiłam usiąść na jakiejś ławce, aby ochłonąć i zjeść kanapkę. W tym celu zamiast iść prosto, w kierunku przystanku, skręciłam w lewo i oniemiałam. Tuż przede mną na ławeczce, z wielka gracją siedziała Nieprzeciętna i najzwyczajniej w świecie czytała gazetę. Kobieta ta znów przykuła mój wzrok, szybko jednak otrząsnęłam się z chwilowego zauroczenia, robiąc gwałtowny zwrot w tył, po czym popędziłam na przystanek. Byle się tylko uwolnić spod tego czegoś, co rozsiewała wokół siebie ta kobieta. Uwolnić się i zapomnieć.
W domu jednakże nie mogłam się na niczym skupić. Za co się nie zabrałam, przypominała mi się awantura o Nieprzeciętną. Ciągle nie mogłam zrozumieć, czemu się tak głupio uparłam, że nie oddam tej kartki. I jeszcze ta twarz...
Ta twarz, która tak przykuwała mój wzrok...

2.

Następnego dnia była na szczęście sobota. Weekend przesiedziałam w domu, w nadziei, że ochłonę i Nieprzeciętna zupełnie wywietrzeje mi z głowy. Tak też się stało.
W poniedziałek, jak zwykle, rano popędziłam do autobusu, ale nie dane mi było w spokoju dojechać do szkoły, bowiem na którymś z przystanków wsiadła Nieprzeciętna i... poznała mnie!!!
- Dzień dobry! - powitała mnie z uśmiechem.
Usiadłyśmy koło siebie i rozpoczęłyśmy rozmowę.
- Dlaczego uciekła pani w piątek? - spytała Nieprzeciętna.
Zaskoczyła mnie tym pytaniem.
- Szła pani w moim kierunku, odwróciła się i uciekła. Chciałam nawet się odezwać, ale już pani nie było.
- Ach tak?... - udałam, że się zastanawiam. - Tak, ja bardzo panią przepraszam, ale nagle sobie coś przypomniałam.
- Rozumiem.
Zapanowała krótka chwila milczenia.
- Zejdźmy może z tego oficjalnego tonu. - powiedziała Nieprzeciętna. - Jestem Alicja Piórkowska.
- Aleksandra Kulczycka. - odparłam.
- Bardzo mi miło. Może spotkałybyśmy się po południu? O której kończysz?
- O drugiej. Możemy się spotkać w parku. Ja mam kilka minut ze szkoły. Możemy się umówić na przykład o wpół do trzeciej.
- Pasuje. Wyjdę też o drugiej. Wprawdzie mam trochę dalej niż ty, ale postaram się zdążyć. To co? Przy pałacyku?
- Ok. A propos, gdzie pracujesz?
- Jestem stomatologiem i pracuję w klinice na Pięknej. A ty gdzie się uczysz?
- Powiedzmy, że się uczę... Robię maturę w tym roku w Sobieskim, o, rany! Muszę wysiadać! Do zobaczenia! - i to mówiąc, wyprysnęłam z autobusu.

* * *
Po południu, nie wiedzieć czemu, nie mogłam się doczekać spotkania. Przybiegłam, wręcz przyfrunęłam pod zegar słoneczny, klapnęłam na ławce przy stawie i siedząc jak na szpilkach, karmiłam kaczki resztką szkolnego śniadania. Po kilkuset latach świetlnych wreszcie pojawiła się Nieprzeciętna.
- Cześć! - powitała mnie z uśmiechem, siadając obok.
- Obniżyli mi ocenę ze sprawowania przez ciebie. - powiedziałam zamiast się przywitać.
- Co? Dlaczego? - zdziwiła się Alicja, zapalając papierosa.
- Narysowałam na lekcji twój portret, a Zezka się wściekła, że nie uważam. Chciała mi go zabrać, a ja się uparłam, że nie oddam, więc wylądowałam u Dze-Dze, to znaczy u dyrektorki, a ta obniżyła mi ocenę ze sprawowania za sprzeciwianie się Zezce.
Alicja roześmiała się.
- Co to jest: zezka i to drugie: tse-tse, czy jakoś tak?
- Zezka - wyjaśniłam - to pani Zuzanna Rolke, moja zezowata polonistka, a Dze-Dze to Dzidka Dzyndzelak.
- A, rozumiem... - rzekła Nieprzeciętna, nie kryjąc rozbawienia. - Dużo macie jeszcze takich kwiatków?
- Jeszcze jest Chorcio od matmy, bo dużo choruje, Dratewka od historii, bo nazywa się Szewczyk, Cum-Cerva od Łaciny, bo to po łacinie i Sadło od wuefu.
- A dlaczego: Sadło?
- Nasza pani od wuefu jest po prostu jednym wielkim sadłem. Nic nie poradzę na to, że jest dla swojego przedmiotu antyreklamą.
- A mnie nazywają Plomba.
- Też ładnie.
Nastąpiła krótka chwila milczenia, w czasie której wyjęłam ostatnią, nie zjedzoną jeszcze przez kaczki kanapkę.
- Czy mogę zadać ci niedyskretne pytanie? - spytała Alicja
- Jeżeli nie bardzo niedyskretne, to możesz. - odparłam, żując
- Masz chłopaka?
- Grhhh? - zdziwiłam się, udając, że się krztuszę. - Nie.
- A dziewczynę?
- Grhhh???! - tym razem zakrztusiłam się naprawdę.
- Skoro nie masz chłopaka, to może masz dziewczynę.
- A to takie oczywiste? Naturalne?
- Przepraszam, tak tylko pytam. Czasami to jest naturalne... - Alicja zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą.
Patrzyłam przez chwilę ze zdziwieniem na jej piękną twarz i chyba zrozumiałam.
Po krótkiej chwili milczenia odezwałam się:
- Nie, nie miałam jeszcze dziewczyny, a co do chłopaka... to właściwie nie był nawet chłopak w sensie jakiegoś związku, tylko... jedna wspólna noc, przygoda.
- Aha. - powiedziała Alicja i znów się zapatrzyła przed siebie.
Wyciągnęłam z kieszeni papierosy.
- Masz zapalniczkę? - zapytałam Alicję, a ponieważ ta nadal trwała w zamyśleniu, wyjęłam z kieszeni zapałki i zapaliłam - Ciekawe... - pomyślałam przyglądając się swojemu papierosowi. - Dlaczego o to spytałaś? - odezwałam się do Alicji, lecz ona znów pominęła milczeniem moje pytanie. - Alicja, o co chodzi?
- Ach, nie... Nic. - udała, że ocknęła się z zamyślenia dopiero teraz. - Co mówiłaś?
Dobrze wiedziałam, że słyszała każde moje słowo, mimo to powtórzyłam.
- Zaciekawiłam się, dlaczego mnie spytałaś o chłopaka.
- Z ciekawości, ponieważ ja w twoim wieku przeżywałam rozterki natury trochę egzystencjalnej, a trochę "orientacyjnej".
- Czym wywołane? To znaczy, chodzi mi o przyczyny twoich wahań.
- To długa historia... Może ci kiedyś opowiem.
- Tajemnica?
- Nie, teraz już nie jest tajemnicą, chociaż kiedyś była. Wiesz... Człowiek czasami boi się do czegoś przyznać przez szereg lat, a potem nagle mu się staje to zupełnie obojętne.
- Więc może jednak?
- Nie umiałam się określić. To znaczy, chodzi mi o orientację seksualną. Po prostu za bardzo interesowałam się kobietami.
- I?
- W końcu sprawa się rozwiązała.
- Pozytywnie?
- To zależy co uznać za pozytywne rozwiązanie...
- Ojej! Musisz być taka tajemnicza?
- Po prostu nie znam twojej opinii.
- Ja podziwiam ludzi "innych". W pewnym sensie nawet im zazdroszczę oryginalności. Przeciętność jest bezpieczna, ale... Właściwie po co ci moja opinia?
- Jestem lesbijką.
- I obawiasz się czegoś z mojej strony? Czy tak ogólnie?
- A dlaczego mam się obawiać na przykład opinii ogółu? A co mnie ona obchodzi? Mam prawo żyć jak mi się podoba. Nikomu tym krzywdy nie robię.
- A kiedyś? Kiedyś też się nie bałaś?
- Tak, kiedyś się bałam. Byłam zbyt słaba, żeby o tym mówić i zbyt pewna tego, żeby to przemilczeć. Z perspektywy czasu patrząc, to taki drobny dylemat, ale wtedy to był mój największy problem
- Przecież najpierw jest człowiek, a dopiero potem jego preferencje seksualne! Ale wiesz, co? Uważam, że powinno się ludzi zawsze stawiać przed faktem. Przynajmniej można się zorientować się, kto jest przyjacielem, a kto wilkiem w owczej skórze.
- No widzisz, czyli miałam rację, że ci zaufałam.
- Ale przecież znasz mnie tak krótko...
- Młodzi ludzie są o wiele bardziej tolerancyjni niż starsi. Czy myślisz, że powiedziałabym ci o tym tak łatwo, gdybyś miała trzydzieści sześć lat, jak ja?
- Nie wiem, ale wiesz... ja też mam wrażenie jakbym znała cię od lat. I z całą pewnością mogę stwierdzić, że jesteś wyjątkowa.
- Pochlebiasz mi, ale chyba przesadzasz.
- Zawsze masz prawo uznać, ze mam spaczony gust, ale uważam, że jesteś nieprzeciętna.
- Bo ja wiem...
Po tych słowach zapadło milczenie.

3.

Ciekawe... Właściwie po co ona mówi mi o tym wszystkim? Czyżby nie miała się komu zwierzyć?
Ach... no tak... Pewnie nie ma przyjaciółki. Dziewczyny, jak sądzę też nie, bo gdyby miała, byłaby nią zbyt zajęta i nie poświęcałaby mi tyle czasu. A więc jest wolna. Tylko co z tego?
A to, że nie ma z kim pogadać.
Byłam ciekawa jaka jest TA miłość.
Musi być chyba czymś więcej niż miłość "heteroseksualna", przy której głównie wchodzi w grę instynkt zachowania gatunku i wypacza mocno sferę duchową, chociaż... kobiety są w ogóle bardziej "duchowe". To mężczyźni raczej dążą do prokreacji...
Jednakowoż miłość pomiędzy osobami tej samej płci siłą rzeczy musi być bardziej duchowa, "psychiczna", świadcząca bardziej o akceptacji drugiej istoty niż o pragnieniu przekazania światy własnych genów... Umiejętność kochania, wyrozumiałość, poświęcenie, a nie żadne tam "zboczenie", jak zwykli szufladkować ludzie nietolerancyjni.
Dzień spędziłam właściwie na rozmyślaniu. Alicja stała się nagle centrum mojego zainteresowania, była bowiem dla mnie kimś ze wszech miar nieprzeciętnym, ciekawym... Narodziło się we mnie cos w rodzaju fascynacji. Nie, Alicja nie stała się dla mnie żadnym wzorem do naśladowania, Była raczej... niesamowicie interesującą książką, którą ma się ochotę przeczytać w jedno popołudnie.
Gdybym zdawała sobie sprawę, dokąd zaprowadzi mnie ta ciekawość...
Nie wiemy przecież tego, co siedzi w ludziach i tego, co jest w nich prawdziwe. Nie znamy nawet własnych pragnień, pobudek, możliwości, skłonności czy wymagań. Jedyne, co w pełni jest nasze i prawdziwe, to co mamy, nierzadko nie zdając sobie z tego sprawy, to jest właśnie miłość i pragnienie, by ona przetrwała. Zdarza się, że zagłuszamy ją innymi sprawami, wręcz tłumimy i w ten sposób stajemy się niewolnikami samych siebie. Często również zagłuszamy w sobie nasze najszczersze pragnienia, bojąc się ich konfrontacji z rzeczywistością. Nie chcemy być wyśmiani w brutalny sposób, więc chowamy się i budujemy wokół siebie skorupkę z "normalności".
Alicja zafascynowała mnie dlatego, że nie miała tej skorupki. Była po prostu Alicją, a nie skorupką Alicji. Koniec końcem doszłam do wniosku, że trzeba być sobą, chociaż nie jest to wcale takie proste.
Odczułam natychmiastowa potrzebę zobaczenia się z Alicją, nie wiedziałam jednak, jak się z nią skontaktować, w rezultacie więc wylądowałam w klinice stomatologicznej na Pięknej.
- Przepraszam, gdzie przyjmuje pani doktor Piórkowska? - zapytałam grzecznie w rejestracji.
Rudy babon z okienka odparł, że w pokoju 37 i zapytał o numer mojej karty. Odpowiedziałam, że nie mam karty i, że chciałam wyrobić. Nie było z tym problemu. Pięć minut później wędrowałam ze swoją kartą do Ali. W klinice była kolejka, więc musiałam chwilę poczekać, w końcu jednak nadeszła moja kolej. Zapukałam i usłyszawszy "proszę", weszłam
- Cześć, Alicja! - powiedziałam
- O! A co ty tu robisz? Jak mnie znalazłaś?
- Wbrew pozorom, wcale to nie było takie trudne. A tak, prawdę mówiąc, to musiałam się z tobą zobaczyć.
- Taaaak? To właśnie mnie widzisz. A teraz siadaj na fotelu.
- No wiesz co?! - oburzyłam się. - Ja tu nie przyszłam na przegląd zębów!
- Nie szkodzi, ale ja muszę coś wpisać w twoja kartę. Siadaj i nie gadaj. Tam jest kolejka, ja obejrzę twoje zęby, a patrzeć na mnie możesz i z otwartą buzią.
- Nnno, dobra... Niech ci będzie...
Usiadłam na fotelu i otworzyłam usta.
- Całkiem masz ładne ząbki. - Stwierdziła Alicja - Ale tu masz dziurkę. Mam ci ją zaplombować od razu czy kiedy indziej?
- To już chyba lepiej od razu. Będę miała spokój i dłużej sobie na ciebie popatrzę...
- A tak w ogóle, czy coś się stało?
- Nie. Po prostu miałam ochotę się z tobą zobaczyć. A propos, musisz dać mi swój numer telefonu.
- Masz rację. Otwórz buzię! Dam ci klucze od mieszkania i adres, to pojedziesz i poczekasz na mnie. Jak będziesz chciała, to pooglądasz sobie jakieś filmy. Mam trochę kaset. Ja wrócę koło szesnastej, to pogadamy. Nie ruszaj głową!
Wrrrrrrrrrrrrrrrrrrr... !!!
* * * Gdy dotarłam pod wskazany adres, oczom moim ukazał się jednopiętrowy, żółty domek. Uchyliłam furtkę i znalazłam się w ogrodzie. Wąska alejka prowadziła wzdłuż budynku do ogrodu, gdzie na centralnym miejscu rosła strzelista sosna i skąd prowadziły schodki na taras. Wróciłam tą samą drogą, skręciłam w prawo i dotarłam do drzwi frontowych. Wyciągnęłam klucze, pogmerałam trochę w zamku i wreszcie znalazłam się w środku.
Wąski korytarzyk, kilka stopni - przedpokój. Przede mną otwarte drzwi do salonu, na prawo kuchnia, z której wygląda fotel stomatologiczny, na lewo zamknięte drzwi, a za nimi cos w rodzaju gabinetu, zaś po lewej, za mną, schody.
Postanowiłam zwiedzić górę. Weszłam i znalazłam się na niewielkim balkoniku. Na prawo łazienka, na wprost sypialnia, na lewo pokój gościnny.
Wybrałam sypialnię, skąd prowadziło wyjście na balkon i skąd rozpościerał się widok na ogród. Rozejrzałam się po balkonie i wróciłam do środka. Chwilę przyglądałam się ogromnemu łóżku Alicji, a następnie opuściłam pomieszczenie i udałam się na dół, do salonu. Tu pokręciłam się chwilę, rzuciłam bluzę na fotel, nastawiłam płytę, dotarłam do barku, wzięłam sobie piwo i ruszyłam na rekonesans ogrodu. Pospacerowałam między grządkami, obejrzałam wszystkie wystające tu i ówdzie, niespalone jesienią badyle, a na koniec ulokowałam się na tarasie, gdzie wylegując się na wiklinowym fotelu, zasłuchałam się w dobiegającą z wnętrza muzykę.
- A, tu jesteś! - usłyszałam nagle głos właścicielki posiadłości.
- Cześć! - odwróciłam się w kierunku wyjścia na taras.
- Zjesz coś?
- Mogę zjeść...
- Coś obiadowego?
- Może być. Mam ci dotrzymać towarzystwa w kuchni?
- Jak chcesz.
Udałyśmy się do kuchni, która kuchnią była tylko w połowie. W drugiej połowie stanowiła gabinet stomatologiczny.
- Dlaczego masz gabinet w domu, skoro pracujesz w klinice? - spytałam.
- Dorabiam sobie. A tak, prawdę mówiąc, to od przyszłego miesiąca zaczynam prywatną praktykę i przestaję pracować w klinice. Mam jednak nadzieję, że będziemy się widywać? - Jasne.
- A teraz chodź do salonu, podaję do stołu.
Usiadłyśmy przy stole i jadłyśmy w milczeniu. Przez cały ten czas przyglądałam się Alicji w skupieniu i coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że jest nieprzeciętnie piękna. Twarz pociągła, rysy wyraziste, ogromne, brązowe, pełne jakiejś dziwnej melancholii oczy w ciemnej oprawie, gęste, ciemne brwi, biegnące lekkim łukiem, prawie czarne włosy, bujne, naturalnie kręcone, okalające twarz mimo, że upięte w kok... Po prostu bóstwo.
Poza tym doszłam do wniosku, że darzę Alicję jakąś szczególną sympatią. Tłumaczyłam to sobie tym, że Alicja jest na tyle niezwykłą osobą, że nie można jej lubić zwyczajnie.
Zamyśliłam się tak bardzo, że Alicja musiała mną wstrząsnąć, żebym się ocknęła.
- Co się stało? Czemu mi się tak przyglądasz?
- Nic... Zamyśliłam się.
- Twoje oczy mówią zupełnie co innego.
- Bo moje oczy mówią, o czym myślę, albo co czuję, a nie, co widzę i jakie to na mnie wywiera wrażenie.
- Dobrze wiedzieć...
Roześmiałam się.
- Napijesz się czegoś? - spytała Alicja. - Herbaty, kawy... może czegoś mocniejszego?
- Chętnie napiję się piwa.
Usiadłyśmy na sofie. Alicja przysunęła stolik, postawiła na nim dwie szklanki i nalała piwa, następnie podała mi jedną z nich. Siedziałyśmy w milczeniu, sącząc napoje i przyglądając się sobie nawzajem. Wytworzyła się specyficzna atmosfera. Nie umiałam uchwycić jej znaczenia ani przesłania, dlatego tylko siedziałam i z bliska podziwiałam rysy twarzy Alicji.
- Wiesz, co? - odezwałam się w końcu. - Jesteś bardzo piękną kobietą.
Alicja uśmiechnęła się.
- Dziękuję. - odparła i przysunęła głowę bliżej mnie.
Odruchowo zamknęłam oczy i w tym samym momencie Alicja delikatnie wsunęła się pocałunkiem w moje usta.
W pierwszej chwili byłam zaskoczona. Potem zdziwiona, następnie zaszokowana, ale nie opierałam się. Pozwoliłam jej się całować. Co więcej, odwzajemniłam pocałunek.
Po chwili oderwałyśmy się od siebie z uczuciem zmieszania.
- Przepraszam. - powiedziała Alicja wbiwszy wzrok w swoją szklankę. - Zapomniałam się. Wybacz.
W pierwszym odruchu chciałam ją pocałować, ale zreflektowałam się. Złapałam papierosa i zapaliłam.
- Nic się nie stało. - powiedziałam tylko to, co zwykle mawia się w takich sytuacjach.
Od tego momentu zapanowała między nami dziwna konsternacja. Rozmowa wyraźnie się nam nie kleiła. Każda z nas co chwilę uciekała myślami gdzieś daleko. Krótko mówiąc, ów pocałunek wprowadził między nas pewien dysonans.
Dopiłam piwo, zgasiłam papierosa, wstałam i oświadczyłam, że muszę iść.
Alicja skinęła głową.
- Poczekaj, odwiozę cię.
- Nie trzeba. Pójdę na przystanek. - to mówiąc złapałam bluzę i torbę, pożegnałam się z Alicją i wyszłam.

4.

W ciągu kilku następnych dni musiałam ochłonąć, odpocząć i wszystko przemyśleć, a w tym czasie nie chciałam się widzieć z Alicją. Zmieniłam autobus, którym zawsze jeździłam do szkoły. I dobrze, bo parę razy po drodze widziałam ją, jak stała na przystanku. Potem dodatkowo jeszcze się przeziębiłam i tydzień siedziałam w domu, zatem czasu miałam dużo na przemyślenia.
Zresztą, nie było o czym myśleć. Roztrząsać wydarzenie ze spotkania z Alicją? Właściwie nic się nie stało. Chociaż, z drugiej strony wydarzyło się bardzo wiele.
Prawda była taka, że po prostu nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przecież coś takiego się zdarza. Jednak nie wiedziałam, jak się do tego ustosunkować. Postanowiłam zatem chwilowo schować głowę w piasek i nie widywać się z Alicją, dopóki jakieś sensowne rozwiązanie nie przyjdzie mi do głowy.
Kiedy wreszcie zjawiłam się w szkole, dowiedziałam się, że ktoś mnie szukał i od razu nabrałam podejrzeń, zaczepiłam więc zaraz kumpla z klasy.
- Patryk, co się tu działo? Podobno ktoś mnie szukał, jak byłam chora?
- No, owszem. - odparł Patryk. - Była tu taka jedna w piątek. Nawet się przedstawiła, ale nie pamiętam jak. Strasznie cię chciała znaleźć. Taka laska starsza od nas. Tak, ja wiem...? Trzydzieści coś. Co to za laska? Może mnie z nią poznasz?
Popatrzyłam na niego z dezaprobatą.
- Nie przypuszczam, żeby na ciebie poleciała. - powiedziałam i oddaliłam się.
Alicja stała się dla mnie wielką zagadką. Z jednej strony odczuwałam silną potrzebę zobaczenia się z nią, z drugiej zaś jakiś wewnętrzny głos mówił mi, żeby tego nie robić, żeby zaczekać. Na koniec postanowiłam nie pchać się za bardzo w sprawy Alicji, więc ze szkoły wróciłam prosto do domu. Mimo to jednak odczekałam, aż rodzice wyjdą i złapałam słuchawkę. Drżącą ręką wybrałam numer Alicji. Chwilę wsłuchiwałam się w sygnał, aż po drugiej stronie odezwała się właściwa osoba.
- Cześć. - powiedziałam słabo, dochodząc do wniosku, że skoro postanowiłam zadzwonić, wypadałoby się odezwać. - To ja, Olka.
- Ola! - ucieszyła się Alicja. - Jak dobrze, że dzwonisz! Szukałam cię w szkole, tak nagle znikłaś... Coś się stało?
- Nie, nic takiego. Przeziębiłam się.
- To pół biedy. A już myślałam, że coś gorszego. W każdym razie dobrze, że dzwonisz. Zapraszam cię na sobotę. Urządzam party od dwudziestej. To co? Przyjdziesz?
- Nie wiem jeszcze. Zobaczę. Jak mi nic nie wypadnie, pewnie przyjdę. - odparłam wymijająco. - A kto będzie?
- Różne moje znajome. Nie znasz, ale jak przyjdziesz, to poznasz. No, wiesz... moje towarzystwo.
- Między nami, kobietami?
- Zgadłaś. Takie luźne istoty. Przeważnie pary, ale nie przejmuj się nimi. Powiem, żeby cię zostawiły w spokoju, to nie będą się czepiać.
- Dobrze. W każdym razie dzięki za zaproszenie. Jak będę wolna, to wpadnę. - oświadczyłam, po czym pożegnawszy się, odłożyłam słuchawkę i opadłam na fotel.
I znów pojawił się dylemat: iść, czy nie iść.
Iść na pewno chciałam i to bardzo, chociażby dlatego, że intrygowała mnie Alicja i chciałam się o niej dowiedzieć jak najwięcej. Poza tym fascynowała mnie odmienność, więc sama możliwość spotkania i poznania większej grupy lesbijek była dla mnie szczególnie interesująca.
Z drugiej jednak strony trochę się obawiałam, że wydarzy się coś na tej imprezie, na co nie do końca będę miała ochotę i to właśnie chłodziło mój zapał.
Koniec końcem podjęłam decyzję, dochodząc do wniosku, ze jeżeli ma się coś wydarzyć, to i tak się wydarzy. Przeznaczenie jest przeznaczeniem, wiadomo, jak to jest z cegłą w drewnianym kościele. Cechująca mnie ciekawość świata dawała znać o sobie, uległam więc impulsowi postanowiwszy nie postępować wbrew samej sobie. Miałam bowiem do wyboru albo być w niezgodzie z sobą, albo z ogólnie przyjętymi zasadami postępowania, a ja wolałam to drugie.
Zdecydowałam się pójść do Alicji.

5.

Nad tym, w co się ubrać, nie myślałam zbyt długo. Wrzuciłam na siebie jakieś jeansy i koszule flanelową, przed lustrem też długo nie siedziałam. Tym razem niezbyt mi zależało na tym, aby wyglądać atrakcyjnie. Wyjątkowo nie miałam ochoty wyróżniać się w tym towarzystwie, wyróżnianie bowiem było jednoznaczne z tym, że będę zaczepiana, a na to nie miałam najmniejszej ochoty.
Koniec końcem zebrałam się w sobie i wyszłam.
Było dość ciepło i przyjemnie, mimo, że był już koniec października. Chmurki płynęły po niebie, a ja, nie wiedząc czemu, wlokłam się noga za nogą. Czy to pogoda nastrajała mnie spacerowo - refleksyjnie, czy też zatrzymywały mnie liczne obawy, jakie miałam z powodu imprezy, nie wiem. Wkrótce jednak dotarłam na przystanek. Wsiadłam do autobusu, zamyśliłam się i o mały figiel przegapiłabym, gdzie mam wysiąść. Wysiadłam jednak właściwie i szłam tak, jak szłam tu za pierwszym razem - przyglądając się domom i ogrodom. Dotarłam do znajomego budynku, zaskrzypiałam furtką i nacisnęłam dzwonek. Chwilę stałam, wsłuchując się w niewyraźne dźwięki muzyki dochodzące z wewnątrz, zaraz jednak szczęknęła zasuwa i w drzwiach ukazała się Alicja.
- Ola! - ucieszyła się i niemal rzuciła mi się na szyję. - Jak się cieszę, że jednak przyszłaś! Wejdź, proszę.
Nieco zaskoczona formą powitania weszłam do środka, zostawiłam torbę w korytarzu, po czym udałam się do salonu. Tu napotkałam spojrzenia większości gości. Tymczasem w salonie pojawiła się Alicja.
- To jest właśnie Ola. - zwróciła się do ogółu i z powrotem wyszła.
Uśmiechnęłam się do wszystkich z niejaką konsternacją, wyciągnęłam Camela i postanowiłam nawiązać jakiś kontakt, jednakowoż bowiem nie miałam zamiaru spędzić imprezy podpierając ściany.
- Przepraszam, czy ktoś ma może ogień?
- Ktoś ma. - odparła wysoka blondynka stojąca przy oknie. - Jestem Żaneta. - przedstawiła się, podchodząc do mnie.
Podałyśmy sobie dłonie, po czym Żaneta dała mi zapalniczkę. W milczeniu zapaliłam, oddałam jej zapalniczkę, uprzednio oczywiście podziękowawszy i przeniosłam się na taras.
Stałam chwilę samotnie, nie wiedząc za bardzo, co mam ze sobą zrobić i już miałam udać się na poszukiwania Alicji, kiedy na tarasie pojawiła się Żaneta i podeszła do mnie.
- Hej - powiedziała. - Skąd znasz Alicję?
- Z autobusu - odparłam zgodnie z prawdą i opowiedziałam jej całą historię z broszką, Jej Różowością i parkiem, po czym odbiłam piłeczkę: - A ty skąd ją znasz?
- Przez Iwonę. Iwona, to ta blondynka z krótkimi włosami, co sięga po butelkę - dodała wyjaśniająco, wskazując kogoś w głębi domu. Podążyłam za jej gestem.
- A długo się znacie?
- Ze trzy lata będzie. A Ty jak długo znasz Alicję i w ogóle to skąd jesteś? Możesz powiedzieć, ile masz lat?
- Mogę. Osiemnaście. Skąd jestem? Z Warszawy oczywiście, a znam Alę... - zastanowiłam się - jakieś kilka tygodni.
- Sypiasz z nią?
- Ja????! - zdziwiłam się. - No co ty?!
- Jeszcze z nią nie spałaś? - moja rozmówczyni zdumiała się paręset razy bardziej ode mnie.
- Ja nie jestem lesbijką. - powiedziałam.
- To będziesz. - oświadczyła Żaneta autorytatywnie. - Możesz mi oczywiście nie wierzyć, ale jeśli rzeczywiście nie chcesz się w to angażować, to radzę ci zerwać tą znajomość.
- Oj, tam! Chrzanisz! Zazdrosna jesteś czy co?! - nie udało mi się opanować oburzenia wywołanego dziwnym ukłuciem w sercu.
- Teraz już nie. - odparła spokojnie Żaneta. - Parę miesięcy temu, kiedy jeszcze z nią byłam, mogłam się awanturować, ale teraz... To już nie moja sprawa... Tylko potem nie mów, że cię nie ostrzegałam. Alicja jest tym typem kobiety, której inne kobiety nie są w stanie się oprzeć, bez względu na to czy są lesbijkami, czy nie. Alicja zdobywa, kogo chce, jak chce i kiedy chce. Robi to doskonale. Jest świetnym znawcą ludzi. Wiele się od niej nauczyłam i nadal się uczę. Choć jestem od niej starsza, ona jest dla mnie pewnego rodzaju autorytetem. A zresztą spytaj, którą chcesz. - Żaneta znów skierowała rękę w stronę domu. - Każda z nich ci powie, że Alicja jest jedyna w swoim rodzaju. Fascynująca, mądra, zmysłowa i piękna. Wie, jak postępować z ludźmi i wie, jak tę wiedzę wykorzystać. Jeśli chcesz się przed nią bronić, musisz ciągle się pilnować, bo każdą chwilę twojej nieuwagi ona w mig wykorzysta. Ja się też kiedyś broniłam, ale w końcu zabrakło mi siły. Wzięła mnie wtedy w ogrodzie, o tam - Żaneta wskazała jakieś zarośla z wyraźną mgiełką w oku. - Tam, gdzie rosną maliny, widzisz?
Przytaknęłam kiwając głową.
- Wiedziała, że lubię egzotyczne miejsca. Nie potrafiłam jej odmówić. Nie jej... A swoją drogą, ciekawa jestem, czy ona kiedyś trafi na kogoś szczególnego, kogoś, komu to ona nie będzie umiała się oprzeć.
- Pewnie chcesz, żebym zaprzeczyła?
- Skąd wiedziałaś?
- Też się trochę znam na ludziach i też umiem to wykorzystać. To nie jest takie trudne. Trzeba po prostu umieć myśleć.
- O, nie... - jęknęła Żaneta - Tylko nie druga Alicja!
- Dlaczego?! - wstąpiła we mnie charakterystyczna przekora. - Boisz się, że cię wezmę w malinach?
- No wiesz?!
- No co? Ty podobno lubisz egzotyczne miejsca... - rzuciłam ze złośliwym chochlikiem w oczach.
Efekt był taki, jakiego się spodziewałam. Żaneta wymiękła. Popatrzyłam na nią z dezaprobatą i z miną Wilhelma Zdobywcy udałam się do salonu.
W sumie, wieczór był sympatyczny. Dowiedziałam się wiele na temat Alicji. Okazało się, że jest nieprzeciętna we wszystkim. Żaneta miała rację. Kogo nie spytałam, słyszałam, że Alicja jest kobietą, której nie sposób się oprzeć. Wyciągnęłam z tego wniosek, że Alicja cieszy się ogromnym autorytetem i szacunkiem wśród swoich znajomych i wielbicielek. Jest kimś w rodzaju ogniwa łączącego kilka łańcuchów, kimś, kto trzyma w dłoni wszystkie sznurki, kimś na piedestale.
- A... już rozumiem. - pomyślałam. - Zastawiłaś na mnie sidła... Ale jeśli ktoś tu w czyjeś sidła ma wpaść, to ty w moje, a nie odwrotnie. Skoro mój los i tak już przesądzony...
Lubiłam różnego rodzaju wyzwania, ale to było szczególne.
Jeśli uda się jej zawrócić mi w głowie, to nie dam tego po sobie poznać. Muszę być wreszcie tą, której Alicja nie będzie umiała powiedzieć "nie".
Ale... na razie to przecież tylko przypuszczenia...
Alicja bardziej stała się dla mnie zagadką niż czymś poważniejszym.
- Zresztą - myślałam - i tak nie uda mi się uciec przeznaczeniu. Jeżeli więc mam mieć piątkę dzieci i zrzędzącego męża, to będę miała i żadna Alicja nie będzie w stanie tego zmienić.
W każdym razie postanowiłam zbadać sytuację. Bo jeśli prawdą jest to, o czym mówiła Żaneta, to ani się obejrzę, a znajdę się w objęciach Alicji, czy tego chcę, czy nie. A czy chcę?
Nie... Jeżeli już, to chcę, żeby to ona znalazła się w moich objęciach, a nie odwrotnie. Nie lubię przegrywać i nie znoszę czyjejś dominacji. Na przykład wolę myśleć, że to ja zatrzasnęłam za sobą drzwi niż, że ktoś je za mną zamknął. I jeszcze jedno. To, że jeśli Alicja jest taka, jak mówi Żaneta, wcale nie znaczy jeszcze, że zastawiła sidła ani, że zastawiła je akurat na mnie.
Tymczasem wieczór się rozkręcał. Zapadł zmrok, więc wszędzie pozapalano lampiony. Godziny mijały, alkohol lał się strumieniami, atmosfera zrobiła się radosna i rozrywkowa.
Na taras wyległo stadko hałaśliwych par, centrum salonu zaś zdobiły panie wirujące w takt muzyki, w tytoniowych oparach. Ja natomiast siedziałam w fotelu, paliłam, piłam piwo i przyglądałam się temu z rozbawieniem. Ale naraz zrobiło mi się smutno. Patrzyłam na szczęśliwych ludzi. Szczęśliwych, bo zakochanych, bo mających kogoś, lekkich, wyluzowanych, znających się do lat, tworzących zgraną paczkę...
A ja byłam sama. W pełni znaczenia tego słowa. Sama, bo inna od nich i inna od całej reszty ludzkości. Sama, bo nikogo nie miałam, bo nie znałam tu prawie nikogo, bo byłam, co tu dużo mówić, obca i sama, bo chyba nie pasowałam do tego towarzystwa, mimo iż byłam kobietą i przy odrobinie chęci i działań, mogłabym się zaaklimatyzować. Jakiś problem?
Ale nie mogłam. Nie umiałam, a może nie chciałam?
Tu nie dało się nie wyróżniać. Nie strój tu wyróżniał ani ogólna aparycja. Tu wyróżniał wiek i upodobania. Nie chcąc się wyróżniać, musiałabym stać się taka, jak one. Upić się, zachowywać hałaśliwie i bzykać równo wszystko, co się rusza a jest płci żeńskiej. Rozrabiać znaczyło tu tyle, co zamknąć się w pokoju i zabawiać z koleżanką, lub kilkoma koleżankami. To mnie jednak nie przerażało. Nie czułam się tu źle, ale samotnie, mimo z pewnością sporego grona wielbicielek, bo Żaneta oczywiście powtórzyła wszystkim naszą rozmowę i stałam się przez to obiektem zainteresowania i ofiarą rzucanych mniej lub bardziej wyzywających spojrzeń. Żadna jednak nie miała odwagi podejść. Po pierwsze dlatego, że Żaneta zrobiła mi reklamę, że jestem drugą Alicją, a po drugie dlatego, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie żywiły przekonanie, że żadna z nich nie ma prawa mnie tknąć przed Alicją.
Alicji natomiast nie było w pobliżu i, prawdę mówiąc, zupełnie nie interesowało mnie, gdzie jest i co robi.
Z drugiej strony jednak nie miałam ochoty zanudzić się do końca imprezy na śmierć, dlatego też w głowie zaświtał mi odrobinę szalony pomysł. Sięgnęłam po najbliższą butelkę wina i w ciągu piętnastu minut wypiłam to, co w niej było. Poprawiwszy sobie humor poczułam wreszcie ten lekki, przyjemny szmerek w głowie i ruszyłam do zabawy. Podeszłam do wieży, wyszukałam płytę do tańca, zatytułowaną "Let's twist", wyjęłam poprzednią i nastawiłam jakiegoś morderczego rock and roll'a. Ogólne zgromadzenie pań wbiło we mnie pytające spojrzenie.
Przeleciałam po nich wzrokiem.
- Powiedz mi, jak masz na imię. - wskazałam wysoką brunetkę stojącą pośrodku.
Wiedziałam, że zaczynam robić na nich wrażenie i o to mi właśnie chodziło. Bawiłam się ich kosztem.
- Ewelina. - odparła tamta.
- Bardzo dobrze. - powiedziałam, podchodząc do niej. - Możemy zatańczyć?
Rozkręciłam się. Zabawa coraz bardziej mi się podobała. Tańczyłam z coraz to inną kobietą, przy okazji uważnie obserwując, jakie wywieram wrażenie.
W pewnym momencie, zrobiło mi się za gorąco, więc niewiele myśląc, zdjęłam koszulę, pozostając jedynie w staniku i to było apogeum, widziałam ich uczucia jak na dłoni, bawiłam się ich pożądaniem. Wiedziałam, że gdybym którejkolwiek złożyła teraz niemoralną propozycję, nie otrzymałabym odpowiedzi odmownej. Wiedziałam również, że taka gra jest niebezpieczna, ale postanowiłam ją kontynuować. Momentami rozśmieszały mnie te wszystkie kobiety wpatrujące się we mnie jak stado psów w jedną kiełbasę.
Nagle zjawiła się Alicja. Stanęła w drzwiach i zaczęła mnie obserwować. I równie nagle zrobiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Podbiegłam do niej i chciwie zatopiłam się w jej ustach, chwilę potem pozostawiając ją osłupiałą. Wyszłam na taras, oparłam o balustradę i zapaliłam. W salonie panowało poruszenie, a ja musiałam ochłonąć. Nie wiem, czy udzieliła mi się tamtejsza atmosfera, czy uderzyła mi do głowy zbyt duża ilość alkoholu, czy też musiałam się po prostu popisać, grunt, że zrobiłam to dla nich. Na pokaz. Taka mała zagrywka pod publikę. Chciałam je wszystkie czymś zaskoczyć i właśnie mi się to udało.
Nagle przypomniało mi się wydarzenie sprzed kilkunastu dni - ten pocałunek Alicji.
- Cóż... - pomyślałam. - Zrewanżowałam się po prostu.
Uwielbiam się wyróżniać. Wprawdzie właśnie tym razem nie chciałam się wyróżniać, ale moim naturalnym odruchem było pokazać się, więc zrobiłam to.
Tak zamyślona, zapatrzyłam się gdzieś daleko i nie zauważyłam, że ktoś stanął obok mnie. Dopiero lekki dotyk w ramię wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam głowę i ujrzałam Alicję trzymającą moją bluzę.
- Tak? - spytałam.
- W co ty grasz? - odpowiedziała pytaniem.
- W nic. Po prostu lubię się wyróżniać.
- Przecież wiem, że grasz.
- W takim razie słabo mnie znasz. Widzisz, powinnaś wziąć pod uwagę, że ja jestem spod bliźniąt, a więc mam trzy, cztery, a może i pięć natur. Później wyciągaj wnioski. A co? Też się na to złapałaś? Przepraszam. Ja tylko chciałam im zagrać na nosie. - rzekłam zakładając bluzę. - Zresztą i tak się wyróżniałam: najmłodsza z całego towarzystwa. Chyba musiałaś o tym wiedzieć, zanim mnie zaprosiłaś. Ale nie przejmuj się, dla mnie i tak jesteś nieprzeciętna. Nie gniewasz się?
- Nie. Ale nie rób więcej takich przedstawień.
- Tego nie mogę ci obiecać.
- A co miał oznaczać ten pocałunek?
- Zagrywka pod publikę.
- Ale dla mnie.
- Rewanż.
- Oj, chyba nie tylko...
- A co jeszcze? - zaciekawiłam się.
- Przez tyle lat starałam się zapewnić sobie wśród nich pierwsze miejsce, zaskarbić sobie ich podziw, szacunek i uznanie. Aż tu nagle zjawia się Ola i cała moja praca wali się w gruzy. Przez jeden pocałunek...
- A... To znaczy, że wlazłam na piedestał, strąciłam cię z niego i teraz ja na nim tkwię?
- Właśnie.
- To dobrze. Bo również o to mi chodziło. Nie lubię ludzi na piedestałach, a ponieważ Ciebie darzę dużą sympatią, nie mogłam być w niezgodzie z sobą. Mam tylko nadzieję, że nie masz mi tego za złe?
- Gdybyś to nie była ty...
- To co?
- To bym ci miała za złe, a tak, to... powiedzmy, że jesteś na szczególnych prawach.
- Czyżbym zawróciła ci w głowie??? - spytałam zaczepnie.
- Jeszcze nie.
- Ale wiesz, że mogłabym.
- Może...
- Zaraz, zaraz... A czy to nie ty czasem miałaś ochotę zawrócić mi w głowie? Od początku. Zaprosiłaś mnie tu, bo chciałaś mnie, że tak powiem omotać, myślałaś, że ci łatwo pójdzie, bo wydawałam się taka spokojna, nieśmiała i taka niewinna. Widzisz? Pozory mylą. Nie znasz mnie, więc uważaj na przyszłość i nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków.
- Owszem, masz rację. Nie znam cię. - Alicja zapaliła papierosa. - Ale widzę, że masz dość przewrotny charakter i nie ukrywam, że to mnie właśnie w tobie fascynuje. Powinnaś to rozumieć, skoro lubisz zagadki...
- Nie przeczę. A ty spod jakiego jesteś znaku?
- Też bliźniąt. W czym masz ascendent?
- W pannie...
- Och, cholera...
- Hm?
- Chyba nie mam szans... Bliźnię i panna! Mieszanka wybuchowa. Tupet i konsekwencja!
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Spróbuj. Skoro też jesteś spod bliźniąt, to z pewnością lubisz się bawić: walczyć i zdobywać. Jak ja. Zatem masz godnego przeciwnika. Trafiła kosa na kamień. - uśmiechnęłam się. - To co? Przyjmujesz wyzwanie?
- A o co mamy tę kopię pokruszyć?
- O to, która ulegnie pierwsza. Ja tobie czy ty mnie.
- Zgoda. Ale ty masz chyba większe szanse, bo nie jesteś lesbijką.
- Ty za to masz szersze doświadczenie w tej materii...

6.

Przez kilka następnych tygodni widywałam się dość często z Alicją. Obie poznałyśmy się trochę lepiej. Krótko mówiąc, znalazłam w niej wspaniałego przyjaciela. Nawet cieszyłam się z tego. Miałam wreszcie towarzyszkę do wyjścia na spacer, do teatru, czy kina... Z drugiej jednak strony miałam przeciwnika.
Tymczasem ochłodziło się, dlatego też częściej przebywałam u Alicji niż na powietrzu. Rodzice byli przekonani, że znalazłam sobie chłopaka i dlatego ciągle gdzieś wychodzę. Nie wyprowadzałam ich z błędu. Ci zresztą mieli do mnie zaufanie i pozwalali mi na wszystko. Poza tym byłam pełnoletnia. Ojciec doszedł do wniosku, że nie będzie się wtrącał i jak zajdę w ciążę, to moja sprawa. Matka zaś, jak to matka. Pozrzędziła trochę, wypowiedziała kilka umoralniających i ostrzegawczych tekstów, ale w końcu zgodziła się z ojcem.
Któregoś dnia, zasiadłszy przy biurku, zapatrzyłam się w okno i odkryłam bezsensowność własnych działań, zdałam sobie bowiem sprawę z tego, że mimo wszystko, mimo moich usilnych starań, Alicja zawróciła mi w głowie.
Czyżbym więc była aż tak słaba? Czyżby Żaneta miała rację?
Ano, miała.
I to mnie przeraziło. Przy czym sama dobrze nie wiedziałam, co to tak naprawdę jest. Czy to nadal ogromna fascynacja, czy chęć dominacji, czy zmęczenie sytuacją, pożądanie czy... miłość.
Postanowiłam trochę przystopować. I rzeczywiście przez najbliższych kilka dni nie widywałam się z Alicją, ale to nie było dobrym rozwiązaniem. Nie na dłuższą metę. Zresztą chowanie głowy w piasek nie było w moim stylu. A poza tym i tak nie uciekłabym przed Nią. Co z tego, że przestanę ją odwiedzać? Znajdzie mnie w szkole, albo w domu... Bez sensu. Musiałabym wyjechać, albo po prostu zerwać znajomość, ale, żeby zerwać znajomość, musiałabym i tak wyjaśnić przyczyny takiej decyzji, a to na jedno wychodzi. Dodatkowo nie chciałam zerwać znajomości i to było właśnie szczególnie niepokojące. To oznaczało, że Alicja zaczęła być mi bliska. Ogarnęła mnie, uległam, a więc przegrałam. Trudno.
Będę musiała jej to prędzej czy później powiedzieć, bo uczciwość nie pozwoli mi tego zbyt długo ukrywać.
Koniec końcem, mocno załamana, zadzwoniłam do Alicji i zapowiedziałam, że muszę z nią porozmawiać i to bardzo poważnie. Alicja również wydała mi się przygnębiona, smutna, albo tez poważna. Umówiłam się z nią na wieczór. Zaprosiła mnie na kolację. W domu powiedziałam, że idę na imprezę i wyszłam. Doszłam bowiem do wniosku, że Alicja mnie chyba nie zabije, jeśli będę chciała u niej przenocować. Po prostu dobrze wiedziałam, że jeśli chcę z nią pogadać poważnie, zajmie nam to cholernie dużo czasu i bez sensu byłoby wracać do domu o drugiej w nocy, kiedy nie wiadomo, ile czasu trzeba czekać na nocny autobus. To nie dla mnie taka zabawa. Zatem, gdy dotarłam do Alicji, już w progu oznajmiłam:
- Nie wracam dzisiaj na noc. Dysponuję czasem do rana. Powiedziałam starym, że jestem na imprezie. Musimy pogadać, a nie sądzę, że potrwa to tylko dziesięć minut.
- O, to aż takie ważne...? - zaciekawiła się Alicja. - A propos, ja też muszę ci o czymś ważnym powiedzieć.
Po tych słowach przeniosłyśmy się do salonu. Usiadłyśmy w fotelach naprzeciw siebie i zapaliłyśmy.
- Napijesz się czegoś? - spytała Alicja?
- Wprawdzie zaprosiłaś mnie na kolację, więc nastawiłam się raczej na jedzenie, ale, na razie może być piwo.
Alicja wstała, podeszła do barku, wyjęła dwie butelki piwa, otworzyła i nalała do szklanek. Podała mi jedną z nich.
- Cóż więc masz mi do powiedzenia tak ważnego? - spytałam, aby jakoś rozpocząć rozmowę, która nie miała być łatwa.
Alicja usiadła przy mnie na poręczy fotela.
- Chciałam ci powiedzieć, ze wygrałaś. I, prawdę mówiąc, przeczuwałam, że tak będzie.
Nie powiedziałam nic. Zaskoczyła mnie.
- Nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz. - kontynuowała Alicja. - Chciałam tylko, żebyś wiedziała, że cię kocham. I nie bój się. Szanuję ciebie i uszanuję twoje postanowienia w tej sprawie. Rozumiem, że możesz nie chcieć angażować się ze mną w związek, że nie pociągają cię kobiety. A może po prostu nie wiesz, czy umiałabyś być ze mną. W każdym razie nie wymagam od ciebie natychmiastowej decyzji. Proszę cię tylko, abyś to przemyślała. - Alicja upiła kilka łyków piwa. - A swoją drogą, jestem pełna podziwu dla ciebie, że znając mnie, zdecydowałaś się na tak nierozważny krok, jak przenocowanie tutaj.
- A czemu tu się dziwić? - odblokowało mnie wreszcie. - Jeżeli mnie szanujesz, to nie zrobisz niczego wbrew mojej woli, zwłaszcza, że, jak twierdzisz, kochasz mnie. Jestem tylko ciekawa jednej rzeczy. Czy to kolejna twoja zagrywka psychologiczna?
- Nie. Gdyby tak było, to po co mówiłabym, że wygrałaś?
- Żeby mi potem powiedzieć, że to była taka podpucha.
- Nie. Naprawdę, przysięgam ci, że to nie jest żaden chwyt.
Popatrzyłam Alicji prosto w oczy. Jeżeli kiedykolwiek mogłam mieć wątpliwości, czy mówi prawdę, to z pewnością nie w tej chwili, nigdy bowiem jeszcze nie mówiła z taką szczerością w oczach.
- Ok. Wierzę ci.
Alicja uśmiechnęła się blado.
- Wiem, że być może nie mam szans na twoją miłość. Pewnie jest to niemożliwe. Myślę, że chyba nigdy nie zgodzisz się na jakikolwiek układ...
- Nie ma rzeczy niemożliwych. - powiedziałam, aby nie czuć tego potwornego wstydu, że właśnie tchórzę. - Powinnaś o tym wiedzieć.
Alicja popatrzyła na mnie z iskierką wdzięczności.
- Dobrze. - rzekła w końcu. - Więc nie wykluczam takiej możliwości, tym niemniej jednak uważam, że szansa jest nikła.
W tej chwili zdałam sobie wreszcie sprawę z tego, że kocham Alicję. Co więcej, uświadomiłam sobie, że kochałam ją przez cały ten czas. Chciałam rzucić się jej na szyję, pocałować, powiedzieć, jak bardzo ją kocham, ale coś mnie blokowało. Siedziałam w fotelu jak kamień, nie mogąc się poruszyć, bojąc się cokolwiek uczynić.
Alicja mówiła coś do mnie, ale nie słyszałam, co. Byłam tak pogrążona w zamyśleniu, że nie zwracałam uwagi na nic, co działo się wokół mnie. Czułam się coraz gorzej. Chciało mi się płakać. Łzy same cisnęły mi się do oczu, a jednak coś mnie powstrzymywało.
- Przestań... - wyszeptałam w końcu.
Alicja zamilkła gwałtownie i popatrzyła na mnie zaskoczona.
- Przepraszam. - powiedziałam jeszcze ciszej. - Jestem zmęczona. Wybacz mi. Nie mogę. Przepraszam.
- Rozumiem... W takim razie przygotuję ci pokój na górze. - oświadczyła Alicja, po czym wstała i wyszła z salonu.
Czułam się okropnie. Byłam przekonana, że ją uraziłam. I kiedy zjawiła się ponownie w salonie, oznajmiając mi, że mogę iść spać, zamiast podziękować jej, spytałam:
- Gniewasz się?
Alicja podeszła i położyła mi dłoń na ramieniu.
- Nie. - powiedziała. - Nie wiesz, że prawdziwa miłość nie umie się gniewać?
Pokiwałam głową, po czym ruszyłam w kierunku schodów. Alicja za mną. Weszłam na górę, zatrzymałam się na balkoniku i spytałam, gdzie mam spać. Alicja gestem dłoni wskazała pokój po lewej stronie.
- Tutaj... Widzę, że jesteś mocno zmęczona, więc zostawię cię tutaj - odparła, po czym delikatnie musnęła ustami mój policzek - Dobranoc. - dodała i zniknęła za drzwiami swojej sypialni.
Chwilę stałam w korytarzu zdziwiona. Stałam i jak gdyby nie dotarł do mnie jeszcze sens sytuacji. W końcu jednak ocknęłam się z otępienia i weszłam do pokoju. Rozebrałam się, wyszłam do łazienki, odkręciłam kran przy umywalce, usiadłam i zapatrzywszy się w strumień wody, zamyśliłam się na dobre.
Czułam się dziwnie. Przede wszystkim dlatego, że zachowałam się niepoważnie, że nie potrafiłam powiedzieć Alicji, że ją kocham. Dołowało mnie moje tchórzostwo. Czułam nieodpartą potrzebę pogadania, wygarnięcia na światło dzienne tych wszystkich szalejących we mnie uczuć, a z drugiej strony czułam się zagubiona. Coś mnie potwornie hamowało. Może dlatego, że była to dla mnie sytuacja nowa? Jak dotąd nigdy nie kochałam kobiety, a poza tym nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że kiedyś mogłabym. Była to sytuacja o tyle dziwna, że nie wiedziałam, jak się zachować. Jak rozgryźć ten problem. Od której strony?
Machinalnie umyłam się, po czym, nadal odruchowo, wróciłam do pokoju i położyłam do łóżka, jednakże nie mogłam zmrużyć oka. Kręciłam się z boku na bok, ale nie mogłam zasnąć. Męczyła mnie ta niedokończona rozmowa. Targały mną sprzeczności. Chciałam popędzić do pokoju Alicji i rzucić się jej w ramiona, a jednocześnie bałam się i chciałam uciec jak najdalej stąd. To drugie jednak kłóciło się zajadle z czymś wewnątrz mnie.
Powoli nabierałam przekonania, że powinnam iść do Alicji, doszłam bowiem do wniosku, że inaczej nie uda mi się zasnąć ani zaznać odrobiny świętego spokoju.
- Cholera... - pomyślałam. - Idę. Najwyżej potem będę żałować, ale już lepiej żałować tego, co się uczyniło, niż tego czego się NIE zrobiło.
Spojrzałam jeszcze tylko na zegarek. Wpół do drugiej. Kurwa, późno. Trudno.
Wstałam i po cichutku podeszłam do drzwi, chwyciłam za klamkę i wyszłam na korytarz. Na palcach podeszłam do drzwi Alicji, delikatnie je otworzyłam i weszłam, jak tylko można najciszej. W obawie przed hałasem tylko przymknęłam drzwi za sobą i podeszłam do łóżka, na którym spała Alicja. Chwile przyglądałam się jej w ciemności. Patrzyłam na jej rozrzucone po poduszce włosy, słuchałam jej rytmicznego, spokojnego oddechu, przyglądałam się zarysowi jej twarzy... Wiedziałam, że mogę się jeszcze wycofać, a mimo to stałam w miejscu, bojąc się poruszyć, odetchnąć głębiej, aby nie obudzić jej śpiącej tak spokojnie.
Wreszcie uznałam, że powinnam iść za głosem serca. Kocham kobietę? No to co? Kobieta też człowiek. Zresztą miłość jest uczuciem na tyle uniwersalnym, że mogłabym obdarować nią pewnie mężczyznę i kobietę. Nie uważam dlatego za złą mojej miłości do Alicji. Szkoda tylko, że większości ludzi nie przyjdzie to nigdy do głowy...
- Skoro tak, to ja ich pieprzę. - pomyślałam. - Nie podoba się? To ich problem. Mnie się podoba, a innym nie musi!
I chyba narodziło się we mnie w tym momencie uczucie pewności. Wreszcie przestałam mieć jakiekolwiek skrupuły i hamulce, więc niewiele myśląc, usiadłam na brzegu łóżka Alicji.
Alicja obudziła się natychmiast.
- Co? - spytała przecierając oczy. - Czy coś się stało?
Kiwnęłam głową twierdząco. Alicja poprawiwszy poduszkę usiadła.
- O co chodzi? - spytała rzeczowo.
Wlazłam pod kołdrę i usadowiłam się koło niej.
- Nie mogę zasnąć... - powiedziałam i urwałam.
Alicja odwróciła głowę w moim kierunku, poprawiając sobie włosy.
- Chcesz coś na sen? - zapytała. - Jakiś proszek?
- Nie... - odparłam, odgarniając włosy do tyłu. - To nie to...
- To co w takim razie?
Bez słowa zaczęłam rozpinać jej bluzę od piżamy, po czym powoli zsunęłam ją z niej.
- Chcę cię kochać. - powiedziałam, pieszcząc jej ramiona i szyję.
- Ale... przecież ty... nie... - Alicja wsunęła dłonie pod moją koszulkę.
- Mylisz się. - odparłam, delikatnie skubiąc jej usta. - Kocham cię przeraźliwie mocno i tak naprawdę, wcale nie wygrałam...
- Jesteś tego pewna?
- No wiesz?! - zdumiałam się, zrywając z siebie koszulkę. - Nie mogę bez ciebie spać, przychodzę tu, płonę cała, a ty jeszcze się zastanawiasz?! Posłuchaj i przyjmij do wiadomości, że jestem twoja.
- Przepraszam, ale jakoś trudno mi uwierzyć we własne szczęście, zwłaszcza tak nagłe...
- Chyba rozumiem... - odparłam, po czym przestałam być w konflikcie ze sobą, natomiast weszłam w konflikt z ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi.
To jednak nie miało znaczenia. Absolutnie żadnego.

7.

Następnego dnia obudziłam się około południa. Alicja właśnie siedziała w fotelu, paliła i czytała książkę.
- Cześć. - powiedziałam, przeciągając się.
Alicja odłożyła książkę, po czym usiadła przy mnie.
- Witaj w gronie zadżumionych. - odpowiedziała całując mnie na powitanie.
- Zadżumionych? - zdziwiłam się. - Bo kochałam się z tobą?
Alicja pokiwała głową.
- Jesteśmy zadżumione, bo jesteśmy inne, dotknięte specyficzną dżumą. Zresztą, są jeszcze inne rodzaj dżumy: narkomani, chorzy na AIDS, alkoholicy, biedni, chorzy psychicznie, niepełnosprawni... Zadżumieni są wszyscy nieakceptowani przez społeczeństwo, inni niż większość.
- Chyba wiem, co masz na myśli. Z jednej strony to jest, istnieje, rozrasta się osiągając coraz większe rozmiary, a z drugiej strony nie istnieje dla przeciętnego Kowalskiego. Jest, ale nie ma. Taka dżuma zjawia się nagle i zaskakuje. Ludzie chyba nigdy nie będą na nią przygotowani. Odnoszą się do problemu lekceważąco, pobłażliwie, chociaż niektórzy rzeczywiście nie wiedzą, jak to wszystko naprawdę wygląda, bo z jakichś przyczyn są niedoinformowani, niedouczeni. Co ciekawe, to to, że każda dżuma jest problemem powszechnie bagatelizowanym, niezauważanym. Tak, jakby ludzie nie chcieli o niczym wiedzieć, jakby chcieli o niej zapomnieć, jakby chcieli powiedzieć "dopóki mnie to nie dotyczy, nic o tym nie wiem". Drażni ich patrzenie na nas, zadżumionych, drażni ich to, że chcemy mieć prawo do bycia zadżumionymi, drażni ich nasza odmienność i to, że po prostu przypominamy im o dżumie. I nie przestanie ich drażnić, dopóki ich samych dżuma nie dotknie w jakimś stopniu. Nie przestaną nas potępiać, dopóki sami nie znajdą się "w środku". Ludzie z reguły potępiają to, czego nie są w stanie ogarnąć, zrozumieć, zamiast odnieść się do tego z tolerancją. Przecież nasza dżuma im nie przeszkadza. Nie szkodzimy im tym, że po prostu żyjemy i nie przeszkadzamy im żyć. To raczej oni przeszkadzają żyć nam, poprzez plotki, docinki, złośliwe komentarze, czasem rękoczyny. Co myśmy im zrobili? Otóż nic. Wyróżniamy się, to wszystko. Ludzie nas tak spłycają, ponieważ nie znają nas, ale nie będą znać, jeśli się na nas nie otworzą. Ot, i cała filozofia. Gdyby mogli, postawiliby nas pod murem i rozstrzelali. Bez słowa "oczyściliby" społeczeństwo tak, jak hitlerowscy żołnierze "oczyszczali" swój naród z Żydów. A obojętni milczeliby. W takiej sytuacji każde milczenie jest zbrodnią.
Skończyłam swoją wypowiedź. W tym momencie zaległa cisza. Tak wymowna, że w zasadzie nic już nie trzeba było mówić. Alicja westchnęła cicho i otoczyła mnie ramieniem.
- Teraz to już tylko kwestia tego, żeby nauczyć się żyć z tą świadomością, że jest się zadżumionym. - dodałam. - Nauczyć się przeciwstawiać swój los tym, którzy nas nie akceptują, nauczyć się być nieczułym na docinki i nauczyć się nie bać siebie. Krótko mówiąc - nauczyć się bycia sobą.
- Zgadza się. - powiedziała Alicja. - Miałam taki właśnie problem, kiedy byłam w twoim wieku.
- Opowiedz mi o sobie. - poprosiłam. - Żyjesz dłużej, więcej wiesz, masz większe doświadczenie...
- Dobrze. Kiedy to się dokładnie zaczęło, nie wiem. Myślę, że od małego miałam skłonność ku kobietom. Dopóki było to normalne, nie przejmowałam się tym. Wiesz, jak się ma siedem, osiem lat, to się jest zagorzałym przeciwnikiem płci przeciwnej. Dzieci zawsze przecież bawią się oddzielnie: chłopcy i dziewczynki. Myślę, że to wynika bardziej z różnicy zainteresowań niż z jakichś antagonizmów, antagonizm wyłazi później. Dopiero potem, kiedy zaczynasz dorastać dostrzegasz płeć przeciwną i zaczynasz się nią interesować. I tu właściwie chyba był początek. Podczas gdy moje koleżanki zaczynały wodzić oczami za kolegami z klasy, ja byłam zapatrzona w młode i piękne nauczycielki, sąsiadki, światowej sławy piosenkarki, aktorki itd. Moja matka sama była kobietą dość dziwną i gdy przychodziłam do niej z różnymi tego typu wątpliwościami, stwierdzała, że to jest naturalne w tym wieku. Powoływała się na swój przykład. Mawiała, że ona po raz pierwszy w mężczyźnie zakochała się w wieku dwudziestu trzech lat. Początkowo i ja uznałam to za naturalne, w końcu matka lepiej wie, nie? Ale gdy skończyłam szesnaście lat, zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać, bo może to było normalne parę lat wcześniej, a nie teraz? Kto to widział, żeby szesnastoletnia panienka kochała na zabój swoja profesorkę od chemii? Zaczęło mnie to nurtować, ale jakoś szczególnie się tym nie przejmowałam. Dopiero, kiedy zakochałam się z wzajemnością w koleżance z kursu narciarskiego, zrozumiałam, co jest grane. Początkowo miałyśmy potworne opory. No, wiesz, te dziesięć lat temu jeszcze nie było tak jak teraz, ale w końcu dżuma zwyciężyła. Swojego czasu trafiłyśmy do grupy zadżumionych w poradni psychologicznej, gdzie wreszcie udało nam się odnaleźć swoje prawdziwe ja. Nauczyłyśmy się tam żyć ze świadomością, że jesteśmy lesbijkami. Potem odłączyłam się od grupy. Miałam już wtedy masę znajomych, między innymi stamtąd, zresztą, do tej pory mam. Następnie przez długi okres czasu żyłam chwilą, zmieniając partnerki jak rękawiczki. Stąd ta opinia o mnie, że biorę kogo chcę, jak chcę i kiedy chcę. Poza tym należę do osób śmiałych, natomiast większość dziewcząt z branży raczej nie jest śmiała. Jak wiadomo nieśmiali lgną do śmiałego. To był taki... szalony czas. Na złość chyba samej sobie, ale wtedy sądziłam, że innym, sypiałam z każdą, z którą się dało. Zapomniałam o miłości. Nie było nikogo na moją miarę. One wszystkie na mój widok robiły maślane oczy, a ja... no, cóż, czułam się samotna. To nie były, jak się domyślasz zapewne, trwałe związki. To były związki czysto fizyczne, żadnej głębi. A teraz... mam nadzieję, że potrafisz zrozumieć, co czuję po długim okresie czasu, kiedy wreszcie znalazłam kogoś, kogo potrafiłam pokochać, kto mnie zafascynował, wzbudził mój podziw i szacunek... Ożyło we mnie dawne uczucie. Czuję się, jak bym narodziła się na nowo. Jestem ci głęboko wdzięczna, że jesteś, że umiałaś to we mnie obudzić. Co było dalej... już wiesz.
- Wiem. - westchnęłam. - Myślę, że jesteś niezwykła, skoro i tobie udało się wzniecić ten płomień we mnie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mogłabym pokochać kobietę. A skoro jednak kocham kobietę, to znaczy, że musi być ona niezwykła. Z drugiej jednak strony myślę, że musiała tkwić gdzieś w mojej podświadomości ta miłość, tylko nie miała okazji się ujawnić. Ale teraz jest. Czuję ją w każdym calu i... cieszy mnie.
- Przepraszam, że zmienię temat. - powiedziała Alicja. - Ale tak mi właśnie przyszło do głowy. Co robisz w ferie świąteczne?
- Siedzę w domu... A co?
- Może wybrałybyśmy się w góry, hm? Razem, we dwie, tylko my?
- Hm... Propozycja jest kusząca... Nie wiem, jak starzy zareagują. Mogą mi nie dać kasy.
- O to się nie martw.
- No, wiesz?! Nie mogę pojechać bez grosza przy duszy, bo pomyślą jeszcze, że jestem czyjąś utrzymanką!
- Dobrze, dobrze, ale jeśli ci czegoś zabraknie, po prostu mi o tym powiedz.
- I nawzajem.

8.

Do domu wróciłam po południu. Na szczęście była to niedziela, więc rodzice się zbytnio nie wściekali. Wróciłam i zamknęłam się w pokoju. Powiedziałam, że się uczę, ale tak naprawdę wcale się nie uczyłam. Siedziałam nad książką, ale gapiłam się przez okno. Gapiłam się przez okno, ale widziałam Alicję. Wyobrażałam ją sobie. W kąpieli, na plaży, w fotelu, w futrze, w bikini, smutną, radosną, śpiącą, prowokującą... I jak ja w takiej sytuacji mogłam zajmować się historią? Odtwarzałam kawałek po kawałku naszą noc i znów, znów badałam w wyobraźni rysy jej twarzy, każdy cal ciała... tak bardzo mi jej brakowało.
W rezultacie, zamiast nauczyć się historii, przeczytałam tylko rozdział i poszłam spać. Następnego dnia historyk oczywiście mnie zapytał, ale wybroniłam się jakoś na tróję. Dratewka był zdziwiony.
- Aleksandro, - zapytał. - Dlaczego tak słabo?
- Czasami się zdarza... - odparłam wymijająco i na tym się rozmowa zakończyła.
Ale ludzie z klasy i tak zauważyli, że coś się we mnie zmieniło, bo zamiast być jak zwykle radosną, twórczą, sypiącą pomysłami jak z rękawa, dzisiaj byłam zamyślona, rozkojarzona i jakby nieobecna. Najpierw tylko mi się przyglądali. Tak, jakby bali się coś powiedzieć czy zapytać o coś, w końcu jednak podszedł do mnie Marcin i zagadał:
- Olka, co się z tobą dzieje?
- Nic. A co ma się dziać?
- No, bo jesteś dzisiaj jakaś taka... nieżyciowa.
- Nieżyciowa??? - zdziwiłam się.
- No... Tak, jakby cię nie było. A przecież zawsze cię słychać z drugiego końca szkoły. Rzucasz się w oczy normalnie, a dziś nie.
- Bo dziś mam ochotę powyróżniać się na cicho.
- A... - powiedział lekko skonsternowany Marcin. - Na to nie wpadłem. A tak poważnie, co się stało?
- O, rany! Co cię to obchodzi?! Odczep się.
- Nie, no, Aleksia, sorry! Nie denerwuj się tak.
- Spoko. Mam chandrę. Nie wysilaj się na uprzejmości.
- O, ale się zrobiłaś uprzejma...
Koniec końcem Marcin dał mi spokój.
Wróciłam do domu i znowu usiadłam przed oknem. Siedziałam z pozoru spokojnie, ale wewnątrz aż mnie roznosiło. W końcu złapałam płaszcz, wcisnęłam buciki i popędziłam na przystanek. Postanowiłam odwiedzić moją ukochaną, ale ponieważ nie jechał żaden autobus, doszłam do wniosku, że do Alicji udam się na piechotę. Rozpierało mnie i po prostu nie mogłam bezczynnie stać i czekać na autobus. Brnęłam więc z językiem na brodzie między zaspami, aż wreszcie dotarłam na miejsce. Z impetem wpadłam do ogródka i tupiąc, dopadłam dzwonka. Zadzwoniłam jak na alarm. Wewnątrz chwilę panowała cisza, po czym drzwi się otworzyły i stanęła w nich Alicja.
- Co się stało? - spytała, widząc mnie zadyszaną i ledwie stojącą na nogach.
- Mogę wejść?
- Oczywiście. - Alicja wpuściła mnie do środka. - Co się stało? - ponowiła pytanie.
- Musiałam się z tobą zobaczyć. - powiedziałam. - Nie było autobusu, więc przyszłam na piechotę.
- Ojej! To pewnie strasznie zmarzłaś. Zostaw płaszcz i wejdź do salonu, a ja tymczasem zrobię ci herbatę.
- Eee... nie zmarzłam. Przeciwnie. Nawet się zgrzałam, ale nie ma sprawy, mogę zdjąć płaszcz. Mogę zdjąć i wszystko inne i nie wiem, czy to nie będzie lepsze rozwiązanie od herbaty...
- No, niewątpliwie, rozgrzeje cię bardziej.
- Alicja... Ja przyszłam DO CIEBIE, a nie na herbatę.
- Dobrze, zatem chodźmy stąd. Dokąd chcesz? Do salonu? DO sypialni? A może w jakieś inne, egzotyczne miejsce?
- Iiiii... Od egzotycznych miejsc, to podobno Żaneta jest specjalistką. Ale jak chcesz, to możemy wyjść na śnieg.
- Zwariowała! - prychnęła Alicja z przerażeniem.
- No, wiesz, jeśli uważasz, że nie uda mi się rozgrzać cię na śniegu, to może chodźmy pod gorący prysznic? Rozgrzejesz się nieporównywalnie szybciej.
- Szalona. - skwitowała Alicja - Oczywiście, że rozgrzałabyś mnie nawet na biegunie północnym, ale ja nie lubię na śniegu...
- A próbowałaś kiedyś?
- Nie, ale...
- To skąd wiesz, że nie lubisz? - przerwałam jej.
- Ojej! Jesteś okropna! Naprawdę chcesz na śniegu? Można się przeziębić.
- No co ty?! Wolę już ten prysznic.
- Masz ochotę się wykąpać?
- A wiesz? To nie jest głupi pomysł...
- To pójdę przygotować łazienkę.
- A przyjdziesz do mnie?
Alicja popatrzyła na mnie z rozbawieniem.
- Jasne, promyczku.
Po tych słowach udałyśmy się na górę. Usiadłam sobie w sypialni i zaczęłam przeglądać różne pisma. Tymczasem Alicja zamknęła się w łazience i rozpoczęła porządkowanie. Po pewnym czasie jednak wyszła i oznajmiła, że już gotowe. Powlokłam się zatem do łazienki, zatkałam odpływ w wannie, odkręciłam kran i rozebrałam się. Weszłam do wody i zaraz na początku utopiłam mydło. Tymczasem w łazience pojawiła się Alicja. O jej obecności dowiedziałam się usłyszawszy jej śmiech. Na chwilę przerwałam swoją syzyfową gonitwę za mydłem i popatrzyłam na nią ze znakiem zapytania na twarzy.
- Co ty wyprawiasz? - spytała Alicja z uśmiechem.
- Utopiłam mydło i usiłuję je teraz upolować.
- To ja ci w takim razie pomogę - odparła Alicja, wchodząc do wanny.
Łatwo się domyślić co było dalej.
Mydło? A, owszem, znalazłam, ale nieco później, a i sama kąpiel trwała
Data publikacji w portalu: 2003-10-05
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019