HISTORIA BEZ TYTUŁU

Nastka P.
Spisuję mój pamiętnik palcem na stoliku. Codziennie opowiadam białemu blatowi moją historię z Natalią i codziennie salowa brudną szmatą przeciera moje słowa. Ignorantka. Wszyscy tutaj to ignoranci. Lekarze i pielęgniarki silące się na krzepiące uśmiechy. Będzie lepiej, powtarzają, na pewno będzie lepiej.
Igła z trzaskiem przecina moją skórę. Wrzeszczę i zatykam uszy. Mimo zakrytych uszu w mózg wdziera mi się kakofonia tabletek dzwoniących o kieliszek. Połowę z nich wypluwam do umywalki natychmiast po wyjściu lekarza.
Oni nic nie rozumieją. Pani powinna wypoczywać, mówią, i nie dają mi nic do pisania. Może to lepiej? Nie chciałabym, aby ktoś czytał moje zapiski. I tak nikt ich nie rozumie.
Bo ja piszę. Dużo piszę. Potem rozsyłam. Redakcje, konkursy, co bardziej znaczące wydawnictwa. Tony papierów, które ginę gdzieś tam w gardzielach tępych biurokratów.
.
Społeczeństwo! Masa ślepych ignorantów o wełnistych tyłkach, głoszących akceptację tego świata jedynym znanym im dźwiękiem: beee. Nie ma w nich nic, o czym chciałabym pisać. Dlatego milczę. Bo ważne jest tylko to, co niedopowiedziane.
Poza odczuciem mojego ciała nie ma nic. Pustka omywająca moje ciało, nazywana błędnie nie istnieje. Jestem tylko ja. Ja - Centrum. Ja - Wszechświat. Ja - Stwórca. Obecność innych mnie boli. Obecność Natalii mnie boli, choć jak otwieram kolejne drzwi, znowu widzę tylko PUSTKĘ.

Pozwolili mi dzisiaj zadzwonić na uczelnię. "Z pani pracą magisterską poczekamy do jesieni" - powiedział mój promotor i po chwili zażenowanej ciszy, współczującym szeptem dorzucił: proszę się niczym nie martwić, tylko dużo odpoczywać po tym... (tu znowu popadł w zamyślone milczenie)...wypadku...
Dialog grzyba z homarem. Wypadek. Ładne określenie dla mojego szaleństwa.
- Pani mogła się okaleczyć na całe życie! - skrzyczał mnie lekarz na pogotowiu.
- Nie, panie doktorze. Ja nie chciałam się okaleczyć. Ja chciałam tylko umrzeć.

Sobota, po prostu sobota. W moim stolikowym pamiętniku nie ma dat. Po co? Daty są niezdarną próbą odzwierciedlenia logicznego ciągu zdarzeń. W moim życiu nie ma logiki. Nawet to, że żyję, nie jest logiczne.

Jakaś tam kolejna niedziela.
Nie należy nic mówić innym. Słowa kłamią, Natalio.
Natalia, Natalia, Natalia. Nie mówić nic, tylko siedzieć blisko Ciebie, myśleć i czuć, czuć i myśleć. Nie trzeba otwierać ust, żeby coś powiedzieć. Omijając spojrzenia innych kroczyć Drogą. W kierunku Innego. Niewyrażalnego. Świadomy marsz od jednego do drugiego . W zakamarkach świadomie wrogiego ci świata szukasz okruchów cudzego ciepła.
... a wtedy spotykasz JĄ

Tak nową jeszcze
i nieodgadnioną
I sycisz się jej oddechem

Szukałam w oddali, a Ona była tak blisko.
W półmroku okna, w moich oczach i w czyichś zagubionych dłoniach.
Czasem nieuważna lub nieobecna.
Moja Nieskazitelna
Kryjąca twarz w cudzych włosach.
W mrocznych dotknięciach i pocałunkach spadających gwiazd. Tych ostatnich.
Idę znowu tam, gdzie czeka na mnie PUSTKA.

Dzisiaj do szpitala przyszła Natalia. Weszła z gwiazdkami śniegu we włosach, połyskliwa i pachnąca miodem jak bożonarodzeniowy piernik. Nie mówiła nic, tylko kilkakrotnie dotknęła mojej dłoni. Potem chłodnymi wargami musnęła moje czoło i położyła na stoliku bukiecik frezji. Kiedy otworzyłam oczy, na stole nie było już nic.

Początek tygodnia. Wtorek? Środa?
Znowu żmudna wędrówka palców po śliskim blacie stolika. Znowu oporny mózg każe mi składać w całość połyskliwe strzępy kolorów.
Tak było we wtorek, gdzieś tak na początku jesieni... Pamiętam, bo odlepiałam z dłoni kolorowe liście klonu.
Szłam, stawiając samotne kroki na wydeptanych ścieżkach.
Niczego nie chcę, tylko Ciebie, Natalia.
W nocy w klubie tak urocza... najpiękniejsza. Przepełniona wdziękiem, gdy się śmieje, podniecająca, gdy tańczy, tak rozpustna, gdy odsuwa włosy niedbałym gestem. Z tą pąsową różą... taka śliczna... Taką właśnie cię ujrzałam. Tańczyłaś w tłumie, a ja widziałam tylko Ciebie. Tańczyłaś i trzymałaś w dłoni różę. Pamiętam smak "Dunhilla" i mój wzrok przylepiony do wycięcia w twojej sukni.

Podeszłam. Popatrzyłaś na mnie i, roześmiana, nie przestając tańczyć, skryłaś się w półmroku sali. Długo stałam nieruchomo wpatrzona w miejsce, gdzie zobaczyłam cię po raz pierwszy.
Jeszcze kilka razy próbowałam się do ciebie zbliżyć. Za każdym razem uśmiechałaś się obojętnie i znikałaś wśród tańczących.
Jasny prostokąt Twojego Okna na Mojej ścianie. Chłodna biel samotnej pościeli. Choć wydłużam palce w nieskończoność, chwytam tylko mgłę.
Chcę intymności. Chcę intymności.

Stałaś pod moimi drzwiami, z zagadkowym uśmiechem. W dłoni miałaś frezje. Dałaś mi je natychmiast po wejściu. Drżały jeszcze na nich krople twoich łez.
Już za tobą tęsknię, choć dopiero co ode mnie wyszłaś...

Deszczowy wtorek
Zimno. Siedzę naga. Naga czekam na szczęście. Naga czekam na ciebie. Pocałuj, pocałuj mnie, kochanie. Wieczorem sen jest prawdziwy. I ja tym snem żyję. Żyję ze śladem twoich ust.

Środa
Przesuwam palcami po wgłębieniach pozostałych po twojej głowie. Jeszcze pościel pachnie twoimi perfumami, ale teraz ta namiastka sprawia mi tylko ból. Jest mi z tobą dobrze, Natalia. Jest dobrze. Za dobrze mi jest z tobą.
Idę wiernie, a ciągle nie mogę dotknąć twarzy, którą kocham.

Listopadowy czwartek
Coś złego siedzi we mnie. Drze na strzępy. Oślepia. Uporczywy, powtarzający się sen: spieniona rzeka, ja, przedzierająca się przez krzewy i ty, naga w moim łóżku. Liturgia pieszczot.
Budzi mnie niespodziewany strach.

Piątek
Wiążesz mi ręce, Natalia. Przeszkadzasz żyć. Chcę być sama. Chciałabym...Chcieć być sama.
Jeszcze nie potrafię. Ale nauczę się.

Chcę Cię, Natalia.
Bez sensu.
Bez Sensu Chcę Ciebie.

Sobota
Dyskoteka bez Natalii. Jednak mogę bez niej oddychać. Śmiać się. Bawić.
Pocałunki Bogny. Jak samotne motyle. Powiedziałam jej, że już nie kocham Nat.
Pośpieszny seks na chłodnych kafelkach toalety.
Płaski, nieważny orgazm.
Seks bez seksu.

Niedziela
Bogna zakochana, ja roztańczona.

Środa
Eksperyment w  będzie podły.
Rudowłosa dziewczyna przesuwała paluszkami po moich ramionach, a ja nie czułam nic. Przeszła na moje uda, ale i tam jej dłonie ślizgały się po warstwie mojej obojętności.
- Nie gram nigdy w długie związki - powiedziała, wsuwając mi język między zęby.
Parsknęłam śmiechem. Ja nie gram nawet w jedną noc.

Piątek
Eksperymentu ciąg dalszy. Dyskoteki bez Natalii.
Odzwyczajam się od ciebie. Odzwyczajam się od kochania ciebie.
Uczę się. Uczę się ciebie nie kochać.
Chcę się od ciebie uwolnić, Natalia. Cotygodniowa, żmudna gorączka ogłoszeń. Natłok SMS'ów. Nadzieja rozmów. Wreszcie znalazłam. Mieszka w górach, jest samotna..

Belle, belle, belle*
Iza-belle...
Kocha konie, sztukę i dobrą literaturę.
Chciałabym zakochać się w Izie.

Sobota
.........................................
........................
.........?

Niedziela
Wiem, że nie bawisz się mną, Natalio
To ja sama gram ze sobą. Gram bez zasad, dlatego jest tak mi trudno.
Dlaczego to robię?
Przecież liczysz się tylko Ty.
???
A może się upiję? Nadam grze nowy wymiar? Ale po co? I dla kogo? Dla ciebie? Dla siebie?
Upiję się, bo inaczej się potnę.
Mam rozbitą duszę. Przez ciebie, Natalia. Wikłam się w papierosy. Wikłam się w alkohol. Wikłam się w miłość. Na co właściwie liczę?
Wczoraj na dyskotece wcale nie uderzyłaś mnie w twarz. Musnęłaś tylko palcami mój policzek. Nie obraziłam się. Tylko zrobiło mi się głupio**.
Róże od Bogny zachwycające. Jak twoje piersi, Nat.

Poniedziałek
Wyjechałaś tak nagle. A u nas tak pusto i biało. Plączę się w sobie, jak ciebie nie ma. Wracaj. Kocham tylko ciebie.
Chcę cię, kochanie

Powiedziałaś, że cię zawiodłam. Sorry, Natalia. Nie tak miało być.
I tak już odchodzę. Idę tam, gdzie zasypia słońce. Moje własne słońce właśnie przeskakuje swój cień.

Wtorek
Róża nie chce róży. Gdzie jesteś, Natalio?

Środa
Samotny powrót ze . Paradoksalność samotności. W mojej paradoksalnej samotności jestem paradoksalnie absolutnie szczęśliwa.
Co bardziej kocham, Natalię czy Wolność?
Kocham Natalię
Kocham Wolność
Nazywam się Narcyz. Nie zniszczysz mnie, Natalia. Narcyz jest wieczny.
Więc idę. Idę sobie i śpiewam.

Listopadowy czwartek
Wieczór. Roztrzęsiony, jesienny. Natłok myśli. Nierealnych. Siny, zadeszczony świat. Zatapiam się w siebie. Co to za rozkosz mieć tylko siebie! Nie usłyszeć żadnego obcego głosu.
Mój własny głos mnie nie zawiedzie**.

Grudniowa niedziela
Wczoraj powiedziałaś mi, że to KONIEC. Że masz dosyć. Że już więcej do mnie nie przyjdziesz. Coś we mnie pękło. Coś się skończyło. A ty nie widzisz nic.
Umieram, a ty kontynuujesz gładkie słowa o rozczarowaniu i niewierności.
Jednak nie rozumiemy się, Natalia. Szkoda.
Nikt mnie nie zamknie w klatce, Natalio. Jestem ptakiem, Nat.
Kocham cię. Ale od dzisiaj będę zamieniać pocałunki na resztki twojej herbaty.

Kolejny dzień Końca Mojego Malutkiego Świata
Piję wino i słucham Stinga.
Wina nie cierpię, więc po co je piję?
Wszystko jest już poza mną. Wielki burdel uczuć, który mnie... podnieca? Burdel jest piękny.
Mam cholerną depresję.
Nie płaczę już. Ale też przestaję panować nad rzeczywistością. Siedzę przed lustrem i kpię z siebie. To rajcujące. RAJCUJĄCE. I piję wino. Nie czekam na nic. Po prostu siedzę. Patrzę w lustro. Kpię z siebie. Kocham siebie. Jest mi dobrze. Tańczę po suficie.
Coś mam?
Po co mi to?
Coś mam?
Co mam?
Mam wino w kielichu. Ja rozumiem wino. Wino rozumie mnie. Mam papierosa. I papieros mnie rozumie. Wypełniają mnie głosy. Balansuję. Jestem - nie - jestem. Jestem - nie - jestem
Bim - bam, bim - bam... Grzebałam tam, gdzie mnie nie chciano. Głęboko. Jeszcze głębiej.
Szukam Wolności. Nazywam się Wolność. Nie ma we mnie zła. Nie ma we mnie dobra. Jest we mnie piękno. Usta mam wypełnione winem**. Natalia, Natalia, Natalia.
Jestem tylko głupiutkim, słabym dzieckiem, które cię potrzebuje, Natalia.
Kocham cię.
A ty mnie już nie chcesz.
.............................................................................
......................................................................................
............................................................................................

Koniec? Koniec czego?
Nie chcę już żyć.
Siedzę na zimnej podłodze. Moje dłonie wahają się nad żyletką.
Nie potnę się... potnę się... przecież i tak się kiedyś potnę...
W moich oczach nie ma już nawet łez**.
***
Wychodzę ze szpitala. Ulica wita mnie chłodnym deszczem. Skuleni przechodnie samotnie układają puzzle z szarych kropel. I po mnie nie wyszedł nikt.
W domu Freddy skacze mi na ramię z czułymi miauknięciami. Z radością głaszczę jego zgrabny, lśniący łebek. Mruczy, ocierając o mnie swoje szare, miękkie futerko. Nie wygląda na wygłodzonego. Natalia dobrze o niego dbała.
Wieczór spędziłam w oknie. Natalia nie przyszła, choć z cienia na zasłonie wywnioskowałam, że i ona była sama. Na drugi dzień wpadłam na nią znienacka w korytarzu. Trzymała w dłoni mokry bukiet frezji. Bez słowa przytuliłam do nich policzek.
Przestrach w jej oczach. Niedowierzanie. Potem Natalia ogląda się bez sensu, jakby szukała ratunku w odrapanych ścianach korytarza. Potem długo patrzy na mnie w milczeniu. Wreszcie odzywa się matowym, jakby obcym głosem: przepraszam panią bardzo, mówi zupełnie bez sensu, ale to chyba jakaś... pomyłka?
Zamarłam. Pociemniało mi w oczach. Dlaczego? Dlaczego... właśnie tak, Natalio?
Wzięłam ją za rękę. Natalia robi krok do tyłu, potem następny. W oczach ma strach i zdumienie. Jeszcze jeden kroczek do tyłu. Potem była już tylko ściana. Opierając dłoń o ścianę, pochylam się nad jej ustami.
Panika.
- Proszę mnie natychmiast puścić, bo będę wołać o pomoc! Ra...tun..ku!
Pocałunkiem zamykam jej usta. Natalia szarpie się, usiłując wyzwolić się z moich ramion. Nie zwalniam uścisku, wręcz przeciwnie, przytulam ją jeszcze mocniej.
- Przecież...mnie...kochasz? - wydusiłam wreszcie z siebie to zdanie. Od trzech miesięcy to zdanie jak wściekły pies gryzło mi serce.
- Pani chyba zwariowała! Jak pani śmie! Pani mnie bierze za kogoś innego, to jakaś straszna pomyłka! - wyrzucała z siebie jednym tchem odpychając ze swoich piersi moje natrętne dłonie.
Lubiłam te jej piersi, jędrne, dorodne grona, ich słodki ciężar czułam jeszcze godzinami po jej odejściu. I syciłam się nim jak chlebem, aż do jej kolejnego przyjścia.
Natalio...
Zamilkła i nagle uciekła ze spojrzeniem. Ale po chwili podjęła znowu tę swoją bezsensowną grę: nie jestem żadną Natalią! I wcale pani nie znam! - zakrzyczała. - Pani mnie pomyliła z kimś innym! Sprowadziłam się tutaj dopiero pół roku temu!
- Wiem, wiem, pamiętam, przerwałam jej niecierpliwie, pomagałam ci się urządzić. Wnosiłam meble. Zawieszałam firany...
Natalia spojrzała na mnie, najwyraźniej zaskoczona:
- ...Ja nie mam żadnych firan - szepnęła.
Och, zasłony. Twoje czerwone zasłony...
Znowu milczenie. Próbowałam spojrzeć jej w oczy, ale odwróciła głowę. Nie zwalniałam uścisku. W miłości nie ma miejsca na litość. Jeszcze mocniej przycisnęłam ją do ściany. Potem wolną ręką chwyciłam za włosy i mocnym szarpnięciem zmusiłam do spojrzenia mi prosto w oczy. Jej oczy były ściemniałe z bólu i nic nie rozumiejące. To mnie rozzłościło.
- Nie dam ci tak odejść! - syknęłam wściekle - drugi raz nie dam ci od siebie odejść, rozumiesz?!
Wyjęłam jej z ręki klucze. Chłodne i smukłe jak ich właścicielka. Złoty, nowy, do górnego zamka, srebrny, wysłużony do dolnego. Dobrze znałam te zamki. Dobrze znałam te drzwi, pokryte nieregularną, ciepłą boazerią. Tysiące razy pod nieobecność Natalii powielałam ich wzór palcami spragnionymi jej obecności.
Dwa obroty w lewo. Potem trzeba przyciągnąć, aby puścił dolny zatrzask. Drzwi otwierają się z charakterystycznym szczękiem. Znam ten dźwięk, a na wycieraczce rozpoznaję wzór słonecznika z plamą przechodzącą w długi nos.
- My się naprawdę nie znamy - szepnęła Natalia, a jej głos zabrzmiał tak, jakby przywoływała kogoś z oddali.
- Jak to, się nie znamy???!!! Przecież od pół roku jesteśmy razem! Śpimy ze sobą! Kochamy się! To prawda, pokłóciłyśmy się po tym głupim incydencie z Bogną, ale jak przejechałam sobie żyletką po żyłach, to właśnie ty byłaś przy mnie pierwsza. Wezwałaś karetkę. Zajęłaś się wszystkim. Obiecałaś dopilnować mieszkania. I karmić kota.
Dlaczego teraz tak udajesz?! Dla kogo ten bezsensowny teatr? Jaki masz w tym cel?!
Wpycham ją do mieszkania jak bezwładną kukiełkę. W nos uderza mnie znajomy zapach jej perfum.
- No, zapal światło! - słyszę jakiś obcy głos i dopiero po chwili orientuję się, że to ja to powiedziałam. Ona posłusznie wyciąga rękę w ciemność, potem słyszę trzask włącznika i światło uderza mnie w oczy czerwoną falą. Syczę i bezwiednie zasłaniam oczy łokciem.
- Proszę spojrzeć, czy zna pani moje mieszkanie - zażądała nagle Natalia roztrzęsionym, ale mocniejszym głosem, tak jakby pobyt na własnym terytorium dodał jej siły.
Dlaczego ona jest tak zdenerwowana?
Wzruszam ramionami, ale posłusznie spoglądam znad zgiętego ramienia.
Natalia zmieniła meble podczas mojej nieobecności? Ale po co? Rzucam okiem po wnętrzu i nagle moje podniecenie opada. Uderzona obcością zamykam oczy. Potem otwieram je ponownie, ale już ostrożniej, bez tej radosnej pewności siebie. Nie, nie znam tego pokoju. Ogarniają mnie znajome igiełki niepokoju. Gorąca fala zalewa mi policzki, a potem nagle chłodne kropelki potu łaskoczą moje skronie. Atak! Boże, nie, nie, tylko nie to, nie teraz... Cholera, chyba nie mam przy sobie tabletek! Macam się po kieszeniach, usiłując się opanować, spokojnie, tylko spokojnie, nic się nie stało... spokojnie. Spokojnie, nic się nie stało. Nic. Się. Nie. Stało. Nic. Się. Nie...
... Natalia tylko zmieniła meble, cóż w tym takiego dziwnego? Przecież nie było mnie całe trzy miesiące. Przecież to tylko meble, zwykłe meble, idiotko, tyle, że ich nie znasz! Po prostu meble. Kredens, stół, sofa... Oddycham coraz szybciej. Znienacka białe ściany pokoju zaczynają puchnąć, zielenieć, a stojąca przy drzwiach biała szafka, zakończona niewielkim, trójkątnym kwietnikiem, wzburzona moim spojrzeniem, wyciąga do mnie liczne macki puchatych paprotek. Cofam się w popłochu, ale wtedy atakuje mnie z tyłu niewielka sofka, zdradliwie uśmiechnięta pęknięciami koronek. Kto to? Kto to? Kto to? jękliwym głosem zawodzą wysokie, kościste krzesła. Obcy! Obcy! Obcy! odwrzaskują z kredensu chude kieliszki, potrząsając kryształowymi włosami. Precz stąd! Zawarczał dywan, kurcząc w złości żółte plamki stokrotek.
W popłochu wycofuję się do przedpokoju.
Tylko purpurowe zasłony są mi przyjazne i świecą znajomym, ciepłym blaskiem. Może tylko od strony ulicy wydawały mi się ciemniejsze i bardziej puszyste.
To chyba jakiś koszmar, przemknęło mi w myśli i mocno przytrzymałam się drzwi. Oparłam głowę o framugę. Kiedy ponownie otworzyłam oczy, pokój był zupełnie normalny. Tyle, że nieznany.
- No i ? - głos Natalii załamał się w na wysokiej, histerycznej nucie.
- Nie, nie znam tego pokoju - powiedziałam zrezygnowana i sama zdziwiłam się swoim spokojem.
Z równym spokojem obserwowałam jak nagle z sufitu, ruchliwymi nogami pająka, zaczął się dostojnie spuszczać ciężki, metalowy świecznik.
Ponownie sięgnęłam do kieszeni po tabletki, ale zatrzymałam się w połowie tego bezsensownego gestu. Przecież już tam ich szukałam. Przecież ich nie wzięłam. Cholera, cholera, cholera.
- Proszę o tabletki - powiedziałam, nieuważnie wyciągając dłoń do Natalii.
- Słucham? - zdziwiła się Natalia. - Jakie tabletki?
Opuściłam bezsilnie pustą dłoń. Zacisnęłam ją w pięść tak mocno, aż w skórę wbiły mi się paznokcie. Potem potrząsnęłam głową, przecież nie jestem już w szpitalu, jestem u Natalii, nie, nie u Natalii, jestem u tej, tej... no, tej pani, ona mówi, że mnie nie zna, nic z tego nie rozumiem, przecież ja i ona, nie, nie, ja i Natalia... chwileczkę, jeśli ona to nie Natalia, no to kim ona jest? Natalia? Czy nie Natalia? Ona twierdzi, że jest kimś innym, no ale te oczy, uśmiech, to ciało...
Natalia? A kim jest Natalia? I co właściwie znaczy to słowo: Na-ta-lia? I co ja tu właściwie robię? W tym obcym mieszkaniu z tą obcą kobietą?
- Proszę pani? Czy pani się dobrze czuje? - kobieta podeszła do mnie i położyła mi dłoń na ramieniu. Podskoczyłam jak oparzona i strzepnęłam jej dłoń z siebie jak robaka.
- Och, przepraszam - potarłam czoło w zamyśleniu, usiłując zebrać myśli. Nie wiem, co się ze mną dzieje...
...długo leżałam, sama, całe miesiące sama w pokoju, tylko wizyty lekarzy, pielęgniarek, badania... Leżałam patrząc w ścianę. Dużo myślałam...
- Pani była w szpitalu? - zapytała z chłodnym zainteresowaniem.
- Tak, na oddziale dla szajbusów - uśmiechnęłam się słabo z własnego żartu. - Ale lekarz powiedział, że depresja już minęła...
Przestraszyła się. Chyba.
- Pani...?
- Tak. Chciałam się zabić. Z miłości do pani! - powiedziałam szyderczo wykrzywiając usta.
- A pani mówi, że mnie nawet nie zna...
Milczenie
- To ja już pójdę.
Milczenie
Wyszłam bez słowa, lekko trzaskając drzwiami.
- Proszę pani!
Nieomal w tym samym momencie, jak je zamknęłam, drzwi otworzyły się na powrót i Natalia wybiegła za mną na korytarz.
- Proszę pani! Proszę poczekać!
A jednak! Odwróciłam się z uśmiechem.
- Pani sweter!
Natalia stała w drzwiach, potrząsając moim czarnym pulowerkiem. Jeszcze nigdy dotąd nie czułam do niego aż tyle nienawiści.
- Może go sobie PANI - wyplułam z siebie gorzko - zatrzymać na pamiątkę. A może woli go PANI, znowu podkreśliłam to cholerne , wymienić na tę pani czerwoną sukienkę? Teraz jest mi już zbędna!
Patrzyła na mnie w najwyższym zdumieniu, machinalnie skręcając sweter w coraz to mocniejszy i mocniejszy supełek:
- Moją czerwoną sukienkę? Jaką moją czerwoną sukienkę?
- Czerwona w czarne motyle. Na koronkowych ramiączkach. Zostawiłaś ją u mnie, po naszej ostatniej kłótni.
Kochałam tę jej sukienkę. Godzinami wtulałam usta w jej śliski jedwab, wyobrażając sobie zapach i ciało jej właścicielki.
- Moja czerwona sukienka w motyle? - powtórzyła zamyślona Natalia. - Ależ ja jej już od dawna nie noszę! Wyrzuciłam ją na śmietnik!
Zdrętwiałam. Jak to...na śmietnik?
- W lecie spaliłam jej tył przy prasowaniu - powiedziała Natalia w formie wyjaśnienia - więc ją wyrzuciłam.
- ...A chusta, taka żółta, moherowa, z frędzlami...? - wyjąkałam.
- Też wyrzuciłam - zdziwiła się Natalia. - Nie pasowała mi do płaszcza. Nie lubię żółtego koloru...
Osunęłam się na podłogę. Natalia podeszła bliżej i, zaniepokojona, pochyliła się nade mną:
- Proszę pani? Czy pani na pewno dobrze się czuje? Może ja wezwę lekarza?
Patrzyłam na nią w milczeniu. Świat z perspektywy podłogi wydaje się zupełnie inny.
- ...Wiersze Jasnorzewskiej? - wychrypiałam z wysiłkiem, starając się rozluźnić spięte mięśnie krtani.
Jej ukochane strofy o miłości...Trzymałam ten tomik jak największą relikwię.
Wzruszyła ramionami. Nie rozumiem pani pytań.
- A mój kot? - zapytałam gorączkowo, chwytając ją za rękę, jakbym właśnie w jej dłoniach szukała ratunku.
- Pani przecież karmiła go podczas mojej nieobecności, prawda? Prawda?
- Jaki kot? - zapytała zaskoczona, prostując się nieco.
- Pani ma kota, tak?
Puściłam jej rękę i zaczęłam się kiwać monotonnym gestem debila.
- Nie wiem, nie wiem, ja już nic nie wiem... - powtarzałam, szczękając zębami.
Ze ściany długim rzędem zaczęły schodzić szare pająki. Każdy z nich miał na sobie żółtą pelerynkę w czarne motyle. Mijając mnie, pająki migały złośliwie czerwonymi języczkami i ostentacyjnie zrzucały z siebie odzienie. Uwalniane nagle motyle otoczyły mnie gęstym, kpiącym korowodem, a potem kolejno pękały w powietrzu jak baloniki.
- Proszę mi pomóc - wybełkotałam. - Kimkolwiek pani jest, proszę mi pomóc!
***
Ocknęłam się w momencie, jak pielęgniarka robiła mi zastrzyk. Leżałam na sofce, tej, która tak mnie przeraziła. Teraz sofa łasiła się do mnie miękkimi poduszkami jak czysta niewinność. Hipokrytka.
Drażniący, znajomy zapach lekarstw. Mdli mnie.
- Już lepiej, prawda? Nie należy tak się denerwować! - beznamiętny, zawodowy uśmiech lekarza. Chłodny i zasadniczy jak jego biały kitel.
- Won! - powiedziałam głośno i wyraźnie, z nienawiścią patrząc na jego gładko wygolony, dziecięcy podbródek. - Won, konowale! - powtórzyłam głośniej. - I zabierz ze mnie te twoje parszywe łapy, bo ci przypieprzę!
Natychmiast odskoczył na bezpieczną odległość. Poszeptywał teraz z Nat, zerkając na mnie podejrzliwie. Ona chyba wyjaśniała całą sytuację. Dolatywały do mnie strzępki jego odpowiedzi: ona wzięła panią za kogoś innego? Taak, to się zdarza, pacjent wyobraża sobie różne nieistniejące rzeczy, może to się nakładać na rzeczywistość, taa, to mija, oczywiście należy pilnować regularnego zażywania lekarstw, pani jest kimś z rodziny? Nie? Ona mieszka sama? Pani jej nie zna? To chyba musimy zabrać ją do szpitala?
Był wyraźnie rozczarowany. Może w instrukcji miał zakazane zabieranie wariatów do karetki. A wystarczyłoby, miły lekarzu, zamienić fiolki. Zamiast uspokajającego zastrzyku coś na pobudzenie pracy serca. I kłopot z głowy! Więcej polotu w pracy, więcej polotu, bublu medyczny!
Byłam bardzo zmęczona. Właściwie nie marzyłam już o niczym innym, jak o powrocie do domu. Położyć się w łóżku i przemyśleć wszystko. Nie, nie, nie myśleć. Po prostu leżeć i nie myśleć o niczym.
Wstałam z sofki i zrobiłam niepewny krok w stronę drzwi.
- I jak się pani czuje? - zapytała z troską Natalia
- Dziękuję. Już mi lepiej - skłamałam, wyduszając z siebie nawet coś w rodzaju uśmiechu.
- Czy na pewno pani się dobrze czuje? - upewnił się lekarz, na wszelki wypadek zachowując stosowny dystans.
- Na pewno! - odparłam z przekonaniem i aby ich przekonać o moich zdrowych zmysłach, dodałam niewinnym tonem:
- Ja gdzieś tu chyba zostawiłam sweter? Przepraszam, ale chciałabym już wrócić do siebie.
- Tak, tak, pani sweterek jest tutaj, proszę! - dała się nabrać - Natalia, panie doktorze, proszę podać ten sweter, ten, co leży obok pana, na krześle!
Lekarz ujął go w dwa palce jak zdechłego szczura i obejrzał tak podejrzliwie, jakby spodziewał się znaleźć w nim co najmniej pistolet.
- Tak, tak, to jest ten sweter... - Natalia nie rozumiała jego ociągania.
Ja rozumiałam i bawiłam się świetnie.
- Ładny wzór - bąknął w końcu i aż zaczerwienił się pod moim ironicznym spojrzeniem. Znałam dobrze ten typ lekarza. Niedouczony, hajowy studencina. Pół etatu upływa mu na piciu kawy na pogotowiu, reszta na podmacywaniu rozchichotanych stażystek w pokoju pielęgniarek. Nic nie wie, wszystkiego się boi, a o wszystkim ma swoje zdanie. Ale Bóg z nim, mam tylko nadzieję, że nie pomylił dawki.
- Może ja jednak panią odprowadzę? - Zaoferowała się Natalia. Patrzcie, patrzcie państwo, co za dobry duszek! Harcereczka!
- Dziękuję - mówię układnie - i tak sprawiłam pani wystarczająco dużo kłopotów. Pójdę sama. Mieszkam tak blisko... Może pani zresztą przyjść do mnie wieczorem, sprawdzić jak się czuję...
A jednak pozwoliłam sobie na tę drobną uszczypliwość. Natalia zbladła.
Bezinteresowna złośliwość. A właściwie, po co? Przecież ta kobieta nie ma z tym nic wspólnego. Odegrała w moim dramacie swoją małą rólkę, nawet o niej nie wiedząc. Teraz uświadamiam sobie, że nie pamiętam obecności Natalii. Pamiętam tylko moje oczekiwanie, mój ból niespełnienia, dotyk moich rąk na jej śladach, mój czas upływający wątłą strugą jak źle dokręcony kurek kranu. Na podstawie jej smukłego cienia na zasłonie i smugi perfum w korytarzu rozegrałam cały mój scenariusz.
Noga za nogą wracam do domu, potem długo waham się w półotwartych drzwiach mojego mieszkania. Stoję, przesuwając mechanicznie dłonią po chłodnej powierzchni klamki. Po odarciu z siebie ostatniej warstwy złudzeń, czuję strach. Dopiero odgłos samotnych kroków przypadkowego sąsiada zmusza mnie do wejścia. Drzwi zamykają się za mną z hukiem grobowca. W nos uderza mnie natychmiast smród nie wietrzonego długo pomieszczenia, przemieszany z przeraźliwym, słodko-mdlacym zapachem zepsutego mięsa. Mięso? U mnie? Ja nie jadam mięsa, nawet nie mam lodówki! A ryby i wątrobę dla Freddy'ego kupuję przecież zawsze na bieżąco...
Co powiedział ten niedouczony mydłek? Że nakładam moją fantazję na realność? Czyli, tak na chłopski rozum, mój świat nie istnieje. Mój świat? Zapalam światło w pokoju i po raz pierwszy uważnie rozglądam się po moim pokoju.
Brud. Jakieś poplamione, pogniecione spodnie porzucone niedbale na podłodze, bluzeczka z zerwanym ramiączkiem na okulawionym krześle. Zdezelowana szafa z rozpadającymi się półkami. Na jednej z nich znajduję starannie złożoną i wyprasowana, czerwoną suknię Natalii. A więc ona jednak kłamała??!!! Wcale nie wyrzuciła jej na śmietnik!!! Przelewam w dłoniach śliski jedwab i nagle w tylnej części gorsetu znajduję ogromną, wypaloną żelazkiem dziurę. A jednak... Spaliła ją przy prasowaniu. I wyrzuciła. Ale jeśli ona ją wyrzuciła, co ta sukienka robi tutaj, u mnie? Nic nie rozumiem. Ale wkrótce zapominam o sukience, zaskoczona brzydotą mojego pokoju. Moje mieszkanie jest aż tak brzydkie? Jak to się stało, że przedtem tego nie zauważyłam???!!!
Brudne ściany. Brudny, wyłysiały dywan z licznymi śladami kocich pazurów... A właśnie, gdzie jest Freddy?
- Freddy, Freddy - wołam cichutko - kici, kici, chodź do mnie, kochanie, przywitaj panią...
Cisza.
- Freddy, gdzie się chowasz, niedobry kocie...
Żadnego odzewu. Czyżby wymknął się na podwórko? Niemożliwe, od czasu jak ten obcy kot z sąsiedztwa sprawił mu lanie, Freddy boi się sam wychodzić na dwór.
Chodzę po mieszkaniu, penetrując każde z jego ulubionych miejsc.
- Kici, kici, koteczku... - wołam coraz bardziej rozpaczliwie. Odpowiada mi tylko pustka.
Dopiero mocny, ciężki do zniesienia zapach zmusza mnie do zajrzenia pod kredens. W kącie leżały wychudzone, na wpół zasuszone kocie zwłoki o rozwartym pyszczku i zmierzwionym, matowym futerku...
Z przeraźliwym krzykiem zrywam się na nogi i biegnę do łazienki. Długo wymiotuję. Potem opieram głowę o chłodną ściankę wanny i zamykam oczy.
- Natalia! - wołam bezwiednie i już sama nie wiem, gdzie jestem. Kiedy wreszcie podnoszę się z podłogi, jestem ciągle sama, a na dworze dawno już panuje zmrok. Natalia nie przyszła. Natalia? Prawda, przecież nie ma żadnej Natalii... nie ma Natalii. A ja? Ja jestem? Wszystkie kontury mojego domu są takie niejasne i jednocześnie takie oślepiające. Wstaję i zapalam w łazience światło. Zawsze odzyskuję równowagę w otoczeniu jej błękitnych kafelków. Chłodna kąpiel. Tak, chłodna kąpiel zawsze mi poprawia samopoczucie. Co to mnie tak przeraziło? Ach tak, coś z Freddy...
Napuszczam wody i otwieram kurek gazu. Z junkersa z cichym sykiem wydostaje się lekko szczypiący, mdlący zapach, ale to mi wcale nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, czuję miły zawrót głowy, jak po dobrym piwie. Wchodzę do wanny. Powolnymi ruchami namydlam ciało. Piana delikatnymi szczypnięciami przykleja mi się do skóry. Moja głowa jest ciężka, coraz cięższa. Opieram ją o krawędź wanny i z ulgą przymykam oczy. Nie, nie chcę już dłużej czekać na ciebie, Natalia.
Nagle słyszę otwierające się drzwi i słodki głos Natalii. Mojej Natalii. Właśnie wita się z Freduszką.
Więc mój świat istnieje!?!
Idę, Natalia. Już idę do Ciebie, powiedziałam bezgłośnie.
Wyciągam papierosa i długo trzymam go w palcach. Wstaję. Znowu siadam w wodzie. Wstaję ponownie.
Potem przysiadam na brzegu wanny, wyjmuję zapałkę i przypalam papierosa.

*jęz.franc - piękna
** pamiętnik Mimi
Data publikacji w portalu: 2004-02-16
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

erotyka Fitness intymny kobiet
Ala44 Ja ćwiczę od dawna i Polecammm ... opinia dodana 2019-09-17 00:22:45
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Goblin Market - Rossetti Christina
A mnie się to tłumaczenie podoba. Jestem anglistką, literaturoznawczynią, i mogę zapewnić, że fragmenty...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019