Berlin - 1929

dagi-agi-ewa
Siedziałam na wysokim krześle barowym, w jednej z tych niewielkich knajpek w samym sercu miasta. Powietrze pachniało tytoniem i oparami wina. Patrzyłam na swoje odbicie w barowym lustrze, za mną ludzie i ja na pierwszym planie. Delikatny materiał mojej czarnej sukni idealnie okrywał kształtne uda, drobne frędzelki dołu sukni subtelnie oplatały łydki. Szerokie ramiączka podkreślały kruchość i biel moich ramion. "Idealna suknia dla idealnego ciała" zaśmiałam się w duchu "trzeba sobie jakoś radzić".

Właśnie odpalałam sobie papierosa w długiej, szklanej lufce, myśląc z niecierpliwością, że mógłby wreszcie przyjść ktoś znajomy, a może ktoś nieznajomy, warty szczególnego zainteresowania..., patrzyłam w odbicie głębi baru i szukałam wzrokiem kogoś na kim można byłoby zawiesić oko. Nagle moją uwagę zwrócił niewysoki, szczupły mężczyzna w białym, niezwykle szykownym garniturze. Odwróciłam się , aby zobaczyć to zjawisko, ale zginął mi gdzieś w tłumie....
-Jest!... - krzyknęłam, barman dziwnie na mnie spojrzał. Był tam. Teraz mogłam przyjrzeć mu się dokładniej. Był na tyle blisko, że przez mgłę papierosowego dymu mogłam dojrzeć biel butów i koszuli. Jedynym elementem garderoby, który nie miał nic wspólnego z bielą, był błękitny krawat. Krótkie włosy zaczesane na gładko, z przedziałkiem po lewej stronie. "Hmmm... nigdy wcześniej nie widziałam go tutaj... Jak on się zgrabnie porusza... Zupełnie jak kobieta...". Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Była w nim jakaś dziwna dysharmonia, która bardzo mnie zaintrygowała. Usiadł sam, przy małym, okrągłym stoliku w rogu sali. Trochę żałowałam, że wybrał to miejsce, bo w zaciemnionym kącie widziałam tylko zarys sylwetki. Wtedy nachylił się nad świecznikiem, żeby odpalić papierosa. W łagodnym świetle świecy zobaczyłam na chwilę dokładniej jego twarz, drobną dłoń i szczupły nadgarstek.
"O Boże..." pomyślałam. "Przecież... przecież to... kobieta!" Prawie bezgłośnie westchnęłam. Wcześniej już spotykałam takie kobiety, ale on... ona zafascynowała mnie natychmiast. Teraz myśląc o tym wszystkim nie jestem w stanie nawet powiedzieć dlaczego. Czy to elegancja ruchów, drobne, delikatne dłonie, czy też aura tajemniczości, która jak druga skóra otaczała całe jej ciało; miałam wrażenie jakby ta aura posiadała nawet swój zapach: duszny, słodki... zapach namiętności. To wszystko sprawiło, ze zaczęłam ukradkiem przyglądać się tej kobiecie. Kątem oka patrzyłam jak powoli pali papierosa, jak delektuje się jego smakiem, wypuszczając czerwonymi ustami dym, który wił się powoli, po chwili łącząc się z mgłą w lokalu. Lekko oparta o krzesło, odchylona do tyłu, z ręką na blacie, bawiącą się jakby od niechcenia srebrną papierośnicą. Spod półprzymkniętych powiek rzucała spojrzenia na gości. Za każdym razem, kiedy jej wzrok prześlizgiwał się po mnie i czułam jakby delikatne mrowienie skóry... Och, znacie to uczucie, prawda?

- Witaj kochanie! Widzę, że nie możesz oderwać wzroku od Lilly?- usłyszałam za sobą znajomy głos, to była Maria, moja przyjaciółka.
Przywitałyśmy się serdecznie.
- Przyznam, że jest w niej coś... coś takiego...
- Tak. Jest urocza i wygląda tak cudownie amorficznie... Chcesz ją poznać?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy pociągnęła mnie za rękę i po chwili już byłyśmy przy zaciemnionym stoliku w kącie sali.

- Dobry wieczór, Lilly. Chciałabym przedstawić ci moją słodką przyjaciółkę, Zuzannę. - powiedziała Maria. Poczułam chłodny dotyk jedwabnej rękawiczki na mojej dłoni, a za chwilę rozpalonych ust. Po moich plecach przeszedł strumień gorącego mrowienia, od karku w dół, wzdłuż kręgosłupa, żeby rozpłynąć się ciepłą falą w okolicach lędźwi.
- Widzę, że jesteś dzisiaj samotna. Czy możemy zaproponować nasze towarzystwo? - zapytała Maria i usiadła przy stoliku nie czekając na odpowiedź.
- Będę zaszczycona. - powiedziała Lilly spoglądając na mnie wielkimi, zielonymi, hipnotyzującymi oczyma.
- Czy wolno mi zaproponować Paniom po kieliszku burgunda?
- Bardzo chętnie.
Ruchem ręki przywołała kelnera. Pomyślałam sobie, że oto za chwilę może się zacząć bardzo zmysłowa i podniecająca zabawa w intrygowanie i kokietowanie. Lilly badawczo mnie obserwowała, jej wzrok przesuwał się po mojej szyi, dekolcie, talii... jaj wzrok jak lekki dotyk... Patrzyła na mnie z tym swoim półuśmieszkiem, jakby mówiła "i co mała, podoba ci się ta gra?" Kelner przyniósł do stolika zamówiony alkohol, wybijając nas z tego dziwnego, aczkolwiek dość miłego letargu. Uważnie obejrzała butelkę wina, skosztowała i po namyśle kiwnęła głową. Kelner napełnił kieliszki i oddalił się bezszelestnie.

Siedziałyśmy chwilę w milczeniu, patrząc na siebie nawzajem spod półprzymkniętych powiek...
- Pani chyba nieczęsto pojawia się tutaj? - zapytała Lilly.
- Kilka miesięcy temu wyprowadziłam się z Berlina do Monachium. Przyjechałam odwiedzić starych znajomych....
- I zabawić się w kabaretach! - złośliwie dopowiedziała Maria.
- Przestań. Wszyscy niedługo zaczną myśleć sobie Bóg wie co o mojej moralności. Po prostu zatęskniłam do tej atmosfery. To miasto jest wyjątkowe.
- To prawda. Nigdzie nie czuję się tak swobodnie i... normalnie jak tutaj - uśmiechnęła się Lilly - Może zatańczymy? Jeśli oczywiście nie będzie to Pani krępować...
- Ależ nie. Chodźmy!
Wstała, podała mi ramię i poprowadziła na parkiet. Tańczyłyśmy... nie! My płynęłyśmy przez salę, unoszone na fali namiętnego tanga... Lilly była doskonałą tancerką. Prowadziła mnie pewnie i lekko, a ja poddałam się temu natychmiast. Pozwoliłam, by otoczyła nas muzyka i przez tą krótką chwilę nic innego się nie było ważne. Czułam jej dotyk przez cienki materiał sukienki... po twarzy błąkał się uśmiech. Zapatrzona w niesamowicie zielone oczy zapomniałam o całym świecie.
- Czy mogę o coś zapytać? - szepnęła.
- Tak?
- Nie powinnam tego proponować pierwsza, ale może przejdziemy na ty? Będzie dużo łatwiej.
- Oczywiście... Lilly.
- Dziękuję, Zuzanno.
Muzyka skończyła się (ach, jakże tego żałowałam w tej chwili!) i wróciłyśmy do stolika.

- Czy dzisiaj występujesz w kabarecie w lokalu Cioci Matyldy, Lilly? - zapytała Maria, kiedy usiadłyśmy.
- Tak, mam nowy program. Mam nadzieję, że o wiele bardziej interesujący. Czy mogę was, drogie panie, zaprosić wieczorem do kabaretu?- powiedziała Lilly.
- Mam nadzieje że przyjdziesz - szepnęła - będę miała dla ciebie niespodziankę.- dodała jeszcze ciszej delikatnie muskając ustami płatek mojego ucha.
- A teraz muszę już Panie opuścić. Nie żegnam się, do zobaczenia wieczorem.
Kiedy odchodziła, patrzyłam na jej wąskie, chłopięce biodra, które kołysały się w bardzo zmysłowy, typowo kobiecy sposób. Nie mogłam uwierzyć, że pomyliłam ją z mężczyzną.

"U Cioci Matyldy" zastała nas zupełnie inna atmosfera. Orkiestra grała dziki, opętańczy jazz, a papuzie, kolorowe stroje kelnerek, ich głęboko wycięte dekolty i gorsety odkrywające jędrne i dorodne piersi, przykuwały wzrok podchmielonego już towarzystwa obojga płci. Wreszcie udało nam się przepchnąć przez rozbawiony tłum i znaleźć wolne miejsce na aksamitnej sofie, przy niewielkim stoliku. Zdążyłyśmy usiąść, kiedy jazz ucichł na chwilę i na scenę wyszła wielka, gruba matrona w czerwonej, błyszczącej, wieczorowej sukni i kapeluszu z piórami na głowie.
- To Ciotka Matylda - powiedziała Maria. - Wszyscy ją tutaj uwielbiają.

- Madame et Monsieur, Ladies and Gentelmen, meine Damen und Herren! Witam wszystkich na dzisiejszym spektaklu. Tego wieczoru czeka nas specjalna atrakcja - wielka gwiazda. Lód, który parzy. Przed Państwem panna Lilly Eisfeuer!

Po sali przebiegł pomruk zachwytu i podziwu. Spojrzałam na estradę jeszcze bardziej zaintrygowana. Rozległy się pierwsze takty muzyki i usłyszałam piękny, ciepły głos. Kurtyna poszła w górę i moim oczom ukazała się Lilly! Tak to była ona! Wyglądała olśniewająco. Miała na sobie zmysłowo przylegający frak, który opływał jej szczupłe ciało. Teraz, wśród tych wszystkich świateł wydawała się jeszcze smuklejsza. Śpiewała niskim, namiętnym głosem. Miała na półprzymknięte oczy, a jej kocie ruchy, jej magnetyzm sprawiały, że nikt nie mógł oderwać od niej wzroku. Nagle zeszła z estrady i nadal śpiewając przechadzała się wśród stolików. Zaczepiała, dotykała... a to pogłaskała po siwej brodzie starszego pana, a to puściła do kogoś oczko, to znowu oparła się o czyjś stolik zmysłowo wypinając biodro. Wkrótce znalazła się koło mojego stolika. Nachyliła się, spojrzała prosto w moje oczy i obdarzyła gorącym pocałunkiem, po czym machnęła szybko ręką i zwinnym ruchem podała mi białą różyczkę, kłaniając się nisko.
- Przyjdź do mnie po występie... - zdążyła jeszcze wyszeptać.
Długo jeszcze czułam na swoich wargach jej usta, tak gorące i tak namiętne, choć Lilly już wróciła na scenę, zbierając gromkie brawa i bukiety kwiatów posyłane przez jej wielbicieli. Spojrzałam na Marię.
- Coś mi się wydaje, że Lilly upolowała następną ofiarę. - powiedziała uśmiechając się tajemniczo.
- Następną ofiarę?- spytałam zdziwiona - Jesteś zazdrosna?
- Ja? Zazdrosna? No, może troszeczkę... - powiedziała Maria wydymając usta jak dziecko i marszcząc czoło. - Chodźmy lepiej tańczyć...

Tańczyłyśmy one-stepa i shimmy. Orkiestra grała coraz głośniej i coraz szybciej, a mnie coraz bardziej kręciło się w głowie. Ciągle brzmiał w moich uszach ten ciepły, niski głos... "Przyjdź do mnie po występie..." Zmęczone tańcem i dziką, jazzową muzyką usiadłyśmy przy stoliku. Kiedy wysączyłyśmy ostatnie krople burgunda, Maria opadła na sofę, zarzuciła na ramiona swój błękitny szal.
- Nie mam już siły. Idę do domu. Idziesz?- podniosła się do wyjścia.
- Zostanę jeszcze chwilę. Odprowadzę Cię do szatni.

Przez długą chwilę stałam przed drzwiami garderoby, nie mogąc się zdecydować, czy mam zapukać. Byłam już bardzo zmęczona, ale wciąż jeszcze podniecona tańcem, alkoholem, przyćmionym światłem, egzotycznymi kolorami, i... przede wszystkim tym, co jak sobie wyobrażałam, miało wkrótce nastąpić. W końcu zebrałam się w sobie, wzięłam kilka głębokich oddechów i zapukałam.
- Wejdź - usłyszałam znany mi głos. Powoli otworzyłam drzwi i weszłam do obszernego pomieszczenia przesyconego mocnym, duszącym zapachem kwiatów i kadzidła. Rozejrzałam się po pokoju. Nie było jej. Przy toaletce z kosmetykami stał manekin ubrany w kimono.
- Załóż to - usłyszałam - Zaraz do ciebie przyjdę.
Trochę niezdecydowanie zdjęłam z siebie ubranie i założyłam kimono. Chłodny dotyk jedwabiu zamiast uspokoić pobudził jeszcze bardziej moje zmysły. Usiadłam na kanapie. Powoli zmęczenie brało górę nad moim podnieceniem. Przymknęłam powieki...

- Jesteś bardzo zmęczona ? - Lilly stanęła przede mną w identycznym kimonie, ledwie sięgającym jej ud. Muszę przyznać, że było na co popatrzeć. Piękne, długie nogi z lekko zarysowanymi mięśniami. W dolnej części łydki, w miejscu, gdzie odcina się mięsień, tworzył się delikatny łuk w kształcie litery "u". Do tego jeszcze szczupłe kostki, brzoskwiniowa opalenizna i uroczy pieprzyk w górnej części uda.
- Troszeczkę - uśmiechnęłam się delikatnie.
- Jest na to jeden niezawodny sposób. Połóż się, proszę. I zdejmij kimono.
Jak w transie pozwoliłam się rozebrać... Lilly nalała na dłoń trochę olejku i zaczęła masować mi kark. Przeszył mnie dreszcz i lekko zakręciło mi się w głowie, ale już po chwili poczułam, że po moim ciele rozchodzi się przyjemna fala ciepła, a twarde, spięte mięśnie zaczynają się rozluźniać. Mocny, zdecydowany dotyk ciepłych rąk sprawiał, że przestałam myśleć i stawałam się coraz bardziej spokojna i miękka. Ogarniała mnie przyjemna błogość. Lilly masowała mój kark, ramiona, łopatki. Wydawało mi się, że zapadam się w sobie, coraz głębiej i głębiej. Później wzdłuż kręgosłupa w dół, coraz niżej. Im niżej znajdowały się jej dłonie, tym ruchy stawały się coraz wolniejsze, coraz delikatniejsze, zataczały coraz szersze kręgi i stawały się coraz bardziej pieszczotliwe. Moje ciało powoli zaczynało się poddawać tym dłoniom, biodra delikatnie, niemalże niezauważalnie zaczęły kołysać się w ich rytm. Nawet mój oddech zaczął dostosowywać się do tego rytmu. Dotyk sprawiał mi coraz większą rozkosz, a kiedy ciepłe dłonie znalazły się w tym szczególnym, najbardziej wrażliwym miejscu na moich plecach, nisko na kręgosłupie, tuż nad kością ogonową, poczułam wzbierającą falę ciepła i wilgoci między udami. Leniwie, powoli zaczęłam odwracać się do przodu... Twarz Lilly była bardzo zmieniona. Po raz pierwszy zauważyłam rozpalone rumieńce na jej bladych policzkach. Oczy nabrały dziwnego blasku a rozszerzone źrenice sprawiały, że wydawały się jeszcze większe. Jej kimono opadło odsłaniając szczupłe ramiona i falujące w rytm przyśpieszonego oddechu piersi. Podniosłam się i dotknęłam jej twarzy. Policzki były rozpalone, jak przy gorączce. Przesunęłam palcem po rozchylonych delikatnie, w półuśmiechu ustach. Jej język pieścił opuszek mojego palca. Usiadłam na jej kolanach i rozsunęłam do końca materiał kimona. Objęła czule moje ramiona i przyciągnęła do siebie. Nasze usta splotły się w namiętnym pocałunku a twarde sutki ocierały się o siebie drażniąc się nawzajem. Objęłam mocno udami jej biodra i przywarłam jeszcze silniej. Czułam, jak moja wilgoć rozmazuje się lepkim sokiem na jej podbrzuszu. Cały pokój wirował a ja razem z nim. Osunęłyśmy się na kanapę. Lilly leżała teraz na mnie, pieściła moją twarz, ręce wplotła we włosy. Czułam ten słodki odurzający zapach naszych ciał. Pragnęłam jej coraz mocniej, byłam gotowa oddać wszystko za tą chwilę. Gorące pocałunki otaczały moje ciało. Piersi i brzuch prężyły się i błagały o więcej. Łono falowało czekając na spełnienie. Chwyciła mnie tak mocno, rozchylając uda... i tak delikatnie wtopiła usta w słodkie, ciepłe źródło rozkoszy. Zapragnęłam tego samego, chciałam poczuć jej smak, razem przeżywać ten niesamowity stan. W chwilę później czułam ją tak, jak nigdy nikogo na świecie. Nasze splecione rozpalone ciała drgały i wiły się w spazmach rozkoszy nie chcąc przerwać, świadomie przedłużając ekstazę....
- Zuz... Zuzi... - usłyszałam cichutki szept, otworzyłam oczy. A więc to nie był sen... to wszystko się naprawdę zdarzyło.

Lilly siedziała przy mnie odsłaniając kosmyki włosów z mojej twarzy, całując policzki.
- Zabieram cię ze sobą, jeśli tylko tego chcesz i mi na to pozwolisz.
- Chcę tego... chcę ciebie... - wyszeptałam.
- Więc chodź maleńka, ubieraj się. Zabiorę Cię na przygodę z ciemną stroną Berlina. Poznasz smak największej stolicy rozrywki - powiedziała Lilly, uśmiechając się do mnie tajemniczo...

Wiedziałam, że Berlin jest miejscem, gdzie ludzie po wojnie nauczyli się zapomnienia właśnie w zabawie. W zabawie, o której mówiono "upadek zachodniego świata". Było tu rzeczywiście wszystko: wielkie teatry Reinhardta, duże studia filmowe, sale koncertowe, wszelka sztuka, jaką tylko można by sobie wymarzyć. I oczywiście kabarety - uderzająca do głowy mieszanina seksu, jazzu i pornografii a także pełnych kąśliwej satyry występów scenicznych.

Lilly pociągnęła mnie za rękę w stronę tylnego wyjścia. Przyjrzałam się jej ubiorowi. Miała na sobie ten sam frak, w którym występowała, tylko fiołki, które wcześniej wpięte były w klapę, teraz umieściła w kieszonce spodni, w okolicach podbrzusza. Przypomniałam sobie, że to znak naszej orientacji. Pędziłyśmy ulicami Berlina, osnutymi ciemna nocą, na występ słynnej tancerki - Valeski Gert. Weszłyśmy do lokalu przesyconego dymem i oparami alkoholu a także atmosferą uniesienia i erotyzmu. Królował tu duch anarchii i wesołej zabawy oraz chęć szokowania klas rządzących i zachwiania ich konformizmem. Lokal składał się z dwóch sal połączonych wąskim holem. Ściany ozdobiono malowidłami i rysunkami klienteli, która darowywała je kabaretowi w zamian za trunki, lub po prostu w wyrazie wdzięczności za mile spędzony wieczór. Niewielkie podium z fortepianem pełniło rolę sceny. Wykonawcami byli zwykle goście lokalu, a większość z nich była również goszczona prywatnie u właścicielki. Można było tu spotkać bohemę całego Berlina.
Rozglądałam się z nieśmiałością , zaskoczona tak swobodnym zachowaniem bywalców tego lokalu.

Lilly najwyraźniej czuła się tutaj, jak ryba w wodzie. Ściskała znajomych, obdarzała wielbicieli promiennymi uśmiechami. Wreszcie udało nam się znaleźć spokojniejsze miejsce. Przysiadłyśmy się do znajomych Lilly. Piliśmy, paliliśmy, dyskutowaliśmy o najnowszych trendach w malarstwie i poezji...
- Czy dobrze się bawisz Zuzanno? - spytała.
- Czy dobrze?- roześmiałam się - Jeszcze nigdy tak dobrze się nie bawiłam. Chciałabym teraz tańczyć aż do utraty przytomności.
Chwyciłam ją za rękę pociągnęłam na parkiet. Chciałam znowu poczuć ten ciepły splot naszych ciał. Nie zdążyłyśmy jednak dojść do parkietu, ponieważ Lilly wciągnęła mnie na stojący nieopodal stolik, na którym zaczęłyśmy namiętnie tańczyć. Wokół stolika zebrał się wkrótce spory tłum widzów. Nagle wszyscy odwrócili się w kierunku sceny i zaczęli bić brawo.
- To jest właśnie Valeski Gert. - powiedziała Lilly - Jej tańce przypominają egzotyczne opowieści. Upajaj się jej widokiem...
Na scenę weszła niewysoka brunetka, ubrana w białą, koronkowa sukienkę kończącą się powyżej kolan, na nogach miała czarne pończochy. Zaczęła tańczyć bardzo ekspresyjny, dziki, nieco pornograficzny układ. Tłum oszalał. Nie było osoby, której twarz nie tryskała by entuzjazmem i radością. Krzyki i piski zachwytu wypełniły całą salę. Nagle zauważyłam, że ludzie zaczynają rozbiegać się po sali. Obejrzałam się za siebie, policjanci wbiegli w tłum łapiąc kogokolwiek.

- Szybko - krzyknęła Lilly, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą.
Przedzierałyśmy się przez uciekający w panice tłum. Wszyscy biegli w kierunku wyjścia, tylko my w przeciwną stronę. Jakaś gruba matrona z pekińczykiem na rękach stała blokując wyjście i krzyczała jak opętana, aż jej policzki nabrały fioletowej barwy. Ciągle wpadałyśmy na ludzi przeciskających się w przeciwnym kierunku. Jakiś starszy mężczyzna chwycił mnie za rękę. - Nie widziałaś takiej ładnej, niewysokiej blondynki z loczkiem opadającym na czoło? - zapytał patrząc przestraszonym, trochę dzikim wzrokiem, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć Lilly już pociągnęła mnie dalej. Widziałam jeszcze, jak się rozgląda i słyszałam jak krzyczy - Hermino! Hermino!

Wreszcie zrobiło się trochę luźniej. Weszłyśmy do toalety. Lilly pchnęła mocno duże lustro ścienne, które obróciło się ukazując wejście do ciemnego pomieszczenia i natychmiast zamknęło za nami, kiedy tylko przekroczyłyśmy wejście.
- Tu nas na pewno nie znajdą - powiedziała Lilly ściszonym głosem uśmiechając się tajemniczo. - To miejsce powinno ci się spodobać. Wstęp nie dla każdego. - W środku poczułam dziwny, słodki zapach. Coś pomiędzy palonym kakao a orientalnym kadzidłem. Z oddali dobiegał cichy dźwięk hinduskiej melodii. Weszłyśmy do obszernego pomieszczenia, bogato zdobionego wschodnim ornamentem. W głębi znajdował się niewielki podest, na którym stał mniej więcej czternastoletni chłopiec w przebraniu amorka i grał na flecie. Dookoła pokoju znajdowały się wnęki. Niektóre zakryte ciężkimi, purpurowymi kotarami, inne otwarte. W ich wnętrzu, na matach i jedwabnych poduszkach leżały półnagie postacie. Dwóch młodych mężczyzn obejmowało się czule. W innej nawie trójka kobiet wymieniała namiętne pocałunki. Poza dźwiękiem fletu panowała tu cisza, przerywana tylko cichymi westchnięciami. Dopiero teraz zrozumiałam. To była palarnia opium.
- Właśnie tego miejsca szukała policja. - wyszeptała Lilly - Ale nigdy go nie znajdą. Są na to zbyt głupi.
Podszedł do nas nagi, czarnoskóry mężczyzna i skinął ręką, żeby iść za nim. Zaprowadził nas do pustej alkowy. Ułożyłyśmy się wygodnie na poduszkach. Lilly zasunęła kotarę. Teraz oświetlała nas tylko maleńka chińska lampa. Jej papierowy abażur dawał nikłe, ale przyjemne, czerwone światełko. W głębi stała olbrzymia, złota, bogato zdobiona fajka.

- Próbowałaś już kiedyś opium ? - zapytała Lilly
- Nie, nigdy...
- Hmmm... zawsze musi być ten pierwszy raz. Pokażę ci jak to się robi....
Przy pomocy ozdobnej zapalniczki przypaliła fajkę i zaciągnęła się głęboko dymem... Przysunęłam się bliżej i oparłam głowę o jej ramię. Lilly leniwie pocałowała mnie w usta. Poczułam na języku lekko piekący smak dymu, trochę podobny do papierosów, a może do fajki...
...Kiedyś, w czasach moich studenckich szaleństw, kiedy zadałam się z grupą awangardowych malarzy (głownie zajmowali się balowaniem i wydawaniem pieniędzy swoich rodziców, a nie tworzeniem wiekopomnych dzieł) nauczyłam się palić fajkę. Teraz przypomniał mi się lekko korzenny, kadzidlany zapach mojego ulubionego tytoniu - czerwonej Amphory....
- Chcesz ? - moja przyjaciółka wyrwała mnie z błogich wspomnień.
- Mhm.
Zaciągnęłam się dymem. Poczułam, jak fala ciepła obmywa moje ciało. Stałam się teraz lekka i spokojna. Wszystkie głosy i dźwięki dochodziły do mnie z opóźnieniem, jak przez mgłę, miałam wrażenie jakby mózg ułożył się wygodnie w oparach narkotyku. Ciało zrobiło się mile ociężałe, ogarnęła mnie fala przyjemnego uniesienia. Usta same ułożyły się w uśmiech. Spojrzałam na Lilly, a ona powoli, bezwładnie opadła na jedwabne poduszki. Miała zamknięte oczy i błogi uśmiech na twarzy.
- Śpisz? - zapytałam. Nie odpowiedziała. Wiedziałam, że nie śpi, że tylko udaje i wie doskonale, że zdaje sobie z tego sprawę. Postanowiłam podjąć jej grę.
Leżała na wznak, z jedna ręką pod głową. Powoli, bardzo delikatnie zaczęłam ją rozbierać, tak jakbym nie chciała jej przy tym obudzić. Kiedy już była naga, oglądałam przez dłuższą chwilę jej ciało. Wpatrywałam się w każdy fragmencik, w każdy zakamarek. Uniosłam rękę... tak bardzo chciałam jej dotknąć... nie! W ostatniej chwili się cofnęłam. Postanowiłam, że nie będę jej dotykać. Przesuwałam wiec powoli dłoń tuż, tuż nad jej piersiami, bardzo delikatnie zaczęłam rzeźbić w powietrzu jej postać. Milimetry nad jej skórą zaczęłam ją głaskać, przesuwając dłoń w górę i w dół, tuż nad jej ramionami i brzuchem. Przeciągnęła się i uśmiechnęła przez sen. Może czuła ciepło moich rąk? Gładziłam w powietrzu jej szyję, pieściłam usta, gładziłam policzki i włosy... Ciężko było mi powstrzymać się przed dotykiem. Nachyliłam się nad nią i wdychałam cudowny zapach jej skóry. Tak bardzo chciałam ją pocałować... Całowałam powietrze tuz nad jej ustami, szyją... Zastanawiałam się, czy czuje mój oddech. Wysuwałam język... tak bardzo chciałam dotknąć nim jej ust. Nie mogłam się powstrzymać od delikatnego muśnięcia... Zaczęłam schodzić niżej, dotknęłam językiem jej sutków tuz nad nimi, och... chciałam być tak blisko, ze przez nieuwagę... musnęłam językiem... szybkie spojrzenie na jej oczy... Powieki nadal przymknięte. Dobrze. Teraz pieściłam powietrze nad jej sutkami, udawałam, że je delikatnie podszczypuje... wylizywałam powietrze tuz znad jej pępka, och, znowu ją językiem musnęłam...

W dół... w dół... Miała lekko rozchylone nogi! Nachyliłam się nad nią i... poczułam jej wilgotność... Znowu szybkie spojrzenie na oczy... nadal wyglądała, jakby spala... Delikatnie głaskałam jej włosy łonowe, moje palce na granicy dotyku i braku dotyku... nachyliłam się nad nią, wdychałam głęboko zapach potu i skory... zapach jej śluzu... ten zapach mnie oszałamiał, powodował, że brak dotyku stał się udręka, że stał się dla mnie bolesny. To jednak był ból tak słodki, że postanawiam go podtrzymać. Przeciągnęła się słodko i rozchyliła jeszcze bardziej uda. Zaczęłam lizać powietrze milimetr nad jej wilgotnością. Jej oddech zaczął przyśpieszać. Pomyślałam, że jeśli jej zaraz nie dotknę, wybuchnę, eksploduję albo zacznę krzyczeć. Bezdotykowo pieściłam ją paluszkiem, muskałam jej różowe płatki milimetr nad nimi. Musiała czuć tę dłoń, chociaż jej nie dotykała. Byłam już na granicy wytrzymałości. Każdy punkt mojego ciała przeżywał bolesną rozkosz. Poruszałam dłonią rytmicznie, coraz szybciej i szybciej... oooochhhh... czułam jej rozgrzaną, wilgotną skórę. Moja dłoń była taka gorąca, ze musiała czuć to ciepło. Poruszałam nią szybciej i szybciej... mój oddech tuż tuż, na granicy ciała i powietrza... mój mokry język, który za moment granicę dotyku miał osiągnąć... z jej wilgotnej dziurki skapnęła lepka kropelka. ja byłam już taka mokra, ze myślałam, że sok zaraz zacznie ze mnie kapać. Zaczęła poruszać biodrami powoli, miarowo. Jej oddech przyspieszył. Moje ciało przeszył cudowny skurcz, a zaraz potem następny i następny. Drżącą ręką dotknęłam ją wreszcie, powoli włożyłam paluszek do środka, jednocześnie koniuszkiem języka liznęłam. Poczułam dreszcze przechodzące przez jej ciało i mocny, pulsujący skurcz. Mój język zlizywał ciepłą maź o cudownym, słodko-pikantnym zapachu, z niej... i z moich paluszków. Podniosłam się znad niej, spojrzałam w jej oczy. Były szeroko otwarte.
- Czyżby to był tylko sen? - wyszeptała.
- Chciałabym zjawiać się w każdym twoim śnie. Nie chcę, żebyś się nagle z tego snu obudziła. - odpowiedziałam.
- Ja chciałabym, by sen splątał się na zawsze z moja rzeczywistością... by jeszcze raz całe nasze jestestwo dotknęło tej granicy metafizyki.
"Taak..." pomyślałam "Czy uda nam się jeszcze kiedykolwiek osiągnąć takie zespolenie materii i duszy?"

Powietrze stało się prawie namacalne i zabarwiło się na czerwono, gęsto wypełniając pomieszczenie. Dookoła czuć było ten dziwny rodzaj elektryczności, od której przechodził dreszcz wysysający resztki sił z ciała, tak odległego teraz. Przez moment poczułam, iż ulegam chwilowej wizualizacji wywołanej niecodziennym stanem ducha. Znalazłam się w przedziwnym miejscu, gdzie ciężkie, wilgotne powietrze utrudniało oddychanie i zarazem oszałamiało. Zmysły szarpane widokiem skąpanej w kobaltowym świetle małej polanki, otoczonej zewsząd oślizgłymi, zielonymi pniami wystającymi z nieprzeniknionych moczarów. Usłyszałam szept wydobywający się z cienia. Szept, który wbijał się we mnie, drażniąc każdy zakamarek ciała, szept od którego nie można się uwolnić, obezwładniający mnie bezgranicznie. Szept zamienił się w trzepot wirujący nad moją głową. Ujrzałam trzepoczący kształt wirujący w górze między drzewami, lekko poruszający mgłę.
Potem ukazało się skrzydło i srebrzyste pióra. Powietrze lekko wirowało jakby poruszone delikatnym, niebiańskim podmuchem. W kobaltowym świetle zobaczyłam przez krotki moment anioła, wypływającego spośród powoli i groźnie poruszających się cieni. Unosił się nade mną. Trzepot jego skrzydeł rozrywał moje płuca i przeszywał mnie całą. Ale udręka ta była bólem orgiastycznego doznania. To była niewątpliwie erotyczna rozkosz, której źródło nie znajdowało się jednak w moim ciele, ale gdzieś daleko poza nim. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć... Polanka nagle zamieniła się w ciemność, wbijającą się we mnie, bezgraniczną ciemność. Chciałam stamtąd uciec, wrócić do pokoju zabarwionego na czerwono powietrzem wydobywającym się z naszych snów.

- Kochanie, wszystko w porządku? - poczułam na czole chłodną dłoń Lilly.
- Tak, och... przez chwilę wydawało mi się... miałam dziwny sen... jakiś ciemny i ponury las... polana... czułam potworny strach i ból rozrywający mnie od środka - o, tu koło serca... i nagle pojawił się Anioł... On... miał Twoje oczy.... a potem wyciągnął do mnie dłoń - chciałam ją chwycić, by uciec z tego okropnego miejsca, ale nagle ogarnęła nas ciemność, usłyszałam śmiech od którego zjeżyły mi się włosy na głowie i... obudziłaś mnie.
- To tylko sen. Zły sen. Już wszystko dobrze - przytuliła mnie mocno do siebie.
- Lilly, mam złe przeczucia. Coś się dzisiaj wydarzy...
- Nie martw się. Jestem przy Tobie. Wystarczy tych wrażeń na dzisiaj. Pojedziemy do mojego mieszkania i prześpimy się trochę. Jutro poczujesz się dużo lepiej. - uśmiechnęła się do mnie. - Nic się nie stanie. Nie myśl nawet o tym. To tylko głupie wizje po opium, rozumiesz?

Szłyśmy ciemnym korytarzykiem do tylnego wyjścia. Każda z nas jeszcze przeżywała dzisiejszy wieczór i noc. Byłyśmy zmęczone tańcem i wciąż lekko odurzone opium. Otworzyłam drzwi i wyszłyśmy na zewnątrz. Mała, ciemna uliczka oświetlona była jedynie blaskiem księżyca w pełni. Kamienice rzucały upiorne cienie na zniszczony, dziurawy chodnik. Kałuże wody lśniły srebrzyście w nieudolnej parodii gwiazd. Nad wszystkim unosił się smród mokrego asfaltu, śmieci, szczurów i zatęchłych murów. Było nienaturalnie cicho, nie dolatywał tu szum samochodów czy zwyczajne odgłosy nocnego życia miasta.
- Wesołe miejsce, nie ma co. - stwierdziłam z przekąsem, żeby jednak dodać sobie odwagi. Lilly milczała, wtulając się w moje ramię. Jej oczy błyszczały w ciemności.
- Stój! Stój! Policja! Zatrzymaj się! - niespodziewany krzyk rozdarł mrok. Obie stanęłyśmy jak wryte. Ku nam pędził jakiś człowiek. Potężna sylwetka, wyolbrzymiona jeszcze przez ciemność i nasz strach zbliżała się błyskawicznie. Zauważyłam wściekłe oczy rozszerzone adrenaliną i paskudną bliznę biegnącą od lewej skroni, przez policzek do brody.
- Z drogi, kurwy! - ryknął zbir. Natychmiast odzyskałyśmy władzę w nogach. Lilly z niesamowitą siła pociągnęła mnie za sobą, jednocześnie próbując zasłonić przed niebezpieczeństwem. W momencie, gdy człowiek nas mijał huknął strzał. Policjant chyba spudłował, bo facet biegł dalej i za chwilę zniknął za rogiem a za nim i glina. W oddali cichły odgłosy pościgu.
- Co za rozrywki, niech to szlag jasny trafi! - zaklęłam żeby odreagować. Spojrzałam na moją kochankę. Opierała się o mnie i chrapliwie oddychała.
- Lilly? Co się stało, maleńka? - spytałam ze strachem. Nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na mnie smutnymi oczyma. Z przerażeniem zobaczyłam, jak na jej białej koszuli, trochę powyżej lewej piersi błyskawicznie rośnie czerwona plama....
- To nic... to nic... - wyszeptała patrząc na mnie smutnymi oczami, które w tym momencie wydawały się szczególnie wielkie - To tylko głupie wizje po opium... zaraz wszystko będzie dobrze...
Tak bardzo chciałam, żeby to była prawda... żeby się nie myliła... żeby to był tylko kolejny, zły sen... żeby się wreszcie obudzić...

Po tych wydarzeniach postanowiłam wrócić do mojego rodzinnego Monachium. Parę lat później, siedziałam na wysokim krześle barowym, w jednej z tych niewielkich knajpek w samym sercu miasta. Powietrze pachniało tytoniem i oparami wina. Odpalałam właśnie papierosa w długiej, szklanej lufce, myśląc o tym, że mógłby wreszcie przyjść ktoś znajomy, a może ktoś nieznajomy, warty szczególnego zainteresowania... I wtedy moją uwagę zwróciła niewysoka, szczupła kobieta w białym, niezwykle szykownym garniturze, białych półbutach, białej koszuli i rękawiczkach oraz w błękitnym krawacie...
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019