CZASAMI ZAJMOWAŁA OBSZERNY PARAPET OKNA...

Makro
Czasami zajmowała obszerny parapet okna z widokiem na dziedziniec. Lubiłam na nią patrzeć, jak obserwowała niemal z dziecięcą ciekawością mrówczy ruch, jaki panował w zwykły roboczy dzień. Jej żywa mimika była idealnym obrazem emocji, jakie wywoływały w niej zaobserwowane zjawiska. Bywało, że wybuchała śmiechem i momentami czekałam, aż z tej niespodziewanej radości zaklaszcze w ręce. Chyba nic bardziej nie odrywało jej od rzeczywistości niż obserwowanie. Lubiła dużo widzieć i dużo widziała. Kiedyś mi jednak powiedziała, że są momenty, kiedy błogosławieństwem byłaby dla niej ślepota. W takich momentach jej twarz stawała się zastygłą maską, pod którą z trudem ukrywała targające nią uczucia.
Kradłam po trochu z każdego jej uczucia. Wiązała mnie słowami i wzrokiem, w którym wszystko potrafiła objawić mojej nienasyconej ciekawości. Ulotność jej nastrojów trzymała mnie w wiecznym pogotowiu. Nie mogłam być pewna jednej minuty zwłaszcza w momentach kryzysu. Dzika natura, anielska, bezbronna i typowo demoniczna. Była pełnią tego, czego szukałam. Świat się skupił tylko wokół jej wątłego istnienia.
Kiedy budziła się w nocy, nie potrafiła odnaleźć drogi do realnej wizji tego, co się wokół niej znajduje. Krzyczała, żeby podać jej rękę i wytrząsnąć z uśpionego jeszcze umysłu resztę koszmarnej przeszłości, która nie pozwalała na wypoczynek. Żebrała o chwilę ciszy, ale demony i tak urządzały conocne rytuały.
Kiedyś mi opowiedziała dlaczego. Chyba nie byłam gotowa ujrzeć świata w jej kolorach. W przeciągu jednej nocy spadł na mnie ciężar gromadzony przez całe niewinne życie dziecka. Więzy się zacieśniły i moje zniewolenie całkowicie mnie obezwładniło.
Nigdy jej próśb nie potrafiłam podpiąć pod kaprys. Chociaż bywała kapryśna. W bezsenne noce często budziła mnie tylko po to, żeby dowiedzieć się, co mi się w tym momencie śni. Zimą wyciągała mnie w bezludne zakątki Krakowa i z całym przekonaniem mówiła, że kiedy przyjdziemy tu następnym razem, pomimo zimy, będą rosły kwiaty. Nie było następnego razu. Chyba bała się zawodu i nie chciała sprawdzać. Ale kwiaty rosły.
Uciekała. Ode mnie, świata, od samej siebie. Czasami śmiała się ze mnie, że jestem tak głupia, żeby ją kochać. Śmiałam się razem z nią, bo wiedziałam, że bardziej kocha nierealne wizje wywołane koką. W samotne godziny czekałam, aż wróci odurzona i ledwo mnie poznając, zacznie śmiać mi się w twarz. Wiedziałam, że jej dusza nie należy do mnie. Moja należała do niej.
Moja wiara malała. Topiła się za każdym razem, kiedy z obłędem w oczach szukała zapomnienia w szalonym wrzasku. Nie mogłam nic zrobić. Nie potrafiłam. Nie była moja.
Czy wiedziała, że mnie niszczy? Odchodziła, tłumacząc, że nie chce mi tego robić. Nie zatrzymywałam jej, chociaż nie mogłam bez niej oddychać. Dusiłam się każdą sekundą w pustym pokoju. Nie odwracała się, zamykając za sobą drzwi. Może bała się zobaczyć, co czuję. Może bała się oddać mi swoją duszę.
Jej powroty były ciężkie. Ale nie potrafiłam wyrzucać sobie mojej uległości. Nie wiedziałam, ile jeszcze zniosę jej powrotów, którego nie przeżyję.
Ja przeżyłam, ona nie. Podświadomie, z każdym jej odejściem wyczekiwałam wiadomości o jej śmierci. Nagłej, nieuchronnej. Ona często o niej mówiła, jednak była zbyt słaba, żeby się samej do niej przyczynić. Pragnęła jej, wołała po imieniu, ale nie przychodziła wtedy, gdy była jej najbardziej potrzebna. Przekorna natura śmierci odbierała mi ją powoli. Kawałek po kawałku, ukryta w zakamarkach jej chorego ciała. Gasło w niej życie zależne od bezdusznej aparatury tłoczącej w nią chemiczne odżywki.
Słońce szczerniało tego dnia, ptaki zamilkły i tylko mgła gęsto tuliła mnie w tym momencie. Dziękowałam jej za izolację od sylwetek nieświadomych niczego ludzi. Byłam sama, bez mojego powietrza i ten brak tlenu odrętwił całe moje istnienie. Nie chciałam rozpaczać, ona nie chciała, żebym rozpaczała. Jej zmęczony bólem wzrok próbował zaszczepić w mojej duszy spokój. Nie chciałam jej puścić. Tylko ten jeden jedyny raz sprzeciwiałam się jej odejściu. Mówiła, że już czas, czas odpocząć. Nie chciałam, żeby zasypiała. Ale zasnęła.
Przychodzi do mnie. Jest teraz częściej, niż kiedy żyła. Jest już tylko moja. Śmieje się, tańczy i cieszy każdą chwilą spędzoną ze mną. Nie czuje lęku. Ja czuję.
Zostały już tylko zdjęcia, dobrze, że zamazane, pokryte barwą jej półświadomego bycia. Kadry szarego i kolorwego szczęścia. Palę je dziesiątkami, żegnając to, co nigdy nie było moje.
Data publikacji w portalu: 2005-04-14
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Łódź. Przyjazna psycholożka
smaku Dzień dobry, chciałabym zapytać, jeśli można: jaka jest moja orientacja, jeśli jestem lesbijką i czy byłoby to oszukiwanie kobiet, gdyby mnie zobaczyły i stwierdziły, że jestem facetem?... opinia dodana 2019-05-27 21:18:35
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Goblin Market - Rossetti Christina
A mnie się to tłumaczenie podoba. Jestem anglistką, literaturoznawczynią, i mogę zapewnić, że fragmenty...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019