ONA

Azika
ONA miała na imię Karolinka. Moja Bogini. Zjawiła się niespodziewanie, kiedy podczas pobytu na wakacjach, próbowałam zapomnieć o swoim poprzednim nieszczęśliwym uczuciu do Moniki. Zjawiła się nagle, ale moją duszę i serce zdobywała powoli.
Nie chciałam się angażować. Poprzednie uczucie zupełnie mnie rozstroiło. Zburzyło cały mój świat. Odebrało nadzieję na szczęśliwe życie. Na wieczną miłość... Na szczęśliwą miłość. Nie wiedziałam, czy mogę sobie na to pozwolić. Po raz drugi zakochać się w heteryczce za jaką ją miałam?! Nic o niej nie wiedziałam. Nie znałam jej. Nie wiedziałam, jak czuje. I nie chciałam tego. Broniłam się, jak tylko mogłam.
A jednak zdobywała moje serce. Nie wiem jakim cudem. Każde jej słowo, każdy gest powodował, że ono miękło. Jej błękitne oczy prześwietlały mnie na wylot. Kiedy na mnie patrzyła, musiałam ulec pod jej wzrokiem i odwrócić głowę w inną stronę.
Nie. Nie chciałam tego. Nie chciałam już miłości. Nie chciałam kochać, bo to czasem tak bardzo boli. Znałam zbyt dobrze to uczucie. A jednak pewnego dnia zorientowałam się, że na próżno się bronię. Że na próżno wmawiam sobie, że nic do niej nie czuję. Prawda przecież była zupełnie inna.
Podczas tego pobytu całe dnie spędzałyśmy razem. Śmiałyśmy się, rozmawiałyśmy, czasem także milczałyśmy, wpatrując się w toń jeziora, nad którym byłyśmy. Czas spędzałyśmy cudownie. Nie chciałam, aby to się kiedyś skończyło. Chciałam, aby to trwało wiecznie. Abym nigdy nie musiała się z nią rozstawać. Co z tego, że jest normalna?! Co z tego, że nigdy mnie nie pokocha?! Co z tego, że nie mogę jej dotknąć inaczej?! Że nie mogę pocałować tych jej pięknych ust?! Wszystko było nieważne, gdy była ze mną. Gdy była obok mnie. Gdy mogłam tylko na nią patrzeć i wsłuchiwać się w jej pięknie melodyjny głos. Reszta nie istniała. Oprócz niej nic nie istniało.
Jednak każda bajka musi się kiedyś skończyć. Mimo że się tego nie chce. Bajki kończą się szczęśliwie lub nie. Przeważnie jednak szczęśliwie. Gdy zbliżał się dzień naszego rozstania, byłam pewna, że ta bajka nie skończy się szczęśliwie. Że po powrocie do domu, mimo, iż mieszkałyśmy w tej samej miejscowości (jak się okazało w czasie jednej z naszych rozmów), nasze kontakty będą słabe. Że ona wróci do codzienności, a ja po raz kolejny będę walczyła sama z sobą, aby zabić to uczucie, które się do niej zrodziło. I że ciężko mi będzie o niej zapomnieć.
Ona wyjeżdżała pierwsza z tego zaczarowanego miejsca, w którym byłyśmy.
Gdy przyszłam się z nią pożegnać, stanęła naprzeciwko mnie, spojrzała w mi w oczy i przez chwilę nic nie mówiła. Tym razem nie uciekłam przed jej spojrzeniem. Patrzyłam w jej błękitne oczy i zauważyłam, że jej wzrok był jakiś inny od tego, który zwykle u niej widywałam. Miała szklane oczy i smutne spojrzenie mimo że na twarzy był mały, delikatny uśmiech.
Po chwili powiedziała:
- Mam nadzieję, że się odezwiesz do mnie po powrocie... Albo że ja będę mogła odezwać się do ciebie.
Po tych słowach zapanowała krótka cisza. Trwało to może
ułamek sekundy a mnie przez ten czas przeleciało z tysiąc myśli przez głowę. Czy mówi to tylko dlatego, że tutaj spędziłyśmy miło czas i tak po prostu wypada? Czy naprawdę tego sobie życzy? Czy to nie jest tylko sen? Przecież to byłoby zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe. Ona pewnie mówi to z grzeczności.
Po tej krótkiej chwili odpowiedziałam:
- Jasne, że się odezwę i że ty możesz się odezwać do mnie - i się uśmiechnęłam, nie wiedząc, co powiedzieć dalej. Nie! Ja doskonale wiedziałam, co chciałabym jej powiedzieć. Ale nie mogłam. Nie chciałam burzyć tej przyjaźni, która się między nami nawiązała. Nie chciałam tego za żadne skarby stracić. A byłam pewna, że gdy powiem jej o swoim uczuciu, wszystko się rozpadnie. Znałam to już zbyt dobrze. Nie chciałam tego powtórzyć.
Po moich słowach ona także się uśmiechnęła i powoli przysunęła swoją twarz w kierunku mojej. Zbliżyła swoje usta do mojego policzka i złożyła na nim delikatny pocałunek. Taki czysto koleżeński. Za bardzo koleżeński! I znowu te myśli... Dlaczego nie mogła sobie tego darować? Było to dla mnie jak tortura. Chciałam ją dotykać, całować, pieścić, a przecież nie mogłam. Nie mogłam sobie na to pozwolić. Dlaczego to zrobiła?! Wystarczyło przecież powiedzieć "Cześć" i to wszystko. Mogła wsiąść do tego swojego samochodu i odjechać. A mnie nie torturować. Ale zrobiła to. Już było za późno, aby ją powstrzymywać. I było za późno, abym nie mogła zdawać sobie sprawy ze swoich pragnień. Z pragnień, które nigdy nie zostaną zaspokojone i z marzeń, które nigdy się nie spełnią.
W końcu wsiadła do tego swojego samochodu, spojrzała na mnie jeszcze raz, włączyła silnik i odjechała. Patrzyłam, jak znika daleko za jakimś zakrętem.

Gdy już straciłam jej samochód z oczu, usiadłam na jakiejś ławce, zakryłam twarz dłońmi i zaczęłam płakać jak dziecko. Przyszedł ból, z którym do tej pory starałam się sobie radzić, aby ona się nie domyśliła, ile dla mnie znaczy. Ale w tej chwili już go nie mogłam opanować. Miałam wrażenie, że odeszła z mojego życia na zawsze. Że pojawiła się znikąd, otumaniła moje serce i duszę a potem znikła. Byłam pewna, że oto właśnie nastąpił koniec naszej krótkiej drogi. Ona była stanowczo za krótka. Przez chwilę byłam zła na Boga, że mi ją dał, aby potem mi ją odebrać. Że pozwolił mi ją pokochać całym moim sercem. Że to uczucie niechciane, po raz kolejny w nim zagościło. Że już nic nie będzie jak dawniej. Że znowu to nie miało sensu.
Po kilku dniach jednak wróciłam do swojego domu. Postanowiłam o niej zapomnieć. Rzucić się w wir jakiejkolwiek pracy, aby nie dać się ponieść temu uczuciu i nie myśleć o tym, jak po raz kolejny to wszystko było bezsensowne.
Tak więc pracowałam po 12 godzin bez wytchnienia. Do domu wracałam zmęczona. Kąpałam się, jadłam a potem padałam na łóżko i od razu zasypiałam. Żeby tylko nie myśleć o niej. Żeby nie wspominać czasu spędzonego razem. To tak bardzo bolało.
Minął pierwszy miesiąc. Cisza. Nie odzywała się. Zresztą przecież byłam tego pewna. Byłam pewna, że wróci do swoich codziennych zajęć a o mnie zapomni. Byłam pewna, że ta chwila przy pożegnaniu, gdy wypowiadała słowa: czy mogę się do ciebie odezwać - to tylko jej dobre wychowanie.
Tak. Przestałam liczyć na to, że to zrobi, ale i tak nie mogłam wyrzucić jej ze swojego serca.

Minął kolejny miesiąc. Był początek jesieni. Zbliżały się moje urodziny. Czas wydawał się biec szybciej niż kiedykolwiek. A od niej zero znaku życia. Zapomniała o mnie - powiedziałam to sobie któregoś wieczora. Straciłam nadzieję...
Nadszedł dzień moich urodzin. Nie chciałam ich świętować jak zwykle z przyjaciółmi. Chciałam być sama ze swoim smutkiem, ze swoim złamanym sercem. Chciałam, aby zostawili mnie tego dnia w spokoju. Nie chciałam nikogo widzieć.
Tego dnia, wieczorem po powrocie z pracy, wyjęłam z lodówki butelkę wina. Chciałam się upić. Chciałam się oderwać od rzeczywistości, która mnie przytłaczała. Dlaczego Bóg stworzył takich ludzi jak ja?! Dlaczego zawsze musimy cierpieć?! - sto pytań, zero odpowiedzi.
Usiadłam w swoim ulubionym fotelu naprzeciwko okna i otworzyłam butelkę. Jeden łyk - ból nie przechodził. Drugi, trzeci.
Nagle dzwonek do drzwi. Pomyślałam "No tak. Nie mogli sobie darować. Musieli zakłócić akurat dzisiaj mój spokój. Nie otworzę". Kolejny łyk i kolejny dźwięk dzwonka. Zaczęło mnie to irytować. Pomyślałam, że pójdę otworzę te cholerne drzwi i powiem im, że chcę dzisiaj mieć spokój.
Wstałam więc i powoli do nich podeszłam. Nie patrzyłam przez wizjer, kto przed nimi stoi. Mało mnie to obchodziło, bo przecież i tak chciałam ich spławić. Użyć wymówki "jestem zmęczona, boli mnie głowa, chcę się położyć".
Otworzyłam drzwi, a przed nimi stała ONA. W ogóle nie wiedziałam, co zrobić, co powiedzieć. Stałam chwilę, nie mogąc wydusić z siebie słowa.
A ona po chwili powiedziała:
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - i na jej twarzy zagościł uśmiech a w oczach... a w oczach jakiś taki niepokój. Tak mi się wydawało.
Zaprosiłam ją do środka. Wzięłam z jej rąk butelkę wina, które
przyniosła a potem znowu ta cisza. Cisza, która w tym momencie już mi nie przeszkadzała. Nie przeszkadzała, bo w końcu nie czułam się samotna. Stała naprzeciwko mnie bez słowa, a ja ją pożerałam wzrokiem. Tak długo na nią czekałam. Tak długo czekałam, aż da znak życia a teraz znów była przy mnie. I jak poprzednim razem - nic oprócz niej nie miało znaczenia. Była przy mnie, blisko a reszta nie istniała. W jednej chwili cały smutek ostatnich dwóch miesięcy gdzieś pierzchnął. Byłam w tej chwili bardzo szczęśliwa.
Otworzyłyśmy butelkę wina. Usiadłyśmy przy oknie i zaczęłyśmy rozmawiać. Miałam wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Że te dwa miesiące czekania w ogóle nie miały miejsca. Że nic się nie zmieniło. Spędziłyśmy tak kilka godzin.
Gdy ją odprowadzałam do drzwi, ona znów stanęła naprzeciwko mnie i spojrzała prosto w oczy.
- Dlaczego się nie odezwałaś? - padło po chwili z jej ust pytanie, a ja nie wiedziałam zupełnie, co mam na nie odpowiedzieć. Stałam więc milcząc i patrzyłam jej w oczy.
Po chwili ona powiedziała to COŚ, co mnie rozbroiło. Coś, co od dawna
chciałam usłyszeć z jej ust.
- Wiesz? Ja tęskniłam za tobą, bo chyba...
Nie dokończyła, ale z jej oczu mogłam w tej chwili wyczytać wszystko.
Słowa nie były nam w tej chwili potrzebne. Popatrzyłam na nią i zbliżyłam swoje usta w kierunku jej policzka. Ona jednak przekręciła głowę i nasze usta pierwszy raz się spotkały. Pierwszy pocałunek. Delikatny... Nieśmiały...
Po chwili jednak ona go przerwała. Odwróciła się zmieszana i powiedziała:
- Przepraszam. Lepiej już pójdę. Nie powinnam przychodzić - i gdy chciała już otwierać drzwi, złapałam ją delikatnie za rękę i powstrzymałam.
- Nie odchodź.... Kocham cię.
Odwróciła się w moją stronę, spojrzała na mnie tymi swoimi błękitnymi
oczkami i  po chwili znów mnie całowała. Dłużej, namiętniej. Jakby nie mogła się nacieszyć. Jakby nie mogła skończyć. A ja byłam szczęśliwa, jakby ktoś mi podarował gwiazdkę z nieba. Jakby wszystkie wcześniejsze czasy, wszystkie cierpienia nigdy nie miały miejsca. W tej chwili była moją gwiazdką. Boże Narodzenie w środku jesieni. Marzenie, które jednak się spełniło.
Została na noc. Nie było seksu. Wcale się z tym nie śpieszyłyśmy. Jeszcze przyjdzie na to czas. Teraz cieszyłyśmy się swoim widokiem, ciepłem wtulonych w siebie naszych ciał i tak też usnęłyśmy.
Następnego dnia obudziłam się z niepokojem. Czy to aby nie był tylko piękny sen? Przecież tyle razy o tym śniłam. Dlaczego więc i teraz nie miało to być tylko iluzją? Odwróciłam w pośpiechu głowę.
Nie. Ona tu była. Spała słodko obok mnie. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Mój kochany Aniołek - pomyślałam i pocałowałam ją delikatnie w czółko.
Otworzyła oczy, spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. A ja miałam w tej chwili wrażenie, jakby cały świat znów należał do mnie. Nie będzie już pracy po 12 godzin na dobę, samotnych spacerów, wycieczek do kina, zapijania uczuć. I nie będzie bólu, o którym chce się zapomnieć. W tej chwili przeszłość nie miała znaczenia. Liczyło się to, co jest teraz i co będzie w przyszłości. Naszej wspólnej przyszłości...
Nasza wspólna droga dopiero się zaczęła...
Data publikacji w portalu: 2005-08-03
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
lopomo Czy gdzieś to jeszcze można obejrzeć? opinia dodana 2019-01-20 14:03:46
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019