WENUS, MOJA WENUS

Axamitek
"Bardzo rzadkie zjawisko astronomiczne, przejście planety Wenus przed tarczą słoneczną, miało miejsce 8 czerwca 2004 r. Nikt z żyjących ludzi nie miał okazji go obserwować, a następna okazja obejrzenia zjawiska w całości będzie dopiero za 243 lata".

Prawie dwieście czterdzieści trzy lata. Tyle już trwa moje życie. Bez tych jeszcze trzydziestu dziewięciu lat. Czyli według wszelakich współczesnych screenplay-ów należę do tworów ziemsko-nieziemskich w swej istocie opisywanych z aktorską lubością w "Nieśmiertelnych" albo "Wywiadzie z Wampirem" lub też w "zagadce Nieśmiertelności". Och, nie! Protestuję! Jeśli już należy mnie sklasyfikować, to jestem jedynie kolejnym wcieleniem Don Juana de Marco, w którym płynęła ta sama krew zdobywcy, co we mnie. Myślę, że buddyści mają rację uznając, iż każde nasze kolejne wcielenie jest tej płci, którą akurat w poprzednim naszym jestestwie źle traktowaliśmy. Myślicie pewnie, skąd wiem, że mam tyle lat? Wiem i opowiem tu troszkę o tym, co czuję całą sobą, trzewiami, skórą i...

x.
Przejście planety Wenus trwało sześć godzin, dokładnie tyle, ile pierwszy raz miałam w ramionach Adnę. To był także tranzyt z Wenus. Cudownie proporcjonalne ciało, znacznie lepsze w kształtach niż te powstałe w alabastrach znanych rzeźbiarzy. Obłędna wręcz idealność kształtów. Jeśli Pan Bóg daje rozum albo wspaniałą linię ciała, to najwyraźniej w jej przypadku musiał się zagapić i przyznać te dwa dary jednej kobiecie. Początkowo był to bardzo intensywny romans polegający głównie na dostrajaniu tańca naszych ciał i spijaniu z ust całego pożądania, jakie produkowały nasze młodzieńcze dopaminy. Adna miała swoją stałą partnerkę, lecz to zupełnie nie przeszkadzało jej utrzymywać dwoisty styl życia. Mnie miała od święta a swoją starszą od nas partnerkę, na co dzień. Nie chciała się z nią rozstać, była zbyt mocno przywiązana do komfortu, jaki jej stworzyła i do kawałka papieru, jaki leżał w szufladach notariusza, gwarantując jej całkiem sporą sumkę w przypadku śmierci jej partnerki. Potrafiła liczyć nawet całkiem dobrze jak na humanistkę. Myślę, że ten jej wyczuwalny materializm spowodował to, że w pewnym momencie mi się znudziła. Była po części jak wypożyczona z Pigmaliona i na koniec naszej znajomości okazało się jednak żadna. Erotyzm wraz ze świetlistym intelektem prysł jak bańka mydlana. Od pewnego momentu kojarzyła mi się nazbyt uporczywie z brzękiem monet i grubawym ciałem jej rozlazłej partnerki. Nie można sypiać z mieszanką takich bakterii. Nie zrozumiała, dlaczego postanowiłam odejść. Na koniec wyzwała mnie od tanich podrywaczek, gdy przy okazji informowania jej o naszym rozstaniu powiedziałam, że anuluje nasz długi weekend na Sycylii.

x.
Kiedyś zastanawiałam się w zasadzie, dlaczego kobiety? Zaczęło się tak prosto od krągłości kształtów zawsze zmysłowo uśmiechniętej MM. Gdy próbowała rozgrzać lodowatego milionera od "Shella" całując go namiętnie, powodowała moje dziwne, jeszcze dziecięce zadowolenie. Tak, wyobrażałam sobie, że to ja leżę w tym marynarskim stroju na kozetce i pozwalam, aby MM całą sobą napierała na mnie! Byłam zachwycona pomysłem przebierania się facetów za kobiety a jeszcze byłoby lepiej, gdyby role były odwrócone. Byłam podwójnie zachwycona, gdy czasami jakaś kobieta w samochodzie obok, uśmiechała się myśląc, że jestem ładniusim facetem. Gdy odwracałam w jej stronę twarz, dostrzegały zazwyczaj z dużym rozczarowaniem makijaż. Krótkie włosy? Nosić każdy może. Najzabawniejsza była jednak sytuacja, gdy zatrzymałam się tuż przed przejściem dla pieszych, a pasami przechodziła para. Patrzyłam na obcisłą sukienkę jakiejś długowłosej i długonogiej niewiasty, odprowadzając wzrokiem, jej kołyszące się w wyniku niedostosowania wysokości obcasów biodra. Dziewczyna ta zobaczyła pięknego kabrioleta, lecz pewnie nie spodziewała się za kierownicą właśnie blondyn-ki. Spojrzała zalotnie w moim kierunku. Nie mogłam pozostawić ją w tak ogromnej niewiedzy i machinalnie zdjęłam moje najnowsze, przeciwsłoneczne okulary, aby zaakcentować swój kobiecy jednak wygląd. Trzeba było widzieć jej zmieszanie wyrysowane jak make-up na twarzy. Aby nie pozostawić wątpliwości, puściłam oczko i nacisnęłam jakże posłuszny pedał gazu. Pomyślałam: o tak, tego mogę być pewna - jestem najładniejszym "chłopcem" w kabriolecie, w tej dzielnicy. Jeszcze tego samego wieczora poderwałam w pewnej modnej knajpce dziewczę, które równym kołysaniem bioder wprawiło mnie w zachwyt. To jednak wielką sztuką jest chodzenie na wysokich obcasach. Kabriolet okazał się prawdziwym orężem marketingowym. Wystarczy, stojąc na ulicy oprzeć się pupą o drzwi otwartodachowca, a panna sama wskakuje do środeczka. Wieczorna przejażdżka cabrio, równa się skuteczności kilku reklam działających na podświadomość, czyli daje efekt więcej niż murowany.

x.
Jak na imię ma zazwyczaj pierwsza miłość? Pewnie Misia, Kasia albo Konfacela. Moje serce odmawiało ustabilizowanego rytmu na dźwięk Angela. Dość nietypowe to imię. Krągła blondynka z wiecznie nieudaną trwałą. Zachwyciłam się jej pięknym dekoltem i całą wdzięczną kobiecością jaką prezentowała robiąc kanapki! Pamiętam - pieprzyła je i soliła. Czy każda niewiasta spod znaku Byka pieprzy pomidory na kanapce? Mój zachwyt zbladł, gdy okazało się, że kanapki te będzie połykać jej kolega, na którego zainteresowanie ewidentnie liczyła. Poznałam ją i jego nieco bliżej. On - męska pierdoła. Brak słów na opisanie typu jednostki przypominającej i z wyglądu, i z zachowania leniwca, z tą różnicą, że w prawym narzędziu do chwytania, czyli jego dłoni, często widziałam puszkę lub też butelkę piwa. Ona - no, cóż, inteligentna, błyskotliwa, wesoła, nawet dowcipna i ulegająca ogólnej presji wieku typowej w okolicy ukończenia studiów jak i typowo lędzwiowo - krokowej. Presja miała na imię "wyjdź-za-mąż". Zanim mu finalnie uległa już jako żona, zdążyłam jednak zmienić ten małżeński scenariusz. Znam się przecież na kobietach. Wiem, co chcą usłyszeć, jakie komplementy kleją się do ich mentalności. Utożsamiałam się ze stwierdzeniami pana K. "Najważniejszy jest ten dezodorant niepowtarzalnego erotyzmu. Smak konsumpcji jest tym lepszy, im ciekawsza i dłuższa jest ekspozycja". Nie wiem czy to choroba, ale uwielbiam obsypywać komplementami. Poświęcać mojej wybrance czas, wypytywać, rozmawiać, całować bez powodu, no i ustawicznie powtarzać kocham, kocham, kocham. "Ekspozycja" z Angelą trwała zaledwie kilka dni. Porzuciła szybko męża. Zaczęła się sielanka, lecz potem Angela wyraźnie straciła umiar. Wszystko chciała robić razem ze mną, nawet chodzić na spotkania z moimi znajomymi. Niby nie zazdrosna a stopniowo odbierała mi powietrze. Przestawałam oddychać, jej miłość dusiła mnie jak aksamitny szal. Moja miłość kurczyła się proporcjonalnie do jej rozrostu uczuć. Seks stawał się nieznośny, tak jak i jej obecność w naszym wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Gdy jej powiedziałam:
- To koniec, nie kocham Cię już, chyba to rozumiesz, nie mogę się zmuszać.
Wypłakała oczy, szantażując mnie, że odbierze sobie życie. Dobrze, że mieszkała na parterze. Męczyła mnie jeszcze długo swoją obecnością. Wystawała pod domem, wydzwaniała wyszukując pretekstów. Długo jeszcze nie przyjmowała do wiadomości, że między nami już koniec. Definitywny.

x.
Któregoś dnia poznałam dziewczynę jednej z moich znajomych. To był strzał w dziesiątkę tarczy mych fascynacji. Piękna, powabna, brunetka, która na dodatek była niesamowicie ciekawą osobą, co okazało się dopiero przy kolejnych naszych spotkaniach. Stopniowo zaczęłam jej pragnąć. Zwyczajna potrzeba przebywania z tą osobą przerodziła się w nieposkromioną chęć zdobycia jej. Niestety, na drodze do zwycięstwa w tę partyjkę szachów stała pewna figura - dama, czyli jej obecna. Skręcała mnie potworna zazdrość. Moje czułe słówka słane specyficznym alfabetem, drobne gesty, prezenciki, nawet cudny tembr głosu, jaki przybierały zalotne me słowa, wydawałoby się, odbijał od mojego celu zainteresowań jak promień od lustra, tafli wody. Była niewzruszona wobec moich zalotów. Jednak nie ustawałam w swej wytrwałości. Najważniejsza to konsekwencja w działaniu, która zawsze jest przez bogów - nawet tych barbarzyńskich - sowicie nagradzana. W końcu nadszedł ten upragniony moment - słabości ich związku. Nie czekałam na niekontrolowany rozwój wydarzeń. Taka okazja szybko nie mogła się nadarzyć, dlatego wbiłam się jak w świeże mięso, zapuściłam zęby i nie odpuszczałam. Drapieżny uścisk poskutkował. Pękły wszelkie zasady. Flesze, światła, no i tradycyjne już słowa: "the winner is....." i to ja byłam zwycięzcą! Zawirowało słońce, zaszumiały fale i moja zdobycz leżała na wyciągnięcie ręki, odurzona alkoholem, podatna na najmniejszą czułość. Wiem, pragnęła akurat tego, a ja posiadałam tę wiedzę o jej potrzebach. Trafiony-zatopiony, albo, jeśli ktoś woli wybraną na potrzeby tego rozdziału słowotwórczość - szach i mat! "One of us is crying, one of us is lying" - to ze znanego przeboju. Powinnam tak zatytułować ten akapit. Tamta płakała, a ja? Przecież wierzyłam w to, co mówię: że kocham, że wszystko zrobię, aby być z nią! Nawet rzucę obecną pracę w firmie reklamowej, aby tylko być z nią! Tak jakoś mi wyszło, nie zastanawiałam się. Zaledwie po dwóch dniach złożyła mi obietnicę i podjęła decyzję o definitywnym zerwaniu ze swoją partnerką! Nareszcie była moja, Nawet więcej, była moja -bardziej niż tego pragnęłam. Nie spodziewałam się aż tak szybkiego zwycięstwa. Mogę nawet stwierdzić, że nie byłam na to mentalnie przygotowana. Polowanie trwało nazbyt krótko. Nieoczekiwana zamiana miejsc - teraz to ona wbiła się we mnie ze swoją miłością i trzymała jak tygrys swego. Trwało to chyba rok a może pół, sama nie wiem, nie pamiętam dokładnie. Zdobycz zamieniła się w myśliwego, a tego w swym scenariuszu zupełnie nie przewidziałam. Cóż mi pozostało oprócz ucieczki?! Sytuacja stawała się niestrawna i przy najbliższej okazji ulotniłam się ze związku. Ona podobno nawet płakała, ale akurat łzy są lepsze niż Visine. Po nich oczy są takie piękne. Zawsze niebieskie!

x.
Potem było jeszcze kilka ciekawych przypadków, aż w pewnym momencie zaczęłam myśleć o sobie jak o charcie goniącym za króliczkiem. Zaczęły mnie chorobliwie wręcz interesować tylko zajęte kobiety, tylko top-owe, których zdobycie było istnym dla mnie wyzwaniem. Taka sztuka dla sztuki. Uwodzenie, czyli przedłużanie ekspozycji w nieskończoność doprowadzało mnie do takiej ekscytacji, że drżałam na samą myśl a już sama konsumpcja - choć jak najbardziej mnie interesowała - jednak zwykle wieściła rychły koniec związku. Zaliczona, "zatopiona", więc musiałam szukać kolejnej "tabletki extasy". Przyznam, że niewiele miało to wspólnego z romantyzmem, ale właśnie to on był głównym narzędziem w zdobywaniu kobiet i na dodatek odkryłam, że zdecydowanie nie potrafię być monogamicznym zwierzęciem. Kolejna zdobycz - nieco pulchna brunetka o piwnych oczach nazwała mnie na koniec naszej znajomości prowincjonalną podrywaczką, i zaleciła psychoanalizę, dlatego poważnie zaczęłam się obawiać o swoją psychikę, aż w końcu moje obawy rozwiało, moje zaangażowanie w mą nową miłość. Tę jedną jedyną, niepowtarzalną miłością, jakiej do tej pory nie zaznałam, była jasna blondynka z zielonymi turkusami w oczach. Cudo natury. Intelekt na dziesięć. Seks na dziesięć. Dowcip na dziesięć, był tylko jeden mankament. Ona była jak płaszcz wodoodporny, gdyby wodę zamienić na moje umizgi. Wiecznie niezdobywalna. Zdobywałam ją a ona po chwili zachowywała się tak, jakby wcześniej do mnie nie należała. Dzięki niej miałam wieczną sinusoidę określającą mój niedosyt w zdobywaniu. Już, tuż, tuż miałam ją, a po chwili ją traciłam i tak przez okres dwóch lat. To był mój najdłuższy związek, aż w końcu przegrałam. Została mi odebrana moja miłość! Spowodowała to jakaś strasznie nieciekawa, nieatrakcyjna męska kobieta, która pojawiła się w otoczeniu mej miłości nie wiadomo, skąd. To było potworne cierpienie. Ja nie odpuszczałam. Walczyłam jak prawdziwy wojownik. Pierwszy raz tak strasznie płakałam, gdy odeszła. Schudłam, widocznie zbrzydłam i straciłam ten swój urok, na który łowiłam swe zdobycze. Przestawałam funkcjonować. W zasadzie prawie umarłam.

x.
Moje wylizywanie się z okrutnych ran umożliwiła mi nowa znajomość. Ala - była nową osobą w firmie. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Ja potrzebowałam dużej ilości ciepła a ona natomiast szukała odbiorcy swej nadwyżki energii. Dobrałyśmy się idealnie, przynajmniej w tej sferze. Pielęgnowała moje "rany" po poprzedniczce umacniając mnie w przekonaniu, że problem tkwił nie we mnie, lecz w kobietach, które spotykałam na swej drodze. Była moją ostoją, moją powiernicą, moim adwokatem. Rozgrzeszycielką. Moim słodkim kotkiem.

y.
- Wiesz kot, ostatnio coś dziwnego dzieje się z moimi snami.
- Co takiego ci się śni, kochanie?
- Prawie codziennie śnię o tym samym, a raczej jest to jak film z kolejnymi odcinkami ze mną w roli głównej tylko zmieniają się w tym filmie postacie - a konkretnie kobiety. Śni mi się, że jestem przystojnym blondynem, który jeździ małym kabrioletem, takim jak z lat sześćdziesiątych, od domu do domu, zupełnie jak domokrążca.
- Jak domokrążca?
- Tak jest w każdym odcinku tego snu, jadę od kobiety do kobiety. Żegnam jedną a za chwilę w ramionach mam inną piękną istotę. Przekrój jest niesamowity - od kształtnej blondynki po brunetkę spowitą jeszcze czernią chyba żałoby; śni mi się nawet mój dom, że mieszkam gdzieś na południu Francji czy Hiszpanii, ponieważ wskazuje na to wapienna biel i czerwień dachówek południowej architektury i ta wieczna spiekota wywołana silnie prażącym słońcem. Dookoła serpentyniaste drogi i autostrady przecinające olbrzymie połacie czerwonej ziemi z porozrzucanymi wybielonymi domkami i pośród tego wszystkiego ja, jako przystojny facet.
- Jesteś facetem?! A to ciekawe. Może twoje poprzednie wcielenie skarbie?
- Nie wiem, kotku, co jest grane, ale widzę w tych snach siebie, mój zaniedbany duży dom z ciężkimi ciemno-brązowymi okiennicami, który wydaje się być zupełnie pozbawiony życia. Ten nieco odrapany, beżowy, piętrowy budynek stoi tuż za kortem tenisowym, którego obrzeża zarasta trawa i widziałam nawet w tym przedostatnim śnie, że mam chyba nawet żonę! Przywożę ją jakby z lotniska, wystawiam jej beżowe walizy tuż przed domem, a sama wsiadam ponownie do samochodu i zostawiam ją samą. Widzę we wstecznym lusterku, jak odprowadza mnie smutnym wzrokiem, a ja tuż za bramą wjazdową skręcam na czerwoną ubitą drogę i jadę do białego, wapiennego domu pokrytego czerwoną dachówką, gdzie czeka na mnie kolejna kobieta! Jestem w tym śnie jakimś nieustającym w poszukiwaniach kochankiem. Najgorsze i najbardziej przerażające w tym ostatnim powtarzającym się śnie, jest to, że umieram, gdzieś nad dnie jakiejś wyrwy, skały. Wypadek samochodowy. Spadam w przestrzeń i wiesz, nawet czuję ten ból umierania, choć to tylko sen.
Jest mi tak cholernie zimno. To pewnie dlatego, że ciebie nie było w łóżku, gdy zasypiałam. Znów siedziałaś, kotku w internecie!
- Nie martw się, dziś mocno cię przytulę i skończą się te dziwne sny.

z.
To był tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty szósty. Rozwiane, gęste blond włosy przystrzyżone nad karkiem, wysokie czoło i najnowsze okulary przeciwsłoneczne osadzone z nonszalancją na mostku nosa. Równa opalenizna dodaje blasku przystojniakowi ubranemu w jasne, sprane dżinsy i białą, wręcz kredową koszulę odcinającą się od koloru czerwieni kabrioleta, mknącego serpentynami nabrzeży Costa Brava. Wyraźnie spieszy się i ryzykuje na zakrętach, prowadząc tę jakże piękną maszynę z nadmierną szybkością. Max znał tę trasę na pamięć, jednak nie spodziewał się, że Jose, kierowca lokalnego autobusu, zmieniał właśnie koło na wysokości południowego urwiska tuż za zakrętem. Gdy mijał kolejny łuk drogi, ostre promienie rozbłyskającego na koniec dnia słońca, mieniącego się na grzbietach fal, oślepiły go na kilka sekund. Nie widział bryły niebieskiego przykurzonego autobusu, przykucniętego prawie na jednej stronie jezdni i wąskiego paska kamienistego pobocza. Gdy flesz słońca minął, Max ujrzał nagłą przeszkodę. Te kilka sekund zaważyło na długości hamowania. Jak golfowa piłeczka odbił się od granatowej blachy autobusu a potem dwumetrowej wapiennej skały i bardzo ostrym kątem zjechał na pobocze, które bez jakiejkolwiek balustrady otworzyło swe ostrokątne ramiona urwiska. Samochód wybity siłą uderzenia przemknął na tle ognistej kuli słońca, schodzącej powolutku ku zachodowi i zapikował w dół kilkudziesięciometrowego urwiska. Słychać było tylko odgłos rozpadającego się na drobne kawałeczki kabrioleta, a po chwili już tylko szum uderzających fal. Jose stał jak wmurowany z podniesionymi rękami, coś bełkotał lub może nawet krzyczał. Nie mógł nic zrobić, choć chciałby, aby ten kilkudziesięciosekundowy film cofnął się do momentu startu z zupełnie innym zakończeniem, jednak za późno. Serce Maxa pękło w ułamkach sekundy wraz z otrzewną zmiażdżone blachą samochodu i siłą samego uderzenia o nabrzeżne skały. Max spojrzał na ten smutny widok roztrzaskanych i rozsypanych kształtów czerwonej blachy, wyciągając ku nim bezwiednie dłonie, ale nie odczuwał żadnej fizyczności. Był jedynie zaskoczony szybkością, z jaką w przestrzeni oddalał się od miejsca wypadku jakąś wewnętrzną siłą, jemu nieznaną. Widział jedynie zrozpaczonego Jose i zaskoczone twarze kilku pasażerów. Towarzyszyła mu ledwo słyszalna melodia, którą tak lubił. Niewiadomo skąd, może z radia rozbitego samochodu: "non ce nessuno, non ce nessuno bello come te, ti amo", ale raczej wydawało się mu. Zniknął obraz rzeczywistości, który nagle przesłoniła ciemna sala kinowa z ogromnym otaczającym go ekranem, na którym wyświetlał się film o jego życiu. Zaledwie w kilkanaście sekund pokazane różne barwne obrazy z życia Maxa i postacie kobiet, które kiedyś kochał. Ponownie nastała ciemność, z coraz bardziej przytłaczająca czernią, która wciągała jego całego w ten zimny, przejmujący smutek, jakim nagle przepełnił się jego świat. Czuł tylko strach, zimno, opuszczenie i przerażenie, że nic w tej ciemności nie ma.

z.
Pogrzeb Maxa był bardzo uroczysty. Mocne, lipcowe słońce nie dawało chwili wytchnienia, a każdy podmuch lepkiego i parzącego wiatru rozpraszał mikroskopijny, czerwony pył wyczuwalny już po oblizaniu ust. Kwiaty tulące trumnę Maxa też były zmęczone tym żarem. Chyba każdy z obecnych tu gości zastanawiał się, skąd tyle osób na tej ceremonii. Max przecież miał tylko żonę, z którą w zasadzie nie był od kilku lat. Ale przyglądając się tej zbiorowości, już po chwili widać było, że w czerń smutku są ubrane głównie kobiety. Kilkanaście niewiast, które chyba wolałyby się wtopić w tłum niż być zauważone, lecz trudno nie spostrzec tak smukłych, zgrabnych i ładnych istot. Martin, przyjaciel Maxa doskonale wiedział, kim są te kobiety. Obserwował je, starając się ukrywać swoje zaciekawienie, jednak patrząc ukradkiem, próbował przypasować usłyszane od Maxa imiona do konkretnej osoby. Kochanki Maxa. Jego prywatny harem w żałobie - pomyślał. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego mając tak wyjątkowo piękną i uroczą żonę, Max wolał zmienność przygód miłosnych i wciąż gonił za czymś niezdobytym, odległym a przy jego magnetycznej wręcz osobowości i niebywałej zdolności obcowania z niewiastami, poznawanie atrakcyjnych kobiet było wręcz dziecinie proste. Wystarczyło, że się uśmiechnął tym swoim zniewalającym, hollywoodzkim uśmiechem a każda była jego. Kiedyś Martin próbował zgłębić jego techniki uwodzenia, lecz Max zawsze odpowiadał w ten sam sposób:
- No, nie wiem, myślę że to mój urok osobisty.
A za chwilę już jakby na głos myślał:
- Wiesz, kobiety czasami mają taką emanację fizyczną i duchową, że flirt wcale nie musi kończyć się łóżkiem. Najważniejszy jest ten zapach niepowtarzalnego erotyzmu każdej kobiety. Czasami myślę, że jestem ułomny, ponieważ zawsze nienasycony.
Martin kontynuował wypytywanie, a Max bezwiednie odpowiadał, a raczej opowiadał:
- Uwielbiam obsypywać je komplementami, poświęcać im czas, wypytywać i rozmawiać, tak, aby czuły się kochane i zaopiekowane jak przez nikogo przedtem.
Tak, teraz Max może czuć się zaopiekowany w tej ostatniej swej drodze. Martin podążył wraz z żałobnym orszakiem mieszając się w tłum, usłyszał cichą rozmowę dwóch starszych kobiet:
- No to teraz pękną serca niektórym paniom.
- A dlaczego, droga pani?
- Jak to dlaczego?! - powiedziała, podnosząc nieco głos w pełnym zdumieniu.
- Nasz lokalny Don Juan nie żyje, zostawił w żałobie niejedną. Miły mężczyzna nie powiem, ale niepoprawny podrywacz był z niego. Krążą wręcz całe historie o nim i jego umiejętności łamania serc. Nie przypuszczałam, że dziś zobaczę tu tyle kobiet. Z niektórymi czasami widywałam jego w tej nadmorskiej tawernie Puri Martinez, w mieście z nimi się nie pokazywał. Unikał spojrzeń przypadkowych świadków. A ile rogów mężom przyprawił, to tylko on wiedział, zabierając tę tajemnicę do grobu.
- To łotr z niego był! Bawidamek!
- Raczej wcielenie Don Juana de Marco, droga pani. Niejednej serce skradł, o cnocie i ich majątkach już nie wspomnę.
Starsza pani jeszcze wydała ostatni dźwięk swej dezaprobaty :
- Tacy jak on za karę na ziemi się tułają albo ich dusza w ciele kobiet ponownie się naradza, aby zmyć ten grzech!
- Co też pani opowiada! Max?! W niebie anielice pewnie już podrywa!

x.
- Tak dobrze, teraz proszę przeciąć pępowinę.
- Ma pani piękną córkę! Lipcowe dzieci podobno chowają się najlepiej!
To był podobno jeden z bardziej burzowych dni lata, gdy zobaczyłam ten świat pierwszy raz. Ojciec nie był zadowolony, że ma córkę. Liczył na syna i nie doczekał się. Wkrótce od nas odszedł bez jakiegokolwiek tłumaczenia. Jako nastolatka szybko zrozumiałam, że mam jakiś błąd genetyczny wpisany w moje ciało i umysł. Lubiłam kolegów, spędzałam z nimi nawet dużo czasu, ale razem z nimi oglądałam się za fajnymi dziewczynami. Dopiero w trakcie college-u przestałam nosić w sobie tę tajemnicę, dzieląc się nią z moją najlepszą przyjaciółką. Jej pozytywna reakcja była dla mnie miłym zaskoczeniem. Ładna buzia, śmiejące się oczy, chłopięca postawa podkreślana lekkim przygarbieniem. Kocham kobiety i to jak! Gdybym mogła, założyłabym harem a tak muszę się zadowalać single-owymi znajomościami w imię monogamii. Kobiety, kobietki! Ach nie mogę się powstrzymać! Kiedy ukazuje się światu nowa twarz, centrum zainteresowania, nowa piękność, wtedy ja jak drapieżny kot, szykuję się do ataku i może to nazbyt bezczelne stwierdzenie, ale w dziewięćdziesięciu procentach przypadków moich łowów należę do grona zwycięskich istot. Don Juan de Marco byłby ze mnie dumny!


Lipiec, 2004 ( o d.p.s.o i.M.- to za inspirację !)
Data publikacji w portalu: 2005-10-31
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

info Nasze miejsca zagranicą
Goraleczka69 Hej jakieś kluby branżowe dla les w Norwegii?😊 opinia dodana 2018-10-21 21:22:36
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019