NEW YORK, NEW YORK

Satine
Nicole. Moja Nicole. Codziennie patrzę na nasze wspólne zdjęcie i wracam myślami do Nowego Jorku mniej więcej pół roku temu. Wyjechałam tam do pracy - mój szef wysłał mnie na półroczny kontrakt do amerykańskiego oddziału. Wyjazd wypadł dosłownie z dnia na dzień; może i lepiej, bo panicznie się bałam i gdybym miała czas na zastanowienie, pewnie zostałabym w Polsce.

Z lotniska odebrał mnie kierowca szefowej. Zawiózł mnie do wynajętego mieszkania i zapowiedział, że poczeka na mnie, kiedy będę się odświeżała i zabierze mnie na firmową imprezę powitalną. "Świetnie" pomyślałam. "Osiem godzin w samolocie i od razu na imprezę, w dodatku służbową?". Ale nie odezwałam się.

W restauracji, do której mnie zawiózł, kręciło się kilkadziesiąt osób. Na ścianie nad stołem dwie flagi, polska i amerykańska, że to niby na moją cześć. Podszedł do mnie niewysoki brunet, koło czterdziestki.
- Caroline?
Nagle z Karoliny stałam się Caroline...
- Tak, to ja.
- Witaj w Ameryce. Jestem Harvey. Czekaliśmy na ciebie. Udaną miałaś podróż?
Ta wersalska konwersacja trwała jeszcze chwilę, kiedy muzyka ucichła i usłyszeliśmy brzęk kieliszka. Przy stole stała wysoka, rudowłosa kobieta. Sprawiła na mnie wrażenie władczej, co jeszcze potęgował jej wzrost. Jeszcze raz z uśmiechem poprosiła o ciszę.
- Jak wiecie, od dziś mamy nową towarzyszkę w pracy. Przyjechała podglądać naszą pracę, uczyć się i uczyć nas... tak, jakbyśmy tego potrzebowali... - na sali rozległy się śmiechy, ja również się uśmiechnęłam. - Chcę, aby wszyscy powitali ciepło Caroline.
Spojrzała w moją stronę i zaczęła klaskać. Pozostali poszli jej przykładem. Kilka osób uścisnęło mi rękę. Poczułam się niezręcznie, onieśmielona tym słynnym amerykańskim stylem bycia.
- Kim była ta kobieta? - zapytałam Harveya. W odpowiedzi uśmiechnął się pod nosem.
- Twoja nowa szefowa. Nazywa się Nicole Sheridan. Uważaj na nią. Straszna suka. Jak jej podpadniesz, możesz już się pakować z powrotem do Polski.
Spojrzałam na nią. Rozmawiała ze starszym mężczyzną; mógł mieć koło pięćdziesiątki. Sama szefowa wyglądała na 33, może 35. W czasie rozmowy uśmiechała się lekko, jakby z pobłażaniem. Zastanawiałam się, ile prawdy było w stwierdzeniu mojego nowego, pulchnego przyjaciela. Wrażenie władczości jeszcze się pogłębiło, ale nie wyglądała na złośliwą. Oczywiście, piękne kobiety są zwodnicze, ale nie widziałam w niej okrucieństwa. Cóż, jesteśmy na bankiecie, zobaczymy, jaka się okaże jutro, w pracy.

Następnego dnia przyjechałam do pracy pół godziny za wcześnie. Wystarczająco dużo słyszałam o słynnych nowojorskich korkach, żeby wyjść z domu rozsądnie wcześnie i okazało się, że przesadziłam. Kupiłam sobie kawę na wynos i zaczęłam rozglądać się po ulicach. Wolałam nie oddalać się w obawie, że nie trafię z powrotem. Moja orientacja w mieście ograniczała się do świadomości, w której dzielnicy się znajduję. Stałam tak dłuższą chwilę, kiedy pod budynek podjechała szefowa. Podeszłam do niej.
- Dzień dobry.
Spojrzała na mnie niewidzącym wzrokiem. Z bliska i bez wieczorowej kreacji wydała mi się bardziej przyziemna niż poprzedniego wieczora. Minęła sekunda i jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu.
- Przepraszam, kiedy ktoś mnie zaczepia na ulicy, zawsze mam wrażenie, że zaraz wsadzi mi nóż między żebra. Nie zrozum mnie źle - dodała ze śmiechem, widząc mój barani wzrok. - W Nowym Jorku nikt nikogo nie zagaduje na ulicy. Dlatego, jeśli ktoś cię zaczepia, to od razu wiesz, że masz do czynienia albo z żebrakiem, albo z dzieciakiem kwestującym dla Czerwonego Krzyża. Sama zobaczysz - spojrzała na zegarek. - Wcześnie tu jesteś.
- Wolałam być chwilę wcześniej, żeby rozejrzeć się po okolicy. Jestem tu pierwszy raz.
Kiwnęła głową ze zrozumieniem.
- Nawet lepiej, że już jesteś. Chodź, pokażę ci biuro.
Idąc za nią do biura dalej miałam w pamięci słowa Harveya. Sprawiły, że bałam się jej.
- Tutaj jest twoje biurko - oznajmiła, pokazując mi miejsce. Rozejrzałam się po sali. Było to klasyczne biuro, jakie można oglądać w filmach; ludzi oddzielały od siebie tylko cienkie ścianki, nie wyższe niż półtora metra. - Jak widzisz, tutaj najważniejszy jest zespół. Dlatego stworzyliśmy wspólne pomieszczenie. Wiem, że jesteś przyzwyczajona do czego innego, że szybko przywykniesz i zobaczysz, o ile lepiej pracuje się w dużej grupie. Im więcej wiemy o swoim zespole, tym efektywniej pracujemy, taka jest nasza polityka. Oczywiście, nie wszyscy pracują tutaj. Mój gabinet jest tam - wskazała pokój w kącie sali. -. Tutaj jest kuchnia, ale rzadko z niej korzystamy. Wolę wysłać pracowników na półgodzinny lunch niż zatrudniać armię sprzątaczek.
- Przepraszam, pani Sheridan... - zaczęłam nieśmiało.
- Panno, jeśli już i proszę, po prostu Nicole.
- Nicole... głupio mi o to pytać, ale jaki konkretnie będzie mój zakres obowiązków?

W czasie, kiedy Nicole oprowadzała mnie po firmie, do biura napływali pracownicy. Mignęła mi twarz Harveya i kilku innych osób, które spotkałam na przyjęciu. Powoli wszystko nabierało życia. Niezręczność, jaką czułam przez cały czas pobytu z szefową, znikła.
- Jeśli będziesz miała jakieś pytanie, będziesz czegoś potrzebować, przyjdź do mnie, ale myślę, że twoi współpracownicy chętnie ci we wszystkim pomogą - uśmiechnęła się na pożegnanie i znikła w swoim gabinecie.

Pierwszy dzień pracy minął mi dość spokojnie. Kiedy zbierałam się już do domu, pojawił się przy mnie Harvey.
- Idziemy po pracy na drinka, wybierzesz się z nami?
Byłam zmęczona; mimo niewielu obowiązków, ciężko mi było przyzwyczaić się do hałasu, w którym przyszło mi pracować, poza tym nie odespałam jeszcze różnicy czasu, ale skinęłam głową świadoma, że dobre stosunki z ludźmi są teraz najważniejsze.

- No i jak spodobała ci się nasza wspaniała Miss Żelazna? - zapytała Joe, jedna z moich nowych koleżanek, kiedy siedzieliśmy już w pubie. Spojrzałam pytająco na Harveya, na co wybuchnął śmiechem.
- Tak nazywamy Sheridan. Domyślasz się już dlaczego?
- Czy ja wiem, nie jest chyba taka zła... wydała mi się całkiem w porządku.
Grupa zareagowała żywiołowo, pohukując i gwiżdżąc.
- Jeszcze zobaczysz!
- W właściwie o co chodzi? Co jest z nią nie tak?
- Jeszcze nikt nigdy za nią nie trafił. Potrafi przyjść w świetnym humorze i wszystko niby jest ok., ale wystarczy, że rzucisz o jeden żart za dużo i dostajesz nadgodziny do końca tygodnia. Stawia wszystkich równo w szeregu.
- Pewnie dlatego facet jej nawiał - dorzuciła Joe, wzbudzając kolejną falę gwizdów.
- Mówiła, że jest panną...?
- Kłamała. Jeszcze do niedawna nosiła obrączkę. Nikt nigdy nie widział jej męża, ale mówią, że to jakaś szycha. Podobno zostawił ją dla sekretarki - kolejna fala śmiechów. Poczułam niechęć do nich. Ich żarty robiły się niewybredne, ale zrozumiałam, że w tym wszystkim jest gdzieś ziarnko prawdy. Obiecałam sobie nie wychylać się za mocno, ostatnia rzecz, na jakiej mi zależało, to zatargi z szefowa; ci tutaj zresztą też niezbyt tolerowali tych, którzy wychodzili przed szereg.

Kolejne tygodnie upłynęły szybko. Złapałam rytm pracy, wieczorami poznawałam miasto. Wypady ze znajomymi z biura ograniczyłam do przyzwoitego minimum. Czasem, kiedy krążyłam po Manhattanie, zdarzało mi się widzieć Nicole w którejś z restauracji. Zwykle była sama, raz tylko widziałam ją z mężczyzną. Zrobiło mi się jej żal; musiała być samotna. Myślałam, czy zasłużyła na to. W pracy rzeczywiście trzymała wszystkich krótko, ale nie zauważyłam, żeby potraktowała kogoś niesprawiedliwie. Czasem wpadałam do jej gabinetu, czy to na konsultację, czy zapytać o coś i zawsze traktowała mnie w porządku. Raz tylko zdenerwowałam ją, kiedy widząc jej zamyślony wzrok wpatrzony w okno, zapytałam żartem, czy ładnie to tak gdzieś uciekać w godzinach pracy.
- Jeszcze jakieś pytania? Nie mam dla ciebie całego dnia - wycedziła lodowatym tonem, a ja natychmiast się wycofałam.

Czas mijał i w końcu nadeszły Święta. Pierwszy raz miałam je spędzić bez rodziny. W dodatku jedyną opcją było przyjęcie świątecznie w firmie. Nie chcąc siedzieć samotnie, pojechałam tam. Było dość niewiele osób; większość spędzała czas z rodzinami. Nie zauważyłam Harveya, ale wiedziałam, że wybierał się do Kanady, do brata. Wypatrzyłam Joe przy barze.
- Cześć, wesołych Świąt!
- Wesołych Świąt. Miło cię widzieć.
- Wzajemnie. Mało ludzi, prawda?
- Rzeczywiście - przyznała. - ciekawe, że nie ma Żelaznej. Nigdy jej się nie zdarzyło opuścić jakiekolwiek firmowe przyjęcie.
- Mam nadzieję, że nic jej się nie stało - powiedziałam bardziej po to, żeby utrzymać temat na Nicole. Coraz częściej przyłapywałam się na myślach o niej.
- Żelaznej? Prędzej świat się skończy. Pewnie zalewa gdzieś robaka, użalając się nad własną samotnością. Jej zdrówko! - uniosła szklankę z ponczem, a ja się skrzywiłam. Przyzwyczaiłam się, że wszyscy życzą Nicole wszystkiego najgorszego, ale jej słowa podsyciły mój niepokój. Był wieczór Bożego Narodzenia, skoro Nicole dotąd nie opuszczała takich spotkań, może rzeczywiście coś jej się przydarzyło.
- Joe, gdzie mieszka Żelazna?
Spojrzała na mnie, jakbym zapytała, gdzie tu można kupić worek krowiego łajna.
- 120 B 16th Avenue, ale chyba nie chcesz do niej jechać?
- Chcę się tylko upewnić, że wszystko w porządku. Jak jej przeszkodzę w świątecznej kolacji, najwyżej odeśle mnie do Polski - uśmiechnęłam się. Joe musiały ruszyć wyrzuty sumienia, bo spojrzala na mnie już poważniej.
- Daj znać, ok.?
- Jasne - rzuciłam na pożegnanie i wyszłam.
Taksówka podjechała pod dom Nicole. Był to wysoki apartamentowiec. Podeszłam do stojącego w drzwiach dozorcy. Po krótkiej wymianie zdań dowiedziałam się, że nie widział, żeby Nicole gdziekolwiek wychodziła. Weszłam do środka i sprawdziłam numer jej apartamentu.

Zza drzwi mieszkania dobiegała muzyka. Była na tyle głośna, że zagłuszała pukanie. Zastukałam mocniej i muzyka umilkła.
- Tak? - dobiegł zza drzwi niewyraźny głos mojej szefowej.
- Nicole, tu Caroline, z biura.
- O co chodzi? - zastanowiło mnie to. Przez cała drogę wyobrażałam sobie, jak będzie wściekła za to, że nachodzę ją w świąteczny wieczór. Moja konsternacja trwała sekundę.
- Wiesz, dziś jest przyjęcie gwiazdkowe, nie zjawiłaś się, zaczęliśmy się martwić, czy wszystko w porządku.
- Martwić? O mnie? - rzuciła gniewnie - Litości! Wystawili cię do szpiegowania Miss Żelaznej?
Zaniemówiłam
- Myśleliście, że nie wiem, co mówicie za moimi plecami? Macie mnie za głupią?
- Nicole, chciałam się tylko upewnić...
- Upewniłaś się, możesz iść! - ale jej ton zdradzał coś innego. Coś było nie w porządku.
- Żeby się upewnić, muszę cię zobaczyć.
- Idź, bo wezwę policję.
- Mówię poważnie.
- Ja też! - po obu stronach drzwi zapadła cisza. Teraz już byłam pewna, że dzieje się coś niedobrego i nie zamierzałam się stąd ruszać. W końcu usłyszałam szczęk otwieranego zamka i drzwi się uchyliły.
- Zobaczyłaś, możesz iść.
Rzeczywiście, zobaczyłam. Zaczerwienione i spuchnięte oczy, spękane usta; włosy, zawsze ciasno upięte, rozsypały się wokół twarzy. W dłoni trzymała kieliszek, w którym kołysały się resztki koniaku. Jej widok mnie przeraził.
- Skoro już zobaczyłaś i jesteś zadowolona, żegnam - zaczęła zamykać drzwi. Postawiłam nogę na progu.
- Zaczekaj.
- Wynoś się, bo naprawdę wezwę policję.
- Wezwij, poczekam. Ale cię tu tak nie zostawię.
Musiała już sporo wypić, bo zachwiała się i puściła drzwi. Wykorzystałam to i wtargnęłam do mieszkania. Nicole wreszcie zrozumiała, że nie da rady mnie spławić. Podeszła do stolika i nalała sobie koniaku. Opadła na fotel, przy okazji strącając z niego wibrator. Obrzuciła go szybkim spojrzeniem, ale nie wyglądała na speszoną. Wybrała już rolę i zdecydowała grać ją do końca.
- Będziecie mieli używanie, co? Taka wpadka szefowej... Jutro będę na językach połowy Manhattanu.
Zaczynałam mieć dosyć tego jej kpiącego tonu.
- Do twojej wiadomości, dostałam twój adres od Joe Castellano i nikt oprócz niej nie wie, że tu jestem. Nie wiem, czy tak zostanie, bo nie mogę odpowiadać za Joe, ale z mojej strony nic nie wyjdzie. Może pora, żebyś zrozumiała, że nie wszyscy na świecie są twoimi wrogami.
Uwierzyła mi, zobaczyłam zmianę w jej oczach.
- Proszę, zostaw mnie - powiedziała już spokojniejszym tonem. - To nie jest czas ani miejsce. To tylko gwiazdkowy dołek, nic poza tym. Proszę, chcę zostać sama.
Po jej policzkach spłynęły łzy. Odwróciła wzrok, teraz już zmieszana. Dopiero teraz zauważyłam na stoliku, obok butelki, opakowanie jakichś leków.
- Co zamierzasz? - spytałam. Podążyła wzrokiem za moim spojrzeniem i przygarnęła tabletki do siebie.
- Ach, tak. Zamierzałam się upić, spędzić miły wieczór z Panem Plastikowym - ruchem głowy wskazała leżący wciąż na podłodze wibrator - a potem pójść spać i więcej nie wstać. Przerwałaś mi realizację świątecznych planów i zgaduję, że nie dasz mi ich dokończyć.
Jej głos, choć siliła się na chłodny ton, w końcu się załamał. Teraz łzy płynęły nieprzerwanie. Podeszłam do niej.
- Dlaczego?
- A dlaczego nie? - pociągnęła łyk z kieliszka.
- Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie.
- Daj mi spokój.
Wyciągnęłam rękę, żeby odebrać jej leki, ale przycisnęła je mocniej do siebie.
- Wyjdź stąd, proszę. To nie twoja sprawa.
- Nie. Moja sprawa, odkąd tu weszłam - sięgnęłam po leki i tym razem mi się udało, ale dalej trzymała je mocno. Gdyby ktoś teraz wszedł, mógłby nas uznać za splecione kochanki. Nicole siedziała w fotelu, ja zaś klęczałam obok, trzymając mocno jej dłoń. Czułam zapach jej perfum, zmieszany z ostrym zapachem alkoholu.
- Proszę... - tym razem to ja szepnęłam. - Proszę, przygotuję ci kąpiel, a potem zaparzę kawę.
Bez przekonania puściła fiolkę z tabletkami.
- Tak lepiej. Chodź ze mną - podciągnęłam ją, aż stanęła na nogach. - Gdzie jest łazienka?
Wskazała mi drzwi. Puściłam ją, a ona zachwiała się i musiałam ją znów podtrzymać. Posadziłam ją z powrotem na fotelu, zabierając jednocześnie butelkę.
- Poczekaj tu na mnie.
Weszłam do łazienki i odkręciłam kran. W czasie, kiedy wanna napełniała się wodą, przejrzałam półki. Skoro już tyle mi się udało, wolałam nie ryzykować, że coś połknie, kiedy zostanie tu sama. Kiedy wróciłam, Nicole spała. Przebudziła się, kiedy ją podnosiłam. Pozwoliła zaprowadzić się do łazienki. Zostawiłam ją tam i poszłam do kuchni zaparzyć kawę. Niedługo potem wyszła, otulona w szlafrok. Podałam jej kubek i usiadłyśmy na kanapie.
- Przepraszam za to wszystko - mruknęła z zakłopotaniem.
- Nic się nie stało, poza tym, że mnie cholernie wystraszyłaś.
- Musiałaś się zdziwić, widząc mnie w takim stanie - uśmiechnęła się blado.
- Trochę. Powiesz mi wreszcie, co się stało?
Westchnęła głęboko i opowiedziała mi wszystko. Rzeczywiście, miała męża. Odszedł od niej jakiś czas temu. Rozwód był krótki i w miarę bezbolesny, ale Nicole straciła jedyna bliską osobę. Nie miała rodziny - rodzice już zmarli, a jej brat wyjechał dawno temu i nigdy nie dał znaku życia. Od tamtej pory coraz bardziej odcinała się od ludzi, aż wreszcie została całkowicie sama. Zaczęła się depresja, wreszcie tego wieczoru podjęła decyzję.

W pewnym momencie opowieści Nicole zasnęła. Była już trzecia w nocy i dozorca zamknął drzwi, więc nie miałam jak wyjść. Zresztą, nie bardzo chciałam jej zostawiać. Przyniosłam tylko koce i poduszki, ułożyłam Nicole wygodniej na kanapie, a sama zajęłam fotel.
Nie wiem, kiedy zasnęłam. Kiedy się obudziłam, Nicole krzątała się po mieszkaniu. Wyglądała już znacznie lepiej, choć dalej widać było opuchliznę pod oczami. Przyglądałam się jej przez chwilę, zanim spostrzegła, że nie śpię. Uśmiechnęła się do mnie. Po raz pierwszy zobaczyłam jej prawdziwy uśmiech - nie ten służbowy, codzienny, ale ciepły, szeroki i szczery.
- Dzień dobry. Zaparzyłam kawę, napijesz się?
Skinęłam głową, podnosząc się z fotela.

Spędziłyśmy razem cały dzień. Wybrałyśmy się do kina, potem na obiad. Wieczorem kupiłyśmy sobie butelkę wina z zamiarem zorganizowania "babskiego wieczorku", jak to określiłyśmy. Butelka zeszła nam bardzo szybko, więc Nic wyskoczyła po następną. Lekko szumiało mi już w głowie i nagle złapałam się na myślach, jakby to było - być z Nicole. Jej mąż musiał być ślepy, że ją zostawił... Odsunęłam od siebie te myśli, kiedy weszła do pokoju. Po drugiej butelce uznałyśmy, że bezpieczniej będzie pójść spać, zanim urżniemy się w drzazgi.

Pierwszego dnia po świąteczno-noworocznej przerwie przyszłam do pracy nieco spóźniona i przywitała mnie grobowa cisza. Ludzie w ponurych nastrojach izolowali się w swoich boksach. Kilka osób zebrało się w kuchni i dyskutowało konspiracyjnie. W tej grupie wypatrzyłam Harveya.
- Cześć. Co się dzieje?
- Nic nie wiesz? Żelazna szaleje. Wywaliła z pracy cztery osoby. Ot, tak, za niewinność.
Nagle ksywka Nicole zaczęła mnie drażnić.
- Na pewno nie za niewinność, w to nie uwierzę - odparłam ostro i może nieco za głośno, bo Harvey skulił się i rozejrzał niespokojnie.
- Ciszej! - syknął. - Wierz mi, polecieli za pierdoły. W dodatku rozwaliła nam kompletnie atmosferę. Od rana wzywała wszystkich po kolei do siebie i wypytywała o innych. Gestapo, autentyczne, pieprzone gestapo! Zatrzęsła wszystkimi i ludzie się posypali. Mike'owi zarzuciła defraudację. Rzeczywiście, jakiś czas temu naciągnął lekko faktury i zgarnął nadwyżkę, ale to było raptem 300 dolarów, a wiesz, że on ma córkę w college'u i wysyła jej każdy grosz. Zresztą, to był jeden, jedyny raz. Danie policzyła nieobecności. A przecież Dana robi drugi etat, żeby byłemu płacić alimenty. Nadia poleciała, bo nie wyrobiła się z dwoma projektami. A teraz najlepsze: Joe wyleciała, bo to właśnie od niej Żelazna się tego wszystkiego dowiedziała. Palnęła jej hasło: "Nie potrzebujemy nielojalnych pracowników i kolegów".
Musiał zauważyć niechęć w moim spojrzeniu, bo zamilkł. W polskim oddziale takie rzeczy były nie do pomyślenia. Defraudacja, nawalanie z projektami... Powiedziałam to Harveyowi; spojrzał na mnie z odrazą.
- Wiesz, tego się po tobie nie spodziewałem.
- A ja ciebie wyżej ceniłam - odwarknęłam. Przestało mi zależeć na ich opinii. To ich podejście - trzymać się szeregu i nałapać ile się da - drażniło mnie od dawna.

- Caroline, pozwól do mnie - usłyszałam za plecami głos Nicole. Weszłam do jej gabinetu, czując na plecach wzrok pracowników.
- Co się dzieje? - spytałam, zamykając za sobą drzwi.
- Co tam ci już Harvey naopowiadał?
- Mówił, że zwolniłaś już dziś cztery osoby. Wszyscy są na ciebie wściekli, boją się.
- Teraz już nie mają czego - odparła nieobecnym głosem, patrząc w okno. - Przenoszą mnie do Seattle. Zakładamy tam nową filię, duży oddział. Dla mnie to wielka szansa. Rozkręcenie całego oddziału, od podstaw! Tutaj ma przyjść ktoś nowy.
Nie zrozumiałam, o co jej chodzi. Skoro sama się przenosi, po co zwalniała tych ludzi? Postanowiłam na razie o to nie pytać.
- Kiedy się przenosisz?
- Za dwa miesiące. I mam dla ciebie propozycję. Przeczytałam polski raport o tobie, zrobiłam raport z twojej pracy tutaj; brakuje ci jeszcze trochę stażu zawodowego, ale twoje kompetencje są wystarczające. Kiedy filia ruszy na dobre, chciałabym cię tam ściągnąć. Co ty na to?
Zdębiałam. Po niespełna trzech miesiącach pracy w Stanach taka propozycja? Wyjazd z Polski na stałe? Tam przynajmniej była rodzina, przyjaciele, a tutaj nie znałam nikogo, prócz paczki z firmy i - od niedawna - Nicole. Z drugiej strony to naprawdę była duża szansa zawodowa. Poprosiłam ją o czas do namysłu.
- Jasne, nie spiesz się.
- Dzięki. Przyznam, że mnie zastrzeliłaś. Zwłaszcza, że spodziewałam się, że mnie też wywalisz...
Zaśmiała się.
- Ciebie też sterroryzowałam? Szczerze mówiąc, powinni mi dziękować. Gdybym teraz nie dała im wypowiedzenia na ugodowych warunkach, Mike stanąłby przed sądem, a Dana i Nadine dostałyby dyscyplinarkę.
- A Joe? - wyrwało mi się.
- Joe rzeczywiście poleciała za gadanie. Pół firmy wie, że byłaś u mnie tamtego wieczoru. Nie wróciłaś na przyjęcie, nie odezwałaś się ani słowem, więc rzuciła tekst, że musiałyśmy się dobrze bawić sam na sam. Wiesz, o co mi chodzi.
Wiedziałam. Bez problemu wyobraziłam sobie Joe opowiadającą cała sytuację. Bardzo dwuznacznie.
- Właśnie. Nie wiedziała, biedna, że stoję za nią. Nawet nie próbowała się bronić, kiedy ją wzięłam na dywanik. To co? Przemyślisz moją propozycję?
- Jasne - rozluźniłam się. - A tymczasem kino? Dziś wieczorem?

Kiedy szłyśmy do kina, byłam już zdecydowana przenieść się do Seattle. Nicole ucieszyła się, zapewniła, że nie będę żałować. Wiedziałam, że nie będę. Skoro siedziałam tu już trzy miesiące, mogłam siedzieć dalej. Fakt, brakowało mi znajomych, ale cały czas mieliśmy ze sobą kontakt. Zresztą, zanim Nicole ściągnie mnie do Seattle, minie przynajmniej pięć, sześć miesięcy, zaś do Polski miałam wrócić już w lutym. Miałam czas. A z Nic pracowało mi się dobrze, nie mówiąc już o korzyściach finansowych, płynących z jej propozycji.

Kiedy wychodziłyśmy z kina, wpadłyśmy na Harveya. Spojrzał na nas dziwnie, ale nie odezwał się ani słowem. Kiedy nas minął, zaklęłam pod nosem. Nicole zachowała spokój.
- Nic się nie stało. Co, nie możemy razem wyjść do kina?
- Wiesz, ty jesteś Żelazna, a ja wciąż jestem Ta Nowa. Przynajmniej teksty o wazeliniarstwie mam załatwione.
- Nie dramatyzuj. Przejmujesz się ich gadaniem?
Wzruszyłam ramionami. Rano wyjaśniliśmy sobie z Harveyem co nieco, więc i tak nie miałam się już czym przejmować.
Oczywiście, następnego dnia rano całe biuro już wiedziało o naszym wspólnym wypadzie. Nikt tego głośno nie powiedział, ale wyraźnie zrozumiałam, że zostałam jednogłośnie okrzyknięta kapusiem, lizusem i lesbijką - przy czym to ostatnie było prawdą, o czym nie mogli przecież wiedzieć. Przypuszczam, że obwiniali mnie też za zwolnienia z poprzedniego dnia.

Przez następne dni biuro huczało od plotek, z których część siłą rzeczy do mnie docierała. Przyłapałam jednego z księgowych na obraźliwym geście sugerującym, co - według niego - łączy mnie z Nicole. Było to denerwujące, ale nie mogłam - i nie zamierzałam - nic z tym robić. Dobrze się razem bawiłyśmy, a jeśli dla nich dwie kobiety nie mogą się przyjaźnić bez podtekstów seksualnych, to już nie był nasz problem. Tylko jedna informacja mnie zaniepokoiła. Podobno ktoś złożył skargę, że Nicole mnie faworyzuje w pracy, ale prawda była taka, że nasze stosunki służbowe pozostały bez zmian.

Koniec mojego stażu zbliżał się nieubłaganie. Dwa dni przed moim odlotem do Polski Nicole zaprosiła mnie na pożegnalny obiad. Po pracy wybrałyśmy się zatem na zakupy, wypożyczyłyśmy jakiś film i pojechałyśmy do niej. W czasie, kiedy ona gotowała, ja pobiegłam jeszcze po wino, o którym zapomniałyśmy, a które było już naszą tradycją. Po obiedzie zgarnęłyśmy kieliszki i przeniosłyśmy się na kanapę. Włączyłyśmy film, ale nie przypadł nam do gustu, w związku z czym połowę przegadałyśmy. Kiedy skupiłyśmy się na oglądaniu, Nicole położyła głowę na moich kolanach, a ja zaczęłam się bawić jej włosami. W pewnej chwili zauważyłam, że zasnęła. Przespała resztę filmu. Nie chciałam jej budzić, więc nie mogłam nawet wyłączyć DVD. Sięgnęłam tylko po pilota i zgasiłam telewizor. Tkwiłam tak, unieruchomiona, wciąż przeczesując jej włosy. Taka bezczynność dawała wyobraźni pole do popisu. Nie ma co ukrywać, mimo (a może dzięki) łączącej nas przyjaźni, Nicole mnie pociągała. Znów zaczęłam myśleć, jakby to było - być z nią.

Nawet nie zauważyłam, kiedy Nicole się obudziła. Obróciła głowę i spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się, mrużąc powieki. Trwałyśmy tak chwilę w milczeniu, uśmiechając się do siebie. A potem poniosła mnie wyobraźnia. Jakby to było zupełnie naturalne, pochyliłam się i pocałowałam ją w usta. Spojrzała na mnie z zaskoczeniem, a ja się zreflektowałam. Speszona, strąciłam jej głowę z kolan i zerwałam się, mamrocząc pod nosem jakieś przeprosiny. Złapałam płaszcz i ruszyłam do drzwi. Zatrzymała mnie jej dłoń, którą poczułam na ramieniu. Nie miałam odwagi odwrócić się i spojrzeć jej w twarz.
- Przepraszam - powiedziałam po prostu. - Wiem, jak to teraz wygląda, ale naprawdę cię polubiłam i to nie miało żadnego wpływu na naszą przyjaźń. Nie wiem, co mi teraz strzeliło do głowy...
Jej druga dłoń spoczęła na moich ustach i mnie uciszyła. Przysunęła się bliżej i objęła mnie. Poczułam falę gorąca. Przemknęło mi przez głowę, że może ja też zasnęłam, może to wszystko mi się śni. Poczułam jej oddech na policzku.
- Nie wychodź, proszę - prośba była zbędna. I tak wrosłam w ziemię, nie byłam zdolna się ruszyć. Przysunęła się do mnie, jeszcze mocniej mnie obejmując.
- Nicole... - wychrypiałam nieswoim głosem. - Nicole, proszę, nie prowokuj mnie, bo zrobię coś, czego będę żałować. Obie będziemy.
Wypuściła mnie z objęć, ale tylko po to, aby mnie obrócić twarzą do siebie.
- Żałować czego?
Patrzyła mi prosto w oczy i nie wiedziałam, czy odwzajemnić spojrzenie czy spuścić wzrok i wyjść. Ona podjęła decyzję za mnie, unosząc moją głowę. Była znacznie wyższa ode mnie. Spoglądała na mnie z wyrazem twarzy, którego nie mogłam rozszyfrować. W oczach miała troskę, ale na ustach igrał cień uśmiechu. Westchnęłam i odsunęłam się od niej.
- Wytłumaczę ci wszystko - wróciłam na kanapę, ona usiadła obok mnie. - Widzisz... Interesują mnie kobiety, wiesz, w jakim sensie.
Skinęła głową, wciąż z tym samym, zagadkowym wyrazem twarzy.
- Długi czas byłam sama - ciągnęłam. - W dodatku przyjechałam tutaj, gdzie nie znałam nikogo. Do tej pory znam tu ciebie i ludzi z pracy, z niektórymi nie zamieniłam zresztą więcej niż kilka zdań. Z tobą jestem najbliżej. Proszę, nie wiń mnie, że pomyślałam o tobie jako kimś więcej niż przyjaciółce - jej milczenie zaczynało mnie deprymować, głos zaczął drżeć. - Przepraszam cię, to był tylko impuls, nie powtórzy się. Nie chce tracić przyjaciółki...
Spojrzałam na nią błagalnie. Nawet teraz, kiedy obie siedziałyśmy, była wyższa, przez co ja czułam się jeszcze mniejsza. Dotknęła mojego policzka i to przesądziło sprawę. Rozpłakałam się. Zrozumiałam, że pokochałam ją całym sercem, chociaż odsuwałam to od siebie. A teraz wyjeżdżałam. Wiedziałam, że w sprawie pracy już się nie odezwie, że nie pojadę do Seattle. Widząc moje łzy, Nicole przytuliła mnie. Modliłam się, żeby mnie puściła, żeby przestała się uśmiechać, żebym mogła zniknąć. A jednocześnie nie chciałam stracić ani sekundy z tej chwili, bo wiedziałam, że widzimy się po raz ostatni w życiu.

I wtedy mnie pocałowała. Najpierw w czoło, potem w policzek, wreszcie dotknęła ust. Zdrętwiałam. A ona całowała mnie dalej. Wodziła swoimi wargami po moich, szukała zaproszenia do wewnątrz, ale ja byłam unieruchomiona. Wreszcie straciła cierpliwość i wsunęła język między moje wargi. Dopiero wtedy odzyskałam zdolność ruchu i oddałam pocałunek. Napięcie i przerażenie powoli znikały, ale wciąż bałam się zrobić choć najmniejszy ruch. To ona przejęła całą inicjatywę. Przysunęła się bliżej. Powoli, bez pośpiechu, objęła dłonią mój kark, drugą rękę oparła na biodrze. W końcu się przełamałam. Wpiłam się w jej usta, mój język zatańczył z jej językiem. Usłyszałam, że mruczy i straciłam panowanie. Otoczyłam ramieniem jej talię, przysunęłam ją bliżej siebie. Nicole usiadła na moich kolanach. Oderwałam usta od jej warg, pocałunkiem pieściłam jej szyję. Zaczęła mruczeć jeszcze głośniej.
- Żałować czego? - powtórzyła, szepcząc mi do ucha. Oderwałam się od niej i spojrzałam pytająco. Uśmiechnęła się. - Ja też nie chcę być dalej sama.
Nic więcej nie musiała mówić. Nasze usta znów się spotkały. Pchnęła mnie na oparcie kanapy tak, że praktycznie na mnie leżała. Moje dłonie wędrowały po jej plecach, od smukłego karku po to magiczne miejsce, gdzie plecy przechodzą w pośladki. Pójść dalej wciąż nie miałam odwagi. Ona wplotła palce w moje włosy. Poczułam, że za chwilę stracę resztki cierpliwości. Teraz, kiedy myśli stały się rzeczywistością, przepełniła mnie żądza. Znów przesunęłam pocałunek na jej szyję. Zapach jej perfum przyprawiał mnie o zawrót głowy. Moje dłonie wreszcie zawędrowały niżej i poczułam, jak mięśnie jej pośladków napinają się pod moim dotykiem. Jej uda zacisnęły się na moich. Próbowałam ją położyć, ale nie chciała tego. Pokręciła głową, ale nie przerwała naszych pieszczot. Dalej więc wędrowałam po jej ciele. Dłonie z pośladków przesunęły się na uda i wyżej, w stronę piersi. Kiedy zacisnęłam palce na materiale jej koszulki, jęknęła.
- Jesteś pewna... - zaczęłam, a ona znów zamknęła mi usta pocałunkiem. Moje dłonie same odnalazły drogę pod jej koszulkę. I znów mnie powstrzymała. Oderwałam się od niej.
- Nicole, widzę, że nie jesteś pewna. Co się stało? Chcesz, żebym przestała?
- Nie, nie chcę. Ale.... nigdy nie byłam z kobietą...
A więc o to chodziło. Przyciągnęłam ją z powrotem do siebie i obsypałam pocałunkami.
- Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciała.
Spojrzała mi głęboko w oczy, z całkowitą powagą na twarzy. Sięgnęła po moją dłoń i położyła ją na swojej piersi.
- No, to jesteśmy w kropce, bo ja nie wiem, czego chcę.
W odpowiedzi musnęłam wargami jej policzek, później ucho. Zeszłam na jej szyję. Pieściłam ją najdelikatniej, jak potrafiłam. Tym razem pozwoliła się położyć. Przyklęknęłam obok niej na podłodze. Dłońmi wodziłam po jej ciele niemal z namaszczeniem. Kiedy wsunęłam rękę między jej ubrane w jeansy uda, zacisnęła je. Poczułam jej ciepło i zrobiło mi się gorąco. Z każdą minutą pragnęłam jej coraz bardziej. Wolną dłonią podciągnęłam do góry jej koszulkę. Całowałam jej podbrzusze. Kiedy wsunęłam język w zagłębienie pępka, znów usłyszałam, jak mruczy. Tymczasem dłoń wędrowała w górę, aż znów znalazła spoczynek na jej piersi. Czułam jej palce na karku. Zawsze było to moje czułe miejsce; poczułam dreszcze na całym ciele. Sama nie wiem, kiedy pozbyłyśmy się ubrań, pozostając jedynie w bieliźnie. Całowałam całe jej ciało, pragnęłam wchłonąć ją w siebie. Zsunęłam jej stanik, płynnie przeniosłam pocałunek na jej piersi, małe i jędrne. Czułam, jak twardnieje pod dotykiem moich ust. Jedną dłonią pieściłam jej prawą pierś, druga szukała drogi w dół. Mimo, że było ciepło, jej dłonie były zimne. Na tyle zimne, że pod ich dotykiem drżałam. A może to było podniecenie? Nie odrywając ust od jej ciała, zaczęłam zsuwać się niżej. Piersi, pępek, podbrzusze. Jej oddech przyspieszył. Celowo ominęłam to magiczne miejsce. Kiedy przeniosłam pocałunek z podbrzusza na uda, jęknęła i ze zniecierpliwieniem wypchnęła biodra do przodu. "Ty diablico" pomyślałam, ale kontynuowałam pieszczoty, schodząc coraz niżej. Zamierzałam pokazać jej to, czego sama kiedyś nauczyłam się od dawnej kochanki - jest tysiąc miejsc na ciele kobiety, których poruszenie może doprowadzić do szału. Wsunęłam twarz między jej uda. Uradowana, rozsunęła szeroko nogi, ale znów czekała ją niespodzianka. Znów ominęłam jej wyraźnie już wilgotne bawełniane majteczki i skupiłam się na wewnętrznej stronie ud. Kiedy wodziłam językiem po jej gładkiej skórze, ona prężyła się i wiła pod każdym moim dotykiem. Schodziłam coraz niżej, sięgając kolan, kostek, wreszcie dotarłam do stóp. Delikatnie je masowałam, ssałam jej palce. Bawiłam się maleńką obrączką na najdłuższym palcu jej lewej stopy. Miałam zamknięte oczy, ale wyczułam, że zmienia pozycję, kiedy mięśnie jej nóg napięły się. Podniosłam głowę. Nicole siedziała i wyciągała ku mnie dłonie. Nie pozwoliłam jej długo czekać. Wróciłam do jej ust. Jej pocałunek dał mi doskonałe świadectwo, że jest jej dobrze. Tańczyła z moim językiem jak szalona. Jej dłonie gorączkowo walczyły z moim biustonoszem. Kiedy wreszcie udało nam się go pozbyć, wtuliła twarz w moje piersi, tak już nabrzmiałe, że każdy je dotyk sprawiał mi cudowny ból. Wsunęłam kolano pomiędzy jej uda. Instynktownie zacisnęła je, zamykając mnie w sąsiedztwie - zdawałoby się - żywego ognia. Całowałam jej twarz, włosy, szyję, znów zeszłam do jej piersi. Nicole położyła obie dłonie na moich ramionach i pchnęła mnie delikatnie w dół, rozsuwając przy tym uda. Tym razem nie zamierzałam się z nią droczyć. Zsunęłam jej majteczki, odsłaniając złoty trójkąt ukryty pod nimi. Zapraszającym gestem wysunęła ku mnie biodra. Powoli dotknęłam jej magicznego miejsca. Nicole westchnęła cicho. Ostatni raz spojrzałam na nią pytająco. Jej półprzymknięte oczy nie wyrażały sprzeciwu, więc i ja zamknęłam powieki i zanurzyłam się w jej cieple. Przez chwilę wodziłam językiem po obrzeżach, wreszcie wsunęłam go głębiej. Mój język tańczył w niej, a ona tańczyła w jego rytmie. Nie minęło wiele czasu, a jej oddech stracił miarowość. Wyprężyła się w spazmach i zacisnęła uda. Opuściłam jej zagłębienie, ale tylko na chwilę. Znów wędrowałam ustami w górę jej ciała, wreszcie sięgnęłam ust. Delikatnie, ale pewnie rozsunęłam jej uda i moja dłoń zajęła miejsce, które wcześniej pieściły moje usta. Znów zaczęła jęczeć. Jej język wdarł się do mojego ucha.
- Nie przestawaj - szepnęła, zupełnie niepotrzebnie. Moja dłoń i jej biodra znalazły wspólny rytm. Tańczyłyśmy tak - moje palce i jej biodra, mój język z jej językiem - coraz szybciej, coraz gwałtowniej. Nagle jej ciało wyprężyło się jak struna. Wydała przeciągły okrzyk, stłumiony przez mój pocałunek, i opadła bez sił, dysząc. Kręciło mi się w głowie. Oto moje myśli okazały się prawdą. Posiadłam Nicole - posiadłam marzenie. I wciąż nie miałam jej dość. Całowałam jej włosy, usta. Kiedy pocałowałam jej policzek poczułam, że jest wilgotny. Jej oczy były mokre od łez, ale śmiały się do mnie. Roześmiała się. Bez słowa scałowałam łzy z jej powiek. Objęła mnie mocno i obsypała pocałunkami. Ugięła kolano i zaczęła pocierać nim moje czułe miejsce. A więc to nie był koniec. Ujęła obie moje dłonie i ucałowała je, potem delikatnym pchnięciem nakłoniła mnie, żebym usiadła. Sama ześlizgnęła się z kanapy i stanęła przede mną. Naga. Gładka. Piękna.
- Dawno już nikt mnie takiej nie oglądał - powiedziała cicho. Przyklęknęła przede mną. Zaczęła zsuwać ze mnie majteczki. Kiedy już się ich pozbyła, założyła moje nogi na ramiona. - Jeśli coś będę robić nie tak, po prostu daj znać.
Skinęłam tylko głową. Nicole bawiła się moimi stopami. Ssała i przygryzała moje palce, wodziła językiem po podbiciu, doprowadzając mnie do szału. Przesuwała się coraz wyżej i wyżej, w końcu poczułam jej oddech tuż przy magicznym punkcie. Ale najwyraźniej czekała mnie zemsta za wcześniejszą zwłokę. Czułam jej pocałunki na udach, czasem język wkradał się do pępka. Od czasu do czasu jej wędrujące dłonie błądziły w stronę mojego źródełka, przyprawiając mnie o fale gorąca i zawrotów głowy, ale szybko się stamtąd wycofywały. Kiedy kolejny raz "ominęła" mnie w ten sposób, nie wytrzymałam.
- Nicole, proszę... - wyjęczałam.
Zdążyłam wypowiedzieć te słowa i jej pocałunek zaczął schodzić niżej. Poczułam, jak zagłębia się we mnie. Jej język wyprawiał niesamowite rzeczy, a ja wiłam się pod każdym jego ruchem, szybko do języka dołączyły palce. Jęczałam coraz głośniej. Kiedy poczułam falę napływającego gorąca, Nicole zwolniła tempo. Jej ruchy stały się mniej gorączkowe, pewniejsze. Po chwili znów przyspieszyła. Krzyknęłam głośno, kiedy w mojej głowie eksplodowało naraz tysiąc fajerwerków. Osunęłam się z kanapy prosto w ramiona Nicole. Wtuliłyśmy się w siebie, obie drżące i zmęczone. Czułam zapach jej skóry, włosów, potu, namiętności.
- Jak mi poszło? - spytała. W odpowiedzi mogłam ją tylko pocałować.

Następnego dnia odbyła się impreza pożegnalna. Nicole tryskała radością; nawet Harvey, który najwyraźniej postanowił mimo wszystko odezwać się do mnie stwierdził, że "szefowa jest jakaś inna". Tłumiłam w sobie sprzeczne uczucia. Z jednej strony samo wspomnienie poprzedniego wieczoru przyspieszało bicie serca, z drugiej zaś wiedziałam, że w najlepszym przypadku czekają nas trzy miesiące rozłąki. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Nicole.
- Caroline, spędziłaś z nami kilka ostatnich miesięcy. Dałaś nam trochę w kość, a i sama nieźle oberwałaś - rozległy się śmiechy - ale na pewno długo będziemy wspominać twój pobyt wśród nas. Ze swojej strony mogę powiedzieć, że byłaś lojalnym i uczciwym pracownikiem. Wniosłaś dużo dobrego i mam nadzieję, że nie pozostaliśmy dłużni.
Skinęłam głową z uśmiechem. Jakkolwiek był to frazes, jego dwuznaczność w naszej sytuacji rozbawiła mnie.
- Mam nadzieję - kontynuowała Nicole - że nie żałujesz przyjazdu tutaj, że już wkrótce znów się spotkamy.
Mówiąc ostatnie słowa, spojrzała mi głęboko w oczy. Na szczęście ktoś wzniósł toast i to spojrzenie pozostało niezauważone.

Ostatnią noc w Nowym Jorku spędziłam u Nicole. Nie mogłyśmy się sobą nacieszyć. Kochałyśmy się do świtu, a rano odwiozła mnie na lotnisko. Kiedy się żegnałyśmy, wyciągnęła w moją stronę niewielkie pudełko. Wewnątrz była srebrna obrączka z opalowym oczkiem.
- Niech to nie będzie pożegnalny prezent - poprosiła. - Niech to będzie obietnica, że niedługo znów się spotkamy.
Pocałowałam ją mocno, żeby nie widziała moich łez. Tyle Nicole zabierałam ze sobą do Polski - tę obrączkę i zdjęcie, które zrobiłyśmy sobie kiedyś na Empire State Building, a które stoi teraz obok mojego łóżka.

Od mojego powrotu minęły 3 miesiące. Przez ten czas między Warszawą i Nowym Jorkiem przepłynęły setki emalii, tysiące sms-ów, dziesiątki telefonów. Ale cały ten czas czekałam tylko na jedną wiadomość, która przyszła właśnie kilka dni temu.
"Przyjeżdżaj. Będę czekać. Tym razem w Seattle. Ale wciąż z butelką wina".
Data publikacji w portalu: 2006-02-12
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Kobiece strefy nagości, czyli polskie kino lesbijskie
smaku Filmy lesbijskie? Ciekawe... widząc nazwisko pani Szapołowskiej nie byłam pewna, czy to współczesne, aktualne coś? Nigdy nie było szans zobaczyć na golasa tej pani, a tu nagle na stare... opinia dodana 2019-11-13 19:41:28
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos Najlepsze opowiadania erotyczne - Warnock Kathleen
Za ile można by odkupić? Bo chyba po 30 zł. jest na rynku, to za drogo trochę, a bardzo spodobała mi...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019