Julia & Amel - opowiadanie konkursowe

Misia
Tego roku październik, mimo swej nazwy, okazał się być niezwykle ciepłym miesiącem. Z Julią poznałyśmy się kilka dobrych tygodni temu, a nasza znajomość od początku okazała się być pasmem zbiegów okoliczności lub - jak kto woli - kolejnymi kartkami największej księgi świata, znanej pod nazwą Przeznaczenie. Nie zapomnę pierwszego spotkania, gdy na przywitanie rzuciła mi się radośnie na szyję! Później było kino, po kinie spotkanie ze wspólnymi znajomymi. Kolejne dni mijały sielsko, jednak to w końcu nic nadzwyczajnego - tak jest pewnie na początku każdego związku. Lubię spędzać z nią czas. Miłe rozmowy, spojrzenia w oczy, delikatny dotyk - to nasze danie główne. Na przystawkę jej zawsze zmysłowy zapach i czuję, że chyba nigdy nie przestanę być jej głodna - zawsze nienasycona. Julia ma włosy do ramion - ciemne włosy - które zawsze odgarniam jej z twarzy. Ma też oczy, bardzo brązowe, w które lubię patrzeć, gdy się na mnie złości (taka moja słabość). Cóż... ma też wspaniałe usta... i dłonie... i... mówiąc pokrótce - jest wspaniałą kobietą. Ale dość! Skupmy się na rzeczy teraz istotniejszej, niż moje wywody na temat urody jej ciała i ducha.
Jak już wspomniałam - jest październik! Dla bardziej drobiazgowych - 13 października 2005 r.. Umówiłyśmy się z Julią w parku, na godzinę 16:00. Tego dnia wyjątkowo, niebo zasnute było chmurami, jednak nie było zimno. Celowo wyszłam z domu wcześniej, żeby się choć raz nie spóźnić. Dojazd dopracowany co do sekundy i według planu powinnam być jeszcze cztery minuty przed czasem. W porządku! Wychodzę! Czekam chwilę na tramwaj - przyjeżdża! Sukces! Teraz byłam pewna, że zdążę na czas. Jadę zamyślona, z oczami tępo wlepionymi w szybę... "Jacy ci ludzie ponurzy..." - myślę... po czym zaraz dodaję w duchu: "Ale Julia będzie uśmiechnięta...". Sama też odruchowo uśmiecham się do siebie.

Jestem już zaledwie kilka przystanków od umówionego miejsca. Tramwaj jednak stoi niemiłosiernie długo w miejscu i czuję, że najwyraźniej są jakieś problemy. Nie trudno się domyślić, że miałam rację. Okazało się mianowicie, że ten jakże wspaniały środek transportu - TRAMWAJ - przegrzewa się, w związku z czym musi spowolnić jazdę. Dziesiątki wykrzyczanych przez pasażerów komentarzy i tak na nic się zdały.

"I znowu się spóźnię..." - myślę, tym razem wściekle! - "Ale to nie moja wina w końcu... nic nie poradzę - jakoś mi to będzie musiała znowu wybaczyć.". Powoli, ruchem posuwistym i majestatycznym tramwaj dotarł tam gdzie chciałam. Cóż... zawsze mogło być gorzej! W końcu - i tak też kiedyś było - mógł stanąć w miejscu i dalej nie pojechać!

Wyszłam, oczami błądząc po wszystkich parkowych ławkach. Ludzi było niewielu i bez trudu odnalazłam brunetkę z czerwoną torbą, która wkrótce ruszyła w moją stronę.
- 10 minut! - Zaczęła mi uroczo wytykać.
- Ale...
- No, ja czekam na wyjaśnienia, co tym razem się działo? - Mówiąc to, uśmiechnęła się delikatnie, jak zawsze, gdy mam jej do wyjaśnienia coś głupiego, co jednak jest prawdą!
- Tramwaj się palił!
- Co?
- No... może nie palił, ale zaczął się przegrzewać i dlatego zwolnił jazdę... i takie tam... - tłumaczę tą beznadziejną sytuację.
- Słońce... ale Ty kręcisz...
- Nie kręcę - mówię, patrząc na nią maślanymi oczyma. - Specjalnie wyszłam wcześniej, a i tak się spóźniłam.
- No już dobrze... niech będzie, że tramwaj się palił. - Przytaknęła mi z udawanym niedowierzaniem i uśmiechem na twarzy. W rzeczywistości, wiem, że mi wierzy, bo przecież moje historie nie są, aż tak niewiarygodne, a mnie samą bajkopisarstwo nigdy specjalnie nie interesowało.

Szłyśmy bardzo powoli wzdłuż parkowej alei. Julia miała zimne ręce, więc wzięłam jej dłoń w swoją i tak przechadzałyśmy się po tym zaczarowanym świecie. Zaczarowanym, bo niebo, niepostrzeżenie gasnąc, oświetliło nam drogę, powoli rozjaśniającymi się, malowniczymi latarniami. Pod nogi rzuciło mnóstwo złota i czerwieni, które szeleszcząc pod krokami naszych stóp, dodawały temu spotkaniu niezwykłego nastroju. Skręciłyśmy w lewo. Tutaj wszystko zdawało się być jeszcze bardziej zaczarowane niż przedtem. Z jednej strony rosarium i nasze letnie wspomnienia o nim, z drugiej - falujący, odbity w tafli jeziora świat.
- Mam coś dla Ciebie. - Powiedziałam w pewnym momencie.
- Dla mnie?
- Nikogo innego tu nie ma.
- No tak. A co masz? - W głosie Julii słychać już było nutkę zaciekawienia.
- Hmm... coś dobrego...
- Do jedzenia mam rozumieć? - Spytała znów z zaciekawieniem.
- Owszem...
- No to daj mi! - Powiedziała niecierpliwie.
- Nie dam! Musisz najpierw zgadnąć, co to jest.
- Oj... Kocie, proszę Cię... nie mam pojęcia co to może być. Jakaś czekoladka?
- Właściwie tak... - powiedziałam, przeciągając... - ale jaki rodzaj czekoladki?
- Galaretka? - Spytała szybko.
- Nie.
- Ale jest nadziewana czymś? - Znów zarzuciła mnie szybkim pytaniem.
- Tak... czymś co bardzo lubisz!
- Aaa... nie wiem co to może być. Nie zgaduję!
- No to nie dostaniesz.

Zmieniłyśmy temat w momencie, gdy zobaczyłyśmy idące z naprzeciwka dwie osoby. Przez moment niepokoiła nas myśl, że jest to ktoś znajomy - a my chciałyśmy przecież tylko we dwoje spędzić ten wieczór! Ten sam chód, podobna sylwetka... dopiero, gdy dzieliła nas różnica jakichś trzech metrów, doszłyśmy do wniosku, że nie jest to nikt kogo znamy. Jak to miło jest się czasem mylić. Spacerowałyśmy dalej, rozgadując się o setkach różnych spraw. Julia, wciąż trzymając moją dłoń, wsadziła ją do kieszeni kurtki, żeby i mnie nie było zimno. Nagle... ni stąd, ni zowąd krzyczy:
- Marcepan! Masz marcepan?!
- No brawo! Ciekawe jak na to wpadłaś geniuszu mój! - To mówiąc, dałam jej przelotnego buziaka w nagrodę, a po chwili wyciągnęłam kilka marcepanowych czekoladek, które wkrótce zaczęły pełnić podobną rolę do malin z chruśniaka pana Leśmiana. Mimo że czekoladek nie było mało, każdą z nich dzieliłyśmy pocałunkami na maleńkie części. Kto by pomyślał, że te marcepanowe pocałunki, będą tylko wstępem.

Wyszłyśmy w końcu z alei i wciąż powolnym krokiem ruszyłyśmy w stronę przystanku. W tym momencie niebo obdarowało nas jeszcze jednym magicznym prezentem. Kropelki deszczu zaczęły spadać jedna po drugiej, nadając blasku drzewom, liściom, ławkom i wszystkiemu, co składało się na ten wieczorny pejzaż. Świat błyszczał...
- Odprowadzę Cię Kochanie na przystanek - mówię - i pojedziesz do domku, żebyś się nie rozchorowała.
- Nie.
- Jak to nie?
- Nie jadę jeszcze do domu - oświadcza mi uparcie.
- Będziesz znowu chora!
- Nie będę. Nie jadę nigdzie, chcę jeszcze pobyć trochę z Tobą. Poza tym nie pada mocno.
- No dobrze... - zgodziłam się, bo cóż innego miałam zrobić? Tymbardziej, że ja też przecież chciałam spędzić z nią jak najwięcej czasu.

Weszłyśmy w jakiś mały skwer, w którym, w wyniku naszych wygłupów i żartów, zleciała mi z palca obrączka! Okoliczności wprost idealne do poszukiwań! Ciemność - bo w pobliżu nie było latarni - mnóstwo liści i spadający z nieba deszcz. Julia wyciągnęła komórkę... - nie, bynajmniej nie po to, aby dzwonić do Biura Rzeczy Znalezionych. Wyciągnęła ją, aby oświetlić nieco ziemię! Wyglądało to co najmniej śmiesznie - dwie osoby, kucające przy ziemi i świecące komórką wśród liści - sytuacja rodem z Sherlock'a Holmes'a. Najgorsze było to, że jak na złość musiały tamtędy przejść dwie osoby, które zdecydowanie dziwnie się na nas spojrzały. Tak czy inaczej poszukiwania nie zakończyły się fiaskiem! Po kilku minutach Julia odnalazła obrączkę i jeszcze raz - tak samo jak miesiąc temu - założyła mi ją na palec. Jeszcze jeden buziak w nagrodę za znalezisko! A co mi tam!

Deszcz stał się mocniejszy i wiedziałyśmy, że dalszy spacer nie ma sensu. Powrót również nie wchodził w grę. W takim wypadku należało znaleźć jakiekolwiek przyjemne miejsce, wolne od deszczu. Szybko znalazłyśmy ławkę, osłanianą przez olbrzymie drzewo. A ponieważ nie spadły z niego jeszcze wszystkie liście, wokół było całkiem sucho.

Usiadłyśmy obok siebie, ręce kładąc na oparcie. Śmiałyśmy się z całej tej sytuacji i tego, że siedzimy sobie ot tak zwyczajnie, w parku zalanym deszczem. Przechyliłam głowę opartą na dłoni i patrzyłam na jej uśmiechniętą twarz. Wyglądała na bardzo szczęśliwą. Oczy błyszczały jej, jakby same były spłukane deszczem. Dotknęłam jej twarzy i jak zawsze odgarnęłam pasmo włosów spadające na lewą stronę. Podniosła rękę i położyła na mojej dłoni, delikatnie całując. Dotknęłam opuszkami palców jej ust, otwarła je lekko, przymykając jednocześnie oczy. Czułam jak jej zapach unosi się w powietrzu. Przesunęłam jeszcze dłoń do jej oczu, drugą ręką objęłam w talii i przywarłyśmy do siebie w gorącym pocałunku. Deszcz wciąż się nasilał, powoli dopadając i nas.

Ponieważ Julii było niewygodnie, usiadła na moich kolanach, tak że całą sobą obejmowała mnie ze wszystkich stron. Wyciągnęła po chwili discman, abyśmy mogły posłuchać czegoś miłego. Jedna słuchawka dla niej, druga dla mnie i w uszach oprócz deszczowej symfonii przygrywał nam jeszcze Brian Adams...

Czułyśmy, że jesteśmy całe przemoczone. Włosy Julii tak bezładnie spadały na twarz... błyszczały. I ona była pełna blasku - a wraz z nią cały nasz mały świat zamknięty w parkowej alei, mienił się setką barw. Całowałam ją i prócz niej czułam jeszcze krople deszczu wplątane w nasze usta. Zupełnie jak w piosence Bajora - przelewałyśmy z warg do warg nasze błądzące dusze...

To jednak nie Bajor i nie Brian Adams, ale Edyta Bartosiewicz, swoją "Opowieścią", dodała temu wieczorowi magii jakiej nie było jeszcze nigdy dotąd. Pierwszy raz świat był tak idealny i tak… prosty.
- To wszystko jest takie piękne... - powiedziała Julia.
- Stworzyłyśmy własną bajkę… taką tylko dla nas… - odpowiedziałam i zamknęłam jej usta kolejnym pocałunkiem.
--------------------

Z dedykacją dla Nas, żebyśmy tą i wiele innych pięknych chwil razem spędzonych, pamiętały zawsze - mimo upływu czasu i... mimo wszystko.
Data publikacji w portalu: 2006-03-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
lopomo Czy gdzieś to jeszcze można obejrzeć? opinia dodana 2019-01-20 14:03:46
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019