OPOWIADANIE 2

zbawiciel jest kobietą
nie udaje, nie umiem...
nie wiem co dzień, na co czekasz...
możesz jutro mnie znienawidzić... znów frustracja w moich myślach... strach zwierzęcia... żołądek
ostatni
czas
głosy...

bez znieczulenia aż mnie mdli, nienawidzę się ciąć, aż do krwi tnę
przecież nie powinnam
niby nie mam powodów... nic nie wiem
znów nie ma odpowiedzi na moje pytania tak wysublimowane od normy wymaganej od młodzieży... chyba nie tak...
tnę nie po raz pierwszy, pierwszy raz tak mocno...

znienawidzisz mnie?

nie wiem... ciągle się boję... skurwysyni napluli mi w twarz... ja już wiem, jak oni wszyscy ginęli...
teraz ginę ja... bo zbyt słaba byłam nie jak bruk... moja matka nie uczyła mnie być twardą... uczyła mnie bym ufała... zaufałam znów... po raz ostatni za bardzo... naiwnie...

dlaczego tak łatwo ufać?

zaufania w tobie dla mnie nie odzyskam... no, niby jak?
ta krew... strasznie jej dużo, może ktoś wreszcie mnie znajdzie...?
moze jeszcze staram się coś zrobić, żeby przeżyć?
może już za późno... nie będziesz się mnie wstydzić?
nie...

proszę

przecież nie zabiłam nikogo... nie gwałciłam, nie grabiłam... byłam... ufałam... tobie, jej... im... a oni mi w twarz napluli, ciebie obrazili...
nie pozwolę się nade mną pastwić... więc pocięłam siebie... mój ból czują oni na nadgarstkach i przedramionach swoich... ja zagryzam zęby w zawziętośći... nie pozwolę... nie dam... nie...
tnę mocniej... ręka już lekko zwisać zaczyna... robię się śpiąca...
przepraszam?... oni nie pytali... pewnie nawet się nie przejmą... nikt nie zapyta czy przeżyłam tę zimę mocną... kiedy śnieg był po p... nikt nie powiedział nic, kiedy umazana własną krwią leżałam tam na dziedzińcu broniąc własnych praw... własnych wolności...
napluli mi w twarz, a ja stałam tchórząc tam, niecierpliwie oczekując momentu, kiedy upokorzoną puszczą wolno, bym mogła ukryć sie gdzieś, gdzie najciemniej i nikt tam nie wejdzie,
nikt nie przypomni o mojej zdradzie, o tym, że ukradałam , nie to serce i nie o tej porze roku...
liście potargane we włosach, ten gwałt nie daje mi żyć... boli juź tylko psychika... czemu...? przecież nie tak wyobrażałam sobie świat dorosłości... miłość przecież znałam tylko z twoich rąk...
a teraz na dziecińcu zbrukana swoją i waszą krwią...
oni napluli na nas, kochanie... więc teraz jakoś widzę przed sobą policjanta... może to sanitariusz?...
coś do mnie mówi... dziwne, nic nie słyszę... chyba nie udało mi się zabić na tyle skutecznie, by uniknąc hańby od pobitego syna moich pracodawców...
kiedy dotknę nieba... przecież przed znanym mi celem pieprzyłam cię... kochałaś się ze mną w milczeniu... wiedziałaś, że koję swoje smutki... ale to nie było pod przymusem... po prostu kazałam ci się rozebrać...
moje palce gładziły każde tak ukochane miejsce na tobie
tak cudnie drżąca mocno wczepiałaś się w moje ciało obarczone tym wszystkim, co wzięłam na ciebie... szkoda, że musiałam cię zabić...
ten nóz.... ty chyba wiedziałaś...
wiedziałaś, że kiedy poczujesz niebo w ramionach, w udach, w oczach i w płucach... zakończysz drogę przez padół ziemi, gdzie oni zbyt mocno nas swoją nieufnością dotknęli...
twoje piersi takie krągłe... zapach ciała jeszcze taki wyraźny...
co czujesz... kochanie, powiedź coś, bo ostatni raz w tym akcie milczenia nie moge nie usłyszeć na przekór twojego jezyka... twojego francuskiego... kiedy kochamy się, zawsze szaleńczo zapuszczasz swój umysł do jakże słodkiej Francji , gdzie mówisz swoim głosem, teraz lekko zachrypnięty od jęków i suchoty w gardle... szepczesz słowa, którch nie do końca umiem pojąć... a wtedy, kiedy między sklepowymi półkami w miłym sklepie kochałyśmy się... zbyt głośno krzyknęłaś i przestraszony i mocno zdziwiony właściciel-sprzedawca kazał nam wyjść... wtedy krzyczałaś po francusku... zapomniałaś, że twoja Polska z pochodzenia Brytyjka od 3 lat tu pracująca nie zna aż tak dokładnie sztywnego słowa francuskiego... zna tylko język francuski w ciele twoim... na jego powierzchni... nieraz kiedy leżałyśmy rozgrzane ciepłem naszych wykończonych ciał, mówiłaś mi... tłumacząc... wszystko... i nieraz powtarzałaś, że kocham się niczym najlepsza Francuzka...
potem spałyśmy... robiłam ci kawę... ty piłaś ze smkakiem... potem marzyłysmy o tym, by zjeść befsztyki mocno wypieczone z winem czerwonym... słodkie chwile, gdy wracłam ze wszystkim ze sklepu, bo ty upierałaś sie, że zostanisz... po powrocie zostawiałaś po sobie tylko zapach... przerażona siadałam na brzegu dużego miekkiego łożka i łapałam się za głowę... bo kiedy znikałaś, wracałaś... zdyszana wpadałaś z bukietem róz szkarłatnych i całowałaś łzy, które szybko nie wysychały już tym razem ze szczęścia...
takie...
teraz aż szczypie krew na moich rękach... niczym rozlane wino na białym nieskazitelnie obrusie w tamtej restauracji... uparłam się, że musisz pójść tam ze mną, za pierwsze poważne pieniadze jakie zarobiłam własną ciężką pracą... wielkim stresem i poświęceniem... i przez nieuwagę roztrzaskałyśmy butelkę... trochę pijane przeprosiłyśmy i jedynie poprosiłyśmy o rachunek, by móc się uprzednio udać do łazienki... słabośc do miejsc upublicznionych... sanepid... kontrola wytrzymałości łazienek... przecież wiele się nie zmieniało... ty pracowałaś w sanepidzie i nieraz ruszałyśmy na wielkie turnee po kraju, by sprawdzić czystość w wielkich i małych restauracjach oraz barach... w jedym z nich umaniło mi się, żeby poprosić cię o rekę... i tak prowadząc dzień wcześniej samochód w nocy, zanurzyłam się w przemyśleniach, że omal nie zderzyłabym się z samochodem... bylaś na mnie zła... krzyczałaś znów słowa o tym, że jestem uparta i że muszę się przespać, by móc prowadzić... że tak musi być...
więc jak skulony, skarcony i winny pies szłam na tyły naszego wolswagena polo o wdzięcznym tęczowym odblasku i kładłam się nakrywając głowę kocem... szybko zasypiałam i tyle z myślenia...
dopiero kiedy dojechałyśmy... pamiętam mój wielki stres... ręce spocone jak nigdy... drżały mi nogi... głos się łamał...
przepełnione łzami... pełne blasku oczy twoje wybaczyły wszystko...
pierścionek zdjęty z palca... czaszka... przyjęłaś go... wszystko widzieli tylko niedzielni przejezdni... mile i czule wręcz intymnie ukochali nas jak własne córki... nikt pózniej nie wiedział, jak córki potrafią grzeszyć całą nocą...
sanitariusz coś nadal mówi... kochanie... żebym wiedziała co... nie mogę się ruszyć... tak mi słabo... tak... jakbym nie miała już ani kropelki krwi i nie mogła się ruszyć...
staram sie mocno... boję się... ale nie... nie wolno mi czuć strachu, kiedy przypominam sobie te chwile, kiedy nie moglam widzieć cię... kiedy nie chcialaś widzieć mnie więcej... kiedy zawiodłam cię... kiedy...

powoli, szybko, szybciej... już nie nie mogę... nie!!!
mokra od zbyt ciężkich słów w głowie siadam mocno szukając cię obok... śpisz... cała... ale odwracasz się po chwili zaspana pełna troski i trwogi o mnie... przytulasz mnie mocno, szepczesz zaklęcia na uspokojenie... uparcie staram sie nie ulec melancholi, ale zbyt trudne emocje nie mogą zniknać tak, ot...

niezbyt mocno otwieram oczy, by usłyszeć sygnał... trochę jakby przytłumiony... kręcić próbuję głową... nie mam sił... chcę umrzeć, nie będę dłużej zosić tego upodlenia... nie umiem nosić hańby!jestem dobrą uczciwą gejszą, od kiedy zamieszkałam w Japonii, nie mogę pozwolić sobie na pół grę...
mam tylko jedną twarz...
widzę oczy twoje... jakie piękne... jak zatkana stoję... moja marynarka, moje spodnie i buty zielone... niby mowią, że nie pasujące, ale burzą one moje myśli o tym wszystkim, co złe, niegodne... że nie powinno być szaro... nie lubię butów, ktore eleganckie pani w moim wieku
nosić powinny... nic z tego... nie paniusią jestem... jestem lesbijką!
spojrzenie tak wprost... jak nieprzytomna zastanawiam się, jak ci dać wszystko, co mam, byś mogła mnie zrozumieć...
podaję ci dłoń a ty patrzysz...szybko... przechodzisz obok... nie wiem, gdzie idziesz...posiane i takie mocne...jakaś mała tabliczka.
bez zastanowienia może zbyt pochopnie marszczę czoło po co ty tu...? kiedy otwieram je, zaraz za tobą czuję twoje usta... nie powinnam cię całować bez rozmowy ale czy to ważne? sovouir vivre lesbijek nie przeczy takim zachowaniom... w ogóle czy jest coś jak sovouir vivre dla lesbijek?!
moje ręce zataczając kręgi na twoim ciele, każą odruchem iść za twoją małą smukłą
jednakże boską sylwetką, której czarne długie wlosy oczarowują mnie nikłą subtelnością mocy... wchodzisz do jakichś pomieszczeń, przechodzisz nie mówisz nic...drzwi na drewnianych jędrnych pośladkach pragną utoczyć z nich wieczność trwania... więc ustami mocniej przywieram i językiem wchodzę, by mocniej ogłuszyć tę chwilę tym naszym potajemnym randevous
i oczy mocno zawarte, powieki co się szczycą mocnym,dobrym tuszem .
pomalowane są pewniejsze - nigdy malować się nie umiałam... przypominam sobie, skąd się wzięła taka pani... nie kupiłam jogurtu ze zbożami a to...

twoje oczy, kiedy w pierwszym dobrze dobranym na nasze wymogi, aczkolwiek drogim apartamencie w małym, ale kosztownym hotelu, nieprzytomne od rozkoszy... pierwsze spotkanie... bez wina... ocierałaś się skórą o moją bielszą niż twoje opalone ciało skórę i twoje ruchy takie dzikie, takie nieujarzmione z zaskoczenia, tak szybko znajdowałaś się w środku mnie samej, że nie umiem powiedzieć czy to już ja nie dziewica...
ale oczy... brąz opętał mnie ujarzmnieniem, jakiego dokonałam w chwili, gdy jednym skokiem przeskoczyłaś na brzeg przepaści między krainą tu a krainą tam... nie wiem czemu ich nie zamknęłaś, trochę mnie to dziwiło, ale nigdy peszyło.
mimo wielu wad, jakie widzę w fizyczności, nie uważam, że powinno się zamykać oczy... ale cóż z nimi zrobic?
mocno scisnęłaś moją rękę... czułam, że ten mały pokoik w Tokio jest naszym małym azylem a ja nie będę (z ?) Tobą...

szum wody?... oczu otworzyć nie umiem, nie mam jak...
nie slyszę... jestem... może w jakiejś krainie, gdzie jedynie istoty o tej konsystencji nic poruszają się bezszelestnie nie mowiąc nic w wiecznym zamysleniu bedące? zmęczona już... jak nigdy... może trochę spiąca...
czy się duszę?... dziwne uczucie tak bym chętnie usiadła, jak gdybym się zerwała z łóżka, z tego złego koszmaru i poczuła zaraz pełne troski twoje małe, drobne ramiona, które dają mi większą siłę... unikam unikam... zaraz znów...

słodkie wino czerwone dalszego rocznika niz `88 daje do mi do myślenia, że to nie jest raczej tylko raz... że będziesz przychodzić tu do mnie, kiedy zechcesz mieć w sobie wszystko, czego sama nie użyjesz...
kiedy zechcesz czuć mój słaby francuski... czego po twoich oczach raczej bym nie mogła stwierdzić... liżę butelkę... jej szyjka... jej otwór... na twoich spokojnych ujarzmionych oczach robię jej minetę... jeszcze chwila... butelka zacznie się wić... rytmicznie i obie uwierzymy, że to wszystko jest, by tylko być i butelka jeczeć zaczyna coraz mocniej... a ja z ukochaniem wchodzę jezykiem do jej wnetrza co kryje smak wina z `78, gdy to może zimy były mocniejsze a śniegu więcej niż po p...
a potem nagle okazuje się, że jestem z tobą pod prysznicem, nic nie mówisz, ja może mruczę... drapać umiesz... myślę, co bedzie jak do krwi... a ty zaskakujesz pomysłami, nieprzewidywalnością
taką na ciebie ochotę nieskończoną miałam... kolacje z ważnym kontrachentem, ale nie poszłam bo... kochałam się z jego sekretarką - małą, śliczną, drobnej budowy szatynką o brązowych oczach i pięknej cipce...
aż kretyńsko brzmi moje wytłumaczenie, jutro wyślę jakieś zawiadomienie, że uciekam, bo jestem teraz nie swoją własnością a potem...

nie za bardzo umiem wyjść... lasy, rzeki, łąki... taaaa....
nic nie ma... ciężkość... przypominam sobie velvet moment...
kiedy młoda jeszcze szukałam cię pośrod wielu innych
kiedy moje ręce nie wisiały bezradnie po boku i usta smakowały jak młode owoce z drzew zrywane przed chwilą a ciało pachniało forever young... gdy wiatr był grzebieniem...

powoli zamknęłam drzwi za sobą... dokładnie... przecież inaczej nie można... przekręciłam zabrany z rodziców sypialni klucz dobry do wszystkich w domu dziurek...
siedziałaś naga na łóżku... drżałaś lekko jak i ja... jeszcze pod ręcznikiem... mokre włosy spadały na plecy... każda nowa kropla to nowy dreszcz, ileż można? zdjełam recznik ukazujac ci moje wymizerowane ciało... a może tylko poobijane nazbyt od chaotycznej chęci nauczenia sie wszystkiego od już...
zapalona świeczka nie dała zbyt dużo światła...
przytuliłam cię podchodząc powoli i pocałowałam czule w rozgrzane, już chyba nie wiem z jakiego powodu, czoło... bałaś sie? nie ufałaś mi?... ufałam i wiedziałam, że chcesz tego wszystkiego
powoli zaczęłam całować cię tak jak zawsze... ręce twoje drażnily moje sutki, niepewnie, jakby chciały objąć piersi, ale nie mogly, bo byly zbyt moje a nie twoje... a przecież miłość łaczy w jedność...
pieszczoty zbyt niewinne zaczęły mnie męczyć. ciało i podbrzusze nie tego chcialy, wiedziałaś czego... czułaś to... twoje palce wdarły się miedzy wargi, aż jęk wydarł sie z mojego gardła, które tego dnia bolało
poddajac się przez chwilę twojej woli mocniej przyciagnęłam cię do siebie i przerywając twoje nieśmiałe czułostki zaczęłam...


mokra od snu, aż przykro zapłakana drżę w twoich ramionach... jestem za mała...
za była... za terażniejsza... nie ma nic...
- kochanie, umrzemy niedługo razem?

21:51 05-08-21
Data publikacji w portalu: 2007-03-13
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

OPOWIADANIA ZBAWICIEL JEST KOBIETą

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
lopomo Czy gdzieś to jeszcze można obejrzeć? opinia dodana 2019-01-20 14:03:46
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019