Opowiadanie o dziewczynie

Baszka von Hanff
Dziewczyna i Jeleń.

Lekko pofalowana równina przecięta była po widnokrąg wijącą się drogą. Jasnożółte prostokąty pól na przemian z zielonymi łąkami układały się w szachownicę. Nad nimi wznosiło się błękitne niebo. Drogą szła Dziewczyna. Bosymi stopami wzbijała wysoko do góry kłęby jasnobrązowego kurzu. Szła pod słońce nie widząc starego mężczyzny stojącego na wzniesieniu. Starzec opierał się o długi, masywny kostur. Jego biała broda układała się miękko na ciepłym brązie szaty związanej w pasie białym sznurem. Mężczyzna wytężał wzrok usiłując dojrzeć idącą postać.
Było cicho. Cicho i gorąco. W powietrzu unosił się zapach trawy. Gdzieś z wysoka dobiegał głos rozśpiewanego dźwięcznie małego ptaszka. Wisiał na niebie jak brązowa kropka i śpiewał. Śpiewał w zapamiętaniu przyciągając uwagę idącej dziewczyny. Jej długie czarne włosy lśniły od potu. Na czole błyszczały kropelki drogocennego płynu. Dziewczyna szła szybko rozglądając się uważnie, wsłuchując się w śpiew ptaszka. Wyszła z domu o świcie, kiedy jeszcze nie było upału.
Słońce wznosiło się przed nią coraz wyżej, jakby chciało swoją obecnością przekazać Dziewczynie, że jest z nią i będzie: do wieczora, do zachodu, do końca życia. Dziewczyna zmierzała w stronę Starca. Wspięła się na wzgórze z widocznym wysiłkiem.
- Witaj - powiedziała do mężczyzny z dobrze słyszalnym szacunkiem w głosie.
Starzec patrzył na nią uważnie, przez chwilę milczał, w końcu spytał:
- Jaki sen mi dzisiaj przyniosłaś?
Dziewczyna zmarszczyła czoło, przypominając sobie czy raczej układając słowa a przecież idąc myślała o tym śnie, niezrozumiałym, dziwnym, który miała teraz oddać Starcowi. Taka była umowa. Ona opowiada mu swoje sny, on za to chroni jej młodość.
- Śniło mi się - zaczęła dźwięcznym głosem, na dźwięk, którego ptaszek umilkł - śniło mi się, że szłam. - Dziewczyna głęboko zaczerpnęła tchu i ciągnęła dalej -...A kiedy doszłam nad brzeg jeziora okazało się, że wszystkie ptaki o bardzo śmiesznych nazwach, nad tym właśnie jeziorem miały swoje gniazda. Podziwiałam różnokolorowe, podobne do kaczek samce, samiczki i młode taplające się na płyciźnie brzegu a ten mijał w rytm moich kroków. Idąc brzegiem czułam zapach wody, trzcin, wiatru i ptasich odchodów. Wtem, o kilka kroków przede mną, wyrosła ciemno brązowa dumnie wyprostowana sylwetka jelenia z ogromnym porożem na głowie. Stanęłam zdumiona. Jeleń miał wyszarpany na grzbiecie kawał mięsa, żywa czerwień rany odcinała się od brązowej sierści ogromnego zwierzęcia. Jeleń zatoczył łuk rogami, głowa opadła mu bezwładnie, nogi ugięły się i upadł miękko, zamknął oczy, westchnął głęboko i umarł. Oczy w jednym momencie zapadły się mu bardzo głęboko. Zapatrzona nie zauważyłam gromady drapieżników zbliżających się w moim kierunku. Co to były za zwierzęta - nie wiem, jakby wilki, ale o różnych barwach: żółte, szare, czarne, brązowe.
Zrobiło się niebezpiecznie. Zaczęłam uciekać brzegiem jeziora, tą samą drogą, nie zwracając już uwagi na ptaki. Uciekałam coraz szybciej a za mną wyjąc biegła sfora. Wyróżniał się wśród niej jeden, o złotej sierści. Goniły mnie szybko. Czułam na plecach ich gorące oddechy. Skręciłam w lewo, w korytarz, jakby tunel, o ścianach wykopanych w brunatno żółtej glinie. Biegłam szybko i znów wróciłam nad jezioro. W tunelu było nadzwyczaj jasno, choć nie widać było źródła światła i powietrze w nim było świeże, jakby chłodny wietrzyk wiał łagodnie, niosąc powiew lasu i wody.
Uciekłam. Udało się, pomyślałam. Wtem, tuż przede mną, jak ciemna ściana, stanęły inne leśne zwierzęta a wśród nich jeleń, ten z nad jeziora, silny, zdrowy i żywy, a także inne jelenie, sarny, borsuki, wiewiórki, niedźwiedzie oraz spotkane nad brzegiem jeziora ptactwo. Na czele tej gromady stał złotowłosy wilk! Stanęłam. W POTRZASKU. Bez wyjścia... I wtedy się obudziłam.
Starzec milczał. Na jego pooranej zmarszczkami twarzy widać było skupienie. Rozważał w myślach obrazy kreślone przez Dziewczynę. Widać było, że podobał mu się ten sen. Popatrzył na nią spojrzeniem rannego jelenia a Dziewczyna zadrżała na wspomnienie przeżytej we śnie grozy.
- Dobrze. To dobry sen. Możesz iść. Przez najbliższy miesiąc nic złego ciebie nie spotka. Pamiętaj, za miesiąc, w tym samym miejscu. Przyjdziesz?
- Tak - skwapliwie odpowiedziała Dziewczyna.
W krótkim słowie TAK zmieściła długie oczekiwanie na spotkanie ze Starcem, cały miniony miesiąc i drogę, piaszczystą, i upał; kłęby kurzu unoszące się nad jej głową, i małego ptaszka wyśpiewującego pod niebem dziwną melodię. I słońce, swego sprzymierzeńca, wysuszającego, co prawda spragnione gardło i wargi, lecz dającego swym jasnym światłem nadzieję na dotarcie do celu wędrówki, do Starca. W końcu, wymykając się, co miesiąc z domu, o świcie, nigdy nie wiedziała, czy spotka na wzgórzu siwowłosego.
Minęły cztery tygodnie. Słońce świeciło jakby słabszym blaskiem, z żółtych prostokątów zniknęło zboże, trawa na łąkach straciła świeżość zieleni. Niebo też pobladło. Tym razem błękit przecinały tylko czarne ptaki krążące nad wzgórzami. Znajomą drogą szybkim krokiem szła Dziewczyna ze świeżym zapasem snów dla Starca.
Na wzgórzu nie było nikogo. Czarne ptaki kołowały wysoko skrzecząc nieprzyjemnie. Dziewczyna stanęła. W jednej chwili jej lśniące, czarne włosy poprzecinały nitki siwizny, twarz pociemniała, oczy wyblakły, ręce pokryły się siateczką pomarszczonych kresek i niebieskich żyłek. Z całej postaci w jednym momencie wyciekła młodzieńcza siła. Nie wiadomo jak w ręku Dziewczyny pojawił się gruby kij a kibić opasał biały sznur. Z widocznym wysiłkiem Staruszka weszła na wzgórze i rozejrzała się dookoła. Na horyzoncie, na drodze, dostrzegła postać młodego mężczyzny. Szedł rozglądając się wokół. Gdy doszedł do wzgórza lekkim krokiem przeskoczył w kilku susach odległość dzielącą go od Staruszki.
- Witaj - powiedział głosem, w którym wyraźnie słychać było nuty szacunku.
- Jaki sen mi dzisiaj przyniosłeś? - zapytała Staruszka niskim głosem.
- Nic mi się ostatnio nie śniło - odpowiedział Młody. W jego głosie słychać było niepewność zmieszaną z niepokojem. Kłamał. Śniła mu się Staruszka nakazująca mu we śnie, by przyszedł, dziś, na to wzgórze. Nie powiedziała, po co. Miał też inne sny, lecz nie chciał ich dawać Staruszce. Kiedy był mały jego młoda Matka opowiedziała mu dziwną historię. Opowiedziała mu swój sen:
Śniło jej się, że spotkała starego, siwego mężczyznę z białą brodą, w brązowej szacie przepasanej białym sznurem z drewnianym kosturem w ręku. Starzec kazał jego Matce przynosić sobie raz w miesiącu jeden sen a w zamian obiecał jej długie, szczęśliwe, młode życie. Któregoś dnia nie zjawił się na wzgórzu. Jego młoda matka wróciła do domu tak zmieniona, że ledwo ją rozpoznał. Pamięta ten dzień. Nie, nie, nikomu nie będzie opowiadał swoich snów, nawet za taką cenę.
Staruszka popatrzyła na Młodego wyblakłym spojrzeniem i rozpłynęła się we wrześniowym powietrzu. Mężczyzna rozpłakał się. Teraz dopiero dotarło do niego, kim była staruszka i jak wiele stracił. Czarne ptaki skrzeczały przeraźliwie nad jego głową głosząc rychłą zapowiedź jesieni. Mężczyzna ze spuszczoną głową wolno schodził za wzgórza. Nie cieszyło go słońce wciąż ciepłem otulające ziemię. Odszedł ta samą, wijącą się wśród wzniesień, drogą. A kiedy zniknął za horyzontem ptaki, czarną chmurą, osiadły na wzgórzu.

Dziewczyna i osioł

Jakiś impuls kazał jej otworzyć oczy. Ze zdumieniem stwierdziła, że właśnie kończy się noc. Zadrżała. Nie tylko z powodu przejmującego chłodem szaro granatowego świtu, lecz z niejasnego przeczucia, że ten dzień będzie jakoś szczególny w jej życiu. Rozejrzała się dookoła: droga, na której stała ciągnęła się prostą kreską, ze wschodu na zachód. Widziała ją wyrażnie, choć słońce było ciągle jeszcze schowane głęboko za horyzontem i ani jednym promieniem nie chciało ogrzać Dziewczyny. Westchnęła głęboko. Niebo na wschodzie już pojaśniało. Cała nadzieja w słońcu - pomyślała, kuląc się pod swoja szarą sukienką. Miała do wyboru dwa kierunki, wybrała Zachód. Zaczęła iść energicznym krokiem przedziwnie rozgrzewającym jej wychłodzone ciało. Droga była sucha, piaszczysta, bose stopy Dziewczyny przyzwyczajone były do takich dróg. Szła prosto przed siebie w stronę ciemnego granatu nieba na horyzoncie. Za jej plecami robiło się coraz jaśniej aż nadszedł moment, gdy wyraźnie dostrzegła swój własny, wychudzony, długi cień.
To zabawne - pomyślała - gonić swój własny cień i nie móc go dogonić. Oderwała wzrok od drogi, podniosła oczy do góry i zobaczyła przed sobą ogromne szare zamczysko otoczone wysokim murem. Może uda mi się odpocząć? Coś zjeść? Może spotkam życzliwych ludzi? - odpowiedzią na te pytania była przejmująco głucha cisza. Dopiero teraz Dziewczyna zorientowała się, że tego poranka nie witał śpiewem ani jeden ptak. Podeszła do wysokiej baszty rozkraczonej nad drogą. Właściwie, może lepiej byłoby nie wchodzić? Może ominąć zamek? Obejść go dookoła? - tyle pytań kłębiło się w głowie Dziewczyny a jedynym sposobem na znalezienie odpowiedzi było podjęcie właściwej decyzji.
Ciemne sklepienie bramy nie zachęcało do odwiedzin. Dziewczyna znowu skuliła się w sobie, zadrżała i jednak weszła w czerń baszty. Szybkim krokiem minęła nieprzychylność murów i znalazła się na otwartym dziedzińcu zamku. Coś w jego wyglądzie zaniepokoiło Dziewczynę. Stała patrząc uważnie, szeroko otwierając oczy, gdy dotarło do jej świadomości, że zamiast jednego, okazałego, jak na tak wielkie zamczysko, wejścia, z paradnymi schodami i wielkimi, ozdobnymi drzwiami, do zamku prowadzi całe mnóstwo wejść. Zaskoczona patrzyła na ogromną ilość jednakowych, zwyczajnych, pomalowanych szarą farbą drzwi, rozmieszczonych regularnie, co dwa trzy metry, jakby to były wejścia do komórek albo kurników. Absurdalność tego, co zobaczyła, wprawiła Dziewczynę w stan rozbawienia zmieszanego z lekkim niepokojem. No, cóż, sprawdźmy, co się kryje za tymi drzwiami - powiedziała do siebie i w tym momencie, jakby na jej rozkaz, wszystkie drzwi uchyliły się zapraszająco.
Podeszła do najbliższych, wspięła się po trzech kamiennych schodkach i zajrzała do wnętrza. Cóż mogło się kryć za tak zwyczajnymi drzwiami? Zwyczajna, szara niska izdebka, z żelaznym łóżkiem i piecykiem, bez okna. W szarości, ledwo rozświetlonej bladym wschodzącym słońcem, Dziewczyna z trudem dostrzegła siedzącego na ławce, pod ścianą, naprzeciwko drzwi, mężczyznę w bieliźnie. Popatrzyła na niego. Cisnące się na jej usta pytania: czy mogłaby tu odpocząć, posiedzieć, zjeść kawałek chleba i napić się wody mężczyzna ubiegł spojrzeniem pełnym tak wyraźnej żądzy, że dziewczyna aż podskoczyła i bez słowa wycofała się za drzwi. Za następnymi drzwiami siedział inny mężczyzna z takim samym ogromnym pożądaniem w oczach. Trzecich drzwi już nie uchyliła. Wybiegła i nie wiadomo jak znów znalazła się na swojej drodze. Zamek szarym masywem pozostał za jej plecami, słońce grzało ją prosto w plecy, Dziewczyna podjęła swoją wędrówkę niejako od początku.
Dzień robił się coraz jaśniejszy. Okazało się, że droga, do tej pory prosta jak strzała, zaczyna się teraz wić i falować jak wstążka na wietrze. Coraz więcej kamieni dotykało bosych stóp Dziewczyny, niektóre bardzo boleśnie. Przed oczami Dziewczyny roztoczył się widok rozległej zielonej doliny a droga zaczęła schodzić w dół, zakosami, tak, że widać było poniżej następny jej odcinek.
Z daleka widać było, w centrum doliny, Miasteczko, skupisko ciasne, nie wysokich, jasnych, murowanych domów, wesoło przykrytych czerwoną dachówką. Już nie było tak cicho jak na początku wędrówki. Słychać było szum płynącej, choć nie widocznej, rzeki; charakterystyczny plusk wody bystrym nurtem biegnącej po bardzo kamienistym dnie. Dziewczyna przyspieszyła kroku. Była bardzo spragniona. I głodna. I bardzo zmęczona. Miała jednak w sobie przymus marszu. Jakaś siła kazała jej iść. Iść. I iść. Do przodu. Bez zastanowienia. Popychała ją w plecy. Poganiała:- "NO, idź; idź prędzej; nie myśl; nie gap się; IDŹ!".
A przecież nie sposób było, pomimo głodu i pragnienia, nie patrzeć dookoła, nie zachwycać się pięknem mijanych po drodze drzew, przydrożnych kwiatków wtulonych w trawę. Nie sposób było mijać obojętnie wszystkich dostrzeżonych szczegółów krajobrazu, więc chociaż popychana tajemniczą siłą Dziewczyna miała czas, by nie tylko dostrzec, ale i zachwycić się mijanymi cudami. Podczas całej wędrówki, od Zamku do Miasteczka Dziewczyna nie spotkała ani jednego człowieka. Nim się spostrzegła, znalazła się prawie w centrum doliny. Słońce stało już wysoko, ponad głową Dziewczyny, jej cień wyraźnie się skrócił, pociemniał, nabrał ostrości. Zrobiło się ciepło. Na równoległej do drogi ścieżce Dziewczyna dostrzegła parę, mężczyznę i kobietę, ciągnących za sobą, na krótkim sznurku, osła, który wyraźnie nie chciał iść za prowadzącymi go ludźmi. Ze zdziwieniem uprzytomniła sobie, że to ona jest tym osłem.
Ludzie, nie zwracając na nią uwagi, przeszli dalej ciągnąc opierające się zwierzę. Dziewczyna weszła do Miasteczka. Droga, do tej pory piaszczysto - kamienista zamieniła się w trakt wybrukowany dużymi okrągłymi kamieniami. Stopy Dziewczyny wyraźnie odczuwały gładkość chłodnych kamiennych wypukłości. Jej stopy przyjęły to z wdzięcznością. Uliczka prowadziła prosto do rynku. Domy stały ciche. Okna i drzwi były pozamykane i pomimo wysoko stojącego słońca nie słychać było żadnego ruchu, jakby Miasteczko było bezludne, jakby wszyscy jego mieszkańcy jeszcze spali, albo może nigdy nikogo tu nie było.
Dziewczyna wyszła na dosyć rozległy kwadratowy plac, na środku, którego stała kamienna, okrągła studnia. Podeszła z nadzieją zaspokojenia pragnienia. Niestety nie było przy studni niczego, czym można by zaczerpnąć wody. Dziewczyna przechyliła się przez cembrowinę i zajrzała do środka. W długiej, ciemnej od wilgoci, wyłożonej kamieniami, studni, bardzo głęboko, zobaczyła granatowe lustro wody a w nim swoje wyraźne odbicie. Stała tak chwilę patrząc na swoje jasne włosy i jasną twarz odbitą w wodzie. Wpatrywała się w nią przez jakiś czas. Raptem, obok swojej głowy dostrzegła uśmiechniętą twarz, okoloną fala czarnych włosów, innej dziewczyny. Zaskoczona wyprostowała się, rozejrzała, dookoła ale nikogo koło niej nie było. Pochyliła się ponownie. Obok jej twarzy znów ukazała się Czarna. Uśmiechała się, jakby zachęcając do kontaktu. Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem i znów podniosła głowę, przekonana, że zobaczy koło siebie stojącą Czarną. Nikogo nie było. Jeszcze raz nachyliła się nad studnią. Czarna uśmiechnęła się zachęcająco. Dziewczyna bez namysłu przełożyła nogi przez kamienny brzeg studni i skoczyła. Leciała w dół bardzo długo. Zamknęła oczy w oczekiwaniu na zimne zetknięcie się z wodą. Kiedy je otworzyła, zobaczyła płot, do którego przywiązany był sznurek. Drugi koniec sznurka wbijał się w jej pokrytą szarą sierścią szyję. Przed sobą zobaczyła cień nie wysokiej postaci z długimi uszami.

Dziewczyna i Miasto.

Tego dnia było wyjątkowo zimno. Biały śnieg grubym kożuchem otulał całą ziemię, niebo było szare, nisko opuszczone, prawie dotykało śniegu. Zostawiając za sobą ogromne Miasto Dziewczyna biegła przed siebie po zamarzniętej, szorstkiej drodze. Biegła przerażona niosąc w sobie przeczucie ogromnej katastrofy, jaka dzisiaj miała opaść na Miasto. Biegła otoczona kłębami pary wydobywającej się z jej nosa i ust ciężko łapiących ostre powietrze. Biegła pod górę. Przed sobą zobaczyła dużą, umięśnioną sylwetkę czarnego konia niosącego na grzbiecie troje ludzi. Na oklep, trzymając się grzywy, pierwsza siedziała Kobieta, za nią, obejmując ją w pasie, siedział Mężczyzna, a za nimi małe dziecko kurczowo trzymające się ubrania siedzącego przed nim człowieka. Koń wspinał się pod górę. Jego czarna sierść lśniła od potu a mięśnie drżały z wysiłku. Dziewczyna patrzyła zaniepokojona, oczami wyobraźni widząc, jak dziecko zsuwa się z wysokiego zadu konia.
I tak się stało. Dziecko upadło na śnieg a koń zniknął, rozpłynął się w powietrzu jak zjawa. Dziewczyna mocno przejęta wywołanym swoją wyobraźnią zdarzeniem podbiegła do miejsca upadku i podniosła z ziemi maleńką Dziewczynkę z sinymi z zimna rączkami.
W oczach dziecka widać było nieoczekiwanie spokój, zupełnie tak, jakby nic się nie zdarzyło. Dziewczyna zdjęła z siebie płaszcz, owinęła dziecko i wzięła Małą na ręce.
Wbrew swoim przeczuciom poszła z powrotem do Miasta. Tak naprawdę nie chciała tego dziecka. Miała poczucie winy. Była przekonana, że to ona była sprawczynią wypadku, że upadek Małej miał ścisły związek z jej myśleniem. Popatrzyła przed siebie; to było zupełnie nowe Miasto, zbudowane niedawno, na pustej przestrzeni równiny, zaczynające się od razu, wysokimi budynkami wieżowców. Wyrastało ze śnieżnej równiny strzeliście do nieba. Nad miastem kłębiły się ołowiane chmury niosące zapowiedź przeczuwanej przez Dziewczynę katastrofy. Jeszcze nie wiedziała, co to będzie. Całą siłą woli powstrzymywała się by nie zawrócić, by nie uciekać. Chciała jednak oddać Dziewczynkę pod opiekę komuś, kto mógłby się nią zająć.
Puste ulice przysypane były drobnym śniegiem. Dziewczyna wbiegła na skrzyżowanie nieoczekiwanie pełne przechodniów. Ludzie w gorączkowym pośpiechu przechodzili na drugą stronę ulicy po to by zawrócić i znowu przecinać ulicę, dużą gromadą. Wszystko to działo się w upiornej ciszy przerywanej tylko chrzęstem nóg. Podeszwy butów szybko roztarły cienką warstwę śniegu; widać było wyraźnie czarny asfalt z wymalowanymi białymi pasami. Dziewczyna mocno przytuliła do siebie Małą. Wielokrotnie, razem z tłumem, przekraczała skrzyżowanie zaglądając przechodniom w twarze, szukając kogoś, komu mogłaby oddać dziecko. Wszystkie twarze sprawiały wrażenie pustych, bez wyrazu, Dziewczyna nie znalazło nikogo z choćby iskierką życzliwości na obliczu. Czas uciekał. Katastrofa wisiała nad Miastem. Ludziom nie sprawiało to żadnej różnicy, tłum kłębił się na przejściach. Dziewczyna czuła narastającą bezsilność i rozpacz. Nikt. Nikogo nie znalazła, kto mógłby zdjąć z jej ramion ciężar odpowiedzialności za Małą.
W pewnym momencie ludzie stanęli w miejscu. Jak stop klatka w filmie, wszyscy znieruchomieli. Teraz Dziewczyna przechodziła między stojącymi nieruchomo ludźmi nie wiedząc, co robić. Zdziwiona dostrzegła, że tłum się ożywił, znów w jednej chwili, wszyscy ruszyli do przodu, idąc nie wiadomo, dokąd i nie wiadomo, po co krążąc po skrzyżowaniu. Z daleka Dziewczyna dostrzegła policjanta. Podbiegła do niego z nadzieją w sercu, że będzie mogła wreszcie oddać dziecko. Policjant popatrzył na nią groźnie, zamroził oczekiwanie. Wyciągnął rękę przed siebie wskazując kierunek. Dziewczyna pobiegła. Minęła kilka przecznic i stanęła przed wejściem do stylowej, XIX - wiecznej kamienicy, która wyrosła przed nią nieoczekiwanie. Wiedziała, że miasto jest nowe, nowoczesne a tu, taki dom, z innej epoki.
Zatrzymała się przed wejściem zdziwiona i zdyszana, obejrzała się za siebie, zaskoczona biegnącym w jej kierunku tłumem mieszkańców Miasta i bijącą od niego falą nienawiści i gniewu. Nie pozostało jej nic innego jak pokonać ciężkie drzwi wejściowe i schronić się do środka. W dużym jasnym holu zobaczyła szyb windy misternie opleciony wykutymi w brązie kratami, zdobionymi złotymi winogronami. Zaczęła mocować się z kratą broniącą dostępu do windy, nie było to łatwe z dzieckiem na ręku i strachem wywołanym słyszanym coraz bliżej tłumem rozwścieczonych ludzi. Nie udało się. Zaczęła biec po marmurowych, szerokich, jasnych schodach, na górę, coraz wyżej i wyżej a gdy dotarła do ostatnich drzwi te same się przed nią otworzyły.
Stanęła w przedpokoju wysokim i ciemnym. Od sufitu do podłogi pod ścianami zwieszały się ciężkie, pluszowe, ciemnoczerwone, zasłony. Taka sama zasłona wisiała naprzeciwko kryjąc za sobą kolejne drzwi. Dziewczyna zdyszana otworzyła je i zatrzasnęła z hukiem. Zrobiło się bardzo cicho. Już nie było tłumu ani miasta. Nie czuło się zimy. W dużym ciemnym pokoju zobaczyła ciężkie, prawie czarne meble, duży stół na środku a pod ścianami czarne ławy. Na jednej z nich położyła Małą i stała nasłuchując, czy z głębi mieszkania nie usłyszy jakiegoś dźwięku. Bezszelestnie, w czarnej sukni, jakby z nikąd, pojawiła się przed nią Stara Kobieta. Dziewczyna bezładnie wyrzucać zaczęła z siebie przeżycia dnia, gorączkowo i szybko zaczęła opowiadać, tracąc oddech, wszystko, co ją dzisiaj spotkało. Stara Kobieta uśmiechnęła się do Dziewczyny. Sprawiała wrażenie, że w ogóle jej nie słucha. Kiwała głową automatycznie, uśmiechała się tajemniczo, gładziła Dziewczynę po rękach i twarzy jakby chciała jej powiedzieć, że to nic, że to było, minęło i już nie wróci.
Stara powoli podeszła do Małej. Jakby w zwolnionym tempie rozwijać zaczęła płaszcz, rozchylać jego poły a kiedy już wyprostowała starannie płaszcz na ławie Dziewczyna zobaczyła dużą, porcelanową lalkę, ubraną w piękną granatową sukienkę, w białych skarpetkach i sandałkach. Lalka miała długie jasne loki związane granatową wstążką. Leżała na ławce i patrzyła w sufit nieruchomym, szklanym, wzrokiem uśmiechając się, głupawym uśmiechem LALKI. Dziewczyna poczerwieniała. Stara Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem, ze współczuciem. Oto przekazała Dziewczynie ważną lekcję: nie wszystko, o czym myślała, wynikało z jej myśli. Przyczyny często leżą nie tam, gdzie ich się spodziewała.
I jeszcze jedno: to nie ona, nie Dziewczyna, była przyczyną czegokolwiek.
Dziewczyna z ulgą odwróciła się na pięcie i szybko wybiegła z mieszkania, po schodach w dół, przed siebie, za Miasto, żeby jak najszybciej znaleźć się poza jego obrębem. Biegła i biegnąc nie dostrzegła, braku śniegu i ciepłego powietrza otulającego jej twarz. Biegła na oślep, przed siebie. Biegła długo, aż znów znalazła się poza Miastem. Stanęła na wzgórzu ciężko dysząc.
Nad Miastem kłębił się dym. Niebo pociemniało, stało się prawie granatowe. Po obu stronach horyzontu w jednym momencie i w równym tempie wznosić się zaczęły dwa ogromne czerwone słońca. Sunęły majestatycznym łukiem do siebie a kiedy dwie tarcze zetknęły się ze sobą nastąpił potworny wybuch, oślepiająca jasność zalała cały świat i Miasto zniknęło z powierzchni ziemi. Dziewczyna odwróciła się plecami do ruin Miasta.
Na ogromnej zielonej łące zobaczyła czarnego, spokojnie pasącego się wierzchowca. W powietrzu unosił się słodki zapach kwitnących kwiatów. Koń popatrzył się na dziewczynę ogromnymi czarnymi oczami i zarżał radośnie. Byli sami.

Dziewczyna i Las

Po niespokojnej, źle przespanej nocy Dziewczyna wstała późno. Było już południe, choć nic na to nie wskazywało. Za oknem, na szarym listopadowym niebie kłębiły się ciemne chmury niosąc zapowiedź pierwszego w tym roku śniegu. W pokoju było zimno. Muszę iść do Lasu, nie mam drewna - pomyślała Dziewczyna - ciekawe, czy zdążę przed deszczem. Ubrała się ciepło, wypiła kubek gorącej kawy z mlekiem i wyszła. Do Lasu było blisko, niecały kilometr. Przenikliwie zimny wiatr szybko wywiał z niej pamięć ciepła kawy. Prowadziła rower z wysiłkiem pod górę ciesząc się myślą, że w drodze powrotnej będzie lżej.
Las przywitał ją jednostajnym szumem wysokich sosen. Zadarła głowę wysoko patrząc z niepokojem na chylące się na wietrze szczyty drzew. Wiatr wściekle nimi szarpał plącząc długie wiotkie pozbawione liści gałęzie brzóz z powykręcanymi konarami starych sosen. Wył i gwizdał przycichając na chwilę przy ziemi by znów rozpocząć dramatyczne zmagania wysoko wśród gałęzi. Nad lasem z przeraźliwym krakaniem fruwał ogromny czarny ptak. Dziewczyna schylona wyszukiwała wzrokiem, co grubsze patyki chrustu. Podnosiła je, układała, wiązała w duże pęki, wcześniej przygotowanym sznurkiem. Zaczął sypać ostry śnieg. Bił Dziewczynę dotkliwie po twarzy i gołych rękach. Z trudem umocowała trzy ciasno obwiązane pakunki opału do roweru i właśnie miała wracać do domu, gdy ziemia osunęła jej się spod nóg. Zrobiło się jej zimno, zbladła, na chwilę straciła wzrok, upadła. Rower wywrócił się na ścieżkę. W tym momencie zagrzmiało raz i drugi i zaczął padać ulewny deszcz. Ocucił Dziewczynę. Z trudem dowlokła się pod drzewo. Usiadła opierając się plecami o pień brzozy.
Nie wiedziała jak długo leżała nieprzytomna na ścieżce. Deszcz mieszał się na jej twarzy ze łzami. Przemoczona siedziała płacząc na skraju lasu patrząc na czarnego ptaka walczącego z dziwnym uporem z nawałą, usiłującego, nie wiadomo, dlaczego utrzymać się w locie pod niskim sklepieniem ciemnego szarością nieba. Myślała o swoim życiu, parszywie samotnym, nieudanym, rozdartym. Wstała, podniosła głowę do góry. W oczach zabłysły jej iskry złości. Boże! - krzyknęła - jeśli tam jesteś, zabij mnie od razu! Zziębniętą dłonią zaciśniętą w pięść wygrażała niebu. Nikt nie odpowiedział.
Pozbierała się jakoś, przymocowała jeszcze raz pęki chrustu do roweru i poszła z powrotem do domu. Nad jej głową czarny ptak szybował wytrwale, na przekór burzy. Szła pomału, z wysiłkiem pchając ciężki rower. Przez puste świeżo zaorane pole biegł duży szary pies podobny do wilka. Tego dnia dziewczyna pokochała Las, który dał jej schronienie i opał. Tego dnia opuściła ją wiara w Boga.

Dziewczyna i Pogląd

Pewnego dnia przyszły do Dziewczyny dwie kobiety. Zaproponowały jej nowy, ciekawy Pogląd. Był solidny, można było się na nim wesprzeć. Dawał odpowiedzi na wiele nękających Dziewczynę pytań. Sprawiał, że mogła się na nim oprzeć, wyprostować się. Kobiety zaczęły regularnie, co tydzień, przychodzić do Dziewczyny, by mogła dobrze przyswoić sobie Pogląd. To były ciekawe spotkania. Na każdym z nich Dziewczyna coraz bardziej upewniała się o konieczności posiadania Poglądu. Kobiety były miłe, na najbardziej zawiłe pytania odpowiadały w prosty, logiczny sposób. Niby nic nie stało na przeszkodzie, aby Dziewczyna przyswoiła sobie nowy Pogląd jednak było coś, co sprawiało w niej silny opór: warunkiem otrzymania Poglądu był przymus dzielenia się nim z innymi. A to wymagało nie tylko poświęcenia czasu, lecz także zrezygnowania przez Dziewczynę z kilku poglądów, które do tej pory, zaśmiecały zdaniem kobiet, umysł Dziewczyny. Kobiety odeszły ze swoim Poglądem widząc, że Dziewczyna jednak nie zrezygnuje z niczego.
Minęło kilka lat. W życiu Dziewczyny zaszło parę bardzo ważnych zdarzeń. Zdobyła cenne, choć bolesne doświadczenia. Nie myślała zbyt często o wizytach z przed lat. Nie pamiętała o Poglądzie. Jakoś dawała sobie radę i nie potrzebowała laski. Czasem zjawiali się u niej w domu ludzie z tym samym Poglądem, ale Dziewczyna już wiedziała, że go nie chce. Borykając się z codziennością napotykała czasem echa swoich pytań. Pamiętała odpowiedzi. Któregoś dnia znowu przyszli do niej tamci ludzie. Pokazali jej Pogląd, teraz barwniej niż poprzednio. Rozmowy na temat Poglądu często przeciągały się w nieskończoność. Dziewczyna podziwiała wyznawców Poglądu za ich cierpliwość, za ciągłe poszukiwania odpowiedzi na jej coraz bardziej skomplikowane pytania. Któregoś dnia postanowiła zobaczyć jak wyglądają spotkania ludzi z Poglądem. Poszła na jedno z nich. Najbardziej podobało się jej to, że mogła tam śpiewać. Wszyscy jej nowi znajomi wydawali się szczęśliwi z powodu posiadania Poglądu, cieszyli się też na widok Dziewczyny. Nikt nigdy tak jej do tej pory nie akceptował. Tak bezgranicznie.
Przyjęła Pogląd. Chociaż był ciężki. Kilka rys, niespójności, niedomówień pozostawiła czasowi. Przyswajanie Poglądu to proces - tłumaczyli jej nauczyciele. - Spokojnie, przyzwyczaisz się. Pogląd nie jest tak ciężki, jak ci się zdaje - mówili. - A poza tym Pogląd dodaje sił, wyróżnia cię, sprawia, że jesteś wyjątkowa, a przekazywanie go innym daje poczucie misji, sprawia, że czujesz się wartościowa, potrzebna innym. To były argumenty nie do odparcia. Na uroczystości przyjęcia Poglądu radość wypełniała serce Dziewczyny. Nareszcie miała coś swojego, co dodawało jej skrzydeł. Wyprostowała się. Chodziła ulicami miasta ze swoim nowiutkim Poglądem uśmiechnięta, śmiało patrząc w oczy przechodniom.
Przekazywanie Poglądu innym nie było łatwe. Większość ludzi, z którymi rozmawiała nie chciało jej nawet słuchać; trzaskali drzwiami, niegrzecznie opędzali się jak od natrętnych owadów. Dziewczyna znosiła to ze stoickim spokojem tłumacząc sobie, że to nic, nie odrzucają jej tylko Pogląd a ten, dlatego, że go nie znają. Pamiętała przecież jak sama
z trudem przyswajała sobie wiedzę na jego temat, ile miała pytań i wątpliwości.
WĄTPLIWOŚCI. To prawda, że je miała. Najtrudniej było, gdy spotykani rozmówcy zarzucali Dziewczynie, że Pogląd jest sprawcą niejednego zła, podziałów w rodzinach a nawet śmierci. Opowiadali o swoich doświadczeniach z Poglądem, o tym, że tak naprawdę niczego nie zmienia, bo ludzie są tacy sami, dobrzy lub źli bez względu na to czy mają Pogląd, czy go nie mają. Nie znajdowała odpowiedzi na te zarzuty, ale twardo obstawała przy swoim wzbudzając nieukrywany podziw u swoich rozmówców. Jak lwica młodych broniła Poglądu przeświadczona o jego ogromnej wartości, o jego niezbędności w życiu każdego człowieka.
Z natury pogodna łatwo zdobywała sympatię wielu i często było tak, że ludzie zapraszali ją do domów nie z powodu Pogladu, ale dla niej samej. Dziewczynie początkowo zdawało się, że to dobrze; zawsze miała dzięki temu okazję by pochwalić się swoim Poglądem. Mądra i uśmiechnięta pozyskiwała ludzi dla Poglądu nie zdając sobie sprawy z tego, że jest rozdawczynią Ciężaru.
Mijały lata. Czas, ciężka praca, trud codzienności stawały się coraz bardziej ponad siły Dziewczyny. Wbrew obietnicom ludzie z jej Poglądem nie mogli jej pomóc go dźwigać, bo sami borykali się z jego ciężarem. Dotarła wreszcie do jej świadomości myśl, że już nie chce, nie może, nie ma siły dłużej go dźwigać. Postanowiła odrzucić Pogląd. Wyjechała z domu, porzucila wszystko, spakowała torbę i znalazła sobie mały dom na skraju wsi. Codziennie chodziła do Lasu. Rozmyślała, rozmawiała z drzewami. Słuchała ptaków, wiatru i ogromnego, omszałego kamienia leżącego w Lesie. Głaz przekazał jej tajemnicę trwania. Las nauczył ją pokory.
Przez pierwsze dni po odrzuceniu laski jej serce zamierało ze strachu: jak sobie poradzi bez Poglądu. Łomotało w piersi jak ptak w klatce, potęgując niepokój. Z każdym dniem, z każdym miesiącem było jej łatwiej. Czuła się jak nowo narodzona. Uczyła się od początku chodzić. I myśleć. Uwolniona od Poglądu przekonała się, że jest jej łatwiej samodzielnie podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność.
To, co mówili ludzie przy drzwiach okazało się prawdą. Wszyscy wyznawcy Poglądu odwrócili się do niej plecami. Teraz, kiedy już na pewno wiedzieli, że nie chce ich Poglądu przestała być obiektem ich zainteresowania. Jej dzieci też się od niej odwróciły. To boli, ale przecież sama dawno temu dała im TEN Pogląd, pokazała jak z nim żyć, udając, że NIE JEST CIĘŻAREM.

Dziewczyna i Morze

Było późne wrześniowe popołudnie. Plażą szła zamyślona Dziewczyna. Wpatrzona w piasek bosymi stopami wyczuwała jego ciepło. Na niebie nie było ani jednej chmury. Krzyczały mewy. Morze uspokajało się pomału. Malutkie fale pracowicie napływały na plażę mocząc i tak mokry piasek na brzegu, omywając kamyki i muszelki. Gdzieniegdzie poniewierały się przyniesione przez wodę kawałki drewna. Dziewczyna schyliła się po ogromne białe pióra zgubione przez albatrosa. Podniosła je i idąc rozmyślała o swoim życiu. Tak naprawdę, do tej pory przynajmniej, nie lubiła morza, drażnił ja nieustająco wiejący wiatr. Plaża i piasek, same nudy. A teraz szła brzegiem morza i rozmyślała o wszystkich snach, jakie dane jej było prześnić tego lata. Mieszały się z rzeczywistością. Przepływały falami ciepłych wspomnień. Przypomnienie niektórych zachmurzało twarz Dziewczyny.
Nie raz budziła się z krzykiem, mokra od potu, zdyszana. Budził ja ból przed chwilą ugryzionej przez psa dłoni. Ogladała ją zdziwiona brakiem śladów ugryzienia. Nigdy nie zapomni przerażenia wywołanego czarną masą mrówek, które oblazły ją całą. Z wrzaskiem strzepywała z siebie i prześcieradła niewidoczne owady. Pamiętała rannego jelenia z nad jeziora i wściekłe stado wilków goniące ją długim korytarzem. Osła, który tak bardzo opierał się ciagnacym go ludziom, lot w studni i Miasto zmiecione z powierzchni ziemi błyskiem dwóch czerwonych słońc. Pełnych pożądania mężczyzn. I Las.
Znalazła w nim kiedyś martwego aksamitnego kreta. Razem z nim umarły jej wszystkie marzenia o znalezieniu szczęścia. Przeszłość zmieszała się teraźniejszością a Boga nie było.
Daleko na horyzoncie widać było statek. Dziewczyna szła przed siebie nie zdając sobie sprawy z tego gdzie jest. Morze pachniało solą. Nie wiedziała, że jest sama. Nie wiedziała, że jest na wyspie. Morze było snem. Jej życie do niedawna było snem. Dziś przekroczyła granicę piasku i wody. Uświadomiła sobie, po raz pierwszy w życiu, że już nie musi być sama, nie musi śnić. Zachodzące słońce łagodnym ciepłem głaskało głowę Dziewczyny. Na ramieniu poczuła czyjąś dłoń, czule i delikatnie przypominającą Rzeczywistość. Podniosła głowę. Westchnęła z ulgą. Obok niej plażą szła Czarnowłosa, Śliczna i Mądra; najszczęśliwsza istota na Ziemi. Morze, zimne, mokre i słone objęło swymi ramionami Dziewczynę jeszcze nie do końca pewną tego, że to właśnie ona potrafi uszczęśliwiać. Mokra, bawiąc się jak dziecko, nurkowała, zadowolona z nowego życia. Zmyła z siebie wszystkie sny. Oddała je Morzu na przechowanie, na zawsze.

Warszawa, marzec 2003.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Łódź. Przyjazna psycholożka
smaku Dzień dobry, chciałabym zapytać, jeśli można: jaka jest moja orientacja, jeśli jestem lesbijką i czy byłoby to oszukiwanie kobiet, gdyby mnie zobaczyły i stwierdziły, że jestem facetem?... opinia dodana 2019-05-27 21:18:35
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Goblin Market - Rossetti Christina
A mnie się to tłumaczenie podoba. Jestem anglistką, literaturoznawczynią, i mogę zapewnić, że fragmenty...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019