Nic się nie stało... pudełko do blues’a

Jay
Czasem życie wydaje się tak bardzo pozbawione sensu i nic nie mogę na to poradzić. Taki obraz pozostał mi jeszcze z dzieciństwa.

Niezbadane są granice cierpienia. Człowieku! Nawet nie wiesz, ile możesz znieść!

Wyobrażasz sobie kilka zdarzeń lub jedno najgorsze, które doleje oliwy do ognia i spali wszystko, dookoła, bo wydaje Ci się, że więcej już nie zdołasz, nie ścierpisz, a to nie jest prawda. Cokolwiek, codzienność zaskakuje Cię wydarzeniami przekraczającymi Twoją wyobraźnię i tak naprawdę to nie znam progu bólu, który jestem w stanie wytrzymać: są takie momenty, kiedy zastygam w bezruchu, przychodzi otępienie i wtedy nic nie czuje. Taki stan może być nawet zabawny, bo wtedy wychodzę obok siebie jako obserwator i pytam z miną kpiarza, „co jeszcze?!”. Sytuacja staje się na tyle nieprawdopodobna, że wzbudza we mnie autentyczną ciekawość – co jeszcze?

Zastanawiam się tylko, jak długo potrwa wydostanie się z tego odrętwienia? Bo najpierw musiałby przyjść moment ciszy, tak by można obejrzeć się za siebie i prawdziwie przyznać się przed sobą, że tak naprawdę to coś się stało!

NIC SIĘ NIE STAŁO

PUDEŁKO OD BLUES’A.

Tej kobiecie, która tam stoi, pozostało tylko wierzyć, że to, co robi jest jedynie ważne na świecie.

Pozostało jej upajać się obrazem własnej wielkości przelanej na papier. Taka jest sama dla siebie. Czasami przystaje i zbiera komplementy z obojętnym odrętwieniem. To, co ją wypełnia, jest tylko głodem uczucia. Musi w coś wierzyć, więc wyobraża sobie, że to, co robi, jest wyjątkowe, ona sama jest niepowtarzalna, a wszyscy obok nie zdają sobie sprawy z cudu, jakim jest. Ona jest głęboko nieszczęśliwa i samotna, ale wmówiła sobie, że to jedyna droga, by do końca nie dać za wygraną.

To nieważne, skąd bierze się pesymizm, ciekawe natomiast, co jest źródłem optymizmu? Ślepiec jest chyba szczęśliwy, bo nie widzi tego, co traci. Świadomość powoli zabija.

26/02/1998

Postanowiłam pisać. Robię to w nadziei, że to pomoże mi się rozwinąć, a przynajmniej uporządkować myśli.

Właściwie można przez lata żyć obok drugiego człowieka i myśleć, że On Cię rozumie, żyć intencjami – zakładając dobrą wolę obu stron. Czasem chyba nie trzeba nic mówić, tylko wyjść na zewnątrz – spojrzenie, uścisk.

Najgorzej jednak, kiedy następuje natłok słów, w tym rozgardiaszu ginie cała istota rzeczy. Właściwie nie rozumiem, dlaczego nie możemy się zrozumieć?

Mam nadzieję, że mój pobyt na ziemi jest czasowy. Nie zaprzeczam, że życie jest piękne, że dla wielu rzeczy warto cierpieć, że miło poznać smak melona, a nawet zmarznąć, ale ja chyba czekam, aż będę mogła sobie odpocząć. To nie znaczy, że się poddaje, chciałabym coś jeszcze zrobić w życiu, przynajmniej, żeby nie być ciężarem dla innych.

Chyba najtrudniejszą rzeczą jest utrzymanie bliskości miedzy dwojgiem ludzi, osiągnięcie porozumienia i trwanie w nim.

Muszę przyzwyczaić się do roli towarzysza życia, myśli, drobnych czynności, do biernego słuchania, do pomocy, ale bez wymagań. Tylko, że to niczym dobrym może się nie skończyć. Może łatwiej byłoby nie mieć uczuć, wtedy można byłoby służyć innym i nie mieć wymagań.

Czasem może wygląda, że ze mną jest nie w porządku, że patrzę i szukam pomocy. Właściwie to nie zrobiłoby mi różnicy, gdybym była całkowicie sama – mogłabym zrezygnować, ponieważ jednak mam rodzinę, podążam dalej. Więc znalazłam sobie już cel – jeden mały. Potem przyjdą większe.

To prawda, że człowiek nie może żyć sam, ale ja mimo wszystko czuję się tak lepiej niż będąc z kimś, kogo nie kocham – przynajmniej wtedy nie ponoszę winy za rany, które się zadaje, nie widząc bólu w czyichś oczach.

Myślę, że jestem inna – zupełnie nie z tego wymiaru, – dlatego taka samotna. Już straciłam wiarę, że odnajdę swoją drugą połowę. Oczywiście, cały czas nadzieja czyha, co daje mi siłę na następny dzien. Nie daje to jednak przekonania. Już chyba żyję w świecie złudzeń, trochę tak jak „Ptasiek” – powinnam być sama.

Coming – out. Ciągle jeszcze nie jestem na to gotowa, by otwarcie obnosić się ze swoja seksualnością. Coming-out jest narodzinami, pełnymi nieznośnego bólu, niepewności, momentem, kiedy otaczający świat zmienia się o 360 stopni. Coming-out jest nieodzowna koniecznością potwierdzenia swojego istnienia. Nie bardzo chcianą koniecznością. To pewien rodzaj buntu przeciwko rzeczywistości, w której przyszło mi żyć i w której nigdy nie znajdę pełnej tolerancji.

Ujawniam się dopiero, kiedy jestem zakochana a zdarza mi się to raz na parę lat (pomijam pomniejsze zauroczenia). Ujawniam się dopiero wtedy, kiedy mam powody wierzyć, że mogę liczyć na odwzajemnienie mojego uczucia. Zawsze najbardziej boję się odrzucenia, nie tyle braku wzajemności, ile odrzucenia mnie z powodu mojej inności. Dotychczas zrobiłam to trzy razy i tylko raz osiągnęłam swego rodzaju sukces – zyskałam przyjaciółkę.

Moja rodzina o niczym nie wie i wołałabym, żeby tak zostało. Udało mi się od nich odseparować – mieszkam daleko od nich na tyle, żeby nie mogli mnie kontrolować.

Kilka miesięcy temu…

Z pamiętnika:

Nigdy jeszcze nie czułam się tak strasznie. Chciałabym nie być. Od początku nie rozumiałam sensu mego istnienia – po co żyją tacy ludzie jak ja? Porażka, muszę pisać, bo jestem na granicy szaleństwa. Chciałabym porozmawiać z moim przyjacielem, ale go tutaj nie ma.

„Życie jest powieścią idioty dla tych, co czują i komedia dla tych, co myślą”- nie pamiętam już, kto to napisał, ale liczy się sens. Mam już wszystkiego dosyć. Chce mi się wyć. Już i tak zaczęłam mówić do siebie. Mam nadzieje, że nic mi się nie stanie, chociaż…who cares, tak naprawdę. Gdziekolwiek się ruszę, jest męczarnia, a ja w środku niej. Potrzebuje z kimś porozmawiać.

Chciałabym, żeby ktoś mnie skopał do nieprzytomności. Zdjął ze mnie to brzemię, byłoby cudownie. Wiem, że nie jestem jedyną osobą z tym problemem na świecie i wielu ludzi musiało się z tym borykać przede mną, ale ja po prostu się nie nadaję. Jestem obrzydliwym tchórzem, rzygać mi się chce na siebie…

W tym momencie jestem w potrzasku, z którego nie ma wyjścia.

Sięgając do początku mojego istnienia – szkoda, że nie mogę odwrócić tego procesu, bardzo bym chciała. To straszne nie mieć z kim porozmawiać – zresztą, kto by chciał słuchać?

Teraz myślę, że gdyby mi się nie udało, gdybym musiała opuścić ten dom, nawet nie mam do kogo się zwrócić o pomoc. Straszne to jest, bo tak naprawdę nikt mnie nie zna, zawsze buduję tę ścianę, dystans.

Żałuje tego, co zrobiłam, zaryzykowałam wszystkim, co mam, a przecież najbardziej zawsze chodziło mi o to, żeby nie robić nikomu przykrości, a szczególnie moim rodzicom.

Jestem gównem i czuję się jak gówno i jeszcze gorzej, bo wiem, że jakby to ktoś przeczytał, zacząłby mną gardzić, że się tak użalam nad sobą. Najgorsze, że teraz nawet zabić się nie mogę, bo spowodowałoby to za dużo zamieszania. Już nawet się nie boję, zwisa mi wszystko, jest obojętne. Chce umrzeć i to zaraz, teraz od razu, na miejscu. Tylu ludzi zmaga się codziennie z wyrokami śmierci, dlaczego to nie mogło na mnie trafić? Wiem, że to żałosne, co teraz robię, ale próbuje sobie jakoś poradzić- żeby przetrwać do następnego dnia.

Myślę już, że niedługo skończę ze sobą – powinnam to zrobić.

Jestem pusta, jestem głupim wrzodem, nikim, żadnych aspiracji, pasożyt, obrzydliwa pigwa.

Może dzisiaj mnie przejedzie samochód – duża ciężarówka zmiażdży moje kości, mój głupi mózg!

Zastanawiam się czy to, przez co teraz przechodzę, można już nazwać choroba psychiczna?

Na pewno mam obłęd w oczach. Jestem zerem, okropna osoba nie warta niczego.

Boje się tylko tego cierpienia moich bliskich. Po co ja się urodziłam?

To farsa.

Ostatnie trzy tygodnie to najgorsze chwile mojego życia.

Wstałam dzisiaj rano z czarnymi myślami – see above – a teraz jestem ok.

O TOBIE…

Jesteś piękna

Bardzo chciałabym z Tobą porozmawiać, ale nie wiem, czy zdarzy się ku temu okazja. Chciałabym spędzić z Tobą trochę czasu, lepiej Cię poznać.

Uważam, ze powinnyśmy spróbować, bo jest na to czas, pragniemy się ( wiem ze lubisz mój dotyk), a potem zostanie tylko żal, ze nic się nie wydarzyło. Życzę Ci wszystkiego naj, ale jeżeli jest z Tobą tak jak ze mną, myślę, ze albo będziesz z nim bardzo nieszczęśliwa, albo prędzej czy później go opuścisz, może wtedy już dla kogoś innego. Daj mi tę noc, chociaż pół godziny z Tobą … muszę czekać.

No i po trzech tygodniach skrajnych uczuć oto jestem. I już po wszystkim, czyli nic się nie stało. Kompletnie nic! Właściwie to chyba jeszcze gorzej, bo czuje się tak bardzo samotna i nic nie warta.

Takie jest właśnie poznanie mnie. Ktokolwiek dowie się prawdy o mnie z jakichś powodów mnie unika lub ma inny stosunek do mnie. Jedynie mój przyjaciel się nie zmienia.

Mam ogromna ochotę na seks. Już nie wiem, co mam ze sobą zrobić, ale tak pragnę się kochać, ze aż boli.

Jestem jak zaraza – chce nie być. Nawet nikomu nie jestem w stanie powiedzieć, co czuje. Chyba niewiele osób potrafiłoby to zrozumieć a nikt w moim pobliżu nie zrobi tego z czystej przyjaźni ot tak, żeby mieć temat do plotek.

Będę dobra, a jeżeli jestem dobra, będę lepsza. Ja naprawdę nikogo nie chce krzywdzić i to, ze się tak odcinam od ludzi, wynika z moich zainteresowań, a właściwie z tego, ze wole kobiety od mężczyzn. Nikt nie potrafi tego znieść, już nawet boje się otwierać przed ludźmi – lepiej się izolować. W tym momencie nie mam wyboru a przez to, ze się tak zachowuje mam chyba więcej wrogów niż przyjaciół - ja nie utrzymuje kontaktów. Mam później wyrzuty sumienia.

Chociaż właściwie mam trochę wyrzutów.

Znowu dzisiaj spędziłam parę godzin na Internecie na stronie dla les. Już chyba zaczynam dorastać do mojego prawdziwego coming-out. Zaczynam się przyznawać sama przed sobą, ze jestem tym, kim jestem. I to mi daje wewnętrzny spokój. Już nie walczę ze sobą - poddałam się. Lepiej się z tym czuje. Świadomość, ze są tacy sami ludzie jak ja, daje mi sile i spokój.

Ale nie jestem jeszcze gotowa na coming-out. Chyba nigdy nie będę. To po prostu wyjdzie w praniu. Boje się przyszłych dni, ale zawsze się bałam. Podświadomie zawsze wiedziałam, ze podobają mi się kobiety, skąd więc bierze się taka bariera we mnie?

Zaczynam się izolować od ludzi - może to tylko taki etap. Wynika to częściowo z braku pieniędzy a częściowo z niechęci do udawania przed znajomymi kogoś, kim nie jestem. Wystarczy, ze musze chodzić do pracy.
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Podpisz petycję: Liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w Polsce
smaku Mieć zdrowe, własne dziecko w rodzinie własnej, to szczęście i jedyne marzenie małżeństw, oczywiste, bo dzięki temu mogą żyć, planować przyszłość, mają po co żyć. Życie bez dzieci jest... opinia dodana 2019-11-14 21:34:02
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos Najlepsze opowiadania erotyczne - Warnock Kathleen
Za ile można by odkupić? Bo chyba po 30 zł. jest na rynku, to za drogo trochę, a bardzo spodobała mi...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019