Szczęście według mnie

Jocelynn
Jadą tramwajem. Ona i ona. Blisko, tak blisko, za daleko. Pół metra od siebie. Odgrodzone przestrzenią powietrza, w którym wolno przepływają roztopione myśli. Ona modli się oczami. Błaga, żebrze o każdą sekundę bliskości, o jedno spojrzenie. Skierowane nie w przestrzeń, ale na nią. Dłonie na poręczy. Piękne, duże, zgrabne dłonie, z paznokciami pomalowanymi na perłowo. I malutkie, drobne rączki, ze skórkami zmasakrowanymi na obrzeżach palców. Ona chciałaby wyciągnąć rękę. Niby przypadkiem dotknąć tej drugiej dłoni. Aby dotykiem móc wyrazić to, czego nie umie powiedzieć. Nie robi tego. Boi się. Chłodu odrzucenia. Niechętnego zastygnięcia w geście zdziwienia. Wyrzutu w oczach tamtej. Boi się, że jej dłoń będzie zimniejsza od metalowej poręczy. Jej świat. Runął już tyle razy, że praktycznie powinna się do tego przyzwyczaić. Ale nie. To nie ona, to nie w jej stylu. Ona musi się przekonać po raz kolejny. Z masochistycznym uporem jeszcze raz ujrzy destrukcję swoich marzeń, a potem grzecznie pozbiera ich resztki i zacznie składać swoje życie od początku. I nie będzie miało znaczenia, że z jej rozbitych snów poodpadały drobinki cudu. Zacznie klecić swoje życie na nowo. I w końcu poskłada je, zniekształcone, w innej formie. Znów skazane na rzeczywistość.
- Pamiętaj, żyj tak, żebyś była szczęśliwa - mówił ktoś. "Kto? Zresztą, to nieważne. Wszyscy tak mówili. Tylko, że nikt z nich nie wiedział. Nie wiedział tego, co ja teraz wiem doskonale. Tramwaj, stukot szyn, pustka, pustka, pustka. Nie umiem tego pogodzić. Żyć i być szczęśliwą. Fikcja. Dlaczego to zrobiłaś, kurwa dlaczego"; kolejny cios spadł na jej twarz. Przewróciła się. Głową uderzyła o szafkę z ubraniami. Nad sobą półprzytomnie dostrzegła paprotkę. Światło było mdłe, niepokojące. - Nie bij mnie - poprosiła słabo.
- Wstawaj, kurwa - ojciec chwycił ją pod ręce. Było jej wszystko jedno.
"- Nie chcę umrzeć z rozwaloną twarzą"- pomyślała jeszcze półprzytomnie. Za chwilę siedziała już w samochodzie. Było jej niedobrze. - Mów do niej - usłyszała głos matki. Prowadziła, dłonie drżały jej na kierownicy. Sobota, jak zwykle faza ojca. Nie mógł jechać, bo jeszcze nie wytrzeźwiał z piątku. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby matka nie miała prawa jazdy. Wolno, tak wolno. Ciemność za oknem. Zimno. A może to po prostu dreszcze wywołane spadającym ciśnieniem. Światła miasta. Stają pod pogotowiem.
- Jak się czujesz - słyszy.
- Bardzo dobrze - odpowiada słabo. Dłoń matki zaciśnięta na jej przedramieniu. Wlecze ją do środka.
- Przecież mogę sama iść - w tym momencie o mało nie upada. Siedzi na niebieskim, plastykowym krzesełku. Tak jej dobrze. Obojętność bez podtekstów. Nie podszyta żalem, czy smutkiem. Zawroty głowy. Kładzie się na pozostałych krzesełkach. Nic jej nie obchodzi. Jacyś ludzie na nią patrzą. Na pewno myślą, że wygląda jak ćpunka, że jest ćpunką. Śmieszy ją ta myśl, tak bardzo, że się głupawo uśmiecha. Ojciec pali kolejnego papierosa, jest zdenerwowany, dobija się do gabinetu.
- Dlaczego to zrobiłaś - matka siada koło niej, gładzi ją po włosach.
- Przecież wiesz - nie chce jej się mówić. Czuje żal i złość. Że nikt jej nie powstrzymał, że musiała doprowadzić się do takiego stanu. A jednocześnie jest z siebie tak dumna. Tak cholernie dumna. Że miała dość odwagi, aby wziąć życie w swoje własne ręce. W maleńkie ręce o zmasakrowanych skórkach. Tramwaj szarpie przy ruszaniu. Jeszcze dwa przystanki. W myślach przelicza to na minuty. Minuty razem. Wzrok, który zatrzymuje się na wszystkim. Kolejno na pasażerach w wagonie, na wysokim budynku za oknem, na straganie z owocami, na psie srającym na chodniku. Na wszystkim tylko nie na niej. To boli. Jest śliczna, wie o tym. Potwierdzają to spojrzenia wszystkich spotykanych mężczyzn. A czasem nawet jakaś kobieta zerknie na nią z nutką podziwu, zazdrości, zainteresowania? Twarz uparcie odwrócona w innym kierunku. Cierpi.
- Przecież to wszystko dla ciebie - zdaje się mówić bez słów.
- Dla ciebie te włosy, które układałam przez trzy godziny
- Dla ciebie sukienka, którą każdy chciałby ze mnie zedrzeć
- Nie jadłam przez 4 dni, żeby się w niej dobrze czuć, dla ciebie
- Dla ciebie moje oczy, ukryte za firanką rzęs
- I dla ciebie moja dzisiejsza bladość, zamiast wyzywającej opalenizny
- Dla ciebie drżenie moich rąk, które sprawia, że nie mogę skasować biletu
- Dla ciebie to wszystko, dla ciebie!
- Cholera, zrozum to wreszcie, spójrz na mnie choć raz
- Przez chwilę, przez ułamek sekundy i niech to wystarczy.
- Spójrz na mnie i już nigdy nie zapomnij.
Twarz uparcie odwrócona w innym kierunku. Cierpi. Przystanek końcowy. Blask słońca oślepia. Słońca? A może czegoś innego? Patrzy na jej nogi i krótkie włosy podrygujące przy każdym kroku. Sekundy. Chciałaby je zamienić w minuty. W godziny, w wieczność. Listy przyjętych. Uśmiech. Nie do niej. Blask słońca oślepia. Słońca? Odchodzi. Oddalające się nogi i krótkie włosy poruszane wiatrem. A ona stoi i patrzy. Rezygnacja. Już wie. Zakochała się od ostatniego spojrzenia. Blask słońca oślepia. To nie słońce. Siedzi na krześle. Nogi rozkraczone. Głowę opiera o szafkę z lekami. Chce jej się rzygać, czuje że za moment się przewróci.
- Usiądź porządnie - głos matki. Uśmiecha się pogardliwie. Wewnątrz, bo na rozciągnięcie ust nie ma siły. Nie wstydzisz się, że twoja córka właśnie próbowała się zabić, a wstydzisz tego, że siedzi nie tak, jak dobrze wychowanej panience przystało. Siedzi z rozkraczonymi nogami. Lekarz. Jest młody, ale już wyłysiały. Nosi białe chodaki. Pyta się. Ile i czego wzięła. Nie mówi mu prawdy. Na złość zaniża liczbę tabletek. Jemu to wystarcza. Otwarte drzwi. Małe pomieszczenie, z brudnym zlewem. Pielęgniarka łapie ją za ręce, wykręca je boleśnie na plecach. Ona patrzy się na nią z pogardą.
- Czy mogłabym mnie pani nie zabić - pyta z najbardziej uprzejmą ironią na jaką ją stać.
- Chcesz żyć - pielęgniarka wykręca jej ręce jeszcze mocniej, druga przynosi jakąś rurkę. Chcesz żyć? To pytanie wywołuje w niej stłumiony śmiech. Nie fatyguje się z odpowiedzią. Wystarczy na nią spojrzeć. Siedzi na jakimś koślawym stołku, z wykręconymi do tyłu rękoma, gdy pielęgniarka wpycha jej do gardła pomarańczową rurkę, o ohydnym smaku. Czy tak wygląda ktoś, kto chce żyć? Rurka drażni jej przełyk. Czuje zbliżająca się falę wymiotów. Nie, to jeszcze nie teraz. Pielęgniarka porusza trochę rurką, drażni ścianki żołądka. Czuje, że się dusi, za chwilę runie głową wprost w zasyfiały zlew. Z jej gardła wycieka strużka lepkiego płynu. Śmierdzi. Zawrót głowy, potem jeszcze jeden. Lepkiego płynu przybywa, płynie nieprzerwaną strużką. Czuje się tak, jakby jej tam nie było, jakby patrzyła na wszystko z boku. Cała sytuacja zaczyna ją drażnić. Ma dość. Brudnego zlewu, smrodu, dwóch znęcających się nad nią bab. Chce tylko spać. Próbuje coś powiedzieć, ale rurka skutecznie głuszy słowa. Zaczyna walić pięścią w zlew. Tak, jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i próbowała coś wymusić krzykiem. Tym razem krzyk jest w niej, jest nim cała. Pielęgniarka wpycha jej rurkę jeszcze głębiej. Żadnych słów pociechy, żadnego uspokajającego dotyku. Tak, jakby chciała ją ukarać za to, że tu siedzi. Za to, że zamiast bawić się teraz na imprezie, czy spać, siedzi tutaj i rzyga. Jeszcze moment, ostatnie ruchy rurką i koniec. Pielęgniarka odgina jej głowa do tyłu, obciera brudną twarz. I znów ten sam gabinet. Światło razi w oczy. Zauważa lustro. Chwiejnym krokiem podchodzi i patrzy na swoje odbicie. Opuchnięta twarz, wpadnięte oczy i rozerwany kącik ust.
- Zawsze myślałam, że samobójczynie wyglądają pięknie - myśli. Wchodzi lekarz. Jego łysina połyskuje w świetle jarzeniówki. Każe jej się położyć na kozetce, ściągnąć spodnie. Zaczyna ugniatać jej brzuch, pyta, czy boli. Nie podoba jej się, że mówi do niej na ty. Tak, jakby czuł się od niej lepszy, jakby uważał, że nie zasługuje na jego szacunek tylko dlatego, że przed chwilą o mało nie wyrzygała swojej wątroby. Zastanawia się, czy zwrócić mu uwagę. Rezygnuje, nie ma na to po prostu siły.
- Czy ty nie jesteś przypadkiem w ciąży? - pytanie lekarza wyrywa ją z rozmyślań nad pęknięciami na suficie. Czuje, że narasta w niej śmiech, nie do opanowania, nie do stłumienia. Czuje, że wypełnia każdą komórkę jej obolałego ciała. A jednocześnie obok śmiechu pojawia się pogarda i ogromna złość. Pogarda dla łysego doktorka, że jego horyzonty myślowe nie wykraczają poza schematy. Złość, że to wszystko nie jest takie proste.
- Przypadek dzieworództwa wydarzył się raz w historii, ja nie mam zamiaru powtarzać tego patentu - mówi najbardziej wyzywającym tonem na jaki ją stać. Ścisza głos, mruży oczy.
- Proszę przestać, już i tak mam wystarczająco cycki obmacane - lekarz wygląda tak, że można pęknąć ze śmiechu. Otwiera drzwi, woła rodziców. - Mogą państwo zabrać córkę do domu - mówi zduszonym głosem, nie patrząc na nią. Matka prowadzi ją opustoszałym korytarzem. Trzyma ją mocno pod ramię, tak mocno, że aż boli. Tak, jakby chciała się upewnić, że ona na pewno tu jest, że wciąż istnieje. Co ja tu robię?
- Wiesz za co? - pyta śliczna, krótkowłosa dziewczyna. Ona siedzi na ławce, zmienia buty. Twarz pochylona, wzrok wbity w podłogę. - Co za co? - unosi lekko głowę.
- No, nie odzywam się do ciebie - dziewczyna zaczyna się niecierpliwić
- Ty się w ogóle rzadko do mnie odzywasz - mówi cicho. Brwi dziewczyny zbiegają się na środku czoła. Nerwowo odrzuca włosy do tyłu.
- Jesteś dwulicowa - krótkie urywane słowa.
- Najpierw obłudnie mnie przepraszasz, a potem coś takiego... - dziewczyna coraz bardziej podnosi głos.
- Tak się nie robi, nienawidzę cię - mierzy ją spojrzeniem chłodnych, błękitnych oczu. Najpiękniejszych oczu. Wypada z szatni. Trzaska drzwiami, ale tak nieznacznie, tak tylko troszeczkę, tak jak przystoi dobrze wychowanej panience. Ona nadal siedzi na podłodze. Autobus gwałtownie hamuje. Pozbawiona oparcia wpadam na jakiegoś chłopaka z bródką, wpycham mu łokieć w żołądek.
- Przepraszam - mamroczę ledwo dosłyszalnie. Omiata mnie spojrzeniem, uśmiecha się
- Cała przyjemność po mojej stronie - puszcza do mnie oczko. Teraz, wedle wszystkich obowiązujących prawideł i norm, powinnam ugodzona nagłą strzała Amora, stwierdzić, że oto stoi przede mną ten, na którego czekałam całe życie. Niestety, tak dzieje się tylko w kiepskich romansach. Heteryckich romansach. Dlatego rumienię się tylko po korzonki włosów i odwracam wzrok w stronę okna. Dzień, jak co dzień. Autobus linii nr 175, korek uliczny, posępna bryła Pałacu Kultury pieszczotliwie zwanego "snem pijanego cukiernika". Nie widzę tego. Już dawno przestałam zwracać uwagę na to, co mnie otacza. Odpływam myślami do pewnego majowego dnia dawno, dawno temu. Miałam wtedy może 10 lat. Czytałam bajki, w których byli: ona, on i szczęśliwe zakończenie. Czytałam i wierzyłam, że któregoś dnia zjawi się piękny książę na białym rumaku. Jak to się stało, że moje ręce znalazły się na jej ciele? Jak to możliwe, że pozwoliła mi ściągnąć swoją bluzeczkę z misiem? Dlaczego tak bardzo tego chciałam? Dlaczego pierwszą dziewczyną, której zapragnęłam, była moja własna siostra? A potem już tylko przyśpieszony oddech, nieporadne ruchy, poznawanie ciała drugiej osoby, takiego samego jak moje, a jednak jakże innego, jak cudownego. Nie wiedziałam, co robię. Ona także nie wiedziała. Traktowałyśmy to jak zabawę. Naśladowanie dorosłych. To nie miało znaczenia. Ona już o tym nie pamięta. Jej heteroseksualna natura nie dopuszcza takich wspomnień. A ja? Ja nigdy nie zapomnę. Też mam pewną naturę i ona kolekcjonuje takie obrazy. Także te najwcześniejsze, malowane wstydem i niewiadomą. Autobus zatrzymuje się. Przystanek - uniwersytet. Wysiadam. Mój nowopoznany kolega akademicki uśmiecha się do mnie. W myślach obstawiam, że jest z wydziału prawa. To na szczęście daleko od mojego instytutu. Miałam rację, facet znika w budynku prawa i administracji. Noga za nogą wlokę się na swój wydział. Nie śpieszy mi się. Niby do czego? Do jambów i trochejów na poetyce, czy może do drugiej deklinacji łacińskiej? Za czym miałam tęsknić przez weekend? Za literaturą staropolską, opisami bibliotecznymi, antropologią kultury? Na uniwerek dostaję się już tylko i wyłącznie dzięki sile rozpędu. No i autobusowi linii nr 175. Sala przed ćwiczeniami. Gwar rozmów. Wchodzę, mówię głośno:
- Cześć - Siadam obok Natalii. Ciekawe, jakimi problemami dziś mnie zarzuci? Z tego, co już pamiętam, poniedziałek jest u niej dniem buntu przeciwko rodzicom. Nie mylę się. Zaczyna mi opowiadać, jak to znowu pożarła się z matką, bo ta nie chciała jej puścić na jakiś koncert, czyli w języku Natalii wielkie chlaństwo. Mówi i mówi, otwiera przede mną swoje udręczona serce, a mnie się chcę coraz bardziej śmiać. I krzyczeć. Najchętniej powiedziałabym jej: - Zamknij się egzaltowana gówniaro i dziękuj Bogu, że masz rodziców, którzy są w stanie zapewnić ci dom, bezpieczeństwo, wygodne życie. Dziękuj za to, że jesteś zdrowa, masz przed sobą przyszłość, masz na kogo liczyć. Dziękuj i przestań wymyślać sobie problemy, bo kiedy naprawdę staną na twojej drodze, nie dasz rady. Jednak nic nie mówię. Siedzę i patrzę w okno. - A jak tam Karol - jej pytanie wyrywa mnie z odrętwienia. Nagły skurcz bólu przeszywa mnie na wylot. To potrwa tylko chwilę. Akurat tyle, że zdążę sobie przypomnieć wersję zdarzeń, którą mam dla wszystkich moich uniwersyteckich znajomych.
- Dobrze - odpowiadam z namysłem. - Ostatnio lepiej nam się układa - A co z tym jego szpitalem - Natalia wpatruje się we mnie intensywnie brązowymi oczami.
- Na razie nie mają miejsca na oddziale. Na szczęście wchodzi wykładowca i nie muszę kontynuować tematu. Przerwa między wykładami. Wszyscy, a właściwie wszystkie pędzą na dwór na papierosa. Te które nie palą, albo jeszcze nie palą zbijają się w grupkę i zaczyna się codzienna wymiana zwierzeń. Pozwalam sobie na odrobinę luksusu alienacji. Zamykam oczy i przypominam sobie nasze ostatnie spotkanie. To było tak dawno, ponad miesiąc temu, Było zimno, wiał przejmujący wiatr. Trzymając się za ręce, szłyśmy przez odarty z liści Ogród Saski. Ty byłaś ciepło ubrana, ja jak zwykle tylko w czarnym golfie i moim odwiecznym czarnym płaszczu.
- Okruszku, gdzie masz rękawiczki - zapytałaś, biorąc mnie za ręce.
- Oddałam - uśmiechnęłam się, jak zwykle na Twój widok
- Przyznaj się, że znów zgubiłaś - musiałaś zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mi w oczy
- Może ja ci jednak przyszyję te sznureczki, co? - zażartowałaś, chwytając poły mojego płaszcza
-Kiedy naprawdę oddałam, Kwiatuszku, Uznałam, że bardziej się przydadzą jednej biednej staruszce niż mnie.
- Oj Duszku, tak nie można, nie możesz wszystkiego rozdać - patrzyłaś na mnie z naganą podszytą uśmiechem.
- Przecież teraz tobie będzie zimno w łapki. - Tylko wiesz, rybko, ja mam kogoś, kto mi te biedne łapki ogrzeje, a ta staruszka nie - na samo wspomnienie łzy zakręciły mi się w oczach.
- Ach ty moja piękna duszyczko - westchnęłaś, biorąc mnie za rękę. Nie bardzo nam się to spotkanie udało. Miałaś kiepski nastrój, ja nie potrafiłam Ci go poprawić, rozmowa się nie kleiła. Byłam tak wytęskniona. Odczuwałam wręcz fizyczny ból bez Twojej bliskości. Siedziałyśmy na ławce. Położyłam Ci głowę na ramieniu, a Ty rozcierałaś moje ręce. Czułam Twój zapach, wchłaniałam go w siebie, był mi potrzebny, jak powietrze. Dopiero przy Tobie zaczynałam naprawdę oddychać. Znów przyszło to dziwne uczucie zesztywnienia w całym ciele. Gdy miałam Cię tak blisko, nie chciałam już tylko siedzieć. Próbowałam Cię pocałować. Nie chciałaś, nie miałaś nastroju. To mnie jeszcze bardziej pobudziło. Opór zawsze mnie podniecał. Uwielbiałam tak "na siłę". Chciałam Cię popchnąć na ławkę, przygnieść Cię swoim ciałem i całować do utraty tchu. Nie dla Twojej przyjemności, ale dla mojej własnej. Od czasu do czasu nachodzi mnie taki perwersyjny nastrój. Marzę wtedy o przemocy, o pewnej brutalności, łamaniu oporów drugiego człowieka. Jednak w tamtym momencie, zdołałam się opanować. Mimo tego, że dziko Cię pragnęłam, cmoknęłam Cię tylko delikatnie w usta. Przy pożegnaniu, przytuliłaś się do mnie, tak, jakbyś mi dziękowała za to, że nie przekroczyłam granicy Twojej intymności.
- Trzymaj siebie ciepło - powiedziałaś, jak zawsze.
- Ty też - pocałowałam Cię we włosy.
- Do zobaczenia kiedyś - powiedziałaś i rozeszłyśmy się. Kiedyś. Skąd miałam wiedzieć, że Twoje słowa sprawdzą się szybciej niż przypuszczałam. Powracam do rzeczywistości, na zajęcia z nauki o języku. Magister Kochmann, jak zawsze uśmiechnięta, pełna wigoru uchyla rąbek tajemnicy językoznawstwa. Język to, język tamto, coś tam języka, coś tam z językiem, o języku. Język... Ciepły język Tomka sunął po mojej szyi. Zatrzymał się we wgłębieniu obojczyka. Jego ręce zaczęły wdzierać się pod materiał mojej obcisłej koszulki.
- Masz taki cudowny brzuch - wyszeptał - Idealnie wklęsły.
- Nic nie mów - położyłam mu dłoń na ustach. Język zawędrował teraz w okolice pępka. Chwilę krążył wokół moich żeber. Ręce uwolniły mnie z bluzki, a potem stanika. Byłam jakby w półśnie. Leżałam wyciągnięta na podłodze, wzdychając od czasu do czasu, pozwalając się dotykać. Ciało wyprężone, jak struna, która ma pęknąć, uwrażliwione na najlżejsze muśnięcie. Zamknięte oczy. Pod opuszczonymi powiekami obrazy. Piękne, zgrabne ciało Uli na moim. Jej usta całujące każdy skrawek skóry. Jej dłonie wsuwające się pod materiał moich czarnych stringów. Poczułam ją w środku. Jej język odnajdujący drogę do moich najskrytszych, intymnych miejsc. Miejsc, w których nie był jeszcze nikt - terra incognita. Już dłużej nie mogłam powstrzymywać wewnętrznego drżenia. Usłyszałam swój własny głos powtarzający jedno, ukochane imię. Jeszcze moment, oślepiający błysk pod powiekami i leżę oddychając ciężko, jak po straszliwym wysiłku. Otwieram zapłakane oczy. To, co widzę, wyrywa z mojego wnętrza długo tłumiony szloch. Gdyby ktoś patrzył na to z boku, zobaczyłby dziwny obrazek. Kompletnie ubrany, przystojny facet, tuli do siebie nagą, bezbronną dziewczynkę. Pociesza, głaszcze po włosach, kołysze w ramionach, jak dziecko. To mój przyjaciel. Kochający mnie do tego stopnia, że jest gotowy stać się kim zapragnę, jeśli to ma mnie uszczęśliwić.
- Pani Agnieszko, czy wszystko w porządku - magister Kochmann stoi przede mną. Wszyscy patrzą zdziwieni, zastanawiając się, dlaczego łzy ściekają po mojej twarzy. Koniec zajęć. Cały świat spowity w mrok. Wolno idę Nowym Światem. Nie mam siły ścigać autobusu. Pochylona głowa, wzrok wbity w ziemię. Cała jestem jedną wielka rezygnacją. Przechodnie mnie potrącają, nie patrzą, a nawet jeśli już, to pustym wzrokiem. Zero emocji, uczuć. Taki jest nasz świat. Totalna znieczulica i olewka. Relacje międzyludzkie uproszczone najbardziej, jak się da. Słowo "kocham" zastąpione przez tandetne skróty w rodzaju "I Love You" na walentynkowych kartkach. Zamiast szczerych rozmów po świt - maile. Zamiast szeptów do ucha - sms-y. Mijam sklep jubilera. W środku jakiś elegancki facet, kupuje damski zegarek, na oko horrendalnie drogi. No tak, świąteczna gorączka. Kupił, zapłacił złota kartą. Ciekawa jestem, czy zdecydowałby się oddać własną nerkę, tej, która będzie nosić ten zegarek. Idę dalej. Pod EMPIKIEM stoi jakaś para. Weseli, roześmiani, całują się w najlepsze. Właściwie słowo "całują" nie jest tu odpowiednie.To nie pocałunek, tylko wzajemne wpychanie sobie języków do gardła. Teraz już i tramwaj mi uciekł. Stoję pod zdemolowaną wiatą. Nadjeżdża siódemka. Na szczęście to nie mój. W tym momencie przypomina mi się zeszły tydzień. Gdy byłam gotowa rzucić się pod ten sam tramwaj, który właśnie odjeżdża. Od jakiegoś czasu nie układało nam się. Brak czasu, aby się spotkać, jakieś napięcie pełne niedomówień. Podświadomie czułam, że nie jest dobrze, że oddalamy się od siebie, być może bezpowrotnie. Bałam się, że powiesz mi "żegnaj" Napisałam, że MUSIMY się spotkać, porozmawiać. Zerwałam się po logice, prawie pobiegłam na miejsce spotkania. Nie było Cię. Poczekałam pięć minut, w końcu autobusy czasem się spóźniają. Minęło pół godziny. Panika rozszalała się w moim wnętrzu. Obeszłam park dookoła, skierowałam się na przystanek. Ktoś za mną szedł. Nie widziałam go, ale czułam jego spojrzenie na plecach. Takie męcząca świadomość czyjejś obecności. Właściwie nie wiem, czemu tak długo czekałam. Dlaczego pozwoliłam mu się zbliżyć na odległość ciosu. To chyba strach o Ciebie sprawił, ze zapomniałam o zwykłej obronnej postawie. Poczułam jego rękę na swoim pośladku. Odwróciłam się. Niewiele ode mnie wyższy, szczupły. Dres.
- Hej laleczko, może zrobisz mi laseczkę - prostacki głos.
- Raczej nie - odpowiedziałam pogardliwie
- Dlaczego nie - nachylił się nade mną
- Spierdalaj - jeszcze usiłowałam załatwić to polubownie.
- Niezła jesteś, dogadajmy się - pochylił się bardziej. Już nie czekałam. Moja pięść wylądowała na jego szczęce. Zapiekło w nadgarstku. Nie upadł, cios był zbyt słaby. Poczułam, ból w łuku brwiowym - oddał mi. Uderzyłam jeszcze raz, tym razem z całą siłą. Byłam tak wściekła, że mogłam go zabić. Osunął się na ziemię. Pobiegłam do wyjścia. Przerażenie nie pozwalało mi złapać tchu. Tak się bałam, że Ty mogłaś trafić na takiego drania, że mógł Cię skrzywdzić. Nie pamiętam nawet, co wtedy czułam, Przed oczami miałam krwawą mgłę, a w sercu pustkę i rozpacz. Pobiegłam do domu. Coś tam zełgałam, że zwolnili nas z zajęć. Wysłałam Ci 20 sms- ów. Przez cały wieczór miotałam się, jak zwierzę w klatce. Bezsenna noc i demony w mojej głowie. Ranek, obolałe oczy, ciążąca bezwładnie głowa. Nieustanne spoglądanie na telefon, czy w lewym dolnym rogu nie ukaże się koperta. Nie ukazała się. Kolejna noc, łzy, których nie można powstrzymać. Złorzeczyłam Bogu, wymyślałam mu od sukinsynów. Byłam pewna, że mi Cię zabrał. Byłam pewna, że to kara za to, że ośmieliłyśmy się być szczęśliwe. Błagałam go, żeby to mnie pokarał. Byłam gotowa na największe katusze, bylebyś Ty była cała i zdrowa. Kolejna noc, podczas której sen mnie opuścił. Nie wiem, jak przeżyłam dzień. Zawieszona w próżni, pomiędzy rozpaczą, a złudną nadzieją. Błędny wzrok, drżenie rąk i ten ból. Wdzierający mi się do mózgu. Zatruwający każdą komórkę mojego ciała. Obłęd czyhał, przyczajony w kącie, jak zły pies. Wieczorem postanowiłam, że do Ciebie pojadę. Może na miejscu dowiem się, czegoś konkretnego. Nigdy w tych cholernych Markach nie byłam inaczej niż samochodem. W internecie znalazłam odpowiednie połączenie. Tramwaj numer siedem i autobus nr 817. Tej nocy byłam już spokojniejsza. Podjęta decyzja dawała mi siłę. Wstałam, gdy jeszcze było ciemno. O piątej rano byłam już w autobusie. Kilka godzin siedziałam pod Twoim domem. Było diabelnie zimno, ale nie zważałam na to. Strach mnie dławił, nie pozwalał oddychać, myśleć, żyć. Z wierzchu wszystko wyglądało normalnie. Nie wydawało się, że przez Twój dom przetoczyła się jakaś tragedia. Wcześniej byłam w kościele. Sprawdzałam klepsydry na tablicy ogłoszeń. Twojej tam nie było. Wiedziałam, że to nic nie znaczy, jednak uspokoiłam się trochę. W Twoim domu nikogo nie było. Dzwoniłam, pukałam, dobijałam się - bez odzewu. Napisałam kartkę, wetknęłam w drzwi. Co więcej mogłam zrobić? Chyba tylko wierzyć w cud. Miałam ze sobą walkmana, spokojny, monotonny głos Shakiry koił moje nerwy "You're the one I need The way back home is always long But if you're close to me holding on". Dziwne, ta piosenka jest taka smutna, a jednak nie mogłam się powstrzymać. Słuchałam jej wciąż i wciąż od nowa. Chyba jestem masochistką. Słuchając, czułam się tak, jak wtedy, gdy będąc dzieckiem, wbijałam sobie igły w dłoń. Pragnienie bólu, pragnienie potwierdzenia własnej egzystencji. Tak samo, jak wtedy, gdy przeciągałam nożem po nadgarstku, piłując wytrwale, dopóki ręka nie była cała we krwi. Ból fizyczny pobudza, pozwala zebrać myśli. Chociaż na chwilę uwalnia odrętwiały umysł. You're the one I need The way back home is always long But if you're close to me I'm holding on You're the one I need My real live has just begun Cause there's nothing like your smile Made of sun In the world full of strangers You're the one I know" Wciąż i wciąż w mojej głowie. Uczelnia. O dziwo zdążyłam przed rozpoczęciem zajęć. Ból, ból, ból i całkowita obojętność na otaczający świat.
Ktoś coś do mnie mówi, nie słucham, odwracam się, uciekam. Chcę się zaszyć gdzieś w kącie i płakać, pogrążyć się we własnej rozpaczy i wyć z żalu. Zamiast tego idę na filozofię, studencki dryg jednak działa. Leżę na ławce, głowa ukryta w ramionach. Nie obchodzi mnie, że kobieta mierzy mnie wzrokiem bazyliszka. Nic mnie już nie obchodzi. Postanowiłam, że jutro o tej porze nie będę już żyć. Jestem poza wszystkim, poza sobą. Plecak wibruje. Czarne płaty latają przed oczami. Nie zważam na to, że zajęcia trwają, wyszarpuję telefon. Nowa wiadomość odebrana - nie mogę trafić w odpowiedni klawisz.
- O Boże dzięki Ci - wyrywa mi się głośno. Zaczynam płakać, zanosić się od płaczu. Muszę wyjść z sali. Po jakimś czasie na korytarzu znajduje mnie Natalia. Żyjesz, żyjesz, ta jedna myśl kołacze się po mojej udręczonej głowie. Gdy tylko się uspokajam, wysyłam Ci wiadomość. Zero wyrzutów, czy pytań, zero pretensji. Tylko to, że Cię kocham i nie mogę bez Ciebie żyć. Po zajęciach dogania mnie moja koleżanka z grupy, bardzo miła i nieskomplikowana dziewczyna.
- Aga, czemu ty go nie rzucisz - pyta wprost.
- Czy on naprawdę jest tego wart? Znów narasta we mnie to pragnienie, by wykrzyczeć tę prawdę, którą w sobie noszę, aby zmusić cały świat do słuchania. Zamiast tego mówię tylko:
- Gdy się kogoś kocha naprawdę, nie można tak po prostu odejść
- Lepiej by ci było bez niego
- Lepiej? Nie wiem, na pewno łatwiej. Ale czy łatwiej, oznacza więcej szczęścia?

- Agusiu, grzeszysz - babcia pokiwała nade mną swoją siwą głową - To trzeba nie mieć wstydu, żeby takie rzeczy mówić - Uśmiechnęłam się swoim najbardziej cynicznym uśmiechem
- A skąd pewność, babciu, że ja ten wstyd mam. Ból w jej niebieskich oczach, tak podobnych do moich własnych
- Aguleńku, dlaczego tak dręczysz mamunię, ona cię tak kocha, przecież...
- Ja ją też kocham - wpadam w słowo.
- To dlaczego tak mówisz, dlaczego jesteś wiecznie niezadowolona, nie potrafisz się z niczego cieszyć. Czy ty wiesz skarbie, ilu ludzi chciałoby mieć takie życie jak ty?
- O nie wątpię - znów ten cyniczny, wyćwiczony uśmiech. W sumie to racja, mam cudowne życie. Mieszkam w pięknym domu, mam świetnie zarabiającą matkę, ojca, który w każde wakacje zabiera mnie do swojego londyńskiego mieszkania. Jestem wysoka, szczupła, ładna, piękne włosy, idealnie równe zęby. Jestem lesbijką. Całe moje życie to gra pozorów i podwójne dno, każdego elementu. Dobrze zarabiająca matka - brak czasu dla mnie. Zagraniczny ojciec - poza moimi urodzinami i Bożym Narodzeniem kompletny brak zainteresowania. Uroda - ciągłe odpowiedzi na bezsensowne pytania, dlaczego jeszcze nie mam chłopaka, przecież jestem taką śliczną dziewczynką. Jednym słowem, nic tylko mną być. Dziecko szczęścia, to ja, taka jestem w oczach innych. Wymarzona, długo oczekiwana, przez całe życie traktowana, jak skarb. Rodzice napisali dla mnie role. Najpierw miałam być słodkim dzieckiem, uroczą blondyneczką z burzą loków. Potem dzielnym przedszkolakiem, który na tle innych dzieci wyróżnia się swoją nieprzeciętna inteligencją. Potem musiałam się sprawdzić jako uczennica, przynosząca do domu same piątki. Jeszcze później licealistka, jednostka wśród szarej masy. No i oczywiście sportsmenka, tatuś nie przeżyłby, gdybym nie uprawiała sportu. Zgodnie ze scenariuszem zostałam kapitanem drużyny siatkarskiej. Jednak któregoś dnia, scenarzysta poszedł w Polskę, nie pozostawiając mi żadnych wskazówek, jak mam dalej grać. No i zaczęło się. Pierwsza miłość do koleżanki z klasy. Na dwa dni przed maturą przedawkowanie proszków nasennych, zapaść. Dwója z ustnej historii. Długie godziny spędzone u psychoanalityka. Brak chęci do życia, do czegokolwiek. Egzaminy na studia, porażka już na samym wstępie. Zamiast dziennikarstwa, polonistyka. Wstyd dla całej rodziny. Komentarze w rodzaju: -przecież byłaś takim mądrym dzieckiem - Słusznie, byłam. Ale teraz nie jestem już ani dzieckiem, ani tym bardziej mądrym. Mam do rodziców trochę żalu, że przez swoją miłość wypaczyli mnie, w rezultacie stwarzając istotę niezdolną do życia w normalnym świecie. Sensem ludzkiej egzystencji jest wyszukiwanie sobie pragnień i konsekwentne dążenie do ich realizacji. Tymczasem mnie się nawet nie chce czegoś chcieć. Nie umiem, przez 20 lat nie nauczyłam się, jak to jest czegoś pragnąć. Nie musiałam posiąść tej umiejętności, bo zawsze dostawałam to, czego chciałam. Zanim jeszcze zdążyłam pomyśleć, że czegoś chcę, to coś już było moje. Dopiero niedawno, poczułam, jak to jest pragnąć, jak to jest marzyć - poznałam Ciebie. Twój i mój świat, jak niebo i ziemia, jak woda i ogień, zero podobieństwa, zero punktów zaczepienia. A jednak zdecydowałyśmy się stworzyć jeden, nowy, wspólny, przyjazny nam obu. I ja tak cholernie chcę, żeby nam się udało. Przypomina mi się tekst pewnej usłyszanej kiedyś piosenki: Here I come to bring you little loving honey To take away your pain inside It's everything that matters to me It's everything I want from life. Uczę się żyć na nowo. Uczę się obcowania z drugim człowiekiem, troski o niego. Codziennie wychodzę światu naprzeciw, walczę z nim, wydzieram mu swoje prawo do szczęścia. Nienawiść zastępuję miłością. Strach nadzieją, że dla nas także przyjdą lepsze dni. Zima znika, gdy myślę o naszej wspólnej wiośnie. Ty i ja w naszej własnej rzeczywistości. Bez Twojej choroby, moich studiów, Twoich problemów finansowych, moich fobii, lęków, kompleksów, bez poczucia winy wobec rodziców i naszych bliskich. Pamiętaj, żyj tak, abyś była szczęśliwa - mówił ktoś.
Kto? Zresztą to nieważne, wszyscy tak mówili. I zamierzam posłuchać tej rady. Będę z Tobą, bo tylko to oznacza dla mnie szczęście.

2. 12. 02
Data publikacji w portalu: 2003-07-29
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Łódź. Przyjazna psycholożka
smaku Dzień dobry, chciałabym zapytać, jeśli można: jaka jest moja orientacja, jeśli jestem lesbijką i czy byłoby to oszukiwanie kobiet, gdyby mnie zobaczyły i stwierdziły, że jestem facetem?... opinia dodana 2019-05-27 21:18:35
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Goblin Market - Rossetti Christina
A mnie się to tłumaczenie podoba. Jestem anglistką, literaturoznawczynią, i mogę zapewnić, że fragmenty...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019