ODDYCHAM

Ramika
Minęło trochę czasu. Sprawa okrzepła, razem z niektórymi uczuciami. Nie do wiary, że to już. Kiedy wracam myślą do tamtego czasu, tylko jedna, jedyna rzecz tak naprawdę mnie zadziwia. Siła, którą kieruje się człowiek w podbramkowej sytuacji. Siła znajdowana nagle, w najpotrzebniejszych momentach. Ta siła, którą się czerpie nie wiadomo skąd, z perspektywy czasu widzę, że było to czerpanie a conto dni, które miały dopiero nadejść. Z wiary o wielkości ziarnka piasku, z mikroskopijnej dobrej myśli, która przychodzi późną nocą, kiedy miniony tydzień wali się na głowę. Spod tych gruzów wychyla się rąbek wiary, że wreszcie przyjdzie spokój. Jeszcze chwila, a życie postawione na głowie wróci do normy. Spokój w sercu i poukładane w głowie. Dobra myśl rodzi następną, w ciemnościach powstają kolejne marzenia, bluszczem oplatają gruzy, robią w nich szczelinę, żeby można było wyjść. Jeszcze nie, na razie tylko przytknąć usta i zaczerpnąć świeżego powietrza. Jeden oddech, głęboki, żeby starczył na długie dni wegetacji wśród duszącego pyłu oblepiającego drogi oddechowe.
Zbawczy wdech przywraca świadomość. Pojawia się żal o to, co niepotrzebne, czego można było uniknąć, bezsensowny upór i ślepy bieg ku wolności. Wyniszczający maraton, który do niczego nie prowadzi, bo biegnąc można dotrzeć za głęboko, nie zdążyć się zatrzymać. Drugi wdech budzi siłą uśpione sumienie. Ciągnąc za sobą innych, niemożliwym staje się powrót. Człowiek zawsze czuje się silniejszy, mając sojusznika. Jakaś przyrodnia bratnia dusza, która tylko potakuje, żeby się nie narazić. Takich było więcej. Mniej, bo jedna (w porywach dwie) są naprawdę. Siedząc pod gruzami można usłyszeć ich głosy, jak przeszukują ruiny. Chcą podać rękę, ale siłą własnych ramion porusza się kilka głazów, żeby zakryły dokładniej. Żeby można było słuchać dalej z pewnym zadowoleniem, że udało się uratować tamte dwie od siedzenia tu obok, pod cholernym gruzem. Pociągnęło się dwa nieświadome istnienia za sobą, ale nie za daleko, w odpowiednim momencie puszczając ich ręce. Ważne, że sumienie spokojne. Mogły być tu, zabierać część cennego tlenu, a przecież tylko się boją nie wiedząc, co mogą znaleźć i co może przynieść ich bezwarunkowa chęć pomocy.
Ten oddech uderzył do głowy, pozwala patrzeć z perspektywy widza. Widać, że pozytywne myśli były pozytywne, że duszący pył jest wszechobecny tak samo, jak brak czyjejkolwiek obecności. Nie ma do kogo ust otworzyć. Zresztą po co, nawet nie ma szklanki wody, żeby je zwilżyć, zapominając o dusznej, klaustrofobicznej przestrzeni wokół. Tak, woda liczy się bardziej, niż ktoś obok. Spojrzenie na bluszcz wywołuje refleksję. Gdzieś musi być wilgoć. O dziwo, ma swoje źródło u sklepienia spiętrzonych głazów. Łzawe.
Palce w ciemności wyszukują wyrwę, za nimi podążają usta. Trzeci, ostatni wdech. Tylko tyle można wytrzymać, później pojawia się niebezpieczeństwo zachłyśnięcia się normalnością, przyzwyczajenia do łatwego oddychania. Inaczej przyjemnie duszna, groźna przestrzeń stałaby się nie do zniesienia. Nie ma tęsknoty za nieznanym. Dawka krystalicznego powietrza wywołuje euforię, że można. Delikatną panikę, bo co dalej. Wreszcie furię. Gdyby tak nigdy nie oddychać naprawdę. Pozostać tam, w dole z gardłem oblepionym pyłem, oczami już niezdolnymi do niczego. Po co ciągle rozdrapywać, wynajdować szczeliny z nikłą nadzieją na wolność, ranić palce w nieustającym poszukiwaniu tylko po to, żeby kolejny raz dowiedzieć się, że droga wyjścia nie istnieje. Kiedyś, dawno temu była, ale ktoś przebiegł, bezmyślnie rozłożonymi ramionami szarpiąc i strącając kamienie. Spiętrzone, są niemożliwe do usunięcia. Ale kto by myślał o tym wtedy.
Nieprzytomne zadowolenie, chora satysfakcja z tej furii. Jednak jest się zdolnym do odczuwania emocji. Tylko po co, emocje potrzebują świadków. Tych dwóch na górze się nie nadaje, są za daleko.

Biegłam, chwytając kogo się dało. W nocy wszystko i tak spadło na mnie, odechciało mi się chwytać, utknęłam pod gruzami dawnej wolności. Nauczyłam się okopywać tym, co zwalało się na głowę. Przywykłam do duszności, strach chyba zarósł bluszczem. Pył pokrył wszystko, co się dało i wreszcie przywykłam. Okazało się, że dobre myśli są tylko lepkim wytworem organizmu wycieńczonego bezsennością, mającym zamknąć niewidzące oczy, ułożyć do snu. W żadnym wypadku nie dawać nadziei na przyszłość.
Data publikacji w portalu: 2008-11-15
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019