NORMALNOŚĆ

Ola
No, muszę się wygadać, bo pęknę. Ze złości i może z obrzydzenia.
Zawsze należałam do jakiejś mniejszości. Religijnej, etnicznej, "klasowej".

"Hare Kriszna Hare Kriszna Kriszna Kriszna Hare Hare..." Takie wspomnienie sprzed lat chodzi za mną od paru dni. Koleś siedział za mną w autobusie i mantrował zapamiętale, z oddaniem. Żal mu było tych dwudziestu minut w drodze do pracy.
- Niektórzy, pani, to wszystko zrobią, żeby się odróżnić - mruknęła siedząca obok mnie bacia zdegustowana tym obnoszeniem się z innością. Miałam akurat tyle odwagi, żeby ją zmrozić wzrokiem.

Potem dużo o tym myślałam. Ten mantrowicz w autobusie faktycznie zwracał na siebie uwagę; czy byłam naiwna, zakładając, że nie obchodzi go, co myślą inni? Że robił po prostu swoje, z miłości, z potrzeby serca? Może to ona miała rację, bo przecież jest coś atrakcyjnego w przynależeniu do mniejszości? Przynależność do większości to taka rozmyta, szara przynależność, bez smaku - w każdym razie do chwili, gdy tę większość zaczaruje, natchnie, uskrzydli charyzmatyczny przywódca, nada jej osobowość, stworzy miliongłowego potwora. Ale kiedy takiego hitlera nie ma - kiedy jest normalnie, spokojnie - normalność nie dowartościowuje, a nienormalność, odróżnienie, tak. Może czuł się inny, więc lepszy. Odmienność jako elitarność.

Tak trochę się poczułam, kiedy odkryłam niedawno, że znowu kocham - ale tym razem kobietę. Jakbym odkryła w sobie wielki talent, cenny i rzadki. Wiem, wiem, nie jest taki rzadki... Rzecz w tym, że uderzyło mi to do głowy. Byłam z siebie dumna, czułam się wybrana, wyróżniona przez los. Dalej się tak czuję; przywilej zakochania i taki wtórny _afterglow_ zachwytu nad nią. Nie jest moja; może nigdy nie będzie; ale słodko mi z tą nadzieją, której ona nie przestaje mi robić, niepewnością, chwilami bliskości, chemią, od której świat wiruje... Jest doooobrze.

I dalej się czuję, jakbym stała na progu ukrytego a cudownego ogrodu, który mnie, właśnie mnie, dane było odkryć; nie jako jedynej, ale jako jednej z - jednak - stosunkowo nielicznych. To jest dalej przywilej i wielka radość; homoseksualizm jako wyższy stopień wtajemniczenia, odmienność jako elitarność.

Ale coś ze mnie opadło. Opada w każdym razie. Zaczyna do mnie docierać, że ta mniejszość, do której z takim entuzjazmem dołączam, nie ma lekko. A to, to nie jest oczywiste? No nie jest. Dla mnie nie było.
Pochodzę z tolerancyjnej rodziny. Nie powiem, mój dom rodzinny nie był wolny od homofobii; ale była to jednak homofobia blada i rozgotowana, bezmyślne kawały o pedałach jednym tchem z bezmyślnymi kawałami o Żydach, czarnuchach i Ruskich. W pierwszych dniach zakochaniowego haju dzwoniłam zgodnie z umową do mamy:
- A ty co masz taki roześmiany głos? - zapytała.
- A tak jakoś.
- No powiedz, własnej matce nie powiesz? - Roześmiałam się tylko.
- I tak się dowiem.
- No dobrze mi.
- Tak? Bardzo?
- Doooobrze.
- Zakochałaś się. - Jak oskarżenie.
To ja wydałam jakiś bliżej nieokreślony niezobowiązujący dźwięk.
- Ola! - rzuciła moja mama ostro. - Zachowuj się! I ja mam nadzieję, że to nie jest kobieta!
Moja mama niejedno o mnie wie. Ton jej głosu był ostry, ale nie tak na poważnie; drażniła się ze mną; co chciała usłyszeć? No przecież nie będę kłamać, pomyślałam; ani nie przyznam się tak łatwo...
- A musisz to pytać, mamo? Tak to ja ci i tak powiem, że kobieta, a ty sobie myśl, co chcesz...
- Czekaj czekaj, przyjedziesz, to cię przycisnę.
- A przyciskaj; postaram się nie pękać...

Zmieniłyśmy temat i pięć minut później rozłączyłyśmy się w przyjaznych układach.
Po tak obiecującym wstępie pękłam oczywiście dość łatwo. Mama westchnęła ciężko.
- A co, brzydzi cię to? - spytałam zaczepnie. Wyważanie otwartych drzwi, jak się okazało.
- Nie, córuś... Szkoda, że nie jesteś taka jak ja... Ale życzę ci szczęścia... Z całego serca...

Może Kasia we mnie uwierzy. Nie dziś i nie jutro, ale żyję tą nadzieją, że kiedyś uwierzy. Wiem, że kiedy to się stanie, moja mama zaprosi nas na obiad, jakby to było coś oczywistego. A jeśli zostaniemy u niej na noc (bo to w końcu kilka godzin pociągiem), to bez zahamowań położy nas spać do jednego łóżka.

Mam cudowną mamę.

Tacie też powiedziałam i też było dobrze - a trochę się bałam. Przyjaciółce. Zaufanemu promotorowi sprzed lat. Dwóm koleżankom z Federacji Pogańskiej. Koleżance z pracy Ani - same dobre reakcje. Szefowej, osobie postępowej i bardzo przysatępnej, której reakcja i tak zwaliła mnie z nóg - otóż okazało się, że jeśli chodzi o lesbijki, to jej wysokość pani dyrektor cierpi na pozytywny stereotyp i wprawdzie nie ocenia po tym, ale domyślnie podejrzewa taką o bycie lepszą pracowniczką... No cóż. Sława jej i chwała. Nie załapię się zresztą pewnie nigdy na dobroczynne działanie tego stereotypu, bo łatwo mi udowodnić, że "prawdziwą lesbą" nie jestem - moje do przedwczoraj jednak przeważnie heteroseksualne życie nie było kłamstwem. Było szare w porównaniu z tym, co czuję teraz; ale było prawdziwe. Problem jest zupełnie przeciwny: to homoseksualność muszę udowodnić, stałość w niej. Pokazać Kasi, że nie jest dla mnie przygodą, urozmaiceniem. Że nie będę tęsknić za "normalnością". Że potrafię być szczęśliwa bez mężczyzny. Że mi "nie przejdzie" - że wiem, co robię, i wiem, czego chcę.

Czytelniczko (czytelniku). Może ci się przy tym ostatnim akapicie włos zjeżył na głowie? Jak można się tak ujawniać, namiętnie i na prawo i lewo? No czy ja nie mam instynktu samozachowawczego?

Pieprzyć instynkt samozachowawczy, myślałam; nie boję się. Im więcej ludzi wie, tym mniej się boję. Już właściwie nie ma komu powiedzieć; nie ma komu na mnie naskarżyć. I tak powinno być. Szafa? Spalić szafę!
Marek, też kolega z pracy, pomagał mi przy przeprowadzce. Potem raz - drugi odwiedził, znów przy czymś pomógł, pożyczył mi płytę, ode mnie książkę. Jestem _prawie pewna_, że nic ode mnie nie chciał. Widział mnie z Kasią, żartował z nią, słuchał, jak się śmiejemy. Musiał zauważyć, jak na nią patrzę. I może zauważył - albo, jeśli to moje pobożne życzenia tylko - tylko sobie wyobraził - jak ona patrzy na mnie.

Lubiłam go i miałam o nim dobre zdanie, ale coś mnie chyba tknęło, że Ani mogę coś takiego w przelocie bąknąć, niekoniecznie zaraz otwartym tekstem, ale mogę, ale jemu lepiej nie. Parę razy pytał, co słychać u Kasi. "Pisze" - mówiłam. "piętnastego ma termin oddania rozdziału". Może trzeba było powiedzieć, że nie wiem, że się z nią ostatnio nie widziałam.
Po Walentynkach pytał, czy u niej byłam ostatnio.
- No byłam. A co?
- No nic... Bo tak się zastanawiałem, czy był tam u niej jakiś Walentynek?
Faacet, pomyślałam, pod zły adres. Ale może niesprawiedliwie; może powodowała nim ciekawość, a może podejrzewał coś, czego nie lubił, i chciał to sprawdzić. Odparłam, że z tego, co wiem, to nie. Znowu za otwarcie.

Od miesiąca przychodziłam do pracy na haju, z mętnym wzrokiem i głupim uśmiechem, niewyspana (bo z radości nie mogę spać). Ustawiłam Kasi w telefonie jako dzwonek "Nie dokazuj" Grechuty. Trochę pewnie świeciłam, odbitym blaskiem. Po raz pierwszy od lat spotykałam się z jakimiś drobnymi awansami, ze strony kolegów w robocie, w moim prawie-nie-istniejącym życiu towarzyskim. Nawet ze strony jednej koleżanki - coś takiego. Krótko mówiąc, było po mnie widać. Markowi wystarczyły trzy pytania.
Nic nie ukrywałam. Odpowiadałam szczerze, ale w miarę ostrożnie i _naprawdę_ mam nadzieję, że w razie potrzeby obronię taką wersję, że z uporem godnym lepszej sprawy podrywam niewinną heteryczkę, dla której to są tylko wygłupy i przyjaźń. Lllllolllll.

Ale nawet tego, co powiedziałam - że tak, zakochałam się, tak, w niej, a co, nie wolno? Nawet tego nie należało mówić. Tydzień później wysyłałam mu mejlem sprawozdanie, fakt, zrobione na ostatni moment, ale ani lepiej, ani gorzej niż zwykle - Marek nie jest na szczęście moim przełożonym, ale stanowisko ma wyższe i ten projekt koordynował on - i usłyszałam w słuchawce coś takiego:
- Nie napracowałaś się, zmień to śmo i sro, popraw tak i po przekątnej, masz trzy godziny.
- Marek. Robię co innego. - Co akurat było prawdą; też do pracy i na następny dzień na rano.
- A mogę sobie wyobrazić. Do roboty, ale już.
- Nie. Jest dwunasta w nocy, nie jestem w pracy, swoje zrobiłam i zrobiłam dobrze. Normalnie w każdym razie. Co cię napadło.
- Ty mi nie podskakuj. Bo jak będę chciał, mogę ci nieźle zaszkodzić.

Nie wiem, na jak długo mnie zamurowało i czy po drugiej stronie dało się usłyszeć jakąś przerwę w rozmowie. Której nota bene słuchały u niego dwie koleżanki z zespołu. Może nie. Zdążyłam się przestraszyć, a może rozzłościć, nie wiem, które; zreflektować się, że pudło, bo nic albo prawie nic mi nie grozi, nie ma komu naskarżyć; zreflektować się drugi raz, że nie chodzi tylko o mnie. To pojednawczym tonem, tak na wszelki wypadek, bo o takiej porze łatwo o nerwy i nieporozumienia:
- A ty słyszałeś, jak to zabrzmiało?
- Pewnie. Tak brzmiało, jak miało zabrzmieć.
- Tak?
- Tak.
Zrobiłam w trzy godziny i chyba wyszło lepiej, bo tym razem zespół przyjął.
No, ale jednak zrobił mi krzywdę; straciłam... W sumie nie wiem. Przyjaciela nie, przyjaciół, których miałam w życiu, można policzyć na palcach jednej ręki i on do nich nie należał. Ale szacunek i sympatię dla niego.

Bardzo jestem ciekawa, co będzie dalej. Czy się opamięta. Czy będzie próbował szantażu albo innych zagrywek. Czy się na tym przejedzie. Czy wpadnie na to, a może dobrze wie, który punkt mojego świata jest słaby. Czy zrobiłam największy błąd w życiu - zakładając, że skoro jest miły, inteligentny i wykształcony, to normalny też musi być. Co nim powoduje.
W tej ostatniej kwestii mam cztery teorie: raz, że solidarność (męska albo ogólnoludzka) z moim byłym, w połączeniu z takim fałszywym przekonaniem, że zostawiłam go dla kogoś innego i _w dodatku_ dla dziewczyny (bo to widać gorzej). To jeszcze mogę zrozumieć, choć wolałabym go wyprowadzić z błędu i mieć spokój, bo do wyciągania takich wniosków nie ma podstaw. Dwa, że taki nieszczęśliwy zbieg okoliczności, że czegoś ode mnie chciał. Bardzo wątpliwe, ale niemożliwe nie. Trzy, że taki równie nieortunny zbieg okoliczności, że chciał czegoś od Kasi. Bogini, zlituj się nad nami. Cztery, że uraz albo homofobia w czystej postaci. Jak wyżej.

"On jest widać jakiś nienormalny" - to jedyne podsumowanie, jakie mi przychodzi do głowy. Wstyd mi za niego i dużo trudniej niż zwykle przychodzi mi współczucie. I ogromnie wstyd za siebie, że byłam nieostrożna, że tak pękałam ze szczęścia, że aż je naraziłam. Rozpuściła mnie ta normalność wokół mnie, nawet nie tolerancja, a akceptacja po prostu, życzliwe wzruszenie ramion. Kilka osób życzyło mi wręcz powodzenia. a tu taki zimny prysznic.
Został mi po tej niedokonfrontacji niesmak, Wrażenie, że zachowałam się nieetycznie, ustępując mu. I - z zupełnie innych względów - bardziej nieetycznie, paplając, co ślina na język przyniesie. Złość. I - jednak - strach. Wstyd za ten strach. Świadomość pułapki. Potrzeba zaangażowania się, może w KPH albo gdzieś, i żal, że jeszcze długo nie znajdę na to czasu.
Wizja barbarzyńcy w ogrodzie. Z toporem.
Miłość bez poczucia przynależności do elity, sama dla siebie. Tyle dobrego.
Data publikacji w portalu: 2009-05-28
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
RysioPyyysio Mimo skali kampanii karnej żaden z Czeczenów nie zwrócił się do rosyjskich organów ścigania z oskarżeniem.😜 opinia dodana 2019-02-19 13:19:56
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019