ZMIANY

krzyżowka
Jest sobota popołudniu. Anna znowu dokonała kilku wyborów, w taki sposób, żeby sączyć samotnie wino i słuchać płyt. Nie jest jej smutno. Taką potrzebę zanurzenia się we własnej samotności odczuwała od dzieciństwa. Już wtedy wydawało się to jej samej dziwne, że lubi sobie czasem po prostu pomyśleć. O czym? W zasadzie tematy nadchodziły znienacka, ale faktem jest, że często powracały uniwersalne pytania o sens życia, wartość przyjaźni, bo jeśli chodzi o miłość, to wydawało jej się, że ta prawdziwa istnieje wyłącznie w powieściach. Wydaje się to niemalże kuriozalne: młoda (przynajmniej względnie), bardzo atrakcyjna, doskonale wykształcona, poszukująca swego miejsca w świecie, a może w czyimś życiu… Nie. Nie w czyimś życiu, to przecież się nigdy nie sprawdza. Zbadała już swoją wytrzymałość na relacje z innymi ludźmi dobrych kilka razy. Zawsze było tak, że albo ona nie chciała komuś dać tego, czego od niej żądał, albo, co ostatnio miało miejsce częściej ci, których wybrała, tracili swoją pierwotną atrakcyjność w jej ocenie. I tej właśnie soboty znowu nadszedł czas na takie rozważania. Rozważania, które w istocie od dawna nie wnosiły nic nowego. Zrozumiała swój schemat działania. Była myśliwym. Uwielbiała ten dreszczyk emocji, gdy wynik nie był przesadzony, a wybranek czy wybranka opierali się mimowolnie. Tak, ostatnio częściej interesowała się kobietami. Ale nie ustaliła jeszcze, czy ten trend ma charakter okresowy, czy to potwierdzenie jej natury. Niekiedy skłaniała się do wniosku, że może podobają jej się kobiety, bo z reguły są takie niekonsekwentne, nielogiczne i zmienne. Bo co do kwestii estetyki to jakoś nie miała nigdy wątpliwości, że piękno kobiecego ciała stoi wyżej niż męskie wdzięki. Chociaż początkowo to intelekt ją pociągał, kilka późniejszych relacji opierało się na jakiejś cielesnej fascynacji. Relacje, to słowo zimne, którego wartość doceniła po którymś zakończonym fiaskiem podejściu do stworzenia czegoś trwałego z drugim człowiekiem. Bo, związek na przykład, w jej odczuciu, niósł zbyt wysokie ryzyko uzależnienia, a w konsekwencji bezradność, której mogłaby nie udźwignąć, gdyby została porzucona. Tak, wszystkie swoje związki poza pierwszym szczenięcym, to ona kończyła. I musiała sama przed sobą przyznać, że nie robi tego dobrze. To znaczy, pozwalała za mocno się angażować tej drugiej stronie. Jednak z drugiej strony, brak tego zaangażowanie wydawał jej się beznadziejny, i takich relacji unikała jak ognia. W zasadzie nie miewała weekendowych czy wieczorowych przygód. Niby to szukała tej długodystansowej więzi, ale potem, gdy miała już to w garści, wycofywała się, osłaniając się głupimi argumentami w stylu nieumiejętności wyzbycia się egoizmu, potrzeby pełnej niezależności i tego typu tekstami dla debili. Taka była. Kwitła, gdy polowała. Ćwiczyła zajadle, żeby nie zawieść w pościelowych sytuacjach i żeby sprawić, że ci, którym dane było z nią spędzić upojne noce nigdy tego nie zapomnieli. Była perfekcjonistką. Nigdy nie stawiała swojej rozkoszy ponad rozkosz partnera czy partnerki. Z kobietami było to z resztą łatwiejsze, bo z reguły mimo tego, że atrakcyjne i inteligentne, miały w przeciwieństwie do niej niską świadomość swego ciała. Nie raz usłyszała, że czegoś takiego nie doświadczyły w całym życiu. Łechtało to jej ego, mimo, że skromnie zbywała te komplementy i uznawała, że było to obustronne. Uwielbiała wprost udowadniać swoim partnerkom, że mogą się kochać jak maratończycy. Widok umęczonego, ale szczęśliwego kobiecego ciała szalenie ją wzruszał. Pognieciona i poplamiona pościel nosząca tajemnice wielogodzinnych igraszek była niczym fetysz. Oczywiście do czasu. Bo jak wiadomo nawet najlepszy seks pozostanie tylko seksem. Wiedziała, że jej libido i ogólna sprawność do wykonywania tych wszystkich ewolucji w łóżku kiedyś osłabnie i będzie, co najwyżej mogła pooglądać sobie jakieś nędzne dvd. To ja przerażało. Nigdy się nie masturbowała, działała trochę jak kondensator, mogła nie mieć nikogo przez miesiące i to jej nie ciążyło; ale potem wyładowywała nagromadzona energię po wielokroć.
A one? Kim one były? Jak je zapoznawała? Nie było reguły, ale od czasów Internetu wyłowienie ich nie sprawiało jej większych trudności. Wszystkie były w jakiś sposób interesujące. Czymś ja fascynowały. Były różne: artystki, zagubione piękności, przedsiębiorcze i władcze panie dyrektor… Podobała się im i to jej się podobało, że się im podoba. A ona? Oczywiście też lubiła na nie patrzeć, choć krytycznym wzrokiem, dostrzegała i wychwytała wszystkie niedociągnięcia ich urody, braki w wiedzy ogólnej, znajomości języków, nieznajomość savoir vivre'u… Oczywiście nie wspominała o tym. Notowała w nieistniejącym dzienniczku i gdy ilość tych negatywnych uwag wydawała się być za duża po prostu się wycofywała. Wiedziała, że zachowuje się jak suka, ale nie umiała inaczej. Tak jej się przynajmniej wydawało.

I dzisiaj znowu jej myśli mimo woli skręciły w tę stronę. Miała teraz kogoś, ale to była chyba pomyłka. Nie inspirowała jej już w ogóle, chociaż dużo razem przeszły. Tak zwany trudny związek. Odległości. Weekendowy cykl. To jej nawet odpowiadało. Starała się nigdy nic u niej nie zostawiać i pilnowała, by przy rzadkich jej wizytach też nie dochodziło do jakichś zamierzonych lub nie pozostawień rzeczy osobistych. Taka asekuracja. Nie miała problemu by zapłacić za przeloty, hotele, czy wyrafinowane prezenty. Nie była skąpa, widziała, co działa na kobiety. Właściwie dobrane kwiaty, perfumy, wino, teatr czy opera. Miała to opanowane do ostatniego szczegółu. Dżentelmen w kobiecej skórze. Zdawała sobie z tego sprawę. I wiedziała, że to bardzo skuteczne narzędzie. Nigdy nie zdarzyło się, by nie upolowała sobie tej, która jej się spodobała. Odrobina wysiłku, pomysłowości i oczywiście uruchomienie jakichś funduszy na sfinansowanie przynęty czy zachęty. Nie trwało to nigdy dłużej niż kilka tygodni, a i tak wyłącznie z powodu jej pracy, ze wglądu na którą często wyjeżdżała i nie mogła prowadzić szybszej gry. Nie, ona ich nie kupowała. Starała się, by jej wybranki były podobne statusem majątkowym, ale w praktyce okazywało się z reguły, że dzieli je sporo. Nie odkrywała i tak nigdy przed nimi swego stanu posiadania, żeby ich nie peszyć i nie prowokować nieeleganckich pytań. Jak na swoje trzydzieści parę lat, to faktycznie dorobiła się już sporo, w dodatku do wszystkiego rzeczywiście doszła sama. Parę razy szczęście się do niej uśmiechnęło; zgromadzony majątek pewnie pozwoliłby już na skromne życie bez konieczności pracy. Nawet o tym myślała. Ale zawsze czegoś brakowało, tego, co nie istnieje, tej idealnej połówki. Nie znała nikogo, kto miałby partnera na poziomie, który mogłaby znieść. Była wymagająca, nie znosiła kompromisów, nie raz usłyszała, że jest silną osobowością, z którą trudno wytrzymać. Ktoś, z kim mogłaby żyć, musiałby być wyjątkowy. Wiedziała jednak, że połączenie, jakiego szuka, może sobie co najwyżej stworzyć na papierze. Potworna inteligencja, wyjątkowa empatia, niesamowita erudycja i porażająco atrakcyjna powierzchowność. Wiedziała, że nikt taki nie istnieje, ale nijak nie potrafiła zmodyfikować swoich wymagań. I tak minęła kolejna godzina. Wiedziała, że nie dojdzie do żadnych zaskakujących wniosków, pozwalała płynąć myślom raczej z przyzwyczajenia niż potrzeby chwili. Była sobota, ona sama w mieszkaniu z pustką, którą za wszelką cenę neguje. Włączyła jakąś francuską stację. Podobał jej się ten język i dzięki uporowi posługiwała się nim sprawnie, ale wciąż nie była zadowolona ze znajomości słownictwa i dlatego starała się, co jakiś czas pooglądać jakieś publicystyczne programy, czy filmy w oryginale. Miała słabość i do Francji, i do Włoch. Nigdy nie ustawała w podziwach dla tego połączenia wrażliwości na piękno, umiejętności cieszenia się życiem i wysokiej samooceny. Co roku kilka dłuższych weekendów spędzała we Włoszech i jeszcze więcej we Francji. Nie towarzyszyły jej z reguły obecne w danej chwili partnerki, lecz raczej przyjaciele. Cieszyła się nowymi smakami tam odkrywanymi, nowymi miasteczkami i urokiem starych, doskonale znanych miejsc, do których wracała z sentymentu.
Zasłuchała się w jakąś kwestię wypowiadaną w filmie, ktoś komuś tłumaczył, że w życiu nie chodzi o to, żeby być perfekcyjnym, lub znaleźć dla siebie kogoś doskonałego. Recepta jest prosta, trzeba złożyć te dwie niedoskonałe jednostki w jedną i sprawić, by całość stała się doskonała. Sama się zdziwiła, czemu ta myśl wydała jej się taka świeża. Ale i ona w końcu pierzchła, gdyż okazało się, że ci, którzy mieli potwierdzić jej zasadność, przegrali z prozą dnia codziennego. Pomyślała w duchu, że zawsze rutyna zabija uczucia, bo ludzie nie potrafią przechodzić miękko ze stanów euforii do zwykłego jedzenia jogurtu na śniadanie i decydowania, kto ma iść kupić chleb, czy zanieść rzeczy do pralni. Sama zresztą dlatego właśnie żyła tym cyklem weekendowym: atrakcyjne plany, fajne miejsca, dobre restauracje, a potem kilka dni w samotności. Przywykła do takiego życia i nie odczuwała żalu, że nie jest inaczej. Potrzebowała przestrzeni. Kiedyś zdarzało jej się z kimś dzielić mieszkanie, ale na dłuższą metę zawsze to było męczące i wywoływało niepotrzebne problemy.

Zadzwonił telefon. To była jej obecna partnerka, Iza, która ten weekend też spędzała sama. Ona akurat nie była z tego powodu zadowolona i dało się wyczuć to nawet w jej głosie. Kiedyś byłaby bardziej ostrożna, bo wiedziała, że Anna nie lubi niepanowania nad emocjami, ale teraz, po tych kilku już w końcu latach owej weekendowej relacji uznała, że ma prawo zachowywać się naturalnie. Wykrzyczała bezsilnie, że nie zniesie dłużej tej niepewności i ciągłego reglamentowania uczuć. Ma prawie czterdzieści lat, chce być z kimś na co dzień; życie to coś więcej niż weekendy w Barcelonie, nurkowanie na Karaibach i romantyczne spacery w Walii. Życie to zaufanie, zaufanie bez granic drugiej osobie, złożenie swojej przyszłości w jej ręce i ona na to jest od dawna gotowa. Anna słuchała tego i mimo woli popłynęły jej łzy. To było wzruszające, ale ona nie była w stanie tego nikomu dać. Opanowanym głosem powiedziała, że jej przykro, i że ma nadzieję, że spotka kogoś, kto będzie gotów to wszystko jej dać. I tamta nie wytrzymała, wykrzyczała wszystkie trzymane przez lata na uwięzi słowa wyrażające ogromne rozczarowanie zimnem i wyrachowaniem zachowań Anny. Powiedziała, że Anna ma chyba w sobie niczym Gerda jakiś ogromny kawał lodu w sercu i jeśli on nie stopniał do tej pory, to chyba rzeczywiście, nie ma co liczyć na powrót ludzkiego pierwiastka. Na zakończenie, zapytała jeszcze, po co w takim razie zajęła jej tyle czasu? Anna, chcąc chyba powiedzieć jej cos innego, ale że słabo sprawdzała się w konfrontacjach, nawet jeśli to tylko rozmowa telefoniczna, odpowiedziała jej bez namysłu, że ją kocha. Jedyna reakcją był ciągły sygnał w telefonie.

Anna nalała sobie zatem kolejny kieliszek czerwonego wina, mimowolnie zachwyciła się jego cudownym bukietem i przywołała obraz francuskich winnic. Nie poddała się jednak temu nurtowi wspomnień i powróciła myślami do zakończonej przed chwila rozmowy. Czy ona rzeczywiście powiedziała jej, że ja kocha? Coś, co od dziesięciu lat nie przeszło jej przez gardło w żadnej sytuacji. Owszem, mówiła, że ktoś jest jej bliski, że go lubi, ba nawet pożąda, ale coś takiego nie przeszłoby jej przez gardło… No i ta cholerna Gerda… pod takim nickiem Anna była zarejestrowana właśnie na pewnym portalu randkowym, z którego od lat już nie korzystała wprawdzie, i którego Iza też nie znała, ale nie zmieniło to faktu, że cios był celny. Szybko się zastanowiła nad tym, co ma zrobić. Telefon nie miał sensu, bo przecież nie ma jej nic do powiedzenia. Zresztą to, co już powiedziała i tak przerosło ją samą. W zasadzie sama myślała już o zakończeniu tego związku. Ugryzła się w język, jakiego znowu związku. To była przecież tylko taka bliższa znajomość; od początku nie wiązała z nią większych nadziei. W dodatku żar gdzieś się po drodze wystudził. Dlaczego więc to powiedziała? Chyba w tej całej sytuacji najgorsze dla niej było to, że nie może pojąć, czemu w takiej chwili powiedziała coś takiego. Bo przecież tego nie czuje? A może jednak czuję? No pięknie, pomyślała zrezygnowana, jak w harlequinie co najmniej. Widziała już ironiczne uśmiechy wszystkich jej ulubionych autorów spoglądających z półek z książkami. Nadal jednak starała się trzymać roli.
Spojrzała niedbale na zegarek i uznała, że musi wyjść gdzieś i zagłuszyć te swoje niepoukładane myśli. Weszła pod prysznic, zrobiła delikatny makijaż i ubrała się, starannie wybierając bieliznę. Musi rozładować ten gniew, który w niej narósł, zwłaszcza, że wymierzony jest w nią sama… Pomyślała, że pójdzie do Astrii, nie była tam już trzy lata, ale chyba jeszcze istnieje. Pomyślała przez chwilę o zadzwonieniu do Inki, ale przecież tamta odkąd spotyka się z panią psycholog, nie wychodzi z domu, a już na pewno nie po to, by iść poderwać kogoś na jedną noc. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze; widziała niewątpliwie atrakcyjną kobietę, która chce oszukać samą siebie… Zrezygnowana zrzuciła ubranie i zmyła twarz. Nigdy czegoś takiego nie robiła, po co miałaby więc zrobić to dziś. Co miała zamiar sobie udowodnić? W dodatku wiedziała, że wcale nie poczułaby się od tego lepiej. Wręcz przeciwnie, takie przygody zupełnie jej nie bawiły. Była monogamiczna. To wszystko jest żałosne – pomyślała. Jednak trochę jej ulżyło. Ucieszyła się, że została w domu. Wzięła tomik Rilkego i nalała kolejny kieliszek wina. Przez myśl przebiegła jej taka refleksja, że może ta miłość to w gruncie rzeczy nic innego jak fizjologia i przyzwyczajenie. Ona na pewno nie wyobraża sobie życia bez wina i kawy. Może tak samo jest z ludźmi? Zawstydziła się, że dokonuje takich porównań. Uważała się przecież za humanistkę. Chwyciła za telefon. Wiedziała, że to nie będzie przyjemna rozmowa. Tak jak w pracy, ułożyła wstępnie to, co chce powiedzieć i przeanalizowała potencjalne odpowiedzi, które może usłyszeć. Znała Izę dobrze. Wiedziała, że teraz zasklepia się w swoim odizolowaniu i będzie kontemplować swoje porzucenie. Pewnie użyje kolejnych porównań w stylu tego z Gerdą lub w ogóle nie zechce rozmawiać. Jednak po drugiej stronie odezwał się całkiem opanowany głos. Teraz ona rozgrywała, wiec musiała jakoś zacząć i spróbować powiedzieć wszystko, co sobie wcześniej ułożyła. Zaczęła od tego, że nie wierzy w istnienie miłości, komplementarność dusz i połówki jabłka. Jest racjonalistką, która ceni wysoki standard życia, włączając w to sytuacje prywatne. Myślała, że Iza nie szuka czegoś na wzór małżeństwa tylko przyjacielskiej relacji opartej na szczerości intencji, ale nie wychodzących poza ramy tej przyjaźni właśnie. Ona, Anna nie chce przysiąg wierności, starań o dzieci, papieru potwierdzającego ich związek - wyrecytowała. Iza w odpowiedzi zapytała chłodno, dając jasno do zrozumienia, że to koniec i reanimacji nie będzie, czego poza podróżowaniem i degustowaniem wina oczekuje po byciu z drugą osobą, bo na razie to skupia się na tym, czego nie chce. Anna była zmuszona przyznać w duchu jej rację. Została schwytane w żelazne wnyki logiki. W dodatku to jej ciągłe JA. Ja chcę, ja nie chcę…. No i odpowiedziała, że chce, by ktoś ją kochał taką, jaką jest, i nie oczekiwał, że się zmieni. Żeby spróbował wejrzeć w jej duszę, ale powstrzymał się od oceniania. Na to Iza odparła, że tak właśnie robiła przez te kilka lat, ale to nie satysfakcjonuje jej i dłużej już tak nie może. Dodała, używając słów Anny, że związki dzielą się na takie, które przynoszą satysfakcję obu stronom i z reguły trwają krótko oraz na takie, które przynoszą wrażenie satysfakcji i godzimy się na nie dobrowolnie, mając świadomość niespełnienia. Zdaniem Izy, one utknęły w tym drugim rodzaju, ale ją wrażenie satysfakcji już nie zadowala i nie chce przedłużać tego stanu rzeczy. Anna zadała jej zatem pytanie, czy ją zostawia, bo ona z pewnością nie umie jej dać nic więcej ponad to, co dała Izie do tej pory. Iza odparowała błyskawicznie, że Anna sama siebie okłamuje mówiąc, że nie potrafi.
- Ty nie chcesz – wykrzyczała w końcu. - Szukasz kogoś, kto nie istnieje, ale to i tak bez znaczenia, bo nie przestaniesz szukać i znowu się z kimś zwiążesz na tych swoich zimnych zasadach. Seks tak, ale mówić, że jest się z związku to już nie – zadrwiła z Anny.
Anna wyobraziła sobie grymas na twarzy Izy, gdy wypowiadała to ostatnie zdanie właśnie i strasznie ją to poruszyło. Pomyślała, że gdyby była obok, to może nawet ta scena miałaby epilog w łóżku.
Zamiast tego jednak, odparowała jej, że są tak naprawdę takie same i szkoda byłoby zrywać to, co je już łączy. Na to Iza znowu swoje, że to wszystko pusta fasada, brak w tym serca i bezinteresowności. Anna odparła, że przesadza, że przecież ma poczucie, że może na nią liczyć, i że nie zawiodła jej w żadnej sytuacji. Coś zazgrzytało w słuchawce i po chwili rozległ się dźwięk domofonu.

Tego Anna nie wzięła pod uwagę. To była Iza. Stanęła w rozmazanym makijażu, krzywo zapiętym płaszczu i delikatnie uśmiechnęła się. Anna poczuła, że nogi się pod nią uginają, a łzy gorącym strumieniem spłynęły jej po twarzy. Iza powiedziała, że chciałaby jeszcze raz usłyszeć, jak Anna mówi jej, że ją kocha. Nie brzmiało to jak prośba rozkapryszonego dziecka. Ciągle płacząc Anna powiedziała głośno, że ją kocha i nawet, jeśli nie jest w stanie tego odpowiednio okazać, to nie zmienia to faktu, że Iza jest najważniejszą osobą w jej życiu i chce by to zaczęło być ich życie. Anna znowu złapała się na tym, że ta scena jest wyjęta z harlequina, ale jakoś przestało jej to już przeszkadzać. Zaczęły się rozbierać i całować, a może w odwrotnej kolejności. Smak skóry partnerki docierał do świadomości Anny i doprowadzał do takiego podniecenia, jakiego jeszcze nigdy z nikim nie zaznała. Ciągle w uszach dźwięczały jej, jej własne słowa: kocham Cię, ale nie było w nich fałszu, wiec poddała się temu, co ich ciała robiły w korytarzu. Wkrótce cały makijaż z twarzy Izy został starannie usunięty za pomocą języka Anny. Skupiły się zatem na piersiach. Ich ruchy były doskonale się uzupełniające, gdy jedna schylała się by zagarnąć i tak napięty do granic wytrzymałości sutek drugiej, tamta robiła to samo. Ich ruchy, mimo że żywiołowe i z pozoru chaotyczne doprowadzały do bardzo określonych stanów. Wkrótce stało się jasne, że muszą dotknąć swoich łon, bo są już tak nabrzmiałe, że sprawia to im wyraźny ból. Nie mogąc czekać dłużej Anna zanurzyła się cała w Izie. Jej język pracował delikatnie i intensywnie jednocześnie. Kątem oka widziała skórę ud partnerki, idealnie gładką, napiętą, z drobnymi jedwabnymi włoskami stojącymi na baczność. Na chwilę przeniosła twarz bliżej jej twarzy, zostawiając rozedrganą rękę by podtrzymała niespokojny orgazm, który stopniowo ogarnął Izę. Całowała znowu jej twarz, zbierając napływające ciągle łzy. Iza gwałtownie zmieniła pozycję, zostawiając Annę na plecach, ze swoją łechtaczką na wprost jej oczu. Anna uniosła się lekko na łokciach i przyciągnęła Izę do siebie, podczas gdy ona wchłaniała ją całą sobą. Po jakimś czasie Annę rozdarł niespodziewany przypływ rozkoszy. Tym większy, że wiedziała, że i jej partnerka jest w stanie ekstazy. Wiedziała, że to dopiero początek, więc zabrała ją do sypialni. W przerwach między kolejnymi przypływami niesamowitej energii często spotykały się wzrokiem i widziały w swych oczach szczęście. Czuły, że ten stan jest idealnie symetryczny. Anna pomyślała o tych wszystkich rozważaniach sprzed kilku godzin i uznała, że dwoje ludzi może jednak osiągnąć stan zwany spełnieniem. Były mokre od potu i nie tylko. Iza w swojej ulubionej pozycji, leżąc na Annie uśmiechała się zasypiając. Anna przytuliła ją tylko jeszcze mocniej, choć wątpliwe by było możliwym zrobić to jeszcze mocniej i pomyślała, że tak kochają się tylko ludzie, którzy się kochają. Słowo seks byłoby tu bowiem bardzo nie na miejscu. Myśl ta wydała się Annie piękna i zabawna zarazem, ale uznała, że nie czuje się na siłach, by ją jakoś zripostować, lub przynajmniej skrytykować i pozwoliła się porwać Morfeuszowi.

Rano, no a może już nie tak zupełnie rano Anna nastawiła kawę i zabrała się za śniadanie. Pogoda była taka sobie, ale postanowiły usiąść na tarasie. Patrzyła na Izę tak, jakby widziała ją pierwszy raz w życiu; coś zmieniło się w jej wzroku. Nie umiała tego nazwać, ale pomyślała, że chyba mają jeszcze trochę czasu przed sobą, więc nie musi się spieszyć z tym dawaniem nazw nowym zjawiskom. Powiedziała jej, o czym pomyślała w tamtej chwili, a Iza odparła, że to poczucie bezpieczeństwa. Czuje, że udało jej się Annę otworzyć i nawet, jeśli uważa, że brzmi to groteskowo, to jednak taka jest prawda. Anna uznała, że nie ma argumentów by się z tym nie zgodzić i wróciła do kontemplowania jej urody. Wiedziała, że jest ładna. W taki dojrzały i świadomy sposób. Miała już kilka zmarszczek, ale zupełnie nie wyglądały źle. Przeciwnie, dopełniały w jakiś przedziwny sposób jej całości. Zawsze fascynowały ją jej oczy, uzbrojone w armię dorodnych rzęs. Do tego wykrojone przez przedwojennego krawca brwi i usta z lekko niesymetrycznymi wargami. To, odkąd ją poznała pociągało ją najbardziej. To był taki sznyt. Patrząc nieprzytomnie na Izę usłyszała jej głos: - teraz, gdy ustanowiłyśmy nowy wymiar naszego związku, zgodzisz się chyba, że przemyślimy kwestię wspólnego mieszkania. Co ciekawe, ta sugestia w ogóle nie wprawiła jej w zakłopotanie czy popłoch. Najwyraźniej dojrzała. Zapytała, co by powiedziała na kupienie wspólnego mieszkania? Odparła, że to chyba rozsądny pomysł. Anna uznała, że trzeba pójść za impulsem i poszukać czegoś już dzisiaj. Włączyły komputer i zastanowiły się nad kryteriami poszukiwań. Anna chciała mieć wysokie wnętrza i duży metraż; Iza uwielbia nowoczesne rozwiązania, dużo światła. W ramach kompromisu szukały czegoś do całkowitego remontu, powyżej stu metrów w kamienicy, w jednej z dwóch ich ulubionych dzielnic. Wbrew pozorom wcale nie ma zbyt wielu takich mieszkań. Ich uwagę zwróciło jedno ogłoszenie. Rodzina chciała się pozbyć uciążliwego spadku. Podali numer na komórkę. Zadzwoniły i za parę minut były w drodze. Po standardowych uprzejmościach udało się obejrzeć mieszkanie. Było totalnie zrujnowane, wszystko włącznie z oknami do wymiany, ale możliwości aranżacji były wprost nieograniczone. Okazało się, że jest też strych, który można zaadoptować na bibliotekę lub pracownię. A może pokój dziecinny? – odezwała się Iza.
Anna zbudziła się gwałtownie.
Najwyraźniej zasnęła na kanapie. Pusta butelka po winie stoi na stoliku obok tomiku Rilkego wyraźnie wskazując na przyczynę nie najlepszego samopoczucia. Boli ją głowa. Łyka tabletkę i popija wodą. Bierze prysznic i dopiero po tym na spokojnie przypomina sobie wydarzenia dnia minionego. Podnosi komórkę i sprawdza czas ostatniej rozmowy, okazuje się, że rozmawiały ponad pół godziny. Anna zastanawia się, czy film jej się urwał wówczas gdy z nią rozmawiała, czy już po…
Kawa. Póki co, może sobie tylko w ten sposób pomóc. Powoli wraca jej jasność myśli i gotowość do działania. Ale jakiego działania? Przecież została porzucona. Dla odmiany ktoś ją zostawił, dodaje zgryźliwie w myśli. I super. Przecież tego właśnie chciała, czyż nie? Domofon. Tym razem to już jej się nie śni.
W drzwiach stoi ONA.
Nie ma rozmazanego makijażu, nie jest zdenerwowana, nie prosi, by Anna jej powtórzyła, że ją kocha. Wygląda świeżo, wręcz znakomicie. Odwiozła samochód, który Anna zostawiła ostatnio u niej w garażu i parę rzeczy; dosłownie wszystko zmieściło się do reklamówki. Cudownie zorganizowane rozstanie. Zamówiła już taksówkę i wraca do siebie. Anna patrzy na to wszystko z idiotyczną miną i pyta, czy Iza nie napije się kawy. Iza spogląda na zegarek i odpowiada, że nawet chętnie. Nie wiedzieć czemu, Anna postanawia opowiedzieć jej swój pijacki sen; szczegóły erotyczne zostawia jednak sobie, uznając, że może to nie byłoby do końca taktowne z jej strony w obecnej sytuacji. Iza zapytała, po co Anna właściwie jej to opowiedziała? Anna odparła, że to chyba projekcje i tak właśnie chciałaby, by wyglądała rzeczywistość wokół niej, że podświadomość wskazuje jej drogę. Iza głośno się roześmiała.
- Jak można opierać się na snach i nie dostrzegać tego, co dzieje się wokół, w dodatku od lat - odrzekła.
Siedziały w fotelach, więc Anna doskonale widziała wyraz jej twarzy, gdy to powiedziała. Iza była smutna. Anna spytała, z której korporacji zamówiła taksówkę, po czym ją odwołała bez słowa komentarza. Iza nawet nie była zbyt zdziwiona. Czekała na kolejny ruch Anny. W końcu Anna zebrała się w sobie i w sposób prosty zapytała czy Iza ją kocha i co to dla niej znaczy. Ciągle siedziały w fotelach. Spięte i niepewne. Iza odpowiedziała inteligentnie, nawiązując do pierwotnych potrzeb afirmacji, poświęcenia, potrzeby dawania; cały czas patrząc Annie prosto w oczy. Na koniec dodała, że inteligencja nie zastąpi emocji, i że ona nie chce już czekać, bo to do niczego nie prowadzi.
Anna nie wiedząc, czy to pod wpływem tego snu, czy może bezwiednie poddając się czarowi chwili wstała i usiadła na podłodze obok Izy i powiedziała spokojnie, że ją kocha. I, że to może niedoskonała forma tego uczucia, ale że czuje, że coś w niej się zmieniło. Iza położyła ręce na głowie Anny. Zaczęła bez pośpiechu ja całować, nieśmiało i delikatnie. Przytuliły się jakoś tak instynktownie i tak trwały. W końcu poszły do sypialni, powoli, ułożyły się obok siebie, nadal oplatając się wzajemnie. Nie miały szalonych orgazmów, nie padały bez sił, cały czas patrzyły na siebie i słuchały swoich oddechów i rytmów serc. Nazywały uczucia, powoli i po cichu. Mówiły o niepewności, potrzebie bliskości, i o tym, że zbyt często się kontrolują. Powoli formułowały swoje oczekiwania względem siebie. Ani na chwilę nie rozluźniały uścisku. Iza wierzyła, że Anna ją naprawdę kocha. Anna wiedziała, że jej nie może stracić. Wiedziały, że dadzą sobie radę. Zasnęły tak na chwilę. Anna zbudziła się pierwsza i patrzyła na Izę w skupieniu. Po chwili nie mogąc się już powstrzymać zaczęła całować Izę najdelikatniej jak tylko potrafiła. A ona odwzajemniła jej pocałunki i tak niespiesznie przechodziły dotykiem po swoich ciałach, zostawiając wszędzie znaki swej bytności….

Chciałabym wam, drodzy czytelnicy, nawet opowiedzieć, jak to jest cudownie kochać się z kimś, kogo się kocha, ale w tej chwili ich ciała to dla mnie sacrum i magia chwili odbiera mi prawo narracji.
Data publikacji w portalu: 2009-12-13
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
RysioPyyysio Mimo skali kampanii karnej żaden z Czeczenów nie zwrócił się do rosyjskich organów ścigania z oskarżeniem.😜 opinia dodana 2019-02-19 13:19:56
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019