LESBIJĄTKA

ataha
- Jesteś osioł!
- Jeśli już, to oślica... psze pani....
- Nie pyskuj!
- Ja?? To się chyba nazywa konwersacja, psze pani...
- Jak się odzywasz, bałwanie, do nauczycielki?! Czego cię ojciec i matka nauczyli?!
- Niech się pani wreszcie zdecyduje... Albo osioł... pardon oślica… albo… moment... Jak się nazywa żona bałwana? Aha bałwanica... A co się tyczy moich rodziców? Starali się jak mogli... tylko im czasu zabrakło... zginęli, gdy miałam pięć lat...
- Dosyć tego!
- No jasne, że dosyć! Nie wystarczy pani wyzywanie mnie od osłów i bałwanów... to jeszcze się pani czepia moich nieżyjących rodziców....
- Tego już za wiele... Natychmiast wyjdź z klasy!
- Z ogromną przyjemnością...- Spakowałam swoje manatki i nie patrząc na belferkę, wyszłam z klasy.
Na korytarzu cicho i pusto. Do przerwy zostało dwadzieścia minut, co robić ? Nie miałam zamiaru zostawać dłużej w szkole... Podła jędza... nie miała prawa tak mnie potraktować... i jeszcze czepła się rodziców... wiedziała, że nie żyją... Nic tu po mnie… Do końca roku niecałe pół miesiąca… może mnie w dupę pocałować… nawet, jeśli zmniejszy mi sprawowanie... Cholera, cholera… Na dworze świeciło majowe słońce...Wiosna... Lubiłam tę porę roku i ten miesiąc... zakochanych...Tak mawia babcia a ona wie, co mówi. Zarzuciłam plecak na ramię i opuściłam teren szkoły. Nie miałam ustalonego miejsca – wiedziałam tylko, że nie mogę pójść od razu do domu... Babcia zacznie marudzić... Po co mi to? Wiele razy zastanawiałam się, dlaczego straciłam rodziców, byłam przecież jeszcze taka mała i bezradna... Znam ich tylko z opowiadań i kolorowych zdjęć rodzinnego albumu... Brakowało i brakuje mi najbardziej mamy... Jej czułych pieszczot, ciepła, miłości...Wiem od babci, że mama nie opuszczała mnie prawie nigdy – tylko ten jeden raz, gdy wyjechała z tatusiem do Paryża, odwiedzić ciotkę Zuzę i już nigdy nie wrócili... zginęli w wypadku... Dziadkowie starają się jak mogą, ale przecież nie zastąpią mi nigdy rodziców... chociaż mnie bardzo kochają. Ciocia Zuza chciała mnie zabrać do  siebie, ale dziadkowie nie wiem, dlaczego, nie chcieli się zgodzić... Szkoda, mieszkałabym sobie w Paryżu...
Nie wiem, jakim cudem znalazłam się w pobliżu „dzikiej plaży”, w mojej oazie spokoju, gdzie tak często, z dala od ludzi, ukryta za szczelną „zaporą” drzew i krzewów mogłam bez lęku kapać się zupełnie nago w niewielkim, za to jeszcze czystym jeziorku, a potem leżąc na kocu oddawać się bezwstydnie, ale z ufnością gorącym promieniom słońca...
Pokonawszy piaszczyste wydmy, zatrzymałam się nagle przed gęstymi zaroślami... Coś tajemniczego – jakby przeczucie, że coś się za chwilę stanie – kazało mi zachować ostrożność... Jak Indianka zaczęłam się czołgać, delikatnie odsuwając kolczaste gałązki krzewów – znalazłam się już przed niewielką piaszczystą, gdzieniegdzie porośniętą ubogą trawą polaną – i zobaczyłam ją! Byłam wściekła, że ktoś bezcześci moje „sanktuarium” – już miałam wyskoczyć z krzaków i pognać ją na  cztery wiatry - nie zrobiłam tego – w ostatniej niemal chwili spostrzegłam, że kobieta była naga... Mało trupem nie padłam – nie, żebym nigdy nie widziała kobiety bez ubrania – a jakże, widziałam – na kolorowych zdjęciach w „świńskich” zagranicznych pisemkach, przynoszonych przez kolegów z klasy. Oglądali to świństwo niemal się śliniąc – zachowywali się przy tym, jakby dostali małpiego rozumu - co prawda i bez tego nie są całkiem rozgarnięci....


To nie była jednak kolorowa fotografia – moje wytrzeszczone do granic możliwości oczy, miały przed sobą nagą, żywą kobietę i to w całej swej okazałości! Widok nieczęsto spotykany, zwłaszcza przez piętnastoletnią smarkulę – w ogóle niespotykany!
Siedziałam w tej swojej kryjówce, wstrzymując oddech i nie poruszając się. Kark zdążył mi zesztywnieć zupełnie, podkoszulek przylepił się do mokrego od potu ciała... To nie był pot z gorąca – raczej z wrażenia, jakie wywarło na mnie to choć ziemskie, ale jakże cudowne zjawisko!
Kobieta leżała na brzuchu, czarne włosy spięte u góry nad karkiem lśniły w słońcu, jak jej śniade ciało dobrowolnie wydane na jego łup. Nie widziałam dokładnie jej twarzy, tylko ostrą pociągłość przechodzącą w miękkość podbródka... Leżała na rozłożonym kolorowym kocu i czytała książkę. Zrobiło mi się nagle jakoś dziwnie i głupio – jeszcze nigdy nie gapiłam się tak na żadną kobietę – a w swoim życiu widziałam już nie jedną – rzecz jasna, że nie rozebraną! Kobieta nieoczekiwanie, oczywiście dla mnie – nie dla niej, zmieniła pozycję, usiadła podciągnąwszy długie, zgrabne nogi pod brodę – i nagle uderzyło mnie jej duże podobieństwo do mamy ze zdjęć. Oblało mnie niesamowite gorąco, znowu się spociłam, ale tym razem z czegoś innego... Cholera mało brakowało, a zawołałabym - mamo! Zerwałam się na równe nogi – kobieta zrobiła to samo i z przerażeniem złapała ręcznik. Już nic więcej nie widziałam. Pobiegłam, co sił w nogach przez chaszcze, które bezlitośnie raniły mi dłonie – potem wzdłuż piaszczystej plaży przewracając się, to znowu się podnosząc – oby tylko jak najdalej od tamtego miejsca... Zatrzymałam się dopiero przed swoim domem – byłam zziajana jak psiak i wpół przytomna – z przerażeniem stwierdziłam, że nie mam plecaka. Cholera! Jutro szkoła i z czym pójdę... Z gębą na pączki... to nic, że ostatnie dni. Jak zechcą się przyczepić, to się cholera przyczepią... Dzisiaj już wystarczająco narozrabiałam. Wściekła na siebie, otworzyłam z impetem furtkę – mało bym w globus nie zarwała. Weszłam do ogrodu – drugiego królestwa mojej babci – pierwszym jest kuchnia. Nie wiadomo skąd wyłonił się niczym duch Wulkan, mój najwierniejszy przyjaciel – owczarek niemiecki, długowłosy, bardzo mądre, łagodne psisko. Obwąchał mnie dokładnie ze wszystkich stron, usiadł na zadzie i zadarł łeb.
- Masz rację piesku... twoja pani znowu narozrabiała... – Poklepałam go delikatnie po tym dużym kudłatym łbie. – Chodź do domu, zobaczymy, co babcia zrobiła na obiad
Podeszłam do drzwi, wsadziłam rękę do kieszeni kurtki i skamieniałam – po kluczu nie było śladu! Nagle przypomniałam sobie, że przełożyłam go do plecaka. No tak! O mało szlag mnie nie trafił i tylko cud, że trupem nie padłam na miejscu. Zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień... Stanowczo za dużo... Nacisnęłam klamkę, drzwi były otwarte... Kochana babcia nie zamknęła... o furtce też nie pamiętała... Czyżby skleroza? Wulkan wsunął się przede mną. Już w przedpokoju czuć było unoszące się zapachy z kuchni.
- O już jesteś? Co tak wcześnie... Pewnie lekcje się urwały, no tak, po co was będą trzymać na parę tygodni przed końcem roku. Co piesku, głodny jesteś... – Przestała zwracać na mnie uwagę i zajęła się Wulkanem. Kochała tego zwierzaka jak ja. Właściwie każdy go kochał. Wyjęła z lodówki świński ogon i podała mu prosto do pyska. Pies zamerdał ogonem i wyszedł z kuchni... Znowu zostałyśmy same.
- Jeszcze obiad nie gotowy, chyba, że zjesz wpierw zupę.
- Czy coś się stało kochanie? – Zajrzała mi głęboko w oczy, aż przeszły mi po plecach dreszcze... Te jej spojrzenia... czasami skóra cierpła, bo takie potrafiły być przenikliwe.
- Nie… nic się nie stało… tak tylko...
- Na pewno? – Postawiła talerz z zupą na stole. - ...Siadaj... Zuza dzwoniła... pytała się, czy na pewno do niej przyjedziesz. Chcesz jechać? – Znowu to przenikliwe
spojrzenie, mało bym się nie udławiła zupą. Cholerny plecak .. Jasne, że chcę! Co ja zrobiłam z tym pierdzielonym plecakiem? I co mam powiedzieć babci, jak się zapyta. .jaką bajeczkę wymyślić, a może jej opowiem, jak podglądałam nagą kobietę... Niezła heca?! Nic tylko musiałam tam zostawić jak dawałam nogę... Cholera!
- Jasne, że chcę! A Andrea nie będzie nic mówić? – Odstawiłam pusty talerz do zlewu. Chciałam umyć, ale babcia woli to zrobić sama.
- Już nie ma Andrei... Nie pamiętam jak ma na imię... nowa sympatia Zuzy... Ta twoja ciotka… sama nie wie, czego chce. Znalazłaby jakiegoś... a nie...
- Babcia tylko tak gada... Co tam babcia pichci w tej brytfannie? – Próbowałam zajrzeć.
- A poszła mi od garów... – zamachnęła się na mnie drewnianą łyżką.
- Co ja jestem jakaś mucha, że babcia wymachuje na mnie łychą… Taka ma być miłość babci do wnusi.. – Ledwo zdążyłam odskoczyć. Wulkan zawarczał – był bardzo pokojowo nastawionym psem.
- Pójdziesz do budy... jeszcze ty na mnie.... – Znowu łyżka poszła w ruch. - Każ mu przestać… bo go zdzielę tą łychą... Tyle razy Cię chciałam nauczyć gotować, ale ty jak ciocia Zuza... Co będzie, jak wyjdziesz za mąż… chłop cię będzie tłukł, że nie umiesz gotować...
Cholera! Ta sama stara śpiewka, czy nigdy nie przestanie? Rzygać mi się chcę, jak to słyszę.
- Chłop niech sam się uczy gotować... Dziadek przecież umie i wujek Roman. A zresztą i 
tak nie mam zamiaru wychodzić za mąż... a jeśli już… to tylko się żenić... – Wypaliłam jak ostatnia kretynka – czemu mi język kołkiem nie stanął?!
- Co ty pleciesz Aleksandro... w imię ojca i syna.... – Zrobiła znak krzyża. Nienawidzę jak mnie tak nazywa, o wiele bardziej wolę Alek ostatecznie może być Olka. – Nic, tylko wrodziłaś się w ciotkę Zuzę... Ona też jak ty gadała, że nigdy nie wyjdzie za mąż ... tylko się ożeni. No i żyje w tym swoim Paryżu z coraz to inną kobietą... Jedz, bo wystygnie… że też zawsze ci się daję wciągnąć w jakieś dziwne rozmowy... A gdzie masz plecak, znowu go rzuciłaś w przedpokoju? – Próbowała zmienić temat, właściwie po co? Wszyscy w rodzinie wiedzieli, że ciocia Zuza woli kobiety, tylko przy dzieciakach starali się o tym nie mówić... My i tak wiedzieliśmy, nawet te siedmioletnie bliźniaki wujka Romana...
- – Dlaczego jesteś taka nieporządna ...
- Oj babciu… nic się przecież nie stało, jak zostawiłam w przedpokoju – nie miałam zamiaru wyprowadzać ją z błędu, tylko jak długo mi się to będzie udawać? Jutro przecież do szkoły i cholera wszystko się wyda... Kręcę to! – Babciu, dlaczego ciocia Zuza tak rzadko do nas przyjeżdża?
- Jedz i nie gadaj... – Ofuknęła mnie i wyszła z kuchni. – Aleksandro, gdzie plecak?! Nie widzę go w przedpokoju...
- Pewnie Wulkan zatachał na górę.... – Aż się zakrztusiłam – zupą, czy kłamstwem?
- Nie zwalaj wszystkiego na psa, popatrz jak grzecznie siedzi przy kuchni, tylko ciągle, by jadł... Pewnie zostawiłaś u koleżanki...
No tak, znowu się zaczyna! Co ją dzisiaj napadło?! Zmywam się. Podziękowawszy za zupę, uciekłam na górę do swojego pokoju. Wulkan został... zdrajca czeka na mięcho...
Leżąc na tapczanie, zastanawiałam się, gdzie też mogłam posiać ten cholerny plecak. I za każdym razem wychodziło mi, że w  krzakach i nie ma cudów, żeby ta „naguska” go nie znalazła, ale cyrk! Dla uspokojenia nerwów – powiedzmy – wyciągnęłam „świerszczyk”, oczywiście kumpla z klasy, który dał mi na przechowanie – bo u niego w chacie jest dość niebezpiecznie ze względu na młodsze rodzeństwo, które wszędzie zajrzy... Mnie nikt nie sprawdza... Ale te kobiety są piękne... a faceci nie.... i co oni robią... to jest obrzydliwe... Z niesmakiem przerzuciłam parę kartek, gdy nagle moje oczy spoczęły ze zdziwieniem i ciekawością na zdjęciach, gdzie dwie kobiety... no... całowały się... i robiły inne różne rzeczy... to nie było obrzydliwe.... Serce waliło mi mocno, czułam na przemian zimno i gorąco... Co się ze mną dzieje?! Nie potrafiłam w żaden sposób określić tego stanu – może ciocia Zuza byłaby w stanie mi to wyjaśnić? Ciche pukanie do drzwi. Cholera! Zaklęłam przerażona – wpadłam w totalną panikę... Zupełnie nie wiedziałam, co mam zrobić z tym cholernym „świerszczykiem”. Biegałam jak szalona po pokoju z gazetą, która okropnie parzyła mnie w ręce... Pukanie się nasiliło i głos babci – Aleksandro, co tam robisz? Dlaczego zamknęłaś drzwi? Aleksandro wyjdź, twój plecak się znalazł...
Gazeta wypadła mi z rąk i upadła na dywan – nie miałam siły nic więcej z nią zrobić, jak tylko upchnąć pod dywan. Co? Mój plecak?! Czyżby naguska go przyniosła?! Jeszcze jej tylko brakowało! Uciekać… uciekać! Ale jak?! Spojrzałam z przerażeniem na otwarte okno. Zanim pomyślałam, byłam już na parapecie i.... skok z pierwszego piętra w babciny warzywniak... Syknęłam z bólu... Cholera. Skręciłam chyba nogę, tego jeszcze brakowało! Gramoląc się z warzywniaka, zobaczyłam głowę babci w oknie – jak ona się dostała do pokoju – czyżby staranowała drzwi swoją szanowną osobą ważącą co nieco... 100 kg?! Kuśtykając, skryłam się za rogiem, z zamiarem przemknięcia się do furtki. W połowie drogi dopadł mnie Wulkan i niestety „naguska” – tym razem ubrana. Zdębiałam zupełnie, nie byłam przygotowana na spotkanie z nią....
- Witaj… To ty jesteś Aleksandra... – Uśmiechając się, wyciągnęła do mnie rękę. – Przyniosłam twój plecak....
- Nie żadna Aleksandra… tylko Alek.... – Burknęłam, nie podając jej ręki. Oj, nie zdobędzie mojej sympatii! Wulkan usiadł u mych nóg i cały czujny, czekał na moje polecenia.
- A ja mam na imię Monika... Przyniosłam plecak, który zostawiłaś...Wiesz gdzie...
Już chciałam coś odpowiedzieć, no, raczej odburknąć - coś bardzo nieprzyjemnego, ale nadeszła babcia – była spocona i zasapana.
- Na litość boską Aleksandro... Kto cię uczył skakać z okna prosto na moje warzywa?! To wszystko wina dziadka... postanowił wychowywać swoje córki jak chłopaków, jakby mu było mało jednego syna... Mówię pani. Z tą dziewczyną to skaranie boskie... Od szóstego roku życia chodzi na jakieś tam kun- fu... To też wina dziadka i wujka Romana... A ja tak chciałam, żeby chodziła do szkoły baletowej... Ale nie... kun-fu... jak te chłopaczyska...
- A co babcia myśli, że jakaś tam szkoła baletowa obroni mnie przed łobuzami... Babcia ma staroświeckie poglądy… jak właścicielka pensji dla panienek z dobrego domu... A ja nie chcę być pensjonarką... Nie chcę wyjść za mąż... Chcę być taka jak ciocia Zuza...Wolna.... niezależna. Mamy już XX wiek... Babcia niby taka wykształcona... a ciągle o tym zapomina...
- Widzi pani jaka wygadana?! Nikt tej małej nie przegada... A co do cioci Zuzy... porozmawiamy o tym, jak będziesz starsza... – Nagle jej twarz pojaśniała. – Nie wiedziałam, że mam tak odważną wnuczkę …Ta pani powiedziała, że uratowałaś tonącego chłopca... – jaka była dumna, a ja o mało nie wybuchłam gromkim śmiechem. Co za kretyństwa babcia wygaduje?! Spojrzałam na Monikę, która puściła mi „oczko”. Nie powiedziała babci prawdy... Czego oczekuje ode mnie w zamian? Ja i ratowanie jakiegoś dupka?! Jeszcze przytrzymałabym go pod wodą, żeby się szybciej utopił... Co innego kobietę!
- Gdy dziadek się o tym dowie, będzie z ciebie dumny... i tak jest dumny... Dzwonił niedawno. Posiedzi jeszcze trochę u wujka Romana ....
Co takiego! Zaprosiła Monikę na  obiad?!
*
Po obiedzie siedziałyśmy na  tarasie, popijając zimne napoje...Monika mówiła chętnie i dużo, jakby miała nieodparta potrzebę obnażania się – już nie tylko zewnętrznego, ale duchowego... Słuchałam jej uważnie i coraz bardziej, o dziwo, byłam pod jej urokiem... Moja babcia również była zafascynowana – tak bardzo przypominała jej córkę, a moją mamę – czego nie omieszkała jej powiedzieć. Obie były również dziennikarkami... Coś dziwnego działo się ze mną… niezrozumiałego... Różnorodność doznań – to wszystko przerażało mnie i  fascynowało... Jeszcze nigdy tak mi się nie robiło przy żadnej kobiecie i jeszcze to podobieństwo do mamy! Kim ona naprawdę jest?! Może to czarownica, która próbuje wkraść się w nasze łaski za pomocą jakiś jej tylko znanych czarów, a potem... Co potem?! Szklanka wypadła mi z ręki i roztrzaskała się w drobny mak na posadzce. Babcia o mało nie zabiła mnie wzrokiem. Pewnie dostałabym niezły ochrzan, gdyby nie Monika. Jeszcze na to wszystko przyszła kumpela z klasy z najświeższymi wieściami. Od razu zabrałam ją do swego pokoju – po co miały wszystko słyszeć?! Okazało się, że zaraz po moim wylądowaniu za drzwiami, belferka, jakby pożałowała swego niecnego postępku i kazała właśnie Dance pójść po mnie – a mnie już wywiało. Danka wróciwszy do klasy, skłamała, że się źle poczułam i poszłam do domu... No i wszystko na szczęście rozeszło się po kościach i mogę jutro bez obaw wracać do szkoły. Tylko po co?
Gdy tak sobie gadałyśmy, do pokoju weszła Monika – przyszła się pożegnać – przy okazji zapytała, czy mogę ją odprowadzić do pensjonatu. Zgodziłam się... Chciałam być z nią jak najdłużej – ale gdy już byłyśmy na miejscu i Monika zaproponowała, żebym wpadła do jej pokoju – wykręciłam się odrabianiem pracy domowej – po prostu bałam się zostać z nią sama...
Nie mogłam zasnąć – ciągle myślałam o Monice - nie wiedziałam tylko, co mnie do niej tak przyciąga – uderzające podobieństwo do mamy, czy też jej uroda… Te jej wąskie, delikatne dłonie zakończone długimi szczupłymi palcami... O cholera! Marzyłam, aby dotykała mnie tymi dłońmi – na samą myśl o tym, robiło mi się na przemian to zimno, to znowu gorąco i zasychało w ustach... Zalana potem, wstałam z tapczanu i poczłapałam do kuchni w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia. Wypiłam butelkę coli... Nic nie pomogło... Monika... Moniczka. Monisia...Wynajdowałam najróżniejsze zdrobnienia jej imienia. Dosyć! Ja chyba oszalałam! Nic tylko mi odbiło na punkcie tej cholernej baby?! Czyżbym się w niej zakochała?! Cholera, jeszcze tego brakowało... Czyżbym była taka jak ciocia Zuza?! Lesbijka? Większość mówi, że to niezgodne z naturą... Stanęłam przed lustrem i popatrzyłam na swoje odbicie – jeśli to jest niezgodne z naturą, to dlaczego nie czuję na swój widok obrzydzenia i pogardy?! Mój szatański śmiech odbił się o ściany i wyleciał przez otwarte okno... Okno! Ubrałam się w pośpiechu – nie miałam jeszcze konkretnego celu – po prostu chciałam wyjść z tego nagle ciasnego pokoju, w którym zaczęłam się dusić. Właściwie, dlaczego mam wyskakiwać oknem... mogę sobie jak człowiek wyjść drzwiami. Babcia i tak śpi. Co ja kozica jakaś jestem, czy co? Na nocną eskapadę zabrałam Wulkana… a co będzie się w domu wylegiwał?! Miasteczko nie było całkowicie pogrążone we śnie. Właściwie nigdy nie spało, na okrągło tętniło w nim życie – nawet poza letnim sezonem – ciągle było pełno kuracjuszy z okolicznych sanatoriów - łazili wzdłuż plaży, okupowali molo, albo snuli się sennie po wąskich krętych uliczkach. Mijałam parterowe domki zatopione w zieleni ogródków, w niektórych paliły się światła, to przytulone ciasno do siebie „pary”. Nagle stanęłam jak wryta – Cholera! Co jest u diabła?! Stałam właśnie przed pensjonatem Moniki. – Nie może być? Po kiego tu przylazłam?! A jak myślisz? Kto to powiedział?! Rozejrzałam się z przerażeniem dokoła – nikogo - ani żywej duszy, prócz mnie i psa. Nie miałam zamiaru wcale tu przychodzić... Akurat! I kogo ja chcę nabrać, chyba samą siebie?! Zła, co więcej jakoś dziwnie podniecona, podeszłam do furtki. Co ja do cholery robię?! Moja dłoń zamarła w połowie drogi do klamki – Pieprzyć to! Przemknęłam pod ścianą budynku, a Wulkan za mną – w słabym świetle ulicznych latarni i nie zasłoniętych okien, dotarłam na tył budynku – gdzieś tutaj miał być niewielki taras, a na niego wychodzące okno i drugie drzwi do pokoju Moniki. Jest! Cudownie! Półmetrowa barierka nie stanowiła dla mnie żadnej przeszkody. Wskoczyłam na taras i na czworakach dotarłam do drzwi. Monika siedziała przy ławie odwrócona do mnie plecami i coś pisała. Serce zabiło mi gwałtownie w piersiach i podeszło aż do gardła – znowu ta nieznośna suchość w ustach. Co się ze mną dzieje u diabła?! Usiadłam na betonie, zabrakło mi odwagi, aby zapukać w szybę. Ten cholerny strach?! To dziwne, przecież niezbyt często się boję... o co chodzi?
- Alek, co tu robisz?!
Usłyszałam nad sobą znajomy głos – co u licha, czyżbym usnęła... Zerwałam się na równe nogi... i znowu osunęłam się na beton – zanim Monika zdążyła zareagować.
- Co ci jest?!
- Nie wiem... kręci mi się w głowie i jakoś mi dziwnie...
- Złap się mego ramienia... o tak... - Opasała mnie silnym ramieniem, które dawało mi stabilność i bezpieczeństwo - Jak długo tu stoisz? Dlaczego nie weszłaś? Noc jest dość chłodna... Mogłaś się przeziębić...
Posadziła mnie w fotelu, napoiła gorącą herbatą.
- Czy twoja babcia wie, że jesteś u mnie? Jak znam życie to nie... Och Alek... Alek i co ja mam z tobą zrobić...
- Pocałować... – Ja to naprawdę powiedziałam głośno i wyraźnie, nie tam jakieś szepty, czy pomrukiwania...
Monika uniosła brwi ze zdziwienia – udanego, czy nie – tego nie wiem. Jej i tak duże oczy zrobiły się jeszcze większe... O cholera, ale mi się teraz dostanie! I nagle wybuchnęła głośnym, niepohamowanym śmiechem...
- Och Alek, Alek.... – Potargała mi czuprynę, westchnęła cicho i usiadła w drugim fotelu. – Nie będę dzwonić do twojej babci, śpi....
Tak naprawdę było mi wszystko jedno, co ze mną zrobi... Może nie tak do końca, naprawdę marzyłam o tym pocałunku i to w usta... I tak dobrze, że mi się upiekło. Ale ze mnie kretynka do n potęgi... Nagle poczułam senność i ogromne zmęczenie... Gdyby nie Monika spadłabym z fotela.
- Tę noc spędzisz u mnie... a rano odwiozę Cię do domu... Żadnych protestów....
Nie miałam zamiaru protestować – nie zaprotestowałam nawet wtedy, gdy mnie rozebrała i zapakowała do łóżka...
*

Obudziłam się zlana potem, miałam dreszcze, bolało mnie całe ciało. Byłam półprzytomna, nie wiedziałam gdzie jestem... Dopiero po długiej chwili zaczęło do mnie z wolna docierać... O cholera! Spałam w łóżku Moniki – sama, czy z nią?! W dodatku byłam zupełnie naga!
7
- Obudziłaś się już... to dobrze.... – Zjawiła się niespodziewanie w pokoju z tacą.
- Dzwoniłam do twojej babci... Nie była wcale zdziwiona twoją nocną eskapadą... To nie pierwszy raz, prawda? Nie wiem, dlaczego ci pozwala na takie wypady, to przecież niebezpieczne... No tak, nie dla ciebie... – Postawiła tacę na ławie. – Wstawaj jeść... nie mamy dużo czasu... Za dwie godziny masz być w szkole... No szybciej śpiochu... jajecznica stygnie... – Podeszła do łóżka z zamiarem ściągnięcia ze mnie kołdry.
- Błagam! Niech pani tego nie robi... ja... ja... jestem... naga... – Przerażona chwyciłam za kołdrę i próbowałam naciągnąć ją sobie na głowę.
- Wiem, że jesteś naga... przecież sama cię rozebrałam... – Roześmiała się, rozbawiona sytuacją. – Alek... nie bądź dzieckiem... Jeśli to coś pomoże... ja również się rozbiorę...
- Nie... proszę... nie... – Wiedziałam, że była gotowa to zrobić i  nie miałam siły jej w tym przeszkodzić – z każdą minutą czułam się coraz gorzej. I nie wiedziałam za cholerę, co mi jest.
- Alek, co ci jest? – Nagle spoważniała, przyjrzała mi się uważnie, przyłożyła dłoń do  czoła. – Masz gorączkę i to sporą! A mówiłam, że się zaziębisz… Och Alek... Alek... Całe szczęście, że jest tu lekarz... Leż spokojnie... pójdę po niego... A potem zadzwonię do twojej babci...
- Nie chcę pani litości... Zaraz wstanę... ubiorę się i pójdę sobie...
- Nie ma mowy... nigdzie nie pójdziesz... I o jakiej litości mówisz?! Przez tę gorączkę majaczysz... Leż spokojnie...Wulkan pilnuj pani...
Zjawiła się po kilku minutach z jakimś obcym facetem i zaczął się „cyrk”. Dostałam zastrzyk, receptę na jakieś świństwa i tydzień zwolnienia. Cudownie. Tylko to leżenie w łóżku! Na dworze tak pięknie... a ja w betach... po cholerę mi to było?!
W południe zjawiła się babcia i  kolejny „cyrk” – wyrzutom i skargom nie było końca - dopiero przestała po interwencji Moniki... Po krótkiej w miarę spokojnej rozmowie, stanęło na tym, że przez dwa... trzy dni dopóki gorączka nie spadnie – zostanę u Moniki. Super! Będę mogła patrzeć na nią, ile tylko ze chcę!
- Bardzo nerwową masz babcię ... – Usiadła przy mnie na łóżku. – Dobrze, że już poszła.... wykończyłaby nas obie... – Uśmiechnęła się mrużąc zabawnie oczy. – Sprawdzę, czy masz nadal gorączkę... Pewnie tak, ale wolę się upewnić... – Przyłożyła mi dłoń do czoła. Przeszedł mnie nagły, gwałtowny dreszcz – jak zawsze, gdy mnie dotykała. Przeraziłam się – ciągle nie wiedziałam, jak to zinterpretować – jestem, czy nie jestem jak ciotka Zuza? Odsunęłam się, dłoń kobiety opadła na moje przykryte kołdrą udo i leżała tam przez długą chwilę paląc żywym ogniem.
- Jesteś nadal rozpalona... – Wyszeptała, głęboko zanurzając spojrzenie w moich oczach, aż przeszedł mnie kolejny dzisiaj dreszcz. Nagle – czemu – poderwała się... Była jakaś niespokojna, ale chyba nie tylko moją chorobą. – Muszę cię zostawić na jakiś czas... Pójdę do apteki...
No i poszła sobie. Zostałam sama jak palec, nawet Wulkan wrócił z babcią do domu – przestraszyła się pewnie, że może się ode mnie zarazić. Może miała rację... Kto wie, czy zwierzęta nie łapią żadnych choróbsk od ludzi... Cholera wie?! Monika... Moniczka... Mona... co w niej takiego zobaczyłam. Chyba nie tylko ogromne podobieństwo do mojej mamy? Złapałam się na tym, że myślę o niej i to dosyć nieprzyzwoicie - o jej zgrabnym, zmysłowym ciele – ma takie niesamowicie długie nogi... i fantastyczne piersi... Rany koguta, myślę o niej jak o obiekcie pożądania, chyba mi już do reszty odbiło?! Znowu dreszcz przeszedł mnie po plecach... Zwlekłam się z łóżka – nie wiedząc po jaką cholerę!


- A więc jestem lesbijką?! – Powiedziałam głośno i wyraźnie, gapiąc się odważnie w lustro. Zaczęłam przypominać sobie uszczypliwe docinki chłopców, z którymi nie chciałam chodzić... Zdarzało się, że któryś z nich rzucił jadowicie właśnie to słowo „lesbijka” lub „lesba” - a ja śmiałam się z głupków, mówiąc - że wolę być lesbijka niż z takim gnojkiem chodzić...Wtedy traktowałam to jak dobrą zabawę, bo nie zdawałam sobie tak naprawdę sprawy, że jestem jak ciocia Zuza... Co powie Monika, gdy się o tym dowie – a na pewno się dowie... Wpadłam w panikę – muszę stąd wiać, zanim wróci Monika... Muszę! Znalazłam ubranie... Dam radę... muszę!
- Co ty robisz Alek?! Dlaczego wstałaś z łóżka... Czemu się ubrałaś... przecież lekarz kazał ci leżeć w łóżku....
Cholera... czemu akurat teraz musiała przyjść – nie mogła parę minut później?! Co ja mam zrobić?!
- Moniko... błagam... niech pani pozwoli mi odejść... Ja muszę... muszę.... – Potknęłam się i upadłam przed nią na kolana.
- Musisz, ale wrócić do łóżka... i przestań klękać przede mną... – Zaczęła mnie rozbierać.
- Moniko... nie rób tego... ty nic nie rozumiesz... ja... ja...jestem l e s b i j k ą! – Wykrzyknęłam. – To taka, co lubi kobiety.....- Nie widząc żadnej reakcji, próbowałam jej wytłumaczyć.
- Wiem, kto to jest lesbijka... A ty najwyżej możesz być moim kochanym lesbijątkiem......
Data publikacji w portalu: 2010-06-03
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

news Bycie gejem na Kaukazie - film online.
RysioPyyysio Mimo skali kampanii karnej żaden z Czeczenów nie zwrócił się do rosyjskich organów ścigania z oskarżeniem.😜 opinia dodana 2019-02-19 13:19:56
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019