ANYŻOWE KORALE

Sabathini
Evie

Długo o tobie myślałam, od kilku dni nie dajesz mi spokoju.Pojawiasz się w snach i nie pozwalasz zasnąć spokojnie, widzę cię tuż obok. Gdy zamykam oczy, bezwładnie opuszczasz ręce, oczy nieruchomo spowite mgłą..
Wtedy żałuję, że tak to wszystko się skończyło, że nasze chwile, w których zdawałyśmy się nie istnieć dla świata, minęły bezpowrotnie.
Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że to, co najlepsze właśnie trwa i że kiedyś zwyczajnie się wyczerpie. Myślami nocą wracam do ciebie wtedy, kiedy jeszcze nie było twojego synka, kiedy żadna z nas
nie zastanawiała się, co potem. Niczego nigdy nie planowałyśmy. To były nasze chwile, one dawały nam sens i siły...
I nigdy po Tobie nie płakałam tak bardzo, jak wtedy, gdy odchodziłaś tylko na chwilę, by wrócić zaraz do mnie
z koralami i gdy zakładając mi je na szyję, prowadziłaś moje dłonie zaczepiając nimi o ubranie, szepcząc - to dla ciebie... weź wszystko... mnie przede wszystkim.
Scałowywałaś dokładnie moje łzy, odganiałaś ustami wilgotnymi całą moją niepewność i obawę, że któregoś wieczoru mglistego cię stracę, że jak kiedyś, gdzieś znikniesz i to już na zawsze. I błądząc po twym ciele niecierpliwym wzrokiem, chciałam ciebie właśnie taką zapamiętać... Moją. Tylko moją i nikogo więcej. Z nieujarzmionymi lokami
spadającymi na jasną twarz, z palcami wplecionymi niespokojnie i chciwie w moje długie włosy.. Kochana, zawsze mówiłaś, że to się nigdy nie zmieni, że nic nie jest w stanie nam przeszkodzić. Taka przyjaźń nie jest dla zwykłych ludzi.
Zawsze tak miało być... ale chyba zbyt często musiałaś wracać do swojego świata. Potrafiłaś odgrodzić się od 
wszystkiego grubym murem i trwać tak nieprzerwanie w obłędnym tańcu twoich emocji i paskudnie ciemnych, nieprzychylnych nikomu myśli. Jak w transie podkreślałaś kolejne wersy w ulubionych wierszach, pochłaniałaś wszystko, co chociażby graniczyło z metafizycznością, by się tym zachwycać, by się w tym spełniać i trwać tak bez pamięci. To, co było między nami, dla mnie z czasem przerodziło się w czystą poezję, było tak nierzeczywiste, nierealne i niemożliwe wręcz, że nie mogłam przestać o tym myśleć... Ty wciąż za mną tęskniąc, przychodziłaś do mnie nocami,
nigdy nie tracąc mnie z oczu, musiałaś mieć mnie zawsze na wyciągnięcie ręki. Może momentami było to zbyt zaborcze, ale tak bardzo nie mogłyśmy żyć bez siebie, że musiałyśmy mieć siebie na wyłączność i najlepiej w każdym momencie. Gdy tylko nadarzyła się okazja bycia obok, bycia blisko, to konieczne, oczywiste dla nas było skorzystanie z tej szansy.
Niepokorna, uśmiechnięta i wrzeszcząca owieczka w różowych balerinkach i żółtej opasce. Taką cię pamiętam. Jakimś cudem udało ci się zawsze przemycić kolorowy szal i słodkie perfumy. Pachniałaś wanilią i cukierkami anyżowymi. I jak nienawidzę anyżu, tak na Tobie pachniało to wszystko niesamowicie.

Laurę pierwszy raz zobaczyłam u pielęgniarki szkolnej, która zmieniała jej opatrunki na nogach. Powypadkowe rany Laura miała na niemalże całym ciele, nogi i ręce poobijane i sine, rany zaledwie sprzed tygodnia - ścigała się na motorach ze znajomymi i miała wiele szczęścia, że tylko tak się skończyło. Błękit bluzki idealnie podkreślał
jej oczy, włosy koloru spalonej słomy związane ciasno nad karkiem, długie i gęste, błyszczące... Smukłe z lekka odchylone do tyłu ciało, usta rozchylone w uśmiechu niewinnym i nieśmiałym, skupiona na nieodczuwaniu bólu, wypatrująca za oknem szelestu słoneczników w ogrodzie. Zachodzące słońce niemą łuną przypełzało jej do stóp, w głębi
pomieszczenia, z przestrzenią wokół siebie wypełnioną światłem w bezruchu zastygłego powietrza, była zbyt nierzeczywista, zbyt ciepła i miękka jak na kamienne mury ograniczające tutaj wolnośc. Zbyt nierealna, by mogła byc prawdziwa. Olśniewająco piękna, wyglądała jak anioł, który poobijał się spadając z nieba, ale nie utracił nic ze swej doskonałości.

Ona wiedziała o nas za dużo. Nigdy nikomu nie powinnyśmy nic o nas mówić, to było zbyt niebezpieczne w naszej sytuacji... Nie mogłyśmy się stracić. Dlatego nie chciałam, byś cokolwiek jej mówiła. Wolałam być nieufna niż później żałować, ale ty zawsze tłumaczyłaś, że skoro się przyjaźnicie, to musi wiedzieć wszystko. Nie nadążałam za zmianami
twojego otoczenia. Ludzie zazwyczaj już po kilku tygodniach nudzili cię do tego stopnia, że nie chciałaś mieć z nimi nic wspólnego. Ona jednak była przy tobie dłużej niż miałaś w zwyczaju,i nie przywykłam do tego, że poza mną może być ktoś jeszcze. To mnie martwiło, ale jednocześnie nie mogłam mieć do ciebie żalu o nic. Nie potrafiłam wcześniej zauważyć, że ona z każdym dniem staje się dla ciebie bliższa, że mi ciebie odbiera...
Zaczęłyście przesiadywać razem długimi godzinami, piłyście tanie wino i chyba było wam dobrze, skoro, gdy przychodziłaś na kolację, byłaś dziwnie uśmiechnięta. A to właśnie miały być Nasze chwile, zaplatane na nitkę
każdego dnia jak korale.

Po pewnym czasie przestało mnie to bawić. Wolałam, gdy ona musiała gdzieś wyjechać, jak po prostu jej nie było, wtedy miałaś dla mnie, i tylko dla mnie czas. Bez jakichkolwiek problemów potrafiłaś się wytłumaczyć a ja naiwnie i zbyt łatwowiernie wmawiałam sobie, że zawsze będziesz moja, że przecież nikt nie jest w stanie mi ciebie zabrać. Każdą chwilę spędzałyśmy razem. Codzienne spięcia były więc nieuniknione, ale zawsze kończyły się niepohamowaną żądzą. Uciekałyśmy po schodach do naszego pokoju na trzecim piętrze śmiejąc się i wyzywając na przemian i zamykałyśmy z hukiem drzwi. Wtedy nic nie mogło nam przeszkodzić, przestawałyśmy istnieć dla świata, dla mnie ty byłaś najważniejsza,
każdy twój ruch i gest najmniejszy, nawet grymas twarzy, słowo i szept musiałam uchwycić, zapamiętać, wyryć w sercu głęboko... Miałam w sobie ogromną niepewność, chociaż działałaś na mnie tak odurzająco jak narkotyk. Ja wiem, ulegałyśmy szaleństwu. Skoki z pierwszego piętra na siano lub suche liście, paznokcie pomalowane na czerwono u stóp, i sznury korali, sznury... Ty nimi przywiązana do łóżka... Ja ze skrępowanymi nimi rękoma na plecach... lub na co dzień do sukienki czy do dżinsów zawsze na szyi lub nadgarstkach... Zawsze.

Nienawidzę anyżu. Oj, bardzo, ale cóż zrobić, skoro taki był nasz układ... Żadna z nas nie lubiła przepraszać, a tym bardziej ja, ale jak już musiałam, to dawałam ci twoje ulubione cukierki. Zawsze jakoś dziwnie mieniły się w słońcu, gdy leżałyśmy na trawie wiosną, niebo trwało nad nami nieruchome i czekało. Mrużyłaś oczy, gdy przez te cukierki patrzyłaś na słońce, w międzyczasie obgryzałaś paznokcie:
- Wiesz, to jest dziwne - szeptałaś, po tych słowach najczęściej, ot tak, wspierałaś się na przedramionach, i patrzyłaś na mnie.
- Dlaczego nie można w oczach ukryć swoich myśli? Tak mi się wydaje, że u ciebie jest to niemożliwe... bo ty nie potrafisz nic ukryć, i zaraz oczy ci wilgotnieją, albo je zamykasz, a wtedy to już wszystko wiadomo... głupie
masz te oczy, jakieś niewyraźne, szare... może niebieskie... - nie lubiłaś moich oczu. Wszystko było dla ciebie albo zachwycające, gdy miałaś dobry dzień, a gdy czułaś się podle ,świat taki się stawał dla ciebie, wtedy byłaś w stanie zrobić wszystko, by się od niego uwolnić, by choć na chwilę zapomnieć... Wiesz, czasami czułam się jak zabawka której twoje bezkarne dłonie mogą w każdej chwili połamać wszystkie delikatne elementy. Niebezpieczne były te nasze zabawy. Nieokiełznane myśli dominowały nad rozsądkiem. Opętana tobą nie mogłam powstrzymać swych dłoni, gdy siadając przy mnie, małym palcem gładziłaś moje zaciśnięte usta, rozchylając je lekko i mimowolnie rozsuwałaś smukłe nogi. Delikatne brwi marszczyłaś niczym w skupieniu największym szepcząc swoje pragnienia.
Nigdy nie miałam ich dość. Lubieżności i wszystkie perwersje lubiłaś łączyć z dziecięcym przekomarzaniem. Ile to razy turlałyśmy się na łóżku zupełnie bezcelowo przypominając sobie cały miniony dzień przepełniony potknięciami i błahostkami. Uwielbiałam tak się droczyć z tobą, bo niby w złości rzucałaś się na mnie i całowałaś. Zwyczajnie, śmiesznie, banalnie prosto, a jednak..

Ale najpierw była Ona. To właśnie Laurę pokochałam tego deszczowego dnia 7 września, który pachniał błotem i starym drewnem, a przytłaczał dodatkowo chłodem klasztornych kamieni. Pamiętam, gdy pierwszy raz się całowałyśmy. Zostałyśmy w pokoju tylko my dwie. Znałyśmy się dopiero od tygodnia. Łóżka były drewniane, tak, jak i podłoga skrzypiąca. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Głowa przy głowie, pościel miała żółtą w niebieskie gwiazdki i księżyce, a ja beżową w pąsowe róże. Obok każdego z łóżek w tym ascetycznym pokoju pozbawionym jakiejkolwiek prywatności stało krzesło z nienagannie złożoną kapą w kolorze zgniłej zieleni.
- Śpisz?- szepnęłam po dłuższej chwili milczenia, gdy już wiedziałyśmy o sobie nieco więcej.
- Już nie. A czemu pytasz?- półgłosem odpowiedziała zaspana.
- Powiedz mi... Czy mogę cię o coś zapytac? Tylko że to może byc dla ciebie dziwne... Nie zrozum mnie źle, chcę po prostu wiedziec... Tylko i wyłącznie wiedzieć...
- To pytaj. Mnie też chodzi po głowie jedna myśl, też chcę cię o coś zapytac, ale ty pierwsza.
- No dobrze - Westchnęłam. Dobrze wiedziałam, że albo ją stracę na zawsze, albo zyskam.
- Całowałaś się już kiedyś z dziewczyną?
Zapadła niezręczna cisza. Trwała może kilka sekund, choc zdawała mi się wiecznością. Nie wiedziałam czy jeszcze kiedykolwiek się odezwie do mnie. Poczułam się tak, jakbym popełniła największy błąd mojego życia.
Głupia byłam, że o to zapytałam... Ale tak naprawdę, co miałam do stracenia? Przecież nawet nie zdążyłyśmy się polubic, zaprzyjaźnic, więc wychodziłam z założenia, że niewiele mogę stracić.
- Nie. Jeszcze nigdy - zmieszała się i z wielką nieśmiałością dodała po kilku głębszych oddechach - A ty?
Przestałam bezsensownie gapić się w sufit niewidzialny w ciemności i podniosłam się na przedramionach, leżąc na brzuchu, by przekonac się, czy nie śnię. Laura też się podniosła i spojrzała na mnie. Blade światło księżyca przebijało się przez gęste krople deszczu za oknem i padało lekko na jej twarz. Lśniła w tej poświacie jak anioł, zwrócona twarzą w stronę okna. patrzyła na mnie i uśmiechała się niewinnie. Jej długie jasne włosy otulały twarz ledwo widoczną mgiełką, układały fale na poduszce. Długie palce przybliżyła do twarzy, zakryła nimi usta jakby w 
zawstydzeniu. Przez dłuższą chwilę nic nie mówiłyśmy, trwałyśmy tak w bezruchu. Po chwili położyłam się na plecach z powrotem, zamknęłam oczy. Laura nagle zawisła nade mną, włosy zaczęły muskać moją twarz.
- To może zobaczymy, jak to jest? - zapytała bezkarnie i swobodnie. Przybliżyła usta do moich warg, ledwo wyczuwalnym oddechem pieściła nieśmiałe myśli, które z każdą chwilą stawały się bardziej odważne. Całowałyśmy się dośc długo, wreszcie przyszła do mojego łóżka, przytuliłam ją i tak zasnęłyśmy.


Zazwyczaj nie chodziłyśmy nigdzie same. Ona zawsze gdzieś obok była, patrzyła na nas, mrużyła oczy i poprawiała okulary. Nie znosiłam jej obecności, ale z czasem nauczyłyśmy się żyć, jakby jej nie było. Rzadko coś mówiła przy mnie. Po tamtej kłótni, gdy znów miałam cięższe dni walcząc z samą sobą stępiłam niejedną żyletkę. Obudziłam się w szpitalu, a ona przyszła do mnie. I patrzyła na mnie tylko, nawet nie płakała, była zła na mnie, i w końcu powiedziała, że nie zasługuję na ciebie, że na nic nie zasługuję skoro tak robię, i wyszła. I od tamtej pory zawsze
jest z nami. Tak jakby mnie pilnowała, bym przypadkiem nie odebrała jej ciebie zupełnie. To była swoista walka, na którą zawsze się zgadzałaś. A Laura znów nie mówi ani słowa, tylko patrzy. Nawet jak zasypiam, czuję jej oddech, jej nieokreślone spojrzenie. Zaczęła ostatnio siadać przy moim łóżku i też pachnie anyżem. A ty dałaś jej korale. A to przecież ja dostawałam je od ciebie, gdy to była twoja wina. Może dlatego miałam ich tak dużo, a ty zawsze pachniałaś tak samo... Patrzę na petrarkowską Laurę uosobienie kobiecości i wszelkich marzeń, wiem, jak bardzo jesteście różne i jak nie możecie żyć bez siebie i dlatego ona ma na szyi moje korale. Moje. Czerwone i drewniane. I pachnie jak Ty. Znowu zamknęłam oczy. Wtulam się w ciebie i nasycam się twoją obecnością, szorstki koc w kratkę oddziela nas od świata. Niebo nawet nie drgnie, nawet wiaterek lekki się nie zerwie. Ona czyta książkę, siedzi na kamieniu, i zwyczajnie czyta. Głosem miękkim, lekkim ciepło wypuszcza z ust każde słowo na twoją prośbę. Dla ciebie. A ja nie chcę, żeby tu była.
- Przeczytaj to na głos... - prosisz ją łagodnie i czule, zza rzęs ledwo rozchylonych spoglądasz spragniona na jej długie nogi manifestacyjnie wyciągnięte tuż przed twoją głową.
- Co ty do niej powiedziałaś? - głos mi się łamie - co ty sobie wyobrażasz? - w panicznym lęku o to, że mogę cię stracić nie panuję nad słowami. Siadam na kocu i daję ci klapsa.
- Nigdy więcej, nie waż się do niej tak mówić! Bo ty, kochana, jesteś moja i dobrze o tym wiesz...- uśmiecham się do ciebie - i nikt mi ciebie nie odbierze...- już łagodniej i kokieteryjnie otulam cię głosem. Muszę znów cię usidlić... Całuję twoje wilgotne, małe usta, włosy bezwładnie muskają twoją twarz... Trwa to może minutę. Znów wiem, że jesteśmy tylko my.
Ale przerywasz to, odsuwasz moją twarz i szeptem błagalnym... o nie, to był raczej rozkaz... zwracasz się do niej:
- Chcę żebyś przeczytała. Taką masz piękną barwę głosu...- ściszasz głos, zgłębiasz jego barwę aż zaczyna lekko i namiętnie wibrować. A ona czyta.. Naszego Tetmajera...
- Kiedy na oczy srebrno - szafirowe spuści powieki i na wznak upadnie... - szybuje ponad murem i bramą ogrodu...
Żadnego wiatru, żadnej kłótni, żadnego człowieka poza Nami... Nami trzema.. I właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że jesteśmy na siebie skazane. Ty z niej nie zrezygnujesz, ani ze mnie, więc muszę się na to godzić.

Nawet nie pamiętam, kiedy musiałaś odejść. Rodzice zabrali cię z naszego raju, twoja matka szalonym spojrzeniem chciała to wszystko ogarnąć, ale jakoś nie zauważyła nawet blizn na rękach przykrytych bandażem, ani marmurowych nieruchomo ust twoich, i spazmatycznego śmiechu, gdy wszystkie stanęły w oknach i patrzyły jak odjeżdżasz. Okazało się, że byłaś na terapii. Tak, jak ja kiedyś, ale ty nie malowałaś po ścianie u psycholożki, bo nie miałaś siedmiu, a 18 lat a wtedy to wszystko bardziej boli. Człowiek niczego tak bardzo nie potrzebuje jak wolności i akceptacji, a jak czasem też zdarzy się miłość albo wielka przyjaźń to staje się kwintesencją życia, jego ukoronowaniem. Odebrano ci
wolność, nikt cię nie akceptował w otoczeniu i to nas połączyło,i reszta świata się nie liczyła. I zaczęłaś znowu brać tabletki, miałaś nawet nie zdać matury, nie panowałaś nad sobą, popadałaś naprzemiennie w szał, euforię, albo zanosiłaś się od płaczu, i taką cie przywieźli po miesiącu rozedrganą, już nie moją, niczyją... i nawet przestałyśmy rozmawiać jak kiedyś. Ona nadal snuła się za nami jak cień, ale mnie to nie obchodziło, przecież byłaś ty i byłaś tuż obok, ale jakby nieobecna. Siedziałaś samotnie na korytarzu i układałaś rzeczy.
- Co się stało,co oni ci zrobili? - Pytałam niespokojna martwiąc się o ciebie, ale ty nic nie odpowiedziałaś, popatrzyłaś na mnie z żalem w oczach - to nie moja wina - chciałam się wytłumaczyć, wybronić przed
nieokreślonymi wyrzutami sumienia, ale nie chciałaś mnie słuchać,odwróciłaś twarz. Ona wyszła z pokoju, przeszła obok i nawet nie spojrzała na ciebie, tylko ja głupia przez cały czas twojej nieobecności nie mogłam się uspokoić, funkcjonować normalnie... A Laura nic, jakby wcale nie obchodziło ją, co się z tobą działo... Bez słowa minęła nas
lekkim szelestem rajstop, trójek żółtych, i zatrzasnęła za sobą drzwi toalety. Loki twoje bladym światłem wpadającym przez maleńkie okno na końcu korytarza lśniły miedziano, kasztanowo, i miałaś różowe baletki z kiczowatą kokardką poprawianą bez przerwy w chwilach nerwowych... i teraz też.
- Czy to moja wina? Masz do mnie żal? Ale powiedz... - złapałam cię za rękę, już wszystko się wygoiło i pod rękawem było gładko, a na policzkach miałaś ślady po rozmazanych nocach.
-Już nic nie mam - szeptałaś beznamiętnie i bezsilnie - straciłam siebie... to było pranie mózgu, nic nie pamiętam, i to był mój błąd, moja wina, i tego nigdy nie powinno być, nie powinno, nigdy... - rzucałaś niepowiązanymi słowami bez namysłu, chaotycznie próbowałaś się wytłumaczyć łkającym szeptem tonem błagalnym, patrząc w głąb metalowej szafki. Ale dlaczego tak wtedy myślałaś? Przecież miałyśmy byś szczęśliwe...

Na zewnątrz rododendrony zaczynały kwitnąć beżem, więc siedziałyśmy w ogrodzie oparte o siebie plecami, czytałyśmy. Pod podręcznikami z historii trzymałyśmy Tetmajera i Jasnorzewską, czasem też udało się coś nielegalnie skserować i zaklejałyśmy tym mapy czasów nam bardzo odległych... i to pozwalało przetrwać ten trudny czas.
- Muszę dziennie przeczytać choć jeden wiersz, inaczej nie potrafię
funkcjonować normalnie - taką miałyśmy receptę na przetrwanie.Wiatr bawił się naszymi włosami wplatając w nie błękit i promienie słońca, muskał subtelnie rumiane twarze i wysunięte spod sukienek blade nogi, a miłorzęby i niezapominajki uginały się lekko, świat zamarł w bezdechu, czasem tylko kot przebiegał przez ogród lub jaskółki
podfrunęły na pobliskie kamienice, których jedynie dachy zza muru się wynurzały. Chciałam zatrzymać czas na wieczność, ale tylko ta chwila jedna była dla nas. Czułam to wszystko głęboko, jakby nic się nie liczyło a świat istniał tylko dla tej jednej chwili.
- Wiem - przerwałaś moje upajanie się tobą, twoją obecnością i zapachem azalii - Tak trudno ci teraz w to uwierzyć, ale... - przerwałaś na chwilkę, popatrzyłaś na Laurę w błękitnej anielsko zwiewnej sukience, którą tak bardzo lubiła, ściszyłaś głos i bezszelestnie, prawie nie otwierając ust, chcąc powierzyć mi swego rodzaju największą tajemnicę przybliżyłaś piegowatą swoją twarz do mnie... myślałam, że jak zwykle nie zważając na wrogie spojrzenia, będziemy się całować...
- Ja ją kocham - wreszcie wycedziłaś z przejęciem... Ona patrzyła na ciebie zadowolona, że wreszcie mi powiedziałaś to, o czym obie wiedziałyście już dawno. Zabrała mi ciebie. To, czego tak bardzo się obawiałam, stawało się
rzeczywistością... I nie mogłam tego słuchać, bo to wszystko zepsuło, magię miejsca i czar chwili diabli wzięli w ułamku sekundy.
- Jak to? - pytałam raczej samej siebie, bo ty już mnie nie słuchałaś.
- Co ty wyprawiasz... to nie może być prawdą... - szeptem starałam się nie zaburzyć spokoju ogrodu. Spodziewałam się tego, ale łudziłam się ciągle, że jeszcze nie teraz, że mamy szansę, bo przecież tyle razy mówiłaś mi, że tylko ja się liczę, że mnie kochasz... i przypomniałam to sobie, aż nie mogłam patrzeć, jak bardzo swobodnie czujecie się w moim upokorzeniu... A wszystkie gapiły się z okien na nas, na prywatny raj zamykany z hukiem.
I właśnie wtedy powiedziałaś, że będziesz ją odkrywać. Już nie mnie...

Podniosłam się gwałtownie i z wyrzutem spojrzałam na wasze uśmiechy. Pobiegłam przed siebie. Wspięłam się na trzecie piętro... Podsunęłam łóżko pod okno, stanęłąm w otwartym na oścież oknie... I rozerwałam te przeklęte korale - wszystkie od Ciebie, ześlizgiwały się po ściętym dachu, spadały na kamienne schody na dole. Rozprysnęły się na te
nasze wspólne chwile. Przeminęły jak My... Z góry popatrzyłam na was zajęte sobą w ogrodzie i skoczyłam...
Data publikacji w portalu: 2011-08-04
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019