OKO

mało.mówię
Patrzyła na ludzi zupełnie inaczej, niż wszyscy ci, których znałam dotychczas. Tam, gdzie inni widzieli trzęsącą się pod dworcem kupę szmat, żebrzącą o drobne, ona dostrzegała historię. Widziała w nich przeszywający chłód lutowych nocy i nieznośną świadomość własnego upadku. Tam, gdzie inni widzieli pijaka, zataczającego się połykacza taniego wina – ona patrzyła dalej. Głębiej. Przedzierała się przez smród trawionego alkoholu, przez nieskładny bełkot tylko po to, by w myślach dotrzeć do rodziny tego człowieka. Mówiła, że takie spojrzenie wynika z czysto samolubnych pobudek. Powtarzała, że tylko żeruje na ich nieszczęściu, bo dostarczają jej powodów do robienia zdjęć. Powiedziała kiedyś: „Czasem brzydzę się samą sobą.” i wiem, że naprawdę tak o sobie myślała. Widziałam to w jej oczach, gdy przeglądając stosy fotografii tworzyła portfolio. Zawsze odrzucała te najlepsze. Te, na których w twarzach bezdomnych oraz wszelkiej maści osiedlowych wariatów można było zobaczyć człowieka. Jego dom. Awantury, które wszczynał, zabawy, które lubił, gdy był dzieckiem. Oglądając je razem z nią byłam nawet w stanie uwierzyć, że ci ludzie byli czymś więcej niż tylko workiem na kości, bimber i płacone na nich podatki.

Przyszedł maj. Nasz pierwszy wspólny maj. Tego dnia miała egzamin z przedmiotu, którego nazwy nigdy nie potrafiłam zapamiętać. Spędziłyśmy poranek na prostowaniu niezmierzonej gęstwiny jej loków. Pasmo po paśmie zabijałam niezależność miedzianych sprężyn, zmuszając je do bycia czymś, czym wcale nie były. Ciężko jest niszczyć coś, co kocha się tak bardzo. Chciałam protestować, ale uparła się, żeby specjalnie na tą właśnie sesję wyglądać tak, jak każda inna osoba. Wraz z początkami wiosny, gdy na Wiśle pękał lód, w niej także tajały nazbierane zimą lęki. Wpadała wtedy na zadziwiające pomysły. Dobry miesiąc zabrało mi tłumaczenie, że nie widziałam piękniejszej jesieni, niż ta która ukrywała się w jej włosach. Ta interwencja uchroniła mnie przed dzieleniem życia z blondynką.

Potem, z każdym kolejnym majem, poznawałam ją trochę lepiej. Każdy dzień, każda kłótnia, godzina, każda wspólna piosenka oraz kolacja przybliżały mnie do niej, ale nie dotarłam jeszcze do momentu, w którym mogłabym powiedzieć, że to już koniec. Że nie dowiem się niczego nowego. Nasze życie jest jak równanie, jak zbiór punktów na osiach. Ona jest niewiadomą, czynnikiem, którego nigdy nie uwzględniałam w obliczeniach. Zmienną niezależną. To moja liczba Pi, która wyjaśnia wszystko, chociaż nie jestem pewna, w jaki sposób działa.

Zadzwoniła do mnie, żeby powiedzieć, że zdała, a ja odetchnęłam z ulgą. W czasie sesji zmieniała się w kawokrwistego potwora powtarzającego niczym mantrę słowa przepowiadające rychły koniec świata. Moja dziewczyna była mózgowcem. Spanikowanym mózgowcem.

Wychodząc ze studia zajrzałam na targ, żeby kupić fioletowe kiście bzu, chociaż ani ona, ani ja nie lubiłyśmy kwiatów. Bzy jednak są wyjątkowe – przyrzekają, że lato, głębokie dekolty oraz szeroko otwarte okna są już blisko. Ciężko jest się oprzeć takim obietnicom. Chcąc świętować udaną sesję, w rzeczywistości celebrowałam odzyskanie niej samej. W tych tygodniach poprzedzających egzaminy przegrywałam walkę o nią ze stosami kserówek, notatek i długopisów. Była strzeżona przez hordy agresywnych książek, które najwidoczniej nie darzyły mnie sympatią, bo szczerzyły na mnie ostrzegawczo litery za każdym razem, kiedy próbowałam się do niej zbliżyć. To trudne – nie być w stanie pokonać tony makulatury w bitwie o dziewczynę. Zawsze jednak przychodził ten dzień, kiedy indeks znikał w czeluściach dziekanatu, a ostatecznym zwycięzcą byłam ja.

Lubiła białą czekoladę. Jeśli się nad tym zastanowić – ile osób lubi białą czekoladę? Ja, oprócz niej, nie znałam nikogo. Kupiłam dwie tabliczki. Wybrałam specjalnie te, w których widać było brązowe cętki wanilii. Były droższe, ale tego dnia pieniądze nie mogły odgrywać roli większej niż jej szczęście. Za nami sesja. Za nami burza mojej zdrady i tornado jej frustracji. Żyłyśmy. Stopniał śnieg. Tylko to miało znaczenie.

Dzięki jej babci nie mieszkałyśmy w szarym pudle blokowisk, rozcinanych pasami rozmokłej ziemi. Pod naszymi oknami nie było placyków zabaw ze skrzypiącą karuzelą, na której spotykały się okoliczne dziwki i chłopcy o twarzach nieskażonych myślą. Nasza kamienica stała przy jednej z głównych, warszawskich ulic. Nocami nasłuchiwałam, jak prąd wędrował wysoko zawieszonymi trakcjami, zapowiadając przyjazd tramwaju. Elektryczność szemrała cicho, przeskakując iskierkami pomiędzy metalowymi prętami. Miejskie błyskawice. Wsłuchana w oddech metropolii układałam muzykę ze świateł latarni. Zdarzało się, że nad ranem, gdy nadal było ciemno, siadałam do pianina, żeby zapisać pomysł, zanim zdążył umknąć w sen. Czasem udawało mi się wyśliznąć z łóżka tak, by jej nie obudzić. Zazwyczaj jednak po kilku minutach dołączała do mnie. Siadała bez słowa na parapecie. Otulona kołdrą, podciągała kolana pod brodę i słuchała. Żyłyśmy w różnych wymiarach, patrząc na to samo, widziałyśmy coś zupełnie innego. To, co dla mnie było melodią, dla niej było obrazem. Tam, gdzie ja słyszałam dźwięki, ona dostrzegała przedmioty. Uczyłyśmy się nawzajem świata.

W końcu zasypiała, opierając głowę o ścianę przy oknie. Wszystko, co nas otaczało – muzyka, stukot klawiszy, leniwy warkot pojedynczych samochodów, cichło razem z nią. Nie budziłam jej. Patrzyłam tylko na zarys jej policzków. Na ciemne łuki brwi. Prawdopodobnie nie ma nic bardziej niemądrego, niż gapienie się na swojego kochanka kiedy śpi, ale nie przeszkadzało mi to. Nikt nie patrzył. Mogłam pozwolić sobie na bycie śmieszną.

Gdy dotarłam na miejsca, zobaczyłam ją siedzącą na ławce naprzeciwko mężczyzny o zmierzwionej czuprynie. Białe pasma siwizny lśniły w słońcu, kontrastując z ciemnymi smugami na jego twarzy. Rozmawiali. Ona szeroko gestykulowała, robiąc przy tym dziwne miny, a on śmiał się głośno. Podwinęła rękawy marynarki, odsłaniając blade przedramiona. Musiała mnie zauważyć, bo zamachała w moim kierunku dłonią. Stanęłam obok nich, a ona poderwała się z ławki. Dotknęła mojego ramienia.
- To jest Alosza Pawłowicz! – Wskazała z entuzjazmem na kompana dyskusji. Skinęłam głową na przywitanie. Uśmiechnął się bezzębnym uśmiechem. Skąd, skąd na Boga, ona ich brała? Musiała zobaczyć błysk dezaprobaty w moich oczach, bo dodała szybko: - Alosza umie grać na bałałajce!
Alosza jest przede wszystkim brudny.
- Alosza zna też cygańskie romanse!
Co wcale nie czyni go mniej brudnym.

Zmusiłam się do czegoś, co w moim mniemaniu było uśmiechem. Reszta świata mogła zobaczyć w tym raczej zaczątki tików nerwowych.
- Miło mi…
- Panienko. – Wstał i chyba chciał podać mi dłoń. Na szczęście ręce miałam zajęte zakupami oraz gałązkami bzu. – Piękne kwiaty.

Co odpowiedzieć na takie słowa? „Dziękuję”? Jaki mam powód, by dziękować za komplement czegoś, czego twórcą nie byłam? Zgodzić się? Przytaknąć? Powiedzieć, gdzie je kupiłam człowiekowi, który prawdopodobnie miał w kieszeni ilość pieniędzy wystarczającą na pudełko zapałek?

- To bzy – Stwierdziłam w końcu. To były zmarnowane słowa. – To wiosna tak naprawdę.
- A tak zupełnie naprawdę, to mój zdany egzamin. – Wtrąciła się do rozmowy, a w jej głosie usłyszałam nutę rozbawienia. Już chciałam zaprzeczyć, aby nie dać się przyłapać na czymś tak żenującym, jak kupowanie komuś kwiatów, ale zobaczyłam jej uśmiech. Nie był drwiący. Była po prostu zaskoczona.
- I tak i nie. Twój zdany egzamin niosę ze sobą w plecaku.
- Zdała dziś panienka egzamin? – Mówił dziwnie jak na osobę w podartej kurtce i dziurawych butach.
- Owszem.
- Czy był trudny?
Oczywiście, że był trudny! Gdyby nie był trudny, nie musiałabym od przeszło tygodnia słuchać lamentów, że planuje rozpalić wielki stos z książek na środku naszego salonu. Pomysł ten wydał mi się w tamtej chwili całkiem kuszący.

Byłam ciekawa. co odpowie. Mogła potwierdzić, że rzeczywiście był trudny i przyznać w ten sposób, że była w czymś dobra. Takie deklaracje rzadko znajdowały drogę z jej ust do reszty świata. Prawdopodobnie dlatego, iż nigdy w to nie wierzyła. Mogła zaprzeczyć, a tym samym skłamać. Ludzie chcą usłyszeć prawdę niemal tak często, jak skłonni są ją mówić. Ale ona nie należała do osób uprawiających politykę białych kłamstw. To był powód, dla którego czasami tak strasznie bałam się zadawać jej pytania.
- Był trudny. – Wiedziałam. – Ale już się skończył. – Dodała, a ja właściwie mogłam to przewidzieć. Alosza pochylił się i bez słowa zaczął grzebać w wielkim foliowym worku leżącym u jego stóp. Wolałabym nie wiedzieć, co znajdowało się w środku. Niestety, zdawałam sobie sprawę, że świadomość ta nie zostanie mi oszczędzona. Wyciągnął jakieś zawiniątko.
- Zasługujesz w takim razie na nagrodę. – Podał jej coś. Chciałam krzyczeć: „nie bierz tego! Nie dotykaj!”, ona tylko zaczerwieniła się, spuszczając oczy. Jak to możliwe?! Zaczerwieniła się! Tylko ja mogę sprawiać, że się czerwieni! Ja! Stałam tam z tymi kwiatami, z tym plecakiem oraz z całą tą zazdrością o nią. Nie. Nie bałam się, że jest ktoś ważniejszy ode mnie. Że ktoś przypadł jej do gustu. Byłyśmy już obydwie w tym okropnym miejscu, gdzie złość i niepewność pokłada się między ludźmi śnieżnym milczeniem. Teraz, tak przynajmniej chciałam myśleć, wyszyłyśmy poza ten strach. Moja zazdrość była z gatunku tych, które odczuwa się ciągle. Byłam zazdrosna o koszulkę, opinającą jej ciało. Zazdrosna o słońce, bo zostawiało na jej nosie pocałunki z piegów. Byłam zazdrosna o czerwień jej policzków, bo to nie ja byłam przyczyną tego szkarłatu. Jednocześnie wiedziałam, że nie mam czego się obawiać, bo jest w niej stałość, nieuchronność faz księżyca. Była jak krople rtęci, ruchliwe i być może rozpryskujące się czasami w milion mniejszych paciorków, ale zawsze wracające do pierwotnego kształtu. Wtedy chciałam zwyczajnie być pępkiem jej świata. Być orbitą, po której będzie się przemieszczać. Z perspektywy czasu widzę i wiem, że nie na tym polega nasze życie. To dobra świadomość.
- Dziękuję. – Wzięła pakunek, uśmiechając się grzecznie. Dopiero w momencie przejmowania szarej paczuszki przestała trzymać rękę na moim barku.

Żyjemy w świecie automatyzmów. Nikt, nigdy nie zastanawia się nad tym, jak podrapać się po nosie, czy jak się myje zęby. Po prostu robimy to. Wykonujemy mnóstwo zbędnych ruchów, niezliczoną ilość działań, z których nawet nie zdajemy sobie sprawy. Kiedy rozwiąże ci się but – zawiązujesz go. Kiedy kipi mleko – rzucasz się na ratunek palnikom gazowym. Kiedy pojawia się słońce – wystawiasz do niego twarz. To prawdopodobne, że jej ciągła potrzeba bycia ze mną w choćby najdrobniejszym kontakcie fizycznym także należała do tych bezmyślnych zachowań. Jeśli tak było w rzeczywistości, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to najlepszy rodzaj odruchu jaki znam.

Alosza wstał, nie dając jej czasu na obejrzenie podarunku. Schylił się po swoją torbę, zobaczyłam, że faktycznie ma bałałajkę. Jasne drewno pudła rezonansowego zdobiły dwa czerwone motywy kwietne. W duchu przyznałam, że to piękna, misterna robota. Z pieczołowitością przewiesił sobie instrument przez ramię, a we mnie coś drgnęło i pomyślałam sobie, że chciałabym usłyszeć jak gra. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na jego dłonie – bordowe, przypominające sękate pniaki drzew, zbyt niezgrabne, by być rękoma muzyka. Sposób, w jaki patrzył na struny, mówił coś zupełnie innego niż jego palce. Komu zaufać? Poczułam na sobie jej spojrzenie. Przyglądała mi się w ten specjalny sposób, kiedy próbowała coś zrozumieć i poznać. Przechyliła głowę lekko w prawo, jak pies, który widzi coś nowego. To, co zobaczyła, musiało się jej spodobać, bo obdarzyła mnie szerokim uśmiechem. Tym łobuzerskim, który wywoływał w kącikach oczu kurze łapki – koszmar każdej szanującej się kobiety. Moja kobieta najwidoczniej nigdy się nie szanowała, bo zupełnie jej nie przeszkadzały.

W dzieciństwie nauczono nas formułek, którymi posługujemy się w kontaktach międzyludzkich. Mówimy „przepraszam” chociaż naprawdę myślimy „to twoja wina”. Powtarzamy „dzień dobry”, mimo że jest szaro, brzydko, boli nas głowa, a w naszej ulubionej parze skarpetek znaleźliśmy dziurę. To nie jest dobry dzień. Wymyśliliśmy uprzejmość, żeby nie robić innym przykrości. Żeby swoją niechęć, niepokój, radość oddzielić od reszty świata murem grzecznych słów. Czy pytając „jak się masz?” naprawdę chcesz usłyszeć odpowiedź? Gotowy jesteś dowiedzieć się, co mnie gryzie, co wywołuje uśmiech na mojej twarzy? Zanim następnym razem zadasz to pytanie, zastanów się dwa razy. I zawsze kiedy sam będziesz musiał odpowiadać – odpowiadaj szczerze. Tego także nauczyłam się od niej. Na pożegnanie powiedziała „Alosza Pawłowiczu – zawsze ciepłych dni.”. Odpowiedział bez zastanowienia: „I tobie tylko jasnych oczu.”. Jak źle wypadło przy tym moje „miło było was poznać, Alosza Pawłowiczu”?

Złamane piękno. Fascynowały ją wszystkie odcienie szarości, każdy defekt był czymś, co przykuwało jej uwagę. Wyszczerbiona filiżanka z czasów rewolucji z wytartym, złotym wzorkiem, okalającym brzegi. Różowy rower, pióro ze stalówką, krzywą i przeżartą korozją. Pęknięte życia. Przemierzała wąskie uliczki pchlich targów w poszukiwaniu najdziwniejszych i najbardziej nieprzydatnych rzeczy. Na Kole czerwone daszki straganów skrywały tajemnice, które znała tylko ona oraz przedmioty tam zgromadzone. Którejś soboty wróciła ze starym kalejdoskopem. Był jasny dzień. Siedziałyśmy potem na parapecie – ona oparta plecami o ścianę, ja oparta o nią. Patrzyłam, pod słońce, na kolorową mozaikę. Z każdym obrotem tekturowej tuby szkiełka przetaczały się, tworząc nowy obrazek. Zobaczyłam kwiat zmieniający się po chwili w akrobatę. Niebieskie chabry, kubistyczne kwadraty, tworzące kształt lasu. To tylko trochę szkła, barwniki i system luster. Przesypujące się ziarenka mikrokosmosu. Podczas gdy ja podziwiałam przyniesioną przez nią zdobycz, ona skupiła się na patrzeniu na mnie.
- Podoba ci się to, co widzisz? Cokolwiek byś we mnie nie widziała…
Przyciągnęła mnie bliżej. Poczułam na łopatkach miękkość jej piersi. To był ten okres, w którym dopiero się poznawałyśmy i każde odkrycie dotyczące jej ciała wzbudzało moje zaskoczenie. Kobieta. I ma piersi. Szokujące, prawda?
- Wątpisz w to, że jest na co patrzeć?
- Po prostu nie wiem, co we mnie widzisz. Na wszystko patrzysz tak inaczej.
Wtedy zadałam to pytanie po raz pierwszy. Wtedy też nie wiedziałam jeszcze, jak nazwać to co nas łączyło. Nie byłam pewna nie tylko tego, co ja czuję do niej, ale też co ona czuje do mnie. Myślałam czasem, że może gdybym była jak te dziurawe garnki, radzieckie czapki albo pęknięte płytki chodnikowe – pokochałaby mnie. Zapragnęłam mieć blizny. Kuleć. Być nieudanym zdjęciem. Nieostra, z rozmazanymi brzegami. Ze złamanym nosem. Chciałam być piękna.

Okazało się, że Alosza dał jej porcelanowego kotka z ułamanym uchem. Zaraz po powrocie do domu rzuciła czarną torbę z notatkami w kąt przedpokoju. Usidła przy stole w kuchni, postawiła figurkę przed sobą i oparła głowę na blacie. Po kilku chwilach intensywnego wpatrywania się w nią zmieniła jej położenie. Potem znowu. Obserwowałam ją, rozpakowując bzy z szarego papieru. Powinnam obrazić się za brak zainteresowania gałązkami obsypanymi fioletem. Wiem. Ale prawdopodobnie przemówił przeze mnie rozsądek – jak kwiaty mogły się równać z kalekim przedmiotem?
- Chciałabym to zobaczyć, tak jak ty to widzisz. – Kucnęłam obok krzesła, na którym siedziała. Przeniosła siłę spojrzenia z białej masy na mnie. Wyprostowała się.
- To zabawne, bo ja chciałabym zobaczyć to tak, jak ty to widzisz.
- Ja widzę to samo, co widzą wszyscy.
- Tak? A co widzą wszyscy?
- Naprawdę brzydką figurkę. – Poważnie. Ten kotek był jednym z najbardziej tandetnych bibelotów, jakie przyszło mi kiedykolwiek oglądać.
- Tak. – Zaśmiała się tylko. – Jest okropna.
- Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy to kot, czy hipopotam. Pewnie równie dobrze mógłby być żyrafą. Albo samochodem.
- Jednak widzisz więcej ode mnie. – Uśmiechając się nadal, pochyliła się odrobinę w moją stronę. – Sądzisz, że mogę cię pocałować?

Tamtego maja, tamtego dnia mijał dziesiąty miesiąc naszej znajomości. Szósty miesiąc naszego, z braku innych określeń, związku. Drugi miesiąc po zdradzie. Pierwszy miesiąc poznawania siebie od nowa. Byłyśmy ostrożne. Myślę, że na poczcie można było nadawać nas z nalepkami: „uwaga szkło”. Dla własnego bezpieczeństwa dodałabym jeszcze „tą stroną do góry”.

Jakie to szczęście, że na proste pytania dozwolone jest udzielanie prostych odpowiedzi. Zanim jednak zdążyłam ją pocałować, jej uwaga skupiła się już na czymś innym.
- Te kwiaty są dla mnie?
- Nie. Może. Trochę.
- Kwiaty może trochę dla kogoś? – Uniosła brew. Och, do diabła. To tylko parę włosów na kości pokrytej skórą. To zaledwie nitkowaty twór. Jakieś komórki, jakieś cebulki, jakieś melaniny, a w jej wypadku dużo karotenu, czy innej marchewki. Jedno uniesienie brwi nie może być aż tak tragicznie pociągające. Wiecie, że tylko ludzie mają brwi? Ona wykorzystuje możliwości swoich w stu procentach.
- Musisz przestać to robić. – Wymamrotałam pod nosem, wstając jednocześnie.
Miałyśmy to szczęście, że w mieszkaniu zostało wiele rzeczy jej babci. Gliniane, wysokie dzbany świetnie nadawały się na wazony, chociaż, zważywszy na to, jak rzadko bywały u nas kwiaty, częściej pełniły zupełnie inne funkcje. Leżąc, objęte, na kanapie w kolorze dojrzałych śliwek robiłyśmy zawody, która z nas wrzuci więcej papierowych kuleczek do przepastnego gardła naczynia. Zwycięzcą zawsze byłam ja. Żartowałam, że w czasach licealnych nauczyciele wychowania fizycznego powinni byli dostrzec mój potencjał koszykarski zamiast karać za kolejne potyczki z kozłem. Może teraz grałabym w reprezentacji narodowej? Śmiała się ze mnie, mówiąc, że najpierw powinnam dorosnąć do kreski w wesołych miasteczkach, żeby zaczęli mnie wpuszczać na niektóre karuzele, a dopiero potem zastanawiać się nad karierą sportowca. „Jesteś mikroskopijna.” Szeptała, wtulając twarz w mój kark. „Hej!”. Bez przesady. „Jesteś moim kieszonkowym koszykarzem.” Jej słowa chowały się w moich włosach, szukając drogi, by wsiąknąć przez skórę aż do sklepienia czaszki. „Jesteś moją kropką.”. „Kropką? Dlaczego kropką?”. „Jesteś moją kropką…

„…kropką nad i. Jesteś zakończeniem mojego zdania. Jesteś ostatnią granicą. Gdzie ja się kończę, ty się zaczynasz. Jesteś moją kropką. Bez ciebie urywam się i nie znam swojego brzegu. Bezkresna i sama. Jesteś moją kropką. Domykasz mnie. Tworzę dzięki tobie kąt prosty.”. Nalewając wody do dzbana, odtwarzałam w myślach jej słowa. Jestem jej kropką. Od tamtej rozmowy nazywała mnie właśnie w ten sposób. To dziwne uczucie być czyimś znakiem interpunkcyjnym.

- Co muszę przestać robić?

W muzyce kropka oznacza przedłużenie nuty. To tak jakby przytrzymywało się klawisz w fortepianie, chcąc uzyskać dźwięk rozciągnięty o kilka sekund. Jeśli jestem jej kropką to chciałabym mieć nad sobą daszek. Byłabym fermatą – zapisem pozwalającym utrzymywać klawisz nuty na tyle długo, na ile pozwala fantazja muzyka. Moją fantazją byłoby słyszeć ją w nieskończoność.

- Hej… - Podskoczyłam słysząc jej głos tuż obok mnie. Stanęła za mną, opierając się rękoma o brzeg zlewu. W ten sposób byłam pomiędzy jej ramionami. Nie odwróciłam się. – Co muszę przestać robić? – Jej długie włosy, ponownie skręcające się w loki, łaskotały moje odkryte ramię. Lubię to. Lubię ją.
- Musisz przestać być taka.
- Taka? To nie jest specjalnie precyzyjne określenie.
- Mówiłam ci kiedyś, że mi się podobasz? – Nie. Nie mówiłam jej tego. Wiem o tym. Nie mówiłam, bo nie byłam pewna, czy mi się podoba.
- Nie.
- Podobasz mi się.
- Wiem. – Nie musiałam na nią patrzeć, żeby mieć pewność, że się uśmiecha. Ten uśmiech był w jej głosie.
- Nigdy we mnie nie wątpisz, co?
- Nigdy nie mam co do ciebie pewności, ale wątpić? Nie. Nigdy w ciebie nie wątpię.
- Dałam ci chyba wystarczająco dużo powodów, żebyś jednak mogła…
- Tak. Być może. – Zakręciła wodę. Dzban był już dawno napełniony, a bokami ściekały zimne strumyki. Odwróciła mnie delikatnie, tak żebyśmy stały twarzą w twarz. – Za każdym razem, kiedy o tym wspominasz, ja muszę od nowa myśleć, jak bardzo doprowadza mnie to do szału.

Pewnie, gdyby oczy mogłyby ciemnieć ze złości, zobaczyłabym w jej tęczówkach granat sierpniowych, burzowych chmur. Skłębionych i złych. Mokrych od deszczu. Błyszczących piorunami. Poczułam się tak, jak wtedy. Jak w dniu, w którym się dowiedziała. Patrząc na jej zaciętą minę przypomniałam sobie te ciche słowa: „postaraj się nie wracać”. Starałam się. Przez miesiąc udawałam, że nie istniała. Prawie, naprawdę prawie, udało mi się wmówić sobie samej, że ta zdrada to była cudowna sprawa. Że właśnie tego było mi trzeba. Że nareszcie jest mi cudownie. Po dokładnie 30 dniach oraz 4 godzinach od zamknięcia za sobą drzwi do jej mieszkania i życia, siedziałam z powrotem w naszej kamienicy, na szorstkiej wycieraczce. Była gruba i wżynała się kolcami w tyłek. Nienawidzę tego prostokąta słomy do dzisiaj.

Starałam się nie wracać. Nie wyszło.

- Ale mimo wszystko, dałaś mi również dostatecznie dużo powodów, żeby nie wątpić. Poza tym, to nie kwestia powodów, obietnic. – Złagodniała. – Albo w kogoś wierzysz albo nie. Koniec. A teraz… - Przechyliła głowę. – Dostanę w końcu swój prezent?

Pocałowałam ją. Była tak blisko. Było mi jej brak. Była taka piękna. Z tymi piegami i wąskimi ustami, które tworzyły bladoróżową linię. Kiedyś, ledwo ją znając, stwierdziłam, że całowanie takich wąskich ust musi być straszliwą stratą czasu. Przecież ich prawie nie ma! Przecież one niemalże nie istnieją. Po co? Po co się nimi w ogóle interesować? Czasami jestem tak głupia, ślepa i beznadziejna, że zadziwiam samą siebie.

- Mmm… - Przerwała pocałunek. Zanim otworzyła oczy, musnęła jeszcze wargami mój policzek. Czemu robiłyśmy to tak rzadko? – To bardzo miłe, ale miałam na myśli prezent z plecaka.
- Jesteś taką rozpieszczoną, interesowną kobietą. – Klepnęłam ją lekko w ramię.
- Jestem. A kogo należy za to winić?
Zignorowałam pytanie. Chciałam móc powiedzieć, że to ja ją rozpieszczałam. Chciałam móc powiedzieć, że rzeczywiście była rozpieszczona. Ale to byłoby kłamstwo. Nie była rozpieszczana, a już na pewno nie przeze mnie. Tamtego dnia pomyślałam, że muszę to zmienić.
- Wyjmiesz swój prezent? A ja wstawię w końcu te kwiaty do wody.

Każdy rodzi się z jakimś talentem. Jedni potrafią śpiewać, a inni gwizdać nosem. Znam takich, którym nie jest obca sztuka orgiami. Cierpliwi, zdolni uczniowie Konfucjusza, tworzący róże z papierków po cukierkach, zupełnie jakby na świecie było za mało mięsistych płatków kwiatów. Miałam w przedszkolu kolegę mogącego zmieścić w dziurce od nosa dwie fasolki. Co prawda kiedy tylko nasza opiekunka zorientowała się, co zrobił czterolatek, wezwała pogotowie i mężczyzna w białym kitlu wyjmował zasmarkane nasiona, ale respekt jaki zyskał Gryzek wśród reszty przedszkolaków był niesamowity. To był mój pierwszy chłopak. Cieszę się, że ta miłość nie przetrwała dłużej niż leżakowanie. Wolę nie zgadywać, skąd musiałabym wyjmować pierścionek zaręczynowy.

Ona też była dobra w wielu rzeczach, ale jeden talent naprawdę mógł wzbudzić emocje. Nikt tak jak ona nie potrafił namierzyć słodyczy. Kiedy złapała trop unosiła wysoko głowę, wciągała nosem powietrze i rozpoczynała szaleńczy bieg za zdobyczą. Poważnie. Wrzućcie tabliczkę czekolady do Wisły, a skoczy za nią i choćby miała wypłynąć u ujścia rzeki, kilometry dalej – wróci z przysmakiem. Jeśli oczywiście po drodze go nie pochłonie. Nie liczyłabym jednak na taką wstrzemięźliwość z jej strony.

W moim plecaku mieściło się wszystko. Gdyby ktoś chciał przemycić łódź podwodną za amerykańską granicę, wystarczyłoby wrzucić mi ją do głównej kieszeni. Na pewno po usunięciu części zeszytów, płacht papieru do zapisu nutowego, paru kostek do gry na gitarze, które noszę zupełnie bez potrzeby zważywszy na to, że moim drugim instrumentem jest bas oraz innych ciekawostek – udałoby się upchnąć nawet reaktor atomowy. Sposób, w jaki namierzyła dwie malutkie tabliczki białej czekolady w tym bezdennym śmietnisku, był tylko kolejnym dowodem na istnienie jej wewnętrznego radaru. Wystarczyły jakieś dwie minuty, a już piszczała, wymachując smakołykiem. Dostałam potężnego, wilgotnego buziaka wymierzonego wprost w mój policzek. Gdyby był odrobinę mocniej odciśnięty na mojej skórze, prawdopodobnie pomyślałabym, że ktoś mnie uderzył. „Dziękuję” powiedziała, rozsiadając się na kanapie i odwijając pierwszy papierek. W którymś momencie zrzuciła marynarkę. Podwinęła rękawy białej koszuli. „Za co mi dziękujesz? To ty zdałaś egzamin.”. „Prawda. Ale to ty sprawiłaś, że warto było zdać.”.

To było takie proste.

Wszystko jest takie proste.
Data publikacji w portalu: 2013-05-27
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też jestem znaną lesbijką. Może kiedyś dopiszą mnie do list. Chciałabym mieć kiedyś certyfikat lesbijki i legitymację jakąś, jak dowód osobisty, żeby mieć to formalnie jakoś w urzędach... opinia dodana 2019-04-30 23:11:13
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Rose Madder - King Stephen
d should provide a cushty support for any heel along with ankle.\nWakeboard basics vary in elasticity...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019