ABORYGENKA

ekscentryczka
Wracała już do siebie. Do ziemi swoich przodków. Do swojego nieba, jeziora i piasku. Wracała tam, gdzie wiele lat temu zostawiła wszystko to co było jej życiem, radością i nadzieją. Gdzie rozdzielono ją z jeziorem, sawanną, ukochanym psem Dingo. Nie rozumiała wówczas, dlaczego wyrywają ją z jej świata. Zabierają z czasem od mamy i oddają na wychowanie białym ludziom. Przez całe życie tęskniła za nią, psem, domem na pustyni. Cierpiała, gdy pewnego dnia po latach zobaczyła to wszystko na filmie, który biali nakręcili w jej wiosce gdy przybyli do niej ponad pięćdziesiąt lat temu. Jej babcia Berigan(1) zmarła z tęsknoty i żalu, gdy zrozumiała, że nigdy już nie zobaczy swojego rodzinnego miejsca. Ona jako pierwsza zaczęła uczyć ją, żeby nigdy nie zapomniała o swoich korzeniach. Wymogła na niej obietnicę, że wróci kiedyś do ziemi przodków i pokłoni się ich stwórcy bogu Daramulun(2) i złoży na skale Uluru(3) święty przedmiot.
Teraz nadszedł czas i pora, aby spełnić tę obietnice. Była już starą kobietą. Zmęczoną światem . Jego tempem, kolorami, hałasem stylem życia. Chociaż wtopiła się system edukacyjny, kulturowy i obyczajowy Australii, nigdy się nie pogodziła z ograbieniem jej z Epoki Snu(4). Aborygeńskiej siły życia, która pozwalała im być szczęśliwymi i wolnymi ludźmi. Tam na tej czerwono kredowej ziemi zostawiła też swoją tajemnicę. Miłość, która pozwalała jej przetrwać upokorzenia i pogardę białych ludzi. Dla których zawsze była brzydką murzynką z dzikiej krainy.
Jej tajemnica miała na imię Yhi(5), była tak jak ona 11- letnią dziewczynką. Jej ojciec był myśliwym. Yhi nie miała rodzeństwa. Mama zmarła przy jej porodzie. Zajmował się nią ojciec. Dzielny, dumnym i silnym człowiek.
Yhi była dla niej nie tylko siostrą, przyjaciółką. Była dla niej kimś tak bliskim, iż nie wyobrażała sobie, że kiedyś jej nie będzie. Że życie potoczy się bez niej. Bawiły się razem, od kiedy pamięta, chodziły nad jezioro, które w porze deszczowej mało barwę złotej, przezroczystej bańki. Często schodziły do jaskini pod skałą Uluru i tam rysowały małymi białymi kamieniami na ścianach obrazy. Yhi często rysowała krzaki eukaliptusów i drzewa butelkowe. Rozpalały ognisko w chłodnej jaskini i zjadały usmażoną jaszczurkę, dzieląc się sprawiedliwie z Dingiem. Kochały się jak siostry. Były tam tylko one i ich świat. To było ich miejsce na ziemi. Czasami w nocy wykradły się z wioski i wspinały na Uluru, by patrzeć na gwiazdy, czekając na znaki nieba. To był czas ich marzeń, dorastania i planów.

- Wiesz, jak dorosnę będę szamanką i będę uzdrawiać ludzi z wioski a ty?
- Ja… nie wiem… ale chyba będę ci pomagać.

Roześmiały się. Yhi wzięła jej dłoń i powiedziała:

- Nie… ty będziesz uzdrawiać mnie, gdy zachoruję lub jak będę smutna i będzie mi zimno. Rozweselisz mnie i ogrzejesz. Obiecujesz?
- Obiecuję.

Pamięta tamtą noc i tę rozmowę, chociaż minęło już ponad sześćdziesiąt lat. Potem przyjechali biali. Zaczęli robić zdjęcia, badać wszystkich autochtonów. Nie rozumiała, co się dzieje, ale starszyzna klanu mówiła, że to nic dobrego. Ojciec Yhi patrzył tylko podejrzliwie i milczał.
Pewnego dnia zdecydowano, że zabiorą wszystkich do miasta. Obiecywali, że tam będzie dużo jedzenia, lekarstw i wygód. Nikt nie chciał jechać, ale biali nie ustępowali. W noc poprzedzającą wyjazd przyszła do niej Yhi i powiedziała, że uciekają z ojcem na pustynię. Płakała. Obie płakały. Dingo leżał obok, ale był niespokojny. Jego psi instynkt przeczuwał, że nadchodzi coś złego.

- Nie zapomnij mnie...
Yhi wyszeptała:
- Nigdy… proszę zaopiekuj się Dingiem.
- Ale wrócisz tutaj?
-Tak. Czekaj na mnie. Wrócę. Starszyzna mówi, że pustynia gdzieś się kończy. Dalej nas nie zabiorą, a z stamtąd na pewno trafimy powrotem. Ucieknę. Zobaczysz kilka zachodów słońca i znów będziemy razem.

Tak bardzo wierzyła w te słowa, gdy je wypowiadała. Rzuciły się sobie na szyję. Pamięta, że nigdy nikogo tak do siebie nie przytuliła i sama nigdy tak się nie tuliła do nikogo. Nie mogła przestać płakać. Potem Yhi pocałowała ją i podarowała jej biały kamień z jaskini, którym zawsze rysowała. Wyszła z lepianki i pochłonęła ją noc.
Następnego dnia biali zabrali ich samochodami. Gdy odjeżdżała, Dingo biegł tak szybko za autami, na ile pozwalały mu chude łapy. Widziała w tylnej szybie, że wykrzesał z siebie tyle sił, ile jego psie serce mogło dać. Widziała, jak zmniejszał się z każdą chwilą, jak stawał się punkcikiem, by za chwilę zniknąć na horyzoncie.
Biali szukali jeszcze potem przez wiele dni Yhi i jej ojca, ale nie znaleźli. Byli tutaj obcymi, a ojciec Yhi znał każde ziarnko piasku, kamień i każdy skrub(6).
Pustynia okazała się jednak nie mieć końca. Jechali samochodami pięć dni. Potem lecieli samolotem. W drodze wielu starszych zmarło. Mówiono, że od chorób, ale aborygeni wiedzieli, że to tęsknota i wyrwanie aborygeńskich korzeni ich zabiło. Lata mijały. Skończyła szkołę. Została pierwszym aborygeńskim lekarzem, uzdrowicielem tak jak chciała Yhi. Nie wyszła za mąż. Nie spotkała chłopca, który by chciał za żonę aborygenkę, a i ona sama jakoś tego też nie chciała. Tęskniła za Yhi. Chociaż jej twarz dawno się rozmazała, a ostrość wspomnień stępiała. Pamiętała młoda dziewczynę z jaskini Uluru. Tęsknota za tamtym czasem była z nią zawsze.
Teraz wracała. Tak jak obiecała. Wiele się zmieniło dokoła. Była droga, po której jej samochód jechał szybko i pewnie. Mijała stację benzynową, jakieś osiedla aborygeńskie. Miała mapę z narysowaną skałą Uluru z 1969 roku. Wracała do domu. Swojego domu. Gdy wjechała na pustą boczną drogę, poczuła bicie własnego serca. Poczuła, że jest blisko. Wzruszenie mieszało się z drżeniem krtani. Jechała przed siebie prosto ku jej utraconej przed latami nadziei. Tam było jej życie. Tam była Yhi, dingo, Uluru. Gdy słońce zaszło, musiała się zatrzymać. Było już ciemno. A i ona była zmęczona. Zgasiła silnik. Cisza pustyni i podmuch wiatru ukoiło ją do snu niczym najpiękniejsza bajka na dobranoc.
Obudziło ją czerwone słońce. Świeciło prosto w twarz. Wyszła z samochodu, przeciągnęła się. Wyjęła z bagażnika butelkę wody i przełknęła kilka łyków. Rozejrzała się. Była na miejscu. To był jej dom. Dom ludzi z Epoki Snów. Wzięła małe pudełeczko ze skrytki w samochodzie i schowała do plecaka obok wody. Kluczyki zostawiła w stacyjce, a komórkę na siedzeniu. List włożyła za szybę wewnątrz. Tam, dokąd idzie, nie będzie już niczego potrzebować. Ma wszystko, co miało dla niej sens i znaczenie.
Zaczęła iść powoli.
Jej wiek już nie pozwalał na szybki, sprężysty krok. A jednak czuła, ze idzie pewnie i zdecydowanie. Wdychała znane powietrze, którego nigdy się nie pozbyła. Nosiła je we krwi. Nim jej serce napędzało czas do tej właśnie chwili. Zobaczyła z oddali jezioro. Uśmiechnęła się. Jezioro było wyschnięte. Sawanna była uśpiona. Lekki podmuch od czasu do czasu dotykała jej twarzy. Z drugiej strony zobaczyła tabliczkę. Podeszła.

- Uwaga !!! Teren skażony.

Przeczytała na głos i przypomniała sobie, że jakieś trzydzieści lat temu robili tu ćwiczenia z bronią nuklearną. Niewiele ją teraz to obchodziło, czy jest tu radioaktywna strefa, czy nie. I tak stąd nie odejdzie. Spojrzała na górę. Jest. Jest jej Ulura. Obeszła jezioro dokoła. Patrzyła na nie długo. Dotknęła skały. Przytuliła policzek.

- Wróciłam..

Wyszeptała. Wejście do jaskini było porośnięte suchą akacją, ale bez trudu je odnalazła. Weszła do środka. Panował w niej chłód i półmrok. Słońce przebijało się z góry przez czeluście skalne. Wyjęła latarkę. Zaczęła wodzić małym snopkiem światła po skałach.
Podeszła do ściany skalnej. Zobaczyła wyblakłe rysunki. Stworzone przed prawie półwieczem dłonią młodej aborygenki, jej ukochanej Yhi. Musnęła je delikatnie tak, jakby miały się rozsypać i zniknąć, gdyby je mocniej dotknęła. Przywarła ustami do skały.
- Yhi… jestem tutaj. Tak, jak obiecałam.
Jej głos rozszedł się cichym echem po jaskini. Odwróciła się i zobaczyła w kącie kopczyk. Podeszła. Uklękła.

- Boże…Dingo..

Na kopczyku była kora, a na niej białe znaki o treści :‘’Dingo- do końca wierny’’
Już nie umiała ukryć łez. Płakała, tuląc starą deszczułkę kory do siebie. Wróciły obrazy. Umierającej babci, mamy, która do końca opowiadała o krainie z Epoki Snów, psa biegnącego za samochodem i Yhi obejmującej ją ostatniej nocy w ich świecie. Siedziała jak kiedyś. Jak mała aborygena, nie rozumiejąc, dlaczego jej klan wyrwali z tej ziemi. Skazując na samotność, tułaczkę i wyginięcie wiekowej tradycji. Wyszła z jaskini. Spojrzała w górę. Słońce było w zenicie. Wejście na Uluru zajęło jej cały dzień. Wieczorem, kiedy usiadała na szczycie, puls ze zmęczenia bił jej jak szalony. Jako lekarka wiedział, że to nie niepokojące. Napiła się wody i wyjęła pudełko. Otworzyła je. W środku był biały kamień. Był dużo mniejszy niż ponad pięćdziesiąt lat temu, kiedy podarowała go jej przyjaciółka.

- Przyniosłam tobie wielki Daramulun, święty przedmiot. Święty dla mnie. Tak jak obiecałam.
Wypowiedziała te słowa głośno. Tak, żeby sawanna, jej sawanna usłyszała. Po tych słowach spojrzała w dół.
Zobaczyła jezioro. Stało się znów złotą przeźroczystą bańką. Z daleka biegł dingo i szczekał radośnie.
- Już czas…Pomyślała
Poczuła dotknięcie. Odwróciła głowę. Siedziała przy niej Yhi. Ta sama, która zawsze tutaj z nią czekała. Położyły się na skale i patrzyły w niebo, trzymając się za dłonie.

- Zobacz tam w górę. Widzisz?
- Co kochana Yhi mam zobaczyć?
- Nas…

O świcie wiatr Australii rozwiewał siwe włosy starej aborygenki leżącej nieruchomo na skale. Jej otwarte oczy wpatrywały się w niebo. Na zastygłej twarzy ze zmarszczek przebijał się czas. Kąciki ust lekko zaznaczały nieruchomy uśmiech, a w otwartej dłoni leżał biały kamień czuringa(8).


Słowniczek

1 BERIGAN - drzewo które kwitnie na złoto

2 ULURU- Z Epoką Snów wiąże się ogromna malownicza skała Uluru będąca swego rodzaju sanktuarium.

3 DARAMULUN- najwyższy Bóg stwórca określany przez niektóre plemiona, szczególnie na południu i południowym wschodzie kontynentu.

4 EPOKA SNÓW- czy też Epoka Marzeń Sennych zwanej tak, gdyż powraca ona w snach i widzeniach. W tej zamierzchłej epoce bohaterowie przemierzali pusty kontynent, kształtując podczas wędrówek krajobraz, tworząc rzeki, góry, rośliny, zwierzęta, ustanawiając prawa i składając w ziemi dusze nie narodzonych jeszcze dzieci.

5 YHI-. imię od bogini, stworzycieli słońca i światła.

6 SKRUB- formacja roślinna, odmiana buszu, charakterystyczna dla Australii. Tworzą ją wiecznie zielone, twardolistne zarośla, składające się głównie z krzewiastych gatunków eukaliptusów i akacji.

7 CZURINGA- Podczas podróży w Epoce Snów przodkowie pozostawili w określonych miejscach święte przedmioty zwane czuringami, które stały się obiektami kultu i instrumentami praktyk magicznych. Są to przeważnie owalne lub wydłużone kamienie z tymi przedmiotami wiąże się wiara w reinkarnację - po śmierci człowieka jego dusza wraca do czuringi, by w odpowiednim czasie się odrodzić.

Data publikacji w portalu: 2014-04-05
« poprzednie opowiadanie następne opowiadanie »

Witaj, Zaloguj się

KONTAKT

Wyślij swój tekst! - napisz do Namaste
podpisz swoja pracę nickiem lub imieniem
(jeśli chcesz: nazwiskiem), jeśli chcesz napisz swój e-mail, podamy go w podpisie.

NASZA TWÓRCZOŚĆ

Jest jak delikatny kwiat. Każda jej forma zawiera ślady głębokich wzruszeń i emocji, przenosi pamięć o czasie minionym, chroni od zapomnienia chwile.

Tutaj jest miejsce dla Ciebie. Jeśli pisałaś, piszesz lub pisać zamierzasz, nie chowaj efektów swojego natchnienia do szuflady, podziel się nimi.

Tu nikt nie ocenia, nie krytykuje. Możesz przysyłać teksty podpisane imieniem bądź pseudonimem, o dowolnej tematyce i formie. Może to dobre miejsce na debiut i nie tylko.

Zdecyduj się.
To właśnie od Ciebie będzie zależał kształt tej strony. Zapraszam do jej współtworzenia.

Namaste

Ostatnio komentowane:

lesbijka Łódź. Przyjazna psycholożka
smaku Dzień dobry, chciałabym zapytać, jeśli można: jaka jest moja orientacja, jeśli jestem lesbijką i czy byłoby to oszukiwanie kobiet, gdyby mnie zobaczyły i stwierdziły, że jestem facetem?... opinia dodana 2019-05-27 21:18:35
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Goblin Market - Rossetti Christina
A mnie się to tłumaczenie podoba. Jestem anglistką, literaturoznawczynią, i mogę zapewnić, że fragmenty...

Dołącz do naszej społeczności!

nowe i najaktywniejsze profile:

© KOBIETY KOBIETOM 2001-2019