A czemu nie?

Lobby gejowsko-lesbijskie wytacza w obronie swych żądań ciężkie armaty... W roku wyborczym prezydent Bush odważył się rzucić rękawicę potężnemu lobby gejów i lesbijek. Chce wniesienia do konstytucji poprawki zakazującej małżeństw homoseksualnych. Czy słusznie?

Większość Polaków poparłaby Busha. Geje i lesbijki już dawno wyszli u nas z podziemi, ale nie mają co liczyć, że polski parlament przegłosuje ustawę dopuszczającą małżeństwa między nimi - na pewno nie za życia Jana Pawła II. Kościół katolicki traktuje homoseksualizm jako grzech i wypaczenie, choć potępia prześladowanie homoseksualistów.

Inne Kościoły chrześcijańskie są bardziej tolerancyjne. Ostatnio karierę w światowych mediach zrobił niewielki, dwumilionowy, amerykański Kościół Episkopalny, który - rzecz bez precedensu - wyświęcił na biskupa aktywnego geja, skądinąd ojca dwójki dzieci. Katolicy uważają homoseksualizm za coś, co powinno podlegać leczeniu albo pozostać w stanie uśpienia: jeśli homoseksualiści nie chcą się leczyć, to przynajmniej niech nie praktykują.

Równie silny opór budzi żądanie legalizacji związków homoseksualnych, zwłaszcza w formie małżeństw. Kościół - zresztą nie tylko on, także wiele środowisk pozakatolickich - nie wyobraża sobie, by geje i lesbijki uzyskali takie same prawa jak pary hetero. Chodzi przede wszystkim o prawa rodzicielskie: w przypadku małżeństw homoseksualnych - o prawo do adopcji dzieci lub spłodzenia ich z udziałem osób trzecich. To jest granica absolutnie nie do przekroczenia. Inaczej - twierdzą przeciwnicy małżeństw homoseksualnych - zawali się najważniejsza instytucja społeczna - rodzina heteroseksualna. Na jej gruzach wyrośnie potwór - społeczeństwo, w którym zapanuje zamęt. A takie społeczeństwo rozchwianych norm i ról nie będzie już społeczeństwem, tylko pracownią Frankensteina.

Tak samo rozumował prezydent Bush. Chrześcijanin, choć nie katolik, ogłosił, że poczuwa się do obowiązku obrony rodziny - najbardziej podstawowej instytucji cywilizacji - przed amerykańskimi sędziami-aktywistami w stanie Massachusetts, którzy w ubiegłym miesiącu orzekli, że zakaz zawierania małżeństw przez osoby homoseksualne jest sprzeczny ze stanową konstytucją.

Sprawa jest śmiertelnie poważna. W Ameryce konstytucja jest traktowana jak Biblia. Wojna toczy się na razie na poziomie stanowym, ale tylko patrzeć, jak geje i lesbijki wniosą skargę do Sądu Najwyższego, czyli przeniosą ją na szczebel federalny. Już dziś w amerykańskiej stolicy ruchu homoemancypacji, San Francisco - kiedyś stolicy dzieci-kwiatów - wydaje się świadectwa małżeństwa parom homoseksualnym, choć prawo na to nie zezwala. Lobby gejowsko-lesbijskie wytacza w obronie swych żądań ciężkie armaty.

Po pierwsze: równość traktowania. Wszak Konstytucja USA tę równość gwarantuje. Czemu hetero mogą się żenić, a homo nie? Jedni i drudzy są dorośli, są obywatelami, płacą podatki, a co państwu do tego, z kim chodzą do łóżka, jeśli dzieje się to za wzajemną zgodą? Na razie tylko dwa państwa - Belgia i Holandia - zalegalizowały związki jednopłciowe, ale precedens już powstał. Jak wytłumaczyć, że w starej Europie można, a w Stanach nie?

Po drugie: historia. Ameryka wycofała się już z wielu zakazów. Kiedyś - nie tak dawno: jeszcze w latach 60.! - w niektórych stanach czarni nie mogli żenić się z białymi. Broniono tego zakazu w imię tradycji - tak jak dziś niektórzy bronią zakazu legalizacji małżeństw homoseksualnych. Ale okazało się, że tradycji nie da się utrzymać, bo w istocie była ona prawnym usankcjonowaniem rasizmu. Teraz może się okazać, że twarde nie mówione gejom i lesbijkom jest przejawem innego rasizmu - na tle orientacji seksualnej.

Po trzecie: terminologia. Twierdzicie - drążą temat zwolennicy legalizacji - że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety, ale co szkodzi, by rozszerzyć tę definicję na osoby tej samej płci, jeśli się kochają, chcą być razem i nie wyrządzają tym krzywdy nikomu innemu? Dlaczego mogą żyć wspólnie, ale nie mogą się żenić? Tylko z powodu nazewnictwa? Istotą małżeństwa nie jest to, że zawierają je kobieta i mężczyzna, tylko to, że dwie osoby zobowiązują się publicznie do dzielenia życia i przestrzegania wynikających z tego praw oraz obowiązków. Dlaczego heteroseksualnym wolno tak uczynić, a homoseksualnym nie?

Po czwarte: ochrona instytucji. Mówicie, że legalizacja będzie ciosem w instytucję małżeństwa - argumentują homoseksualni. Ale jest właśnie odwrotnie! Domagając się prawa do małżeństwa, geje i lesbijki potwierdzają powagę tej instytucji. Zgadzają się przyjąć konsekwencje prawne i społeczne wynikające z małżeństwa, a więc nie osłabiają, lecz wzmacniają symboliczne znaczenie małżeństwa. Kto bardziej przyczynił się do kryzysu małżeństwa i rodziny: homoseksualiści czy heteroseksualna większość, która dopuszcza się zdrad, rozwodów się, opuszcza dzieci? Mówicie, że chodzi o dzieci, ale przecież nie wszystkie małżeństwa heteroseksualne mają i chcą mieć dzieci. Podobnie jak pary homoseksualne. Ile z nich będzie zabiegało o pozyskanie dzieci? Drobny ułamek. Im przede wszystkim chodzi o prawo do małżeńskiej miłości.

Po piąte: unia cywilna to za mało. Unia cywilna to namiastka pełnoprawnych małżeństw. W USA osoby homoseksualne mogą rejestrować swój związek jako unię cywilną w stanie Vermont. Podobne możliwości prawne istnieją w kilku krajach europejskich, szykuje się do nich Anglia, gdzie popierają takie rozwiązanie także opozycyjni konserwatyści. Nie brak gejów, którzy by na tym poprzestali jako satysfakcjonującym ich kompromisie. Ale radykałowie chcą więcej - czyli praw małżeńskich, dokładnie takich samych, jakie mają osoby heteroseksualne. Unię uważają za poniżający przejaw dyskryminacji.

Groźba prezydenta Busha jest reakcją na żądania radykałów ruchu gejowskiego. Ale jest też ruchem politycznym: Bush wysyła sygnał do elektoratu: wybierajcie - albo ja, obrońca wolności, wiary i rodziny, albo liberał Kerry, który pójdzie gejom na rękę.

Cała ta retoryka podszyta jest więc polityką roku wyborczego. W odróżnieniu od Polski, Ameryka jest społeczeństwem, w którym problemy takie jak małżeństwa homoseksualne nie są tylko sprawą moralno-światopoglądową. My się z tego śmiejemy albo reagujemy na to niesmakiem, a oni stawiają pytania naprawdę ważne w społeczeństwie otwartym. Pytania o współczesny sens wolności, równości, godności, harmonii społecznej.

Nie ma łatwych rozwiązań tych kwestii. Na Zachodzie panuje przekonanie, że stosunek do mniejszości seksualnych jest papierkiem lakmusowym wskazującym, w jakim systemie politycznym żyją obywatele. Dlatego w zapowiedzi poprawki do konstytucji zakazującej małżeństw homoseksualnych krytycy tego pomysłu widzą groźny przejaw ingerencji państwa i cios w zasady amerykańskiego federalizmu, dopuszczającego znaczną autonomię poszczególnych stanów tworzących USA. A kwestia małżeństw leży w gestii stanów, a nie federacji (w 38 stanach obowiązuje definicja małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety).

Bush pozuje na obrońcę starej amerykańskiej tradycji ochrony wolności jednostki i powściągania centralistycznych zakusów władzy państwowej, słowem - na obrońcę zasady jak najmniej rządu, jak najwięcej swobody jednostki. Tymczasem w sprawie małżeństw homoseksualnych zachowuje się jak... socjaldemokrata, który chce regulować życie obywateli ustawami państwowymi. Tak w każdym razie uważają krytycy Busha. Co gorsza, swoimi pogróżkami prowokuje wybuch nowej wojny kultur: tej tradycyjnie niechętnej homoseksualistom z tą nową, która ze sprawy gejowskiej uczyniła sprawdzian faktycznej demokracji.

Sytuacja jest dziś taki, że w prawie amerykańskim przewagę ma stara kultura. Jeszcze za liberała Clintona Kongres uchwalił ustawę o ochronie małżeństwa. Po co więc poprawka do konstytucji? Ano po to, by zbić kapitał polityczny przed wyborami. W końcu 60 proc. Amerykanów jest przeciw małżeństwom gejów i lesbijek, nieco mniej, ale też większość, sprzeciwia się również uniom cywilnym. Ale uwaga: w młodym pokoleniu proporcja się zmienia - 55 proc. Amerykanów w grupie 18-29 lat jest za legalizacją małżeństw homoseksualnych. Czas pracuje więc na korzyść polityki liberalnej.

W gruncie rzeczy przeciw są tylko dwie grupy: mniejszość libertariańska, która chce jak najmniej państwa we wszystkich dziedzinach, a zwłaszcza w życiu prywatnym, więc i seksualnym jednostki, oraz większość chrześcijańska. Na razie to wystarczy. Ale jak długo? Tak długo, jak długo Kościoły zachowają wpływ na społeczeństwo. W Ameryce zachowują, w Europie Zachodniej go utraciły. Polska pod tym względem przypomina Amerykę. Spór o legalizację małżeństw homoseksualnych jest w istocie sporem o miejsce chrześcijaństwa w życiu społeczeństw zachodnich.
Adam Szostkiewicz
Data publikacji w portalu: 2004-03-27
Pełny tekst artykułu w Magazynie Młodych i Dynamicznych nr 7.
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 0 /głosów: 0
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

Witaj, Zaloguj się

NAPISZ DO NAS

Masz uwagi, zauważyłaś błędy na tej stronie?
A może chciałabyś opublikować swój tekst?
- Napisz do nas!

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

  ZOBACZ TAKŻE  

Ostatnio komentowane:

80kobiet Krystyna Janda
ama Przed Wajdą grała u Bardiniego w teatrze tv. Bardini zaangażował Jandę studentkę trzeciego roku szkoły teatralnej i w ciąży, do roli Maszy we wspaniałych, telewizyjnych Trzech siostrach... opinia dodana 2020-05-09 03:00:02
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Lesbos - Lis Renata
\"Lesbos\" Renaty Lis to dla mnie brakująca podstawa, kanon myśli lesbijskiej w kulturze polskiej....
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2020