Polska jest sceną zbrodni

Gdy myślę o Polsce, to widzę scenę zbrodni. Spoczywa tam ciało kobiety - lesbijki, która została doprowadzona do śmierci po to, żeby konserwatywny, nacjonalistyczny porządek mógł się umocnić - rozmowa z Izabelą Filipiak
foto: Oiko
foto: Oiko
Przyjechałaś do Polski promować swoją nową książkę.
Raczej ocalić. Nie pozwolić na to, żeby została unieważniona.

Ocalić dzieło swojego życia?
Mam nadzieję, że jednak nie życia. Ale to w 1997 zaczęłam zbierać materiały i poczyniłam pierwsze szkice do „Obszarów odmienności“ (recenzja – s. 19). Zauważ, że w tej chwili mamy nie tylko dziesięciolecie tego mojego zaangażowania się, ale również okrągłą rocznicę mitycznej albo faktycznej przemiany Marii Komornickiej w Piotra Własta. Miała ona nastąpić w lipcu 1907 roku. To znaczy, że być może rozmawiamy teraz w stulecie tego faktu.

Przemiany?
Pozwolę sobie tylko przypomnieć kilka faktów. Komornicka urodziła się w 1876, debiutowała w prasie warszawskiej w wieku 16 lat, a swoją pierwszą książkę, zbiór opowiadań, wydała, mając lat 18. Autorka została skrytykowana przez konserwatystów, znalazla natomiast uznanie bardziej liberalnych autorów jak Nałkowski i Jellenta. Z nimi Komornicka napisała pierwszy polski manifest modernistyczny. Kiedy poznała się z Miriamem, jej twórczość zaczęła się ukazywać w „Chimerze“, elitarnym magazynie literackim – tam też z werwą i talentem pisała pod pseudonimem Piotr Włast recenzje powieści, natomiast pod swoim nazwiskiem wiersze. Na łamach tego pisma doszło do specificznego rozdwojenia: Komornicka jako poetka melancholijnie wygasała, natomiast Włast jako krytyk był coraz bardziej twórczy, wnikliwy, pełen życia. Latem 1907 Komornicka miała wybrać się z matką w podróż do Poznania i tam stwierdzić, że jest Włastem, mężczyzną i pragnie się przebrać w męskie odzienie. W rezultacie została zamknięta w klinice psychiatrycznej. Leczenie trwało do wybuchu pierwszej wojny światowej. W grudniu 1914 roku pozwolono jej wrócić do rodzinnego Grabowa, gdzie mieszkała w opuszczonym skrzydle domu. Nadal upierała się przy rodzaju męskim i imieniu Włast. „Xięgę poezji idyllicznej“ podpisała Piotr „Odmieniec“ Włast.

Skąd się wzięła Komornicka w twoim życiu?
W 1982 roku ukazał się tom „Odmieńcy“ z serii Transgresji pod redakcją Marii Janion i Zbigniewa Majchrowskiego. Bohaterem jednego działu tekstów był Kaspar Hauser, a drugiego Maria Komornicka. Kaspar Hauser, młody człowiek trzymany w zamknięciu przez tajemniczych strażników lub opiekunów, którzy nie nauczyli go mówić, był już wtedy bohaterem wielu utworów literackich. Komornicka zaś jeszcze nie obrosła w teksty, właściwie była kompletnie zapomniana. W „Odmieńcach“ znalazł się esej Marii Janion o Komornickiej, a zarazem pierwszy poważny tekst na jej temat. A obok były trzy wiersze z „Xięgi poezji idyllicznej“. Brzmiały trochę jak Wojaczek czy Bursa. Przywodziły więc na myśl twórczość poetów przeklętych, bo to oni stosowali ironię, by oddać skrajność swojej egzystencji.

Ale gdy wyjechałam z Polski i zostałam pisarką, zajęły mnie inne tematy. Komornicka pojawiła się u mnie w „Absolutnej amnezji“ raczej na zasadzie parodii niż faktycznego tematu i o mały włos na tym poziomie by to zostało.

Dlaczego wyjechałaś?
Skończyłam studia niedługo po stanie wojennym, gdy wydawało się, że nic się nie zmieni. Myślałam, że gdyby była wojna, to jeszcze można by to wszystko wytrzymać. Natomiast małego przystosowania, w które mogło się zmienić moje życie, nie chciałam uznać za swoje. Uznałam, że nie będę w stanie przewidzieć, w którym miejscu zaczyna się kolaboracja i czy nie obudzę się pewnego dnia z poczuciem, że nie należę do siebie. Nienawidziłam tego, że komuniści byli gotowi ci wypomnieć, że oddychałaś na ich koszt.

W 1996 roku wróciłaś do Polski. Dlaczego?
Żeby bronić „Absolutnej amnezji“. Wiem, wiem, to jakaś mania. Einstein powiadał, że obłęd polega na ponawianiu tej samej czynności, za każdym razem licząc na to, że osiągnie się inne, w końcu pozytywne rezultaty.

Jak się ostatnio widziałyśmy, wróciłaś, żeby bronić „Księgi Em“?
Tak, ale rok wcześniej, to znaczy w 2004, też tu byłam, żeby obronić pracę doktorską.

OK, wróćmy do czasów sprzed „Księgi Em“. Jesteś znowu w Polsce, zaczęłaś uczyć na genderach i zrobiłaś coming out...
Mój coming out kojarzony jest z programem „Tabu“ Małgorzaty Domagalik, a jednak trochę przed nim był lutowy numer „Cosmo“ z 1998 roku. Rok wcześniej zaczęłam uczyć twórczego pisania na warszawskich genderach. Niedługo potem ukazała się „Niebieska menażeria“ i w związku z tym zrobiono ze mą pierwszy wywiad dla kolorowej prasy. Rozmawiałyśmy w wynajętym mieszkaniu na Saskiej Kępie. Dziennikarka się rozejrzała i mówi: „To co, mieszka tu pani sama...“. Gdybym się z tym zgodziła, to wyszłoby tak: „Przyjechała kobieta z zagranicy, nie wyszło jej i jest sama – bo nikt jej nie chciał. Bo tak kończą feministki“. Nie myślałam o tym, że będę się ujawniać, bo uznałam, że to, co zaprezentuję w piśmie o lakierowanych okładkach, jest zawsze jakąś kreacją. Chodziło tylko o jej wybór, a ja stwierdziłam momentalnie, że odgrywanie niechcianej i osamotnionej kompletnie mi nie odpowiada. Akurat byłam wtedy w gorącej fazie romansu, dobrze się w nim czułam, więc zaczęłam o tym opowiadać.

Lubisz się kreować?
Mam w sobie skłonności performerskie. Moja przygoda z teatrem zaczęła się w czasach studenckich – reżyserowałam sztuki w teatrzyku amatorskim na Przymorzu. To był zupełny przypadek – zobaczyłam ogłoszenie, poszłam i dostałam pracę w domu kultury. Najpierw zrobiłam Pawlikowską-Jasnorzewską, która okazała się sukcesem, a potem sztukę poetycką mojego autorstwa o czarownicach, którą zaszokowałam, chyba negatywnie, komisję pewnego konkursu teatralnego. W końcu musiałam odpocząć od teatru, bo pisałam pracę magisterską, potem „Almę“. A potem już zaczęłam się pakować.

Teatr w końcu wrócił, stąd wzięła się „Księga Em“ – miałam napisać sztukę dla Teatru Telewizji, dostać dużo pieniędzy... Gdy „Księga Em“ zaczęła się rozrastać, wiadomo już było, że to nie będzie sztuka telewizyjna. W wolnych chwilach pisałam jednoaktówkę, którą nazywałam „Moje życie królicze“ – sztukę na dwie lesbijki i telewizor, która została w końcu wystawiona na uniwersytecie w Berkeley.

Lubię występować na scenie – był monodram w Nowym Jorku, zrobiłam ze swoimi studentkami przedstawienia w Centrum Sztuki Współczesnej.... Problem w tym, że produkcja teatralna zajmuje niewymierzalnie dużo czasu. Kiedy się pisze książkę, spędza się nad nią ranki i wieczory, to ostatecznie jednak widać efekt tej pracy. Można pomyśleć, że za pięćdziesiąt lat ktoś jeszcze będzie mógł z niej skorzystać. A kiedy przygotowujesz przedstawienie, do tego jeszcze z dużą liczbą osób, to patrzysz wstecz na kilka tygodni spędzonych w amoku i nie masz pojęcia, jak skromne dwie godziny przedstawienia mają się do stu dwudziestu czterech, które poświęciłaś, aby te dwie powstały. Także w pewnym momencie musiałam wręcz hamować tendencje performerskie, bo nie miałam czasu na inne sprawy.

Ważna jest wewnętrzna pewność, że stać mnie na autokreację. Wtedy jestem otwarta na sprawy tego świata, a moja siła życiowa ma się jak wyrazić. Nie muszę jednak pewności tej nieustannie testować. W związku z tym na co dzień prowadzę zdumiewająco nudne życie. Najważniejsze jest jednak prawo do wyciszenia się, zamknięcia, a potem wyłonienia się z czymś nowym, co mnie zadowoli – może to być książka, pomysł albo projekt. Oczywiście, patronką autokreacji jest Maria Komornicka. Podjęła ryzyko, żeby przekonać nas, że to ona ostatecznie decyduje o tym, kim ma się stać. I tak stała się dla nas inspiracją. W końcu zyskała nasz szacunek dla swej nadzwyczajnej egzystencji. Mam wrażenie, że cale moje wczesne wychowanie polegało na przekonaniu mnie, że nie tylko nie mam kontroli nad własnym życiem, ale także szansy na jego tworzenie. Także odkrycie możliwości tworzenia go i kształtowania jako dzieła artystycznego było bardzo ważnym momentem w moim życiu.

Coś wpłynęło na ten przewrót?
Myślę, że było ich kilka, i że pierwszy nastąpił już w szóstej czy siódmej klasie podstawówki – było to odkrycie, że opowiadając historię, mogę uwieść najbardziej interesującą dziewczynę w klasie. Okazało się, że mogłam wybrać, czy wolę być prześladowanym dzieckiem, czy taką szeherezadą, choćby dla jednej dziewczynki, która dała się oczarować. A ja zawsze wolałam sytuacje kameralne.

Wróćmy do twojego coming outu. Jakich reakcji się spodziewałaś?
Trudno mi było cokolwiek przewidzieć, bo nie było przede mną pisarki ani pisarza, który pozwoliłby sobie na podobny akt. Uznałam więc, że w takiej sytuacji, gdy nikt dokładnie nie wie, jak się zachować, można po prostu starać się zachować kulturalnie i ja to mogę mojej publiczności podpowiedzieć. Wydawało mi się, że jeśli zainicjuje dyskusję o homoseksualności na poziomie chęci poznania się, to taki ton zostanie ustalony. Według mnie wszystko było kwestią nauczenia się języka, który by otwierał i nie wykluczał, i proces ten miała wzmocnić Unia Europejska. No bo dlaczego za dziesięć lat nie mieliśmy się stać po prostu nowoczesnym krajem na wzór irlandzki? Gdy wywiad się ukazał, stał się od razu głośny i nawet pojawiały się pomysły w środowisku LGBT, że ja sobie ten związek z kobietą zmyśliłam po to, żeby zrobić sobie reklamę...

Były jakieś inne konsekwencje?
Z początku nie, bo moi ówcześni wydawcy się odcięli, więc z reklamą czy bez, moich książek nie można było nigdzie dostać. Ale wkrótce istotnie awansowałam z kobiety szalonej, która pisze feministyczne teksty, bo jest obłąkana, na gwiazdę medialną. Tak zaczęła się moja przygoda felietonistki. Zaczęłam od „Marie Claire“, a gdy już nauczyłam się stylu, mogłam z przyjemnością ironizować na temat ostatnich posunięć władzy lub rozmaitych manipulacji, których w temacie LGBT zaczynała już dokonywać telewizja. Pisałam do „Pani“, „Aktywista“, „Twojego Stylu“, a także „Inaczej“, które się w końcu otworzyło na kobiety, a wkrótce potem, jakby zdumione własnym radykalizmem, postanowiło się rozwiązać. Pracowałyśmy zresztą na ten upadek przez dwa lata. Z początku było obiecująco: ukazał sie wywiad ze mną, dostałam propozycję pisania felietonów, Marta Maciejewska dostała dodatkową stronę rubryki „Widziane z Lesbos“, wydawcy zaczęli bąkać o płaceniu autorkom za teksty... Niestety, nie byli w stanie dostarczyć mojej męskiej alternatywy – czyli sławnego faceta, który publikowałby pod własnym nazwiskiem ze zdjęciem, i to ich moralnie dobiło.

W 2003 znowu wyjechałaś. Nie było stanu wojennego, nic się nie działo...
Jednak zdarzyło się kilka rzeczy. W 2002 w niepokojących okolicznościach zmarła moja przyjaciółka z liceum. Kilka miesięcy później musiałam przeprowadzić się do Gdyni, bo moja mama poważnie zachorowała. Gdy mama przechodziła chemioterapię, zostałam zwolniona przez „Twój Styl“ i nie był to najszczęśliwszy moment. Udało się przezimować, bo Komitet Badań Naukowych przyznał mi małe stypendium na pisanie pracy doktorskiej, ale już jesienią zaczęłam poważnie cierpieć na bóle nadgarstków, czego efekt był taki, jakby mi ktoś włożył do rąk żyletki, więc pisania nie było znowu tak wiele. W końcu był przednówek, ja byłam w Gdyni, skończyły się pieniądze... Ale tymczasem pojawił się skromny grant z Fundacji Kościuszkowskiej – bardzo skromny, pozwolił mi on jednak wyjechać na zaproszenie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, na zrobienie badań porównawczych. I pojechałam.

Pracę o Komornickiej udało mi się więc skończyć w Berkeley, a rok później wróciłam do Polski bronić doktoratu. Przyznam, że liczyłam na jakiś szczęśliwy finał po dramatach poprzedniego roku. Ale zamiast tego doszło do wstrzymania tytułu i zrobiło się klaustrofobicznie – głównie dlatego, że ja odreagowuje traumę poprzez mówienie o niej, a tu trzeba było czekać w nieskończoność i milczeć. Na szczęście odkryłam wtedy radość... płynącą z czytania starych akt. Spędzałam całe dnie w Archiwum Miasta Stołecznego Warszawy, w Bibliotece Narodowej, jeżdżąc do archiwów w miastach dawnej Guberni Warszawskiej... Zamiast cierpieć, żyłam więc raczej w stanie ekstazy związanej z tymi badaniami.

Nie musiałam znów wyjeżdżać do Kalifornii. Wbrew pozorom wolałabym się osadzić w jednym miejscu, ale... Dwóch znaczących wydawców starało się wtedy umieścić mnie na nowo w prasie, jednak nic z tego nie wyszło. Klimat kulturalny i polityczny między 2002 a 2004 rokiem jednak bardzo się ukonserwatywnił. Równie niemożliwe było znaleźć niszę na jakiejś uczelni ze wstrzymanym doktoratem. Trochę jak w starożytnym Egipcie – kto by mnie zatrudnił przed rozważeniem apelacji, momentalnie umieściłby się w konflikcie z czymś niewypowiedzianym. W ten sposób znów skończyły mi się pieniądze. I to był rok 2004.

Ostatni raz widziałyśmy się w 2005...
Tak – przyjechałam, żeby pokazać, że jednak żyję. Poza tym „Księga Em“ była pięknie wydana i miała wspaniałe plakaty.

A nie kusi cię, żeby wrócić i pograć na nerwach paru osobom?
Och, ale to może być tylko dodatek do życia, niech mnie więc pokusi jeszcze ze dwa lata. Chciałabym już zacząć pisać te książki, które cierpliwie czekały na swoją kolej podczas redakcji „Obszarów odmienności“. Miło mi, że tymczasem oczyściła się moja polska karma, przynajmniej w sprawach osobistych. Proszę bardzo, moja sytuacja rodzinna zmieniła się w jakąś sielankę, mam wspaniałych sąsiadów, prawie-że-moj dom w Gdyni stoi w tej chwili otoczony takim zaczarowanym ogrodem. Mam też bardzo mnie inspirujące związki i przyjaźnie. Ale mam też do wykonania konkretną pracę. A to, co jest tutaj, w Polsce, na pewno nie skończy się przez dwa lata.

Co myślisz o „tym tutaj“?
W kontekście Polski myślę o tym, jak jesteśmy wymazywani – a może nawet bardziej i częściej wymazywane – z historii i z kultury. Otóż weźmy Powstanie Warszawskie – bo to ono ma zostać, chcąc nie chcąc, źródłem siły i miejscem żałoby dla nowego, nacjonalistycznego porządku... Kilka lat temu wśród zdjęć uczestniczek tegoż Powstania dostrzegłam fotografię prześlicznej chłopczycy. Pod nim napisane było, że z końcem powstania udało jej się z przyjaciółką przedostać na Pragę. Czy były kochankami, czy towarzyszkami broni? Wiem tylko tyle, żeby gdyby były kochankami, to ich historia nie znalazłaby miejsca w polskiej pamięci narodowej. Siła homofobii jest tak wielka, że twórcy tych miejsc pamięci potraktowaliby jej ujawnienie jako obrazę ich patriotyzmu, a rodziny tych kobiet też zapewne poczułyby się obrażone.

Judith Butler powiada, że jeśli wiadomo, że kogoś nie można uczcić żałobą, to właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, by tę osobę zabić. Bo jej życie już stało się w ten sposób „nierealne“, zaprzeczone, a temu, który stwierdził, że jej „nie ma“, ona wydaje się tylko niepokojącym omamem, chodzącym trupem. O tym samym zresztą pisze w finale „Biesów“ Maria Komornicka. Może stąd, gdy myślę o Polsce, to widzę scenę zbrodni. Spoczywa tam ciało kobiety – lesbijki, która została doprowadzona do śmierci po to, żeby konserwatywny, nacjonalistyczny porządek mógł się umocnić.

Moim zadaniem jest więc ocalenie jej pamięci i ujawnienie mojej żałoby. Interesuje mnie też odkrycie współzależności między tym procesem unicestwiania nas w polskiej kulturowej świadomości a naszym współudziałem w owym zabijaniu i dawaniu się zabić. A także znalezienie punktów sprzeciwu wobec bezwzględności tego, co zostało zbudowane na milczeniu i grobie. Tym według Butler jest praca Antygony i w tym rozumieniu żałoba to już nie tylko bardzo intymne i prywatne przeżycie. Jest ona siłą polityczną, przed którą drżą tyrani. Chociaż w Polsce na razie oni drwią...

Zostawmy więc Polskę. Jak ci się żyje w Kalifornii?
W Polsce, ledwo coś powiedziałam, to już byłam „szalenie radykalna“, nie do przyjęcia nawet w „Gazecie Wyborczej“. W Kalifornii otwieram buzię i nagle się okazuje, że mogę się dogadać nawet z gospodynią domową, bo mamy mniej więcej ten sam poziom recepcji świata, poglądy polityczne i społeczne. Dobrze się z tym poczułam, przez chwilę będąc wtopiona.

A poza tym, że się wtapiasz?
Na przykład zostaję poetką. Otóż trzy lata temu odkryłam dyskusyjny klub książkowy, do którego należą same lesbijki, trochę ode mnie starsze, bo tu one jakoś szczęśliwie dożywają emerytury. Co miesiąc spotykamy się i rozmawiamy o wybranej książce. Tam poznałam panią, która zaprosiła mnie na czytanie wierszy. W rezultacie znalazłam się w jednej antologii, zaczęłam czytać na wieczorkach poetyckich i dostałam sporo zaproszeń na następne. Będę też pracować nad powieścią na jednej z kalifornijskich uczelni. Pomyślałam, że zamiast robić to sama, mogę sobie wyszukać bardziej przychylne warunki. Swoją droga, Mills College to zarazem najstarszy kobiecy college na Zachodnim Wybrzeżu – feminizujący, otwarty na tematy z kręgu gender i lesbianizmu oraz na dyskurs postkolonialny, na literaturę wiktoriańską i twórczość małych narodów, myślący i przyjazny, ze znakomitą bazą intelektualną. To piękna uczelnia, otoczona zielenią, ze specyficznym intelektualnym mikroklimatem. Jestem nią zachwycona.
Rozmawiały: Ewa Tomaszewicz, Małgorzata Rawińska
Data publikacji w portalu: 2007-10-10
Wywiad pochodzi z wrześniowo-październikowego numeru dwumiesięcznika społeczno-kulturalnego "Replika"
Podoba Ci się artykuł? Możesz go skomentować, ocenić lub umieścić link na swoich stronach:
Aktualna ocena: ocena: 0 /głosów: 0
Zaloguj się, aby zagłosować!
OPINIE I KOMENTARZE+ dodaj opinię  


Dopisywanie opini, tylko dla zarejestrowanych użytkowniczek portalu

Zaloguj się

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się!

Witaj, Zaloguj się

NAPISZ DO NAS

Masz uwagi, zauważyłaś błędy na tej stronie?
A może chciałabyś opublikować swój tekst?
- Napisz do nas!

NEWSLETTER I SPOŁECZNOŚCI

Chcesz być powiadamiana o nowościach w portalu? Zarejestruj się i zaprenumeruj nasz newsletter lub kanał Nowości RSS!
Możesz też dołączyć do naszej strony na Facebook lub Twitter. Zapraszamy!

  ZOBACZ TAKŻE  

Ostatnio komentowane:

lesbijka Znane lesbijki
smaku Ja też bym się wstydziła potem, gdybym zrobiła jakiś błąd w artykule, bo kiedy pisze się komentarze, to wiadomo, że aby pisać i nawet się nie sprawdza za bardzo, bo to bieżące, jak... opinia dodana 2020-07-01 21:49:15
muzyka Zawsze mocno żyłam i teraz mam co wspominać
Hitoshi W piątek byłam na koncercie Closterkeller. Anja jest niesamowitą kobietą, jest charyzmatyczna, silna i pewna siebie, dała przepiękny występ. Uwielbiam ją.... opinia dodana 2012-11-05 20:27:47
literatura Muskając aksamit - Waters Sarah
Czytałam i później widziałam film BBC. Polecam obie wersje, a na deser \" Złodziejkę\" \r\nFantastyczne...
© KOBIETY KOBIETOM 2001-2020